Jak złapać wielką rybę - spotkanie z Davidem Lynchem
Po krótkim powitaniu podekscytowani fani Lyncha zaczęli prześcigać się w zadawaniu pytań. Dotyczyły one głównie jego twórczości filmowej, upodobań filmowych, ulubionych aktorów. Niewielu z pytających natomiast nawiązywało do medytacji transcendentalnej, o której główny bohater spotkania zamierzał mówić najwięcej. Okazało się, że większość przybyłych nie jest zainteresowana rozmową na temat książki W pogoni za wielką rybą, w której Amerykanin opisał swoje rozważania na temat medytacji transcendentalnej właśnie.
Lynch jednak nie poddał się bez walki, przyjechał przecież z misją szerzenia wiedzy na temat medytacji i zachęcania innych do jej praktykowania. Idea jest piękna, ale słynny reżyser powinien raczej wynająć kogoś do jej propagowania, bo jemu nie szło to najlepiej. Na pytania odpowiadał nieskładnie, powtarzał się, nie dochodził do żadnej konkluzji. Wciąż nawiązywał do swojej pierwszej żony, która była przy nim gdy zaczął medytować. Podobno była ona zadziwiona pozytywnymi zmianami jakie zaszły w Davidzie już po dwóch tygodniach praktyki. Lynch utrzymuje, że medytację można porównać do jazdy windą, w której ktoś odciął kabel podtrzymujący kabinę. Wsiadasz i lecisz, a to, co tam spotykasz to szczęście, spokój i harmonia. Wystarczy po prostu wejść do tej windy, czyli usiąść w ciszy i spokoju, a potem wszystko będzie się działo samo. Niestety, mimo iż Lynch długo wyjaśniał, w dalszym ciągu nie za bardzo wiadomo czym jest to tajemnicze samodzianie się.
Lynch zachęcał wszystkich do przynajmniej dziesięciominutowej medytacji dziennie. Przekonywał, że dzięki temu zmieni się życie każdego człowieka, który tego spróbuje, tak jak zmieniło się jego. Stał się spokojny, wyciszony, pełen współczucia i zrozumienia dla innych istot ludzkich. Niestety, nie potwierdził tego swoim zachowaniem: gdy padło pytanie od jednej z uczestniczek, czy wierzy on w medytację, reżyser oburzył się straszliwie i wykrzyknął, że nie ma w co wierzyć, to się po prostu robi.
W moim odczuciu Lynchowi wydawało się, że przemawia do ciemnego ludu, biedaków, którzy tkwią w ignorancji, którym trzeba objaśnić podstawowe pojęcia. Najbardziej niepokojące było dla mnie to, że Lynch przemawiał z pozycji guru, człowieka, który wie. Mowił w taki sposób, jakby chciał do czegoś przekonać, jednak w efekcie odnosiłam wrażenie, że próbuje przekonać sam siebie. Po kilkunastu minutach słuchanie go stało się męczące. Nie była w tym osamotniona - ludzie zaczęli wychodzić, jeden po drugim, dyskretnie rozczarowani.
Książkowy Lynch jest dla mnie jak Paulo Coelho – wiem, że ma dobry pomysł, wiem, że wielu ludziom on się spodoba, trafi do nich, być może zmieni ich życie, jednak forma jest przeraźliwie uboga. I podobnie jak w przypadku Coelho mam odczucie, że pisarz/autor/twórca traktuje mnie jak półgłówka, któremu trzeba czarno na białym wytłumaczyć pewne znaczenia.
Davidowi Lynchowi zabrakło wiary w to, co mówi, a tym samym zabrakło mu wiary w to, że inni go zrozumieją. Jakkolwiek pomysł popularyzowania medytacji uważam za pożyteczny, tak nie jestem przekonana, czy sam Lynch jest odpowiednią do tego osobą. Być może dla reżysera jest to coś w rodzaju działalności charytatywnej, tylko że on nie wysyła ryżu do Afryki jak Angelina Jolie – zamiast tego zajmuje się uświadamianiem ludzkości z poczuciem, że robi coś pożytecznego.
20 października 2007 r., Trinity College, Dublin, Irlandia
--- Reklama ---
Sklep
Forum