"Akwarium"

Autor: Ad'Ghe'Rheia

Karolina 

Złote rybki pływały w tę i z powrotem po wielkim akwarium, wtopionym w ścianę oddzielającą biuro szefa od sali, w której w przegródkach pracowali jego podwładni. Szczerze mówiąc, Karolina nie miała pojęcia, czy to są złote rybki, czy może jakieś inne; nie znała się na tym, ale widok bezcelowości ich ruszania gębkami i wachlowania ich skrzeli uspokajał ją. Śledziła ich ruchy oczyma, nie przywiązując uwagi do stęknięć szefa, czytającego najnowszą wersję jej projektu. Miała nadzieję, że tym razem ostateczną.

Oderwała wzrok od szczęśliwie beztroskich rybek, spojrzała na szefa, który w zamyśleniu pokiwał głową nad ostatnim fragmentem projektu. Podpisał go i zadowoleniem wręczył Karolinie, chwaląc jej pracę. Dziewczyna skinęła głową, uścisnęła wyciągniętą dłoń i bez słowa opuściła pokój, zadowolona. Grube, pancerne niemal drzwi zamknęły się za nią z łoskotem. Uśmiechnęła się szeroko, unosząc nad głowę podpisany przez szefa projekt, a współpracownicy obdarzyli ją oklaskami.

Deszcz stukał o wielkie, weneckie okna. Niebo pokrywały chmury, niemal stojące w miejscu przy dziwnie bezwietrznej pogodzie, choć liście żółkły już na drzewach. Dziś Karolinę wszystko cieszyło, nawet drażniące stukanie dżdżu. Usiadła przed komputerem w swojej przegródce. Już? Dopiero, co stamtąd wyszłam, pomyślała, widząc migające w rogu monitora wezwanie do gabinetu szefa. Wstała, poprawiła spodnie i zamarła. Wszyscy wokół wstawali, kierując się do pokoju przełożonego. Zawołał wszystkich? Nie, to niemożliwe, myślała dziewczyna, wyszedłby do nas gdyby miał coś powiedzieć tym kilkudziesięciu osobom. Pomruk zdziwienia stawał się coraz głośniejszy, wysoka brunetka w krótkiej spódnicy, pracująca od niedawna, której Karolina nie zdążyła jeszcze poznać, nie bez wysiłku otworzyła drzwi, w które wszyscy wbijali oczy. Wydała z siebie krótki okrzyk i zwaliła się z łoskotem na podłogę. Ktoś krzyknął. Ktoś pobiegł zadzwonić po karetkę. Karolina podeszła do otwartych drzwi i zajrzała do środka, po czym zemdlała.

Porucznik

- Jakieś ślady włamania, coś rozbitego, obce odciski palców?

- Nic, panie poruczniku. Tylko ciało, no i te... - Norbert wskazał bezładnym ruchem ręki podłogę -...kawałki.

Porucznik, ubrany w szary garnitur mężczyzna około czterdziestki, pokręcił z niedowierzaniem głową. Dookoła kręcili się pracowici jak mrówki medycy, zbierając odłamki czaszki, różowe fragmenty mózgu i krwawe ochłapy skóry szefa z całego pokoju. W pokoju obok, w fotelach, siedziały dwie przywrócone rzeczywistości kobiety. Jedna z nich była narzeczoną Norberta, ta rudowłosa niemowa. Druga była jakaś nowa. Trzeba będzie przesłuchać obie, pomyślał porucznik. Rybki poruszały swoimi gębkami w akwarium, patrząc na niego okrągłymi, pozbawionymi wyrazu oczami.

Spisywał raport. Śladów włamania brak. Nikt nic nie słyszał, nie zauważył. Dopiero jak otworzyli drzwi. Ale ktoś musiał być w tym biurze, ktoś wysłał wiadomość do pracowników. A może szef wysłał tuż przed tym, jak coś go zaatakowało? Czaszka rozbita w drzazgi. Na ciele ślady, otarcia, zaczerwienienia skórne, jakby coś go trzymało. Brak żadnych śladów duszenia, ran. Okno na czwartym piętrze, piętra wysokie, wyskoczyć się nie da, wspiąć po biurowcu też raczej nie... okno uchyla się na dziesięć centymetrów, więc żaden człowiek się nie wśliźnie. Nic nie potłuczone. Jezu, co tu się stało?

Czy ten szef miał jakichś wrogów, o których nikt nie wiedział?

- Panie poruczniku? - przez drzwi zajrzał jakiś policjant. - Panie poruczniku, trzeba przesłuchać pracowników.

Tak, przesłuchać pracowników, którzy nic nie widzieli, nic nie słyszeli, i w ogóle nie mają pojęcia o niczym. No i te dwie dziewczyny, jedna niemowa, druga chyba straciła rozum, siedzą nad nią psychologowie.

Porucznik wyszedł z pokoju, stanął za tłumem lekarzy i terapeutów. Drzwi za nim zamknęły się, w środku praktykant ze szpitala opisywał ostanie zebrane szczątki pechowego szefa. Rudowłosa dziewczyna miała podkrążone oczy, była blada, usta miała sine, włosy roztrzepane. Odwrócona bokiem do nacierającego i dręczącego pytaniami sztabu medyków wpatrywała się szklanymi oczami w szare szyby okna, na których rozpryskiwały się tysiące kropel deszczu. Tylko burzy z piorunami brakuje, pomyślał porucznik. Żadna błyskawica nie przecięła nieba. Norbert trzymał dziewczynę za rękę, nie mówił nic.

- Jak masz na imię? - spytał cicho porucznik, gdy zbliżył się do fotela. Norbert odpowiedział za nią.

- Dobrze więc, Karolino, posłuchaj. Nie będę zadręczał cię pytaniami, nie chcę tego, ale nie powiem, że informacje, których mogłabyś nam udzielić, byłyby bardzo przydatne. Dlatego jak będziesz chciała coś opowiedzieć, nie wahaj się. Twoja relacja będzie bardzo cenna, ale nie chcemy cię do niczego zmuszać.

Dziewczyna skinęła głową, popatrzyła na niego zza okularów zielonymi oczami. Były mądre, świadome otaczającego świata, a ich pozorna szklistość okazała się wynikiem wstrzymywanego potoku łez. Porucznik odciągnął Norberta na bok, poradził mu, aby zabrał Karolinę stąd, i przytulił, żeby dziewczyna mogła spokojnie się wypłakać. Chwilę potem opuścili biuro.

Usłyszał okrzyk przerażenia. Wszyscy spojrzeli w stronę policjanta wskazującego palcem środek pokoju szefa. Co znów, do cholery?, spytał sam siebie porucznik, podbiegając do pokoju. Woda w akwarium falowała niespokojnie. Na podłodze, w pobrudzonym, białym kitlu, z roztrzaskaną głową leżało ciało szpitalnego praktykanta. Jego czaszka i mózg pokryły krwawym deseniem ściany, podłogę i sufit gabinetu. Rybki w akwarium pływały spokojnie w tę i z powrotem, beznamiętni świadkowie okropnych zdarzeń.

Porucznik zarządził natychmiastową ewakuację budynku.

Kobieta w białym kitlu

Karolina obudziła się w środku nocy, zlana potem. Norbert spał, przewrócił się na brzuch i lekko pochrapywał, jak zwykle. Wstała cicho, szukając swojej torebki. Nie znalazła. Musiałam zostawić ją w biurze, pomyślała... a tam był jej projekt, jej karty kredytowe, jej telefon! Ubrała się szybko, nie budząc Norberta wyszła z mieszkania. Nie będę wchodzić do biura szefa, myślała, wejdę tylko do firmy, zabiorę torebkę, i wyjdę. Nic mi się nie może stać.

Przed budynkiem stały wozy policyjne, ogrodzony był żółtą taśmą. Porucznik jednak pozwolił wejść dziewczynie, pewnie myślał, że przyszła złożyć zeznania... czemu nie, stwierdziła Karolina, skoro już tu jestem? Czwarte piętro, wszystko przykryte folią, ogrodzone żółtą taśmą. Dookoła kręcą się faceci w mundurach i w białych kitlach. Jakaś kobieta unosi do góry fiolkę z płynem, z otwartymi ze zdziwienia ustami obserwuje, jak zmieniają się w niej kolory. Do Karoliny podchodzi porucznik, w szarym garniturze, zmęczony.

- Odczytaliśmy taśmę z kamery w biurze szefa. Myślę, że nie chce pani tego widzieć, tego czegoś, co go zabiło. Nie wiemy, co to jest, chyba jakieś zwierzę... Nie wiemy też, jak się dostało do środka, do pokoju. Pani Karolino, wolałbym, aby pani wyszła stąd razem ze mną. Mamy już dwie ofiary.

Dziewczyna przytaknęła ruchem głowy, ale próbowała powiedzieć porucznikowi, że zostawiła w firmie torebkę. Nie zrozumiał, nie znał języka migowego. Starała się wytłumaczyć mu to za pomocą machania rękami, aż w końcu jej się udało. Porucznik nie pozwolił jej jednak wejść do środka. Argumentował, że byłoby to zbyt niebezpieczne. W końcu któryś z policjantów zorientował się, o co chodzi, zaprowadził zdezorientowaną dziewczynę w miejsce, gdzie leżały wyniesione z biura rzeczy osobiste pracowników. Znalazła swoją torebkę, pojechała z porucznikiem na komisariat.

Kobieta w białym kitlu obserwowała Karolinę uważnie. Potrząsała raz po raz kolorową fiolką. Dla niej ten potwór, ta bestia, była fascynująca. Chciała zobaczyć biuro na własne oczy, ale policja nie pozwoliła jej się nawet tam zbliżyć, dostała tylko próbki do analizy. Gdy tylko porucznik z dziewczyną oddalili się, prześliznęła się do środka. Pomieszczenie firmy było duże, podzielone na przegródki dla pracowników. W jednym rogu został wyposażony aneks kuchenny, naprzeciwko niego zagadkowe biuro. Ciszę zakłócały ostrożne, spokojne kroki kobiety, stukanie deszczu o szyby i szum napowietrzacza w zakazanym pokoju. Było ciemno, ale wpadające światło ulicznych latarni pozwalało zorientować się w otoczeniu. Kobieta ostrożnie zbliżyła się do drzwi, ze środka gabinetu dobiegał tylko niejednolity szum bąbelków powietrza, jednostajny warkot silniczka i szept świetlówki. Drzwi skrzypnęły delikatnie, gdy je otworzyła.

W środku gabinet wyglądał strasznie. Wszystko obryzgane było krwią, kobieta starannie zebrała jej próbki. Karminowe i ciemnobrązowe plamy i kropki wypełniały oczy, które zaczęły łzawić. Kobieta spojrzała na akwarium. Rybki, nieznanego jej gatunku, pływały spokojnie w tę i z powrotem. Woda, pomyślała kobieta. Nie dostałam próbki wody. Zakorkowała probówkę i wzięła drugą, zbliżyła się do akwarium, zapukała w szybkę rybce przed pyszczkiem. Rybka uciekła. Kobieta otworzyła szerzej uchyloną pokrywę, aby dostać się do wody, zbliżyła probówkę do jej powierzchni, ale zawahała się. Usłyszała głuche stąpnięcie, i odwróciła się. Pokój był pusty.

Porucznik spojrzał na monitor kamery z gabinetu i zaklął pod nosem. Co ta cholerna pani doktor tam robi? Zwołał szybko policjantów, aby ją stamtąd wyprowadzić, weszli do firmy.

Przebiegli przez duże pomieszczenie, w kilka sekund stanęli przed drzwiami, które otworzyli gwałtownie. Kobieta w białym kitlu krzyknęła, probówka wypadła jej z dłoni, z cichym brzękiem tłukąc się o podłogę, rozprysła na miriady kawałków.

Poczuła, jak coś dotyka jej pleców, lędźwi. W tym momencie w drzwiach pokoju stanęli policjanci, z porucznikiem na czele. Ale kobieta nie zdążyła się tym zdziwić. Szybciej niż to możliwe ciepłe, czerwonawe, amebowate cielsko objęło ją, przebiło brzuch, zabryzgując biały kitel krwią. Niewielkie, zielonkawe szczęki przyssały się do czubka głowy. Kobieta krzyczała, cielsko wysunęło nibynóżkę i zatkało jej usta. Szczęki powoli zaciskały się, coraz więcej macek obejmowało kobietę, pozostawiając na jej ciele czerwonawe otarcia i ślady, jak od ucisku.. Policjanci zaczęli strzelać, jeden przez drugiego, na oślep. Kilku zemdlało. Porucznik celował. Gdy czaszka kobiety pękła, strzelił. Potwór zawył niemal ludzko, upuścił ciało i zaczął się kurczyć, zmieniać kolor, stał się brudnozielony, potem akwamarynowy. Po niecałych dwóch sekundach na zakrwawionej podłodze leżała, poruszając bezsilnie gębką, próbując złapać tlen z powietrza skrzelami, mała rybka. Nad szklistymi, okrągłymi oczkami widniało roztrzaskane mięso.

- Zabrać mi to stąd - powiedział porucznik. - I wyrzucić akwarium - dodał spokojnie.



blog comments powered by Disqus