10 książek o wampirach, które warto (po)znać

Autor: TheMolka
Korekta: Dagmara Trembicka-Brzozowska
18 listopada 2016

Motyw nieśmiertelnego, skażonego diabelską mocą i zamieniającego się w nietoperza półtrupa wgryzł się w kulturę i sztukę tak, jak wampir zwykł wgryzać się w szyję swoich ofiar – mocno i do ostatniej kropli krwi.

Pierwsze wzmianki o uczepionych tętnic zmarłych powracających, by nękać ludzkość zostały spisane już w najstarszym znanym piśmie– sumeryjskim. Nieumarli istniejący pod rozmaitymi postaciami w mitach z całego świata swoją drugą młodość przeżywali wraz z rozkwitem myśli romantycznej. To wówczas ukształtował się obraz wampira czy też upiora jako arystokraty, który swym wdziękiem i wyrachowaniem wkradał się w umysły dziewiętnastowiecznego społeczeństwa, mogąc niemalże bez przeszkód dokonywać zbrodni i wodzić na pokuszenie panienki z dobrych domów. O samych wampirach napisano zresztą tyle, że nie trzeba długo szukać książek na ich temat, a jedynie umieć oddzielić ziarno od plew. Dzięki ich niesłabnącej popularności łatwo także zaobserwować, jak zmienił się sposób postrzegania śmierci, a także jak ku rozpaczy wielu (w tym mojej) z potworów na miarę literatury grozy lub istot niejednoznacznych moralnie przeobraziły się w świecących lowelasów z liceum.

Dracula Bram Stoker i Wampir John William Polidori

Wokół niesławnego Wampira (oryg. The Vampyre. A Tale) krąży wiele mitów i niedomówień, a samo opowiadanie, choć króciutkie i ze względu na swą prostotę oraz brak poetyckiego polotu niedoceniane, odegrało kluczową rolę w kształtowaniu się dziewiętnastowiecznego wizerunku krwiopijcy. To właśnie Polidori jako pierwszy przedstawił chodzącą grozę nie jako zwłoki powstające z grobu, a jako istotę pociągającą i tajemniczą, dysponującą przymiotami najznamienitszego z lordów, jednak zepsutą wewnątrz i ku tej samej degeneracji pociągającą innych. Opowiadanie lekarza Johna Polidoriego (początkowo zostało uznane za dzieło jego sławnego przyjaciela Byrona, co doprowadziło do konfliktu między nimi) zostało opublikowane w 1819 roku i opowiada o lordzie Ruthven, niedostępnym człowieku o pociągającej aparycji i zdolnościach do manipulowania innymi, który pod maską pogardy dla współczesnego mu świata skrywa sadystycznego owładniętego żądzą mordu potwora. 

To właśnie lord Ruthven stał się ojcem współczesnego postrzegania wampiryzmu i niejako pierwowzorem hrabiego Draculi, który wyszedł spod pióra Stokera dopiero pod koniec wieku w roku 1897. Stoker jako twórca najsławniejszego wampira, którego dzieje doczekały się wielu adaptacji, na zawszę zapisał się w kanonie. Jego Draculę zna niemal każdy Sama historia nieśmiertelnego hrabiego dochrapało się mniej lub bardziej udanych kontynuacji, mając swe korzenie w historii południowej Europy i fascynacji śmiercią.

Wampir oraz Dracula są odpowiedzią twórców na rozwijający się w romantyzmie gotycyzm, ich polemiką z moralnością dziewiętnastego wieku, a także ówczesnymi tematami tabu, takimi jak chociażby nekrofilia czy kobieca seksualność, nieodłącznie towarzyszącymi opowieściom wampirycznym od samego początku ich istnienia.

Jeśli jesteście ciekawi, opowiadanie Polidoriego możecie przeczytać tutaj.

Wampir Władysław Stanisław Reymont

Reymont kojarzy się przede wszystkim z realizmem oraz swoim magnum opus, czyli czterotomowymi Chłopami. Tych jednak, których odrzuca poetyka nagrodzonej noblem powieści, może zainteresować zgoła odmienna twórczość wybitnego prozaika. Jemu bowiem zawdzięczamy powieść grozy spisaną oryginalnie w języku polskim i to języku, którego niezwykłość oraz barwność porywa od pierwszych zdań.

Wampir został wydany w 1911 roku i tym, co łączy go z dziełem Polidoriego jest nie tylko tytuł, ale i miejsce akcji oraz kreacja bohaterów. Dzieje się ona bowiem w Londynie, a narratorem jest jakże popularny w polskiej literaturze emigrant poeta, tu imieniem Zenon. Wątki spirytystyczne, które zresztą otwierają powieść, przeplatają się tu z obrzędami satanistycznymi, pojawia się motyw zbrodni i odkupienia, a także Upiorów w sensie dosłownym i metaforycznym, które to Zenona ścigają pod postacią rudowłosej Daisy – uosobienia ciemnej sfery seksualności.

Powieść ta jest wielowymiarowa, wymagająca. Kontynuuje spuściznę dziewiętnastowiecznego postrzegania wampira jako personifikacji ludzkich popędów i grzechów, kreuje go na byt nie z tego świata, coś potwornego, do czego jednak ludzie sami dążą, przerywając zasłonę, przekraczając granicę. Wyrafinowanie z jakim Reymont maluje przed czytelnikiem światy duchowy i fizyczny, które przeplatają się nieustannie, bije na głowę poziomem literackim tak dziecko Stokera, jak i Polidoriego, przez co dla samych doznań estetycznych warto po tę czarną perłę sięgnąć. Co ciekawe, można ją bez problemu kupić za grosze chociażby w serii Klasyka Mniej Znana wydawnictwa Unversitas lub pobrać w wolnym dostępie np. w Chmurze Czytania.

Wywiad z wampirem Ann Rice

Nazwisko Lestata de Lioncourta znane jest niemal tak dobrze jak Draculi, a to za sprawą mrocznej, miejscami idyllicznej powieści Ann Rice, która sięga do najdawniejszych mitów oraz dywagacji na temat śmierci, a także powrotu – choć nie zupełnego – do świata żywych. 

W Wywiadzie z wampirem przejść można się w butach nieśmiertelnego, doświadczyć tego, co zaznał dzięki wiecznej młodości i związanych z nią uciech oraz smutków. Uzależnieni od krwi tracą tu swe człowieczeństwo, niegdyś tak nierozerwalnie związane z ich egzystencją, Mamy tu motywy niedostosowania do zmieniających się realiów, akceptacji swej roli i niemożności pogodzenia się z utratą statusu ludzi. Bohaterowie swój dar czy raczej przekleństwo otrzymują u Rice wbrew woli, a – choć piękni i pociągający – kryją odrażające tajemnice. 

W Wywiadzie z wampirem, otwierającym popularny cykl Kroniki wampirów, pokazane są wzloty i upadki Lestata de Lincourta oraz Louisa de Pointe du Laca. Wampiry są tu nie tyle bestiami z krwi kości, co bytami niepewnymi swego miejsca i losu, który je czeka po ponownej śmierci. Ewolucja literackiego archetypu sprawiła, że ich kręgosłup moralny nadal istnieje i tylko ich własne czyny mogą go wykrzywić lub nawet całkowicie złamać. Wywiad z wampirem jest swoistą spowiedzią nieumarłej istoty – znudzonej, poszukującej doznań, które po tyluset latach zdolne będą zaspokoić pragnienie czegoś więcej niż krwi.

Zmierzch  Stephenie Meyer

Z niejakim bólem i żalem, ale o dziele jakby nie było rewolucyjnym w czysto negatywnym znaczeniu wspomnieć trzeba. To właśnie Zmierzch Meyer zapoczątkował trwającą wciąż modę na wampira wykastrowanego, infantylnego i z jakiegoś powodu po wiekach spędzonych na Ziemi – dalej uczęszczającego do liceum. Związek między człowiekiem i nieumarłym zostaje tu wyidealizowany, a także odarty z jakiejkolwiek głębi. Poza wyciągnięciem na topki sprzedaży nurtu literatury young adult tzw. paranormal romance, Meyer udało się także stworzyć bestseller, który dalej odbija się literacką czkawką.

Książki w skięgarniach wypchane są kopiami Edwarda i Belli, a także grupy ich włochatych, wilkopodobnych przyjaciół. Mityczny potwór, odsądzony od czci i wiary upiór zostaje w Zmierzchu przekształcony w przystojniaka z sześciopakiem, który co prawda krew pije, ale ludzi nie krzywdzi, a w dodatku słońce i krzyże mu niestraszne, bo od ultrafioletu jedynie się świeci. W dodatku nie jest już samotnym drapieżnikiem, a ma pokaźną rodzinkę i zamiast snuć intrygi – bałamuci nastolatki albo teleportuje się tam, gdzie akurat narrator go potrzebuje, by swymi pięknymi oczami i wampirzymi mocami mógł ratować szkolną miłość. 

Okazało się, że Edwarda i jego nieumarłą rodzinę można jedynie albo kochać, albo nienawidzić, a u tych drugich czytelników niesmak wciąż pozostał i od czasu wydania Zmierzchu w 2005 roku krwiopijcy dalej nie mogą się zrehabilitować. Ale tę pozycję znać warto właśnie ze względu na to, że zerwała ze znanym dotąd wizerunkiem wampira, który nie straszy już, a śni się nastolatkom wciąż na nowo w kolejnych wcieleniach harlequinowych kochanków.

Krwiopijcy Christopher Moore

Czasem warto spuścić z tonu. Nawet kiedy jest się kilkusetletnim wampirem, który niekoniecznie musi chcieć kontynuować dziedzictwo gotyckiej literatury grozy. Tu pojawia się nietuzinkowa para bohaterów pierwszej części trylogii Love Story, mianowicie Jody i Tommy, których Moore wrzucił na samo dno studni absurdu, wyuzdanego seksu, wartkiej akcji i rozochoconego, nawalonego San Francisco, w którym grasują wampiry. 

Najlepiej ton tej czarnej komedii oddaje tytuł oryginału, który brzmi Bloodsucking Fiends: A Love Story. Nic tu jednak po fanach licealnych romansideł, ponieważ wampiry są u Moore’a dekadenckie, dzikie i wulgarne, a sam autor nieprzyzwoitości wręcz nadużywa, nie bojąc się sypiać jak z rękawa komizmem sytuacyjnym, słownym i – jak to określam – ekskrementalnym. Na próżno szukać u Moore’a klasycznego klimatu grozy. Starczy powiedzieć, że Jody staje się wampirem z przypadku, po jednej z upojnych nocy, a jej przyszłe losy mało będą miały wspólnego ze snuciem się po gotyckich zamczyskach. No i w świecie Krwiopijców o dziewice do zbałamucenia trudno, bo współczesne młode piękności prędzej same wlezą ci do łóżka. Za to Jody i jej opiekunowi, Tommiemu, przygruchanemu sobie do załatwiania dziennych obowiązków wampirki, przydarza się tyle tzw. gore i makabry, że od ich nadmiaru i przerysowania można pękać ze śmiechu albo wymiotować.

U Moora nie ma takich flaków, z których nie opłacałoby się pożartować i takich wampirów, które swoją przyziemnością aż kolą w oczy. Jednocześnie dzieli on społeczność krwiopijców na pochłoniętych sobą i tych, którzy pragną całkowitej dominacji. W tym świecie o nieśmiertelnego wroga nie trudno, podobnie jak o czarny, niedojrzały humor.

Wampir z M3 Andrzeja Pilipiuka

Bezklasowy i do bólu prozaiczny PRL w połączeniu z wampirami? To nie mogło się udać, a jednak powstało i to w niezgorszym, pełnym humoru rodem z komunistycznego baraku tomie opowiadań Pilipiuka. Choć synteza, której dokonał autor, by taki zbiór mógł w ogóle powstać, przywodzi na myśl czystą farsę, w Wampirze z M3 kryje się satyra na popkulturowo-postzmierzchowy obraz wampira oraz komunistyczną rzeczywistość. Wampir jest tu i metaforyczny, i fizyczny, ponieważ Pilipiuk konfrontuje oczekiwania czytelnika ze swoją wizją, która jest pełną ironizowania oraz prześmiewczą odpowiedzią na wampiryczny boom ostatnich lat. 

Opowiadania łączy postać młodej wampirzycy Gosi i gromadki jej nieumarłych towarzyszy. Bohaterka z powodu zawodu miłosnego decyduje się na najbardziej radykalny rodzaj buntu – samobójstwo. Na jej nieszczęście przykładna polska rodzina nie cieszy się z powrotu córki zza grobu. Wtedy na drodze świeżej nieumarłej pojawia się mentor imieniem Marek, który wprowadzi niedoświadczoną koleżankę w tajniki (nie)życia. 

Wampiry Pilipiuka to nie te złowieszcze stwory, nie hrabiowie w wyniosłych zamkach, co latają po nocach jako nietoperze; to wampiry, które zapomniały, jak być wampirami, tracąc jednocześnie magiczne moce. Nie co dzień można poznać przygody wampira w PRL-u i to, jak zmaga się on z rzeczywistością, która już dla ludzi była wyjątkowo nieprzyjazna, a co dopiero dla trupów zasadzających się na krew nieświadomych niczego obywateli Polski Ludowej.

Hotel Transylvania Chelsea Quinn Yarbro 

Nie ma lepszego miejsca dla wampira niż XVIII-wieczny, owładnięty libertynizmem, rozpasany Paryż oraz jego pałace i salony pełne znudzonej arystokracji. To w tym światku obraca się wzorowany na postaci historycznej, która faktycznie przechadzała się po nich w tamtym okresie i która za współczesnych mu? uznawana była za faktycznego, realnego wampira, hrabia Saint-Germain. Hotel Transylwania wydany w 1978 roku opowiada o czasach Ludwika XV, kiedy rozwój lóż i kółek okultystycznych oraz idee klasycyzmu, propagujące walkę z szaleństwem i zabobonami, przeplatały się wzajemnie, tak jak fikcja przeplata się u Yarbro z grozą oraz wątkami wampirycznymi rodem z historii o Draculi. 

W tej opowieści o krwiopijcach występuje klarowny podział na siły złe i dobre., Choć w przypadku wampirów ciężko mówić o mocy czysto pozytywnej. Owe antagonizmy ścierają się ze sobą pod postacią głównego bohatera – dobrze wychowanego, szarmanckiego Saint-Germaina oraz jego zaprzysięgłego wroga Saint Sebastiena. Wampiry są tu przedstawione jako potężne, przedwieczne i nieśmiertelne, mające swój udział w polityce oraz intrygach, posługujące się alchemią, podczas gdy człowiek w swej słabości skazany jest na niepewne trwanie między nimi. Yarbro niejako powiela wątki zaproponowane przez Stokera, kreuje jednak Saint-Germaina nie jako antybohatera, a jako postać pozytywną, depcząc utrwalony w literaturze mit wampira jako czarnego charakteru.

Miasteczko Salem Stephen King

Jak na króla horrorów przystało, King serwuje czytelnikom powieść grozy z prawdziwego zdarzenia. Miasteczko Salem (wydane w 1975 roku) zawiera bowiem wszystkie składniki małomiasteczkowej legendy o upiorach straszących niegrzeczne dzieci, o nawiedzonym domie na wzgórzu i tajemnicach, które owe kameralne społeczności kryją, a które ożywają, by dać we znaki Benowi Mearsowi – głównemu bohaterowie książki. Kiedy powraca on do rodzinnego Salem, mając na koncie traumę z dzieciństwa związaną z nawiedzonym domostwem, okazuje się, że wampiry to nie taka znowu fikcja. Do tego tocząca się sprawa zanikających mieszkańców związana jest z pojawieniem się tajemniczego nabywcy posiadłości Kurta Barlowa. To wampir, który do przyjemnych i pociągających krwiopijców nie należy, za to nie działa na niego dialog czy pokusa romansu z piękną damą albo zagubioną nastolatką. Jedynie staromodne metody, takie jak kołek w serce, są w stanie powstrzymać jego żądzę mordu. 

Wampiry Kinga są przerażającymi stworzeniami, budzącymi pierwotny strach. Traktują one ludzi jak źródło pożywienia, brak im wyniosłości czy nawet głębi psychologicznej. Pragnienie krwi u Kinga związane jest z drzemiącym w nieumarłych złem. Motyw wampira i łowcy, którego bronią są woda święcona, krucyfiksy i światło słoneczne, powraca tu w swoim najlepszym, budzącym strach wydaniu. Pisarz zawarł także w Miasteczku Salem wątpliwości i zepsucie towarzyszące społeczeństwu, szczególnie tak zamkniętemu jak te, do którego sprowadza się Kurt Barlow, jako tło dla opowieści grozy wykorzystując trawiącą Salem okrutną chorobę.

Wpuść mnie John Ajvida Lindqvist

Dzięki Lindqvistowi mit wampira został rozwinięty, rozciągnął się i zmienił, za cel mając nie straszenie czy rozbudzanie wyobraźni erotycznej, ale pokazanie się jako produktu grzesznej natury człowieka. Wpuść mnie jest powieścią, w której to nie wampir jest potworem, lecz człowiek, a sama przemiana to nie efekt klątwy czy magii, tylko swoista metafora tego, jakie konsekwencje  mają złe, odrażające czyny. Krwiopijcą nie jest tu gentleman w cylindrze, kobieta świadoma swych wdzięków czy monstrum o paszczy wypakowanej kłami. Jest nim mała dziewczynka imieniem Eli, rówieśniczka Oskara, głównego bohatera – otyłego nielubianego chłopca mieszkającego na przedmieściach Sztokholmu. 

Powieści Lindqvista bliżej do psychologicznego thrillera niż horroru. Stanowi orzeźwiający powiew, zwiastujący porzucenie spopularyzowanych pięknych i głupiutkich wampirów na rzecz tego, co te istoty moją uosabiać. Eli jest bowiem na poły odrażająca, na poły straszna. Jej wynaturzenie, makabryczne zbrodnie, a także przyjaźń z Oskarem, która z czasem przeradza się z głębokiej fascynacji w niemal emocjonalne uzależnienie, sprawiają, że wydarzenia opisane na kartach Wpuść mnie wywołują dreszcz dojmującego niepokoju. Wampiryzm, czerpanie z energii innych i demoralizacja, utracenie uczłowieczenia są barthesowskim mitem. Z kolei wampir jest personifikacji chodzącego trupem w rozumieniu osoby skrzywdzonej duchowo. Przemiana w nieumarłego związana został z przemianami dokonującymi się w człowieku dotkniętym tragedią, chorobą, doznającym okrucieństwa. Jednocześnie Lindvist czerpie w swojej twórczości garściami z przesądów. Jego krwiopijcy muszą zostać zaproszeni, by móc wejść do czyjegoś domu, wychodzą tylko po zmroku, a ugryzienie wystarczy, by nieszczęsna ofiara sama stała się wampirem. 

Słodki srebrny blues Glen Cook

Cyniczny, zmarnowany życiem i obrywający po łbie detektyw nazwiskiem Garret ma wyjątkowego pecha, bo wpada mu w ręce sprawa, w czasie rozwiązywania której przyjdzie mu zmierzyć się z całym, bogatym w niesamowite stwory uniwersum stworzonym przez Cooka. Słodki srebrny blues ma dla czytelnika wiele niespodzianek, od krwiożerczych jednorożców począwszy, a na wampiryzmie jako uleczalnej chorobie skończywszy. Choć nie do końca, bo krwiopijcy Cooka mają swoje stadia rozwoju, w dodatku (podobnie jak nietoperze) kłębią się w gniazdach na odludziu, gdzie pośród ciemności żerują bądź śpią, oczekując nadejścia zmierzchu. 

Tytuł jest o tyle ciekawy, że niewiele ma wspólnego z horrorem, a jest pełną gębą powieścią detektywistyczną, w której wampiryzm i zaginiona przyjaciółka oraz otaczająca ją aura tajemnicy zaprowadzą Garreta wprost do leża wampirów. Okazuje się bowiem, że w życiu lubującego się w piwie i kobietach detektywa sprawa uregulowania formalności związanych ze spadkiem nie może kończyć się banalnie. W dodatku lubujące się w krwi istoty są u Cooka nie samotnymi myśliwymi, lecz stadem szarańczy, przerażających potworów. Autor, jak przystało, bawi się w Słodkim srebrnym bluesie konwencją, przetwarza mit wampira czyniąc go interesującym i oryginalnym, jedynym w swoim rodzaju.


Legendarny mit o wampirze, wydawałoby się tak wyekspolatowany, wciąż znajduje nowe drogi rozwoju oraz realizacji. Nie brak jego entuzjastów oraz twórców gotowych zagłębić się w temacie, który można by modyfikować w dowolny sposób. Wyrosłe jako personifikacja lęków związanych z pragnieniem nieśmiertelności, konsekwencją zabawy w Boga i przemożną tęsknotą za tragicznie zmarłymi są wciąż obecne w kulturze, zwłaszcza popularnej. Uniwersalne w swej wymowie, istniejące pod różnymi postaciami najpewniej nigdy nie przestaną fascynować.



blog comments powered by Disqus