"Nigdy nie wracaj po północy"
Klatka schodowa przesiąknięta była ostrym zapachem moczu, niczym sala szpitalna drażniącą wonią amoniaku. Było to ulubione miejsce załatwiania potrzeb fizjologicznych przez miejscowych pijaczków. Wokół panował mrok, ponieważ ostatnia żarówka albo się spaliła, albo został skradziona. Ta druga opcja, była dużo bardziej prawdopodobna.
Daria na wyczucie odnalazła przycisk przywołujący windę, jak niewidomy czytający Braille'a. Nacisnęła go, a ten zapłonął słabym, miodowym światłem; sygnał, że winda zaraz nadjedzie. Tylko, że to zaraz trwało niezwykle długo. Bała się. Nocne powroty do domu po nieoświetlonej klatce zawsze wywoływały u niej dreszczyk emocji. Nie było to przyjemne uczucie. Ciemności przywoływały najgorsze wizje z nocnych koszmarów. Wyobrażała sobie, że czają się na nią ukryci w mroku pijacy albo potwory spragnione słodkiej krwi pięknych dziewcząt.
Rok temu w tej właśnie klatce została zgwałcona dziewczyna. Na wspomnienie o tym Darię przeszedł zimny dreszcz, jakby ktoś otworzył drzwi, wpuszczając mroźne powietrze z zewnątrz. Przestępowała z nogi na nogę czekając w zniecierpliwieniu na windę, jak osoba cierpiąca na problemy z pęcherzem. Adrenalina w całości nią zawładnęła, rozlewając się władczo po ciele; wokół panował nieprzyjemny chłód, którego nie czuła. Rozejrzała się nerwowo, szukając jakiegoś ruchu, który spowoduje, że zacznie krzyczeć. Ale żaden pijak będący pod wpływem delirium tremens, nie czaił się dziś, aby przestraszyć ją na śmierć. Tak bardzo chciała być już w swoim mieszkaniu. Znajdowało się na czwartym piętrze, trzecie na lewo od windy.
Czekanie przedłużało się, jakby sekundy przeszły jakąś zadziwiającą metamorfozę, przechodząc w minuty, a minuty w godziny. Zastanawiał się, czy nie skorzystać ze schodów; w końcu to tylko cztery piętra. Czy zawsze muszę jeździć windą - pomyślała. - Może raz przejdę się schodami. Szybko odrzuciła tę myśl, gdyż światła na klatce schodowej także nie było. Pomyślała, że za nim dotrze na górę umrze ze strachu. Ale to chyba lepsze niż śmierć na klatce z ręki jakiegoś lumpa. Nie, żadna śmierć nie jest dobra, nie ważne, w jaki sposób się umiera.
Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta, jak przed burzą, kiedy w powietrzu daje się usłyszeć syk trzaskających iskier i zwiększoną dawkę ozonu. Powietrze było ciężkie i gęste jak zmarznięty silnikowy olej. Miała wrażenie, że zaraz coś się stanie. Czekała tylko, kiedy.
Wreszcie nadjechała winda. Opuszczała się powoli, wyhamowując swoją prędkość. Kamień spadł jej z serca, gdy zauważyła słabe światło, bijące z jej wnętrza - ta odrobina jasności podniosła ją na duchu. Cieszyła się na myśl o tym, że chociaż tam będzie widziała, co ją otacza, gdyż ciemności powoli doprowadzały ją na skraj szaleństwa. Koszmarne myśli, które wywoływały z najgłębszych otchłani umysłu, podminowywały jej i tak już dostatecznie zszargane nerwy. Nie chciała zostać odnaleziona z martwym spojrzeniem utkwionym w jednym punkcie, ssącą własnego kciuka, jako kolejny pensjonariusz zakładu dla obłąkanych.
Jeszcze nigdy nie wsiadła tak szybko do windy. Jeszcze nigdy nie wsiadła tak szybko do czegokolwiek. To osiągnięcie zasługiwało na wpis do "Księgi Rekordów Guinessa". Drzwi zamknęły się za nią z głośnym, metalicznym stuknięciem. Instynktownie wdusiła czwarty guzik od dołu. Usłyszał odgłos naprężających się lin, a potem pracę elektrycznego silnika, który brzmiał jak ciche bzyczenie przelatującego przy uchu komara.
Winda minęła pierwsze piętro.
Drugie.
Spojrzała w okienko umieszczone na drzwiach windy. W małym prostokąciku szyby ujrzała twarz mężczyzny, która była kredowobiała, jak u wyciągniętego z wody topielca. Swoim wyglądem bardziej przypominała maskę lub makijaż cyrkowego klowna niż ludzką skórę. Pisnęła i odskoczyła jak oparzona pod ścianę. Uderzyła się boleśnie w plecy, tłukąc sobie kręgosłup. Ze strachu nie czuła bólu, którego napływająca fala została zduszona w zarodku. Oddychała głęboko, pragnąc się uspokoić. Prawdopodobnie było to przywidzenie - tłumaczyła sobie, ale jakoś sama nie mogła w to uwierzyć. Zawsze była słabym kłamcą - kto o drugiej w nocy czeka na windę. I wówczas pomyślała o sobie.
- Ależ ja jestem głupia. Boje się własnego cienia. Pewnie ktoś w wieżowcu urządził party. Teraz jakiś imprezowicz wraca do domu. Biedak musiał rzygać, był blady jak ściana. - Pomyślała, że dobrze jest usłyszeć swój własny głos. To nic, że lekko drżał ze strachu.
Położyła rękę na łomoczącym ze strachu sercu. Tylko sen mógł ukoić jej nadszarpnięte nerwy.
Trzecie piętro.
Wreszcie, jeszcze tylko kilka sekund i będę w domu - pomyślała. Najgorszy będzie bieg po ciemnym korytarzu do mieszkania. Modliła się, aby rodzice zostawili drzwi otwarte. Na wszelki wypadek wyjęła z kieszeni pęk kluczy i odnalazła właściwy. Mocno zaciskała go w prawej dłoni, jakby bała się go zgubić.
Jeszcze tylko chwila i będzie na miejscu.
Ale co to!? Winda nawet nie zwolniła, minęła czwarte piętro, a potem jechała najspokojniej w świecie dalej.
- O, Boże - usłyszała jak łamie się jej głos.
Z początku pomyślała, że wcisnęła nie właściwy guzik, lecz gdy spojrzała na pulpit przeraziła się. To, co zobaczyło zatkało jej usta, dlatego niemy krzyk zastygł jej w gardle. Oddychała szybko, piskliwie z trudem łapiąc powietrze. Ktoś zamienił przyciski, rozrzucając je chaotycznie. Pierwsze piętro było w miejscu ostatniego, ostatnie na trzecim, trzecie na szóstym i tak dalej. Ale kto i po co, zadał sobie tyle trudu, aby zrobić coś takiego? Dzisiaj, gdy wychodziła jeszcze tego nie było. TO musiało pojawić się już po jej wyjściu. Tylko, że pulpit z przyciskami nie wyglądał na świeżo wymieniony, wręcz przeciwnie wyglądał, jakby tkwił tu od bardzo dawna. Szczerze mówiąc, od zawsze. Musiał zostać wstawiony jeszcze w fabryce, gdyż nie było przy nim śladów żadnego majsterkowania. Pomyślała, że dzieje się tu coś dziwnego, co sprawia, że człowiekowi ciarki przebiegają po plecach.
- Może pomyliłam klatki? - pomyślała, pragnąc się pocieszyć. To było najlogiczniejsze wyjaśnienie.
Rozejrzała się nerwowo po windzie, jak człowiek, który znalazł się nagle w nieznanym miejscu i czasie. Dostrzegła te same znaki i hasła, które ozdabiały ją od lat. Znała je na pamięć: "K. M kocha Weronikę", "Śpiewać każdy może, ale nie każdy może tego słuchać", "Raz się żyje, a potem już tylko straszy" i wiele innych "głębokich" sentencji. Nie było mowy o pomyłce. To pewnie tylko głupi żart, jednego z tych telewizyjnych programów, w którym robi się z ludzi idiotów w ukrytej kamerze. Pewnie zaraz wyskoczą z mikrofonami, słuchawkami, kamerą i wykrzyknął: "Niespodzianka!!! Uśmiechnij się jesteś w telewizji. Pomachaj znajomym i powiedz, kogo chciałabyś pozdrowić."
Ale nikt się nie pojawiał. Nie było uśmiechniętych ludzi z telewizji. Nie było nikogo. Bo niby, kto ma ochotę śmiać się o drugiej w nocy.
Wyjęła z kieszeni telefon komórkowy. Zadecydowała, że zadzwoni do domu, obudzi ojca i poprosi go, aby po nią wyszedł. Nawet, jeśli miałby później narzekać, wolała posłuchać jego kazania na temat nocnych powrotów do domu, niż teraz umierać ze strachu. Czuła się jak smarkula. Nic z tego, komórka nie miała zasięgu. Telefon w tej sytuacji okazał się całkowicie bezużyteczny.
- Głupi śmieć! Płacę za niego tyle pieniędzy, a kiedy jest najbardziej potrzebny to nie działa. Pięknie, po prostu super! - krzyknęła, wpadając w złość, co na moment złagodziło jej strach.
Jechał na dziewiąte piętro - to jego guzik znajdował się w miejscu czwartego piętra, gdzie mieszkała. Właśnie mijała szóste. Chciała nacisnąć przycisk z siódemką, ale nagle minęła to piętro. Nie mogła uwierzyć jak to się mogło stać. Miał przecież jeszcze tyle czasu. Nie potrafiła w żaden racjonalny sposób wyjaśnić tego, co się stało.
Odnalazła ósemkę. Wdusiła guzik, ale pozostał martwy, całkowicie nieczuły na jej żądanie. Naciskała go z całych sił ale on nawet nie drgnął. Wydawało się jej, że żyje i śmieje się z niej specjalnie utrudniając życie, zupełnie jakby był ukryty z nim mały, złośliwy skrzat. Minęła ósme piętro. Ogarniała ją coraz większa panika, która falą wzburzonego oceanu, zalewała plażę zdrowego rozsądku. Nieunikniony cel - dziewiąte piętro - zbliżał się nieubłaganie. Czuła się jakby przyciągała ją tam jakaś tajemnicza sił, jakiś mroczny magnetyzm, który pragnie się z nią połączyć. Pragnienie to było jednak czysto platoniczne.
Nagle, windą zatrzęsło. Zaparła się dłońmi o ściany i ugięła nogi, pragnąc utrzymać równowagę. Winda stanęła. Nieruchoma, zawieszona dziesiątki metrów nad ziemią, pomiędzy dwoma piętrami. Poczuła się wówczas jak obiad w żołądku olbrzymiej bestii, która dostała czkawki. Zapadła ponura cisza. Wyraźnie słyszała przyspieszone bicie własnego serca. A właściwie, to nie było bicie, ale szaleńcza próba wyrwania się mięśnia z otoczki krępującego go ciała. Pomyślała, że dłużej tego nie wytrzyma. Łzy zabłysły w wielkich ze strachu oczach. Po chwili pierwsze spłynęły po bladych policzkach, aby na końcu swej drogi spaść na szare, brudne linoleum.
I wtedy windą szarpnęło. Maszyneria ożyła i pociągnęła metalowe pudło w górę. Tej nocy nie zapomni do końca życia; wspomnienia potężnym dłutem pamięci, wykuwały się w jej umyśle, jak w miękkim piaskowcu. Obiecała sobie, że jeśli dotrze szczęśliwie do mieszkania, już nigdy nie wróci tak późno.
Dziewiąte piętro.
Lewa powieka drgała w nerwowym tiku. Światło przygasło, jakby owiał ją mroczny cień, by po chwili zapłonąć na nowo pełną mocą. Gdyby jej serce było odrobinę słabsze pękłoby, jak mydlana bańka.
Drżącymi dłońmi uchyliła ciężkie drzwi windy. Wychyliła się ostrożnie, a potem rozejrzała się po ciemnym korytarzu. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do mroku, stwierdziła, że jest pusty. Wszyła z windy, której drzwi zamknęły się z metalicznym hukiem, przypominającym wytarzał z ciężkiego karabinu. Został on spotęgowany do niebywałych rozmiarów przez ciasne ściany korytarza. Z ust Darii wyrwał się krzyk. Pragnęła, aby obudził on któregoś z sąsiadów. Pomyślała, że poprosiłaby go wtedy, aby odprowadził ją do domu. Pewnie uznałby ją za wariatkę, ale nie zależało jej na tym, chciała tylko spokojnie wrócić do mieszkania i skończyć ten koszmar.
Ale nikt nie usłyszał jej krzyku, a nawet, jeśli to wyrwany ze snu, zignorował go. A może nie chciał słyszeć. Za oknem zerwał się wystraszony hałasem, śpiący gołąb. Zamarła z przerażenia i zaszlochała.
- Boże, proszę, pozwól mi wrócić do domu. Obiecuje, że już nigdy nie wrócę tak późno - błagała.
Ruszyła na klatkę schodową. Kiedy znalazł się na pierwszym schodku poczuła na swoim karku gorący oddech. Oddech żywej istoty. Wyczuła w nim coś odrażającego, jakby był przesiąknięty ostrym zapachem siarki, pomieszanym z wonią gnijącego ciała, w które wdała się gangrena. Odwróciła głowę i ujrzała za swoimi plecami postać ubranego na czarno mężczyzny. Miał nienaturalnie bladą twarz, pozbawioną jednej kropli krwi, jakby został zaatakowany przez głodnego wampira. Skojarzył się Darii z postacią Michael'a Myers'a z horroru "Halloween", który oglądała miesiąc temu. Wyjął szczupłą rękę z kieszeni płaszcza. Błysnęła stal. Z piskiem rzuciła się do ucieczki. Za plecami czuła obecność prześladowcy. Czego od niej chciał!?
Potknęła się na schodku i głową w dół stoczył się na półpiętro, pomiędzy szóstym i piątym piętrem. Stłukła sobie głowę, nabijając olbrzymiego guza. Bark przeszywał silny piekący ból, a z kolana zeszła skóra. Ranę w błyskawicznym czasie zrosiła krew, która w ciemności wyglądał jak brudna plama.
Zerwała się na równe nogi i ponowiła szaleńczy bieg. Coś jej mówiło, jakby szósty zmysł, że jest to bieg o życie. Nie chciała go przegrać. Była młoda i wszystko miała jeszcze przed sobą.
Spojrzała w górę i zobaczyła biegnącego mężczyznę. Przez moment uchwyciła okiem wyraz jego twarzy. Był bezosobowy, wyprany z emocji jak twarz trupa. Należał do ludzkiej maski. Zaczęła krzyczeć:
- Pomocy, pomocy!!!
Dobiegała do czwartego piętra. Jeszcze tylko kilka metrów i będzie w domu. Nie miała już sił. Piekły ją płuca i gardło, jakby połknęła garść rozżarzonych do czerwoności opiłków metalu. Była tak zmęczona, że pomyślała, czy nie poddać się i zrezygnować z dalszej ucieczki. Czuła, że nie ma szans. Ale strach niósł ją jak na skrzydłach, dodawał sił nie pozwalając zwolnić, aby ulżyć zmęczonym płucom.
Wpadła na korytarz o mały włos się nie wywracając. Biegła w kierunku swojego mieszkania - celu zbawienia. Złapała za klamkę, ale drzwi nie ustąpiły.
- Tato, tato otwórz, proszę. Tato!
Szarpała wściekle klamkę i biła w drzwi pięściami. Wyjęła klucz i włożyła go w zamek. Nie pasował. Spojrzała na numer na drzwiach. To nie było jej mieszkanie! Nie mogła w to uwierzyć była pewna, że jest na właściwym piętrze, zapamiętała jego numer, gdy wybiegała z klatki schodowej. Nie było mowy o pomyłce. Czy to jakiś przeklęty dom czarów, pomyślała zrozpaczona, gotowa zrezygnować z wszelkiej walki, jaką do tej pory podjęła. Biła pięściami z taką siłą, że rozbolały ją dłonie.
- Proszę otworzyć, pomocy. Ludzie pomóżcie mi!
Nie miała sił dalej uciekać. Modliła się w duchu, aby wewnątrz byli ludzie, którzy jej otworzą. Krzyczała przeraźliwie, pragnąc obudzić śpiących sąsiadów.
- Pomocy, ludzie, obudźcie się. Pooooomooooocyyyyyy!
Kątem oka obserwowała klatkę schodową, aby sprawdzić czy nie wychodzi z niej prześladowca. Czas płyną nieubłaganie, lecz on się nie pokazywał. Czyżby zrezygnował? A może wcale jej nie gonił. Pewnie, gdy zaczęłam krzyczeć przestraszył się i uciekł, pomyślała. Dziwiła się, że jej wrzaski do tej pory nikogo jeszcze nie obudziły. Wiele razy dużo cichsze rozmowy drażniły wielu mieszkańców, którzy natychmiast interweniowali. Jej krzyk powinien obudzić już z połowę wieżowca. I wówczas przyszło jej na myśl, że mężczyzna, który ją ściga, zabił wszystkich i została mu tylko ona. Strach ściął ją z nóg. Zakręciło się jej w głowie, jak zawsze po zbyt długiej jeździe samochodem. Myślała, że zaraz zemdleje. Upadła na kolana zrezygnowana, pogodzona z losem. Nie krzyczała, jedynie słaby szloch odbijał się echem w korytarzu, pomiędzy obdartymi ścianami.
I wtedy stało się. Zamek w drzwiach obrócił się, a potem klamka opadła. Uniosła głowę i spojrzała przez zasłonę łez na uchylone drzwi wejściowe. Zapadła martwa cisza. Wstała i ostrożnie podążyła w ich stronę. W drzwiach nie było nikogo. Otworzyła je na oścież, a potem zajrzała do środka. Pusto.
- Jest tu ktoś? - zapytała podejrzliwie.
Zastanawiała się czy przekroczyć próg, gdy usłyszała odgłos zbliżających się kroków dochodzący z klatki schodowej. To złamało jej upór, granica nieufność pękła, wybierając mniejsze zło. Weszła do środka. Nagle drzwi zamknęły się za nią, odcinając jedyną drogę wyjścia. Złapała klamkę, która pozostawała nieruchoma, jakby ktoś trzymał ją z drugiej strony. Ostrożnym krokiem ruszyła przed siebie, napięta jak struna w fortepianie i śmiertelnie przestraszona. Kiedy do jej nozdrzy doszedł drażliwy zapach, od razu go rozpoznała. Był ostry, nieprzyjemny, pochodzący z samego dna piekieł - zapach siarki, rozkładających się ciał, zła, krwi i ekskrementów. Prześladowca stał nieruchomo, jak posąg wykuty w granicie, naprzeciwko sparaliżowanej strachem Darii. Wówczas błysnęło ostrze noża, śmiercionośna stal, jak brzytwa rozcięła jej dłoń. Z rany polał się strumień krwi, wypełniając ciężkie od strachu powietrze jej metalicznym zapachem. Wiedziała,że umrze. Nie było dla niej ratunku, musiałby się zdarzyć cud, ale w to akurat nie wierzyła. Nie rozumiała tylko, dlaczego, dlaczego miała umrzeć. W ostatnim geście obrony uniosła dłoń, aby osłonić się przed kolejnym ciosem. I wtedy...
Ocknęła się gwałtownie, potrząsając z niedowierzania głową. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w guzik przywołujący windę. Wyraźnie słyszała dźwięk pracującej maszynerii i zbliżającego się stalowego pudła. Była cała mokra od potu. To wszystko tylko głupi sen, chory koszmar. Czuła jak wracają jej siły i odpływa przerażenie. Cała ta wizja była tak realistyczna, że trudno uwierzyć, iż nie wydarzyła się naprawdę. Podniosła dłoń i obejrzała ją dokładnie szukając rany. Nic tam nie było. Poczuła się taka szczęśliwa, opuścił ją cały strach, który o mały włos nie doprowadził jej do szaleństwa.
Przyjechała winda. Daria weszła do niej spokojnie, instynktownie wciskając ciągle jeszcze drżąca dłonią, czwarty guzik od dołu. Chciało jej się śmiać na wspomnienie o koszmarze, którego przed momentem doświadczyła. Jak dobrze, że to tylko głupi sen - pomyślała, a potem lekko się uśmiechnęła. Gdy tylko drzwi się zamknęły i winda ruszyła, spojrzała na małą szybkę. To, co ujrzała sprawiło, że nieświadomie oddała mocz. Na zewnątrz stał mężczyzna o śmiertelnie bladej twarzy, który obserwował ją jak odjeżdża. Ze strachu nie wiedziała, co zrobić. Stała nieruchoma, sztywna i sparaliżowana.
Winda nieuchronnie zbliżała się do dziewiątego piętra. Piekielne deja vu.
Sklep
Forum