"Zagłada świata"

Autor: Ad'Ghe'Rheia

Mój świat składał się z parędziesięciu pokoi i dużego, pięknego, dzikiego ogrodu, który przypominał las, otoczonego wysokim, porośniętym winem, bluszczem i pnącymi różami murem. W jednym miejscu ciemna, wielka, żelazna brama nigdy nie otwierała się na to, co było poza nią, przynajmniej mi nie było dane tego doświadczyć.

Tatuś zawsze mnie bardzo kochał, miałam dużo pięknych i drogich zabawek, które nudziły mi się szybciej, niż zdążyłam się nauczyć wymawiać ich skomplikowanych nazw. Czytać i pisać umiem niemal tak długo, jak mówić, tatuś wieczorami, po powrocie z pracy, uczył mnie, uczył, uczył i uczył. Czytałam grube, mądre książki i namiętnie grałam na pianinie i flecie poprzecznym, ostatnio także na gitarze elektrycznej. Mam też mamusię, ale mamusia jest bardzo chora i nie wstaje z łóżeczka, czasem tylko, wyjątkowo, jeździ na specjalnym fotelu na kółkach. Tatuś całymi nocami siedzi u mamusi i z nią cichutko rozmawia. Raz widziałam, jak zasnął na krześle, trzymając w dłoni rękę mamusi, wiotką, wątłą, delikatną, szarą, pokrytą brązowymi plamkami... i tak mi się smutno zrobiło, że pobiegłam do swojego pokoiku i usnęłam, zalana łzami. Nie myśl sobie, że ja tak często płaczę, bo wcale tak nie jest. Jestem już duża i wcale nie płaczę.

W tym moim świecie nigdy nie było dużo ludzi. Byłam ja, tatuś, mamusia i doktor Korsen, który był... inny. Był stary, i starzał się tak szybko... dużo szybciej niż ja, tatuś... tatuś zdawał się tego nie zauważać, bo nawet, kiedy go o to pytałam, nie odpowiadał, jakby nie słyszał. Często mi mówił, że rosnę bardzo szybciutko... Był też mój brat, ale jego prawie nie znałam, ponieważ był dużo ode mnie starszy, no i miał inną mamusię, ale jego mamusia zginęła w jakimś bardzo niedobrym wypadku... brat, tak jak i tatuś, nie zmieniał się przez cały ten czas, kiedy ja rosłam i robiłam się duża.

Mieszkała z nami jeszcze pokojówka, kucharka, i parę innych takich kobiet, ale one pojawiały się i znikały, nigdy nie zagrzał w domu dłużej. No i była moja niańka, żona pana doktora Korsena, ale ona... odeszła, kiedy byłam jeszcze bardzo, bardzo malutka, a potem tatuś już nie chciał innej - miałam swoje książki, swoje instrumenty, swój ogród, swoje drzewa, swój łuk i swoją muzykę...

Ale wczoraj mój świat się skończył, a to tylko z powodu moich trzydziestych urodzin. Tatuś przyszedł do mnie, zapiął mi na ręku skórzaną bransoletę, a ucho przekłuł kolczykiem z czarną perłą. Moje kolorowe sukienki kazał pozamieniać na białe z ciemnoczerwonymi lamówkami. Dopiero chwilę później wytłumaczył , że to znak dorosłości, jak i żałoby zarazem - bo mamusia odeszła. Rozpłakałam się, a łzy nadal zjawiają się w moich oczach - oczach, których niezwykły dla elfów, szarobłękitny, ludzki kolor odziedziczyłam po mamusi. Tatuś mówi, że jak na elfkę niepełnej krwi wyglądam bardzo... ładnie, i że, o ile nie będę się rzucać w oczy, mogę nie zostać rozpoznana... Tatuś nigdy wcześniej nie mówił mi, że mamusia była zwykłym człowiekiem - jak... jak doktor Korsen, jak jego żona... Bo od dzisiaj...

Od dzisiaj żyję już po innej stronie, po zagładzie świata. Okazało się, że za murem istniał świat wieki, hałaśliwy, ciężki - pełen maszyn i okrucieństwa, pełen złości, zemsty i nienawiści. Sztuczny i zakłamany. Mój świat, piękny, delikatny, może smutny, ale prawdziwy - umarł, zniknął jak za podmuchem wiatru. Teraz czekam, aż mój brat znajdzie mi pracę. Byłam w pewnym... jak to się nazywało? Ach, klubie, i zagrałam im swoją muzykę. Bardzo się spodobała - możliwe, że właśnie tam będę pracować. W tym klubie jest miło, choć większość bywalców to bardzo młodzi ludzie - mają po dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat, a w ich środowisku są uważani za dorosłych. Ale my, elfy, nie spotykamy się z ludźmi - to nie jest mile widziane. Dlatego siedziałam po drugiej stronie, tam, gdzie moi bracia i siostry - nie uznają mi winy za to, że jestem mieszańcem, przecież nie mam na to wpływu. Przynajmniej dopóki stoję po odpowiedniej stronie barykady, nie muszę się bać odrzucenia, ten świat akceptuje raz na zawsze, tak jak i raz na zawsze odrzuca.

Ten podział społeczny...

...jest straszny.

Doktorze Korsen, od dziś w moim domu musi pan nosić białe rękawiczki.



blog comments powered by Disqus