"Ona"
Czymże jest życie? Snem we śnie.
Stanisław Przybyszewski
Zawsze, kiedy wsiadam do samochodu odczuwam lęk. Dwa lata temu pod kołami mojego auta zginęła kobieta. Popełniła samobójstwo; miała poważne problemy emocjonalne. Pchnęły one ją do tak strasznego czynu. Jest tyle sposobów na odebranie sobie życia, dlaczego chciała zginąć w taki sposób, nikt nigdy się nie dowie. Tajemnicę tę zabrała ze sobą do grobu. Chociaż sąd uznał mnie za niewinnego, to jednak nigdy nie pozbyłem się poczucia winy, które miało mnie prześladować przez całe życie.
W miesiąc po tym wydarzeniu załamałem się. Zacząłem pić, nawiedzały mnie nocą straszne wspomnienia; stanąłem na skraju przepaści. Chciałem popełnić samobójstwo. Każdej nocy zakładałem sobie na szyję sznur. Nie miałem jednak odwagi, aby to zrobić. Chyba za bardzo kochałem życie.
Kiedy jednak się zdecydowałem poznałem kobietę, dzięki której stanąłem na nogi. Została moją żoną. Myślę, że tylko ona trzyma mnie przy życiu, nie wiem, co mógłbym bez niej zrobić. Przy niej czuje się jak ktoś nowo narodzony, uwolniony ze skorupy samotności, trosk i zmartwień. I tylko tamto wydarzenie jest wciąż żywe. Lecz miłość i radość żony pozwalają mi z nim walczyć i je przezwyciężyć.
Położyłem ręce na kierownicy. Jak zawsze lekko drżały. Zamknąłem oczy. Myślami byłem z Martą. Drżenie powoli ustępowało. Zapaliłem motor. Usłyszałem cichy warkot dieslowskiego silnika mojego audi. Wrzuciłem jedynkę i wyjechałem na ulicę. Ruch na drodze był mały. Jechałem bardzo ostrożnie często się rozglądając. Po wypadku nigdy nie przekroczyłem prędkości siedemdziesięciu kilometrów na godzinę, dziwię się, że w ogóle wsiadłem do samochodu. I jak zawsze Marta przełamała mój lęk, jest moją muzą, która daje mi natchnienie do życia.
W radiu leciała moja ulubiona piosenka Help The Beatles. Uwielbiam ten zespół. Nuciłem sobie jej melodię na długo po tym jak się skończyła. Kiedyś miałem wszystkie płyty Beatles'ów. Przepadły ponad rok temu, kiedy pijany podpaliłem szafę, w której je przechowywałem.
Wjechałem na parking. Zaparkowałem samochód i zgasiłem silnik. Czekałem na Martę. Za dziesięć minut skończy pracę. Jest pielęgniarką. To właśnie w tym szpitalu ją poznałem, kiedy leżałem jako niedoszły samobójca. Zakochałem się pierwszego niej od pierwszego wejrzenia. Miała długie czarne włosy, jasną cerę i najpiękniejsze oczy, jakie w życiu widziałem. Zaprosiłem ją na kolację; postanowiłem się nie upić. Udało się, dzięki niej przezwyciężyłem chęć picia, zapisałem się na odwyk i zacząłem pracować nad sobą. Od tamtej pory nie wziąłem kropelki alkoholu do ust. Miłość do Marty stała się moim nałogiem.
Podeszła do samochodu, otworzyła drzwi i wsiadła.
- Jak minął dzień? - zapytałem.
- Jak co dzień - odpowiedziała - Przecież wiesz jak nudna jest praca pielęgniarki.
- No tak, ale czasami macie istne piekło na oddziale.
- Racja, choć wolałabym żeby zawsze było nudno. Nie mogę patrzeć jak ludzie cierpią, chyba, dlatego od dziecka chciałam zostać pielęgniarką, aby im pomagać.
- Jesteś wspaniała - i naprawdę tak myślałem. Pocałowałem ją w policzek - Kocham cię.
- Ja ciebie też - odparła.
Po drodze do domu zrobiliśmy zakupy. Szykowała się wspaniała kolacja. Marta jest doskonałą kucharką.
Kolacja rzeczywiście była wyśmienita; lasagne z olbrzymią ilością żółtego sera. Uwielbiałem żółty ser. Mogłem go jeść kilogramami. W czasie posiłku potwornie rozbolała mnie głowa. Ostatnio zdarzało mi się to dosyć często; zapewne objawy migreny.
- Muszę się położyć, strasznie boli mnie głowa - powiedziałem, wstając od stołu.
- Zaczekaj zaraz dam ci apap, to powinno złagodzić ból.
Wstała od stołu. Nalała szklankę wody i podała mi tabletkę. Połknąłem ją i popiłem wodą, a potem położyłem się spać. Ból powoli odchodził, ustępował miejsca upragnionemu snowi. Wreszcie nadszedł, otulając mnie szczelnie niczym kołdrą.
...Wsiadłem do białego mercedesa. Zapaliłem światła; wokół panowała jesienna szarówka. Nigdy jeszcze nie siedziałem w tak przestronnym samochodzie, ale poczułem się jakbym jeździł nim od lat. Dopadło mnie dziwne uczucie, ale miałem wrażenie, że od zawsze należał do mnie. Uruchomiłem motor i ruszyłem.
Jechałem szeroką drogą, której pobocze porastały fantazyjnie powykrzywiane drzewa, jakby żywcem wyjęte z jakiegoś magicznego świata. Droga była zupełnie pusta. Czułem się jakbym był jedynym człowiekiem na Ziemi. Niebo było pochmurne, a powietrze wilgotne jak po przejściu ulewnego deszczu. Z każdym metrem czułem się coraz pewniej za kierownicą, wolny, pozbawiony trosk i wspomnień mocniej naciskałem pedał gazu. Silnik zawył. Samochód gwałtownie przyśpieszył wgniatając mnie w siedzenie. Spojrzałem na licznik. Sto osiemdziesiąt kilometrów na godzinę, tak szybko nie jeździłem nigdy w życiu. Byłem wolny, po raz pierwszy od wypadku. Chciałem jechać szybciej, szybciej... To było niesamowite uczucie.
Nagle w świetle reflektorów pojawiła się mała dziewczynka. Ubrana była w czerwoną sukienkę, w prawej dłoni trzymała żółty balonik. Patrzyła mi prosto w oczy, niewinnie się uśmiechając. Zareagowałem natychmiast. Odbiłem ostro w prawo, chcąc ją wyminąć, lecz przy tej prędkości straciłem panowanie nad kierownicą. Auto wypadło z drogi, przebijając barierkę na poboczu i zaczęło spadać w przepaść. Ślizgało się po wierzchołkach sosen. Miałem wrażenie, że drzewa wyciągają po mnie ręce, chcąc rozszarpać samochód na strzępy. Moje ciało było tak mocno wciśnięte w oparcie fotela, a głowa oparta o zagłówek, jakbyśmy mieli się za chwilę zintegrować. Serce wstrzymało pracę, oddech zamarł, oczy gwałtownie się rozszerzyły. Otworzyłem usta, lecz nie mogłem wydać z siebie żadnego dźwięku. Dłonie ściskały kierownicę niczym cęgi, a jądra skurczyły się w mosznie. Jedyne, co słyszałem to świst powietrza na zewnątrz samochodu.
Chociaż auto spadło szybko, wydawało mi się, że trwa to wieki, czas dłużył się niemiłosiernie torturując mój umysł i ciało. Upadek skończył się gwałtownym wstrząsem. Strach odebrał mi wszystkie zmysły. Przed oczami miałem jasne światło niepozwalające na zobaczenie czegokolwiek. Do uszu nie dotarł żaden hałas. Sądziłem, że oślepłem i ogłuchłem.
Pamiętam pierwszą myśl, która przyszła mi do głowy w tamtym momencie - Nogi! Czy wciąż są sprawne? Spróbowałem poruszyć palcami stóp. Nic nie poczułem. O, Boże, straciłem władzę w nogach!!! - pomyślałem. Przerażenie napłynęło wzmożoną falą, zalewając pokłady zdrowego rozsądku. Dlaczego się nie obudziłem? Czy to jeszcze jest sen, czy już jawa? W snach nigdy nie widzimy swojej śmierci, ani nie odnosimy żadnych obrażeń, ponieważ zanim to się stanie, zostajemy z niego wyrwani. Więc dlaczego tu jestem? Boże, pomóż mi!
Jasność ustępowała. Zacząłem widzieć, początkowa jak przez mgłę, lecz z każdą minutą coraz wyraźniej.
ONA stała tam, jakieś dziesięć metrów od wraku. Czerwona sukienka, żółty balonik w prawej dłoni i ten sam uśmiech. Palcem wskazującym lewej dłoni celował we mnie. Uśmiech spełzł z jej twarzy, ustępując miejsca grymasowi wyrażającemu gniew. Ruszyła w stronę rozbitego samochodu, ciągle wskazując na mnie, powtarzała machinalnie jedno słowo.
- Tyyyy...Tyyyy...Tyyyy...Tyyyy...Tyyyy... - mówiła poważnym głosem, zupełnie nie pasującym do małej dziewczynki.
Kiedy zbliżyła się do samochodu ujrzałem jej oczy; dzikie, drapieżne, nieludzkie - wyrażały wściekłość. Zacząłem krzyczeć...
Krzyczałem, krzyczałem długo po tym jak się obudziłem. Ciągle miałem w pamięci ten straszny sen.
- Kochanie spokojnie, uspokój się, to tylko zły sen! Już dobrze! - uspokajała Marta, przytulając mnie do siebie.
- To... Było straszne...Co ONA chciała?.. Co jej zrobiłem...? Mój Boże, nie czuję nóg. Jak to możliwe przecież to tylko sen?!
- O czym ty mówisz, proszę uspokój się. Jaka Ona, co z twoimi nogami? - pytała zdezorientowana Marta.
- Nie czuję ich!
- Spokojnie, zaraz sprawdzę, zobaczysz, że wszystko będzie w porządku. To tylko zły sen.
Opadłem na łóżko i spojrzałem na sufit. Tuż pod jego powierzchnią nim unosił się mały, żółty balonik z krótką czerwoną wstążką. Oglądając go, można było pomyśleć, iż szuka on w jakimś dzikim obłędzie, dziury, aby wydostać się na zewnątrz. Zamknąłem oczy. Nie wiem, co dalej się działo, ale byłem pewny jednego; zostałem kaleką. Zemdlałem.
...
Osiemnaście lat po wypadku.
Lekarze stwierdzili, że moje kalectwo ma podłoże emocjonalne. Nie wykryto żadnych uszkodzeń ciała, które mogłyby je spowodować. Przechodziłem dziesiątki terapii, lecz żadna nie pomogła w najmniejszym nawet stopniu. Głównie za sprawą żony zacząłem zapominać o tym, co mi się przytrafiło. Ale ciągle miałem sny. Koszmarne sny, w których mała dziewczynka wytyka mnie oskarżycielsko palcem. Z roku na rok dziewczynka w snach dorastała, jakby sen stał się jej światem, w którym dojrzewa, aby się narodzić. Jej rysy stawały się coraz bardziej dorosłe, coraz bardziej znajome. Nie mogłem sobie jednak przypomnieć ani skojarzyć jej z kimkolwiek, kogo znam. Czułem jednak, że wiem, kto to jest, a jej obraz tkwi gdzieś głęboko w moim umyśle, wyblakły przez lata i zakurzony przez czas. Mam tylko nadzieję, że kiedyś się tego dowiem, może to pomoże mi w odzyskaniu normalnego życia.
Ale czas leczy wszystko, przyzwyczaiłem się żyć jako kaleka. Znów za sprawą mojej żony. Jest niezastąpiona. Od pewnego czasu sny zaczęły pojawiać się coraz rzadziej. Dziewczynka w nich była już dużo starsza, niż, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Zawsze jednak ubrana w czerwoną sukienkę, z żółtym balonikiem w prawej ręce.
Potem zacząłem zapominać o dręczących mnie koszmarach. I o dziewczynce. Spałem, co noc dobrze i myślałem, że to koniec. Nie zobaczę już Jej we śnie, patrzącej na mnie drapieżnymi oczami i zachodzącej się demonicznym śmiechem. I ten oskarżycielski palec, który czasami zamieniał się w wijącego się węża, próbującego mnie ugryźć albo w pozbawiony skóry, organ trupa, którym starała się mnie dotknąć.
Ale już nigdy mnie nie dotknie. Mam taką nadzieję. Mam nadzieję, że to się skończyło. Zapomniałem.
...
Dwadzieścia pięć lat po wypadku.
Byłem sam w domu. Czytałem gazetę, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Podjechałem na wózku do okna, aby sprawdzić, kto to. Marta ma swoje klucze, więc to na pewno nie ona, także żaden z naszych przyjaciół - nie wiem, czy w ogóle można ich tak nazywać. Przestali nas odwiedzać jakieś dwa lata temu, kiedy przeprowadzili się do innego miasta i słuch po nich zaginął. Szczerze mówiąc, zawsze miałem ich gdzieś, od wypadku uważali mnie za odmieńca, któremu całe życie trzeba współczuć, który do niczego nie jest już potrzebny.
Przed drzwiami stała kobieta, może dwudziestopięcioletnia, bardzo ładna. Miała długie blond włosy, piękną cerę i wspaniale się uśmiechała. Ubrana była w czerwoną sukienkę w czarne kwiaty, chyba orchidee, o ile dobrze kojarzę. Na jej ramieniu wisiała mała, czarna torebka.
Podjechałem pod drzwi, a potem je otworzyłem.
- Dzień dobry - powiedziała.
- Dzień dobry, w czym mogę pani pomóc? - zapytałem.
- Przepraszam pana bardzo, ale czy mogłabym skorzystać z telefonu, mój samochód popsuł się i chciałabym wezwać pomoc - powiedziała, uśmiechając się do mnie.
- Ależ oczywiście, proszę tędy. - Wskazałem jej drogę do pokoju gdzie stał telefon. - Gdybym mógł sam bym zajrzał, co się stało. Może to nic poważnego.
- Może ma pan rację, lecz ten gruchot popsuł się już trzeci raz, a to o trzy razy za dużo - odpowiedziała, wchodząc do pokoju.
- Myślę, że najlepiej będzie zmienić mechanika - odparłem i uśmiechnąłem się do niej.
Odpowiedziała mi wesołym uśmiechem.
Kiedy skończyła rozmawiać poprosiłem ją, aby dotrzymała mi towarzystwa do czasu przyjazdu pomocy drogowej. Zgodziła się z miłą chęcią. W między czasie zaparzyłem herbatę.
- Czy jest pan sam? - zapytała, rozglądając się po pokoju, - Z tego, co zauważyłam powinna tu mieszkać także kobieta?
- Ma pani rację, mieszkam z żoną, obecnie jest w pracy. Pracuje jako pielęgniarka w szpitalu. Niedługo powinna kończyć zmianę. - Spojrzałem na zegar, była dziewiętnasta dwadzieścia jeden, za jakąś godzinę powinna wrócić Marta.
- Zapewne bardzo panu pomaga.
- Oczywiście, jest najlepszą osobą, jaką znam na świecie, bez niej pewnie, by mnie tu dziś nie było - powiedziałem z dumą w głosie.
Wstała, podeszła do szafy, na której stało oprawione w drewnianą ramkę zdjęcie Marty. Kobieta znalazła się za moimi plecami.
- Może tak byłoby dla pana lepiej - powiedziała i uderzyła mnie czymś ciężkim w tył głowy.
Zemdlałem.
Kiedy się obudziłem stwierdziłem, że siedzę związany na wózku z zakneblowanymi ustami. Ona pchała wózek przed siebie. Byliśmy na dworze. Jesienny chłód przenikał moje ciało do szpiku kości, gdyż byłem ubrany jedynie w krótki podkoszulek i dżinsy. Kierowała się w stronę białego mercedesa. Biały mercedes! - ten sam, którym kiedyś jechałem we śnie. Ale tamten został zniszczony, a poza tym to był wytwór mojej wyobraźni. Czy sen może przeniknąć do rzeczywistości? Czy może być jawą? Teraz uwierzę we wszystko. Ale kim jest ta kobieta i czego ode mnie chce?
Wtedy usłyszałem jej śmiech. Demoniczny i nieludzki.
- Kim jesteś, i czego ode mnie chcesz!? - zapytałem przerażony.
- Nie poznajesz mnie?
- Niby skąd?
- Pamiętasz kobietę, którą wiele lat temu potraciłeś samochodem, doprowadzając do jej śmierci - odparła najspokojniej w świecie.
- Nie! To nie moja wina, że zginęła, sama rzuciła się pod mój samochód, popełniła samobójstwo! - zaprotestowałem wzburzony, na to bezczelne kłamstwo.
- Zabiłeś ją!
- Nie zrobiłem tego, ta kobieta popełniła samobójstwo! A poza tym, co ci do tego, kim jesteś, aby mnie osądzać!?
- Jej córką.
- Kłamiesz, tamta kobieta nie miała dzieci.
- Ależ oczywiście, że miała, jedno, córkę tylko ty nie pozwoliłeś się jej narodzić. Zabiłeś ją, nim ujrzało światło dnia.
- Skąd to wiesz? - zapytałem bardziej zdziwiony niż przerażony.
- Bo to ja nią jestem.
Zatkało mnie, zbladłem jak ściana, nie mogąc uwierzyć tym szalonym wyjaśnieniom.
Nagle na horyzoncie pojawił się samochód Marty. Ona też go zauważyła. Wybiegła na ulicę. Z torebki wyciągnęła broń i wymierzyła w nadjeżdżający samochód. Nie zdążyła jednak strzelić. Pojazd przy prędkości około pięćdziesięciu kilometrów na godzinę zderzył się z Nią; wszystko wyglądało tak, jakby młoda kobieta chciała, aby tak się stało. Nie mogłem tego zrozumieć. Jej ciało zostało rzucone z olbrzymią siłą na trawnik. Leżało tam w głębokim cieniu, poza zasięgiem światła lamp ulicznych. Marta wybiegła z samochodu. Rozwiązała mnie i gdy mogłem już mówić, zapytała:
- Nic ci nie jest, kto to był, co ona chciała ci zrobić!?
- Szybko trzeba jej pomóc, może jeszcze żyje! - odparłem.
Gdy zbliżyliśmy się do ciała okazało się, że w jego miejscu leży tylko sukienka, buty i spinka do włosów. Wyglądało to, jakby ciało wyparowało. Na sukience leżał mały, błyszczący przedmiot. Podniosłem go. Był to złoty łańcuszek z medalionem. Otworzyłem go. Zamarłem, gdy ujrzałem, co jest wewnątrz. Oddech zastygł mi w piersi i przeszedł mnie zimny dreszcz. Nic nie mogłem powiedzieć. Na zdjęciu była kobieta, która wiele lat temu zginęła pod kołami mojego samochodu, popełniając samobójstwo. Wówczas po latach zapomnienia i okłamywania samego siebie, aby złagodzić swój ból, przypomniałem sobie, że rzeczywiście była w ciąży. Miała urodzić dziecko. Dziewczynkę.
Sklep
Forum