"Pocałunek Sfinksa"
Ciało bezwładnie osunęło się na piasek..
Przednimi łapami przeturlała je na skraj przepaści, aby następnie jednym szybkim ruchem zepchnąć w dół. Patrzyła jak leci, nabiera prędkości, aż w końcu uderzyło głucho. Inne kości leżały rozsypane całkiem przypadkowo, tak, jak spadły. Niektóre były stare, przepalone słońcem, na innych zaś wisiały jeszcze strzępki ubrań i błyszczących ozdób.
Byli czarni, śniadzi, biali. O włosach złotych, brązowych, ciemnych i oczach, które zdawały się nie widzieć okrucieństwa tego świata, które zaprowadziły ich do niej...
"Kolejny niewiedzący..." - pomyślała patrząc na to, co jeszcze godzinę wcześniej było młodym, muskularnym wędrowcem, zmierzającym do Teb.
"Ale to nic... za kilka dni przyjdzie następny... Zawsze przychodzą..."
Wiatr przyniósł ze sobą zapach Rzeki: muł, wilgoć i zgniliznę. Okrzyki fellachów ładujących dobytek na niewielkie feluki, ryk bydła. Mowę ibisów, której nie rozumiała, ale za to bardzo się jej podobała. Przymknęła oczy i rozprostowała skrzydła i wyobraziła sobie, że jest takim właśnie ibisem - niewielkim i białym. Ptakiem, który nie odgrywa wielkiej roli, ale którego czczą jako wcielenie Boga.
"Ibisy są wolne... Mogą lecieć dokąd chcą i kiedy chcą, a smagli ludzie znad Rzeki będą je kochać... A nie bać się i omijać z daleka...
Ale... ibisom nikt nie stawia tysięcy pomników, obok których codziennie roje bogobojnych głupców wykonuje znak "od uroku"
Na widok ibisa uśmiechają się, bo wiedzą, że jest zesłany przez Amona, aby nieść radość.
A ja jestem narzędziem sprawiedliwości..."
Myśli jej poszybowały w przeszłość. Ciemnozłota, strojona klejnotami bogini wyciągała nad nią swą dłoń...
- Będziesz przebywać tam stale i nie będzie ci dane oddalić się chociaż na chwilkę od skały...
- Będziesz czekać na niego, bo taki jest twój los i twoje Przeznaczenie...
- Będziesz czekać na ród Lajosa, aż w końcu dopełni się czara zemsty...
Wieczorem bezchmurne jak zwykle niebo pokryło się milionami gwiazd. Sepedet, objawienie Aset, jak zwykle o tej porze roku wisiała nisko nad horyzontem, wskazując drogę podróżnym. Gdy tymczasem złota barka Re przemierzała kolejne bramy nocnego nieba...
Ze szczeliny, do której w południe wrzuciła ciało, dobywały się dziwne dźwięki. Wyobraźnia podsunęła jej obraz padlinożerców kotłujących się na dnie przepaści, ale wolała myśleć, że to Orszak przyszedł po duszę, aby ją zabrać przed Sąd. Głęboko w podziemiach Osiris zasiadł na swym tronie ze szczerego złota otoczony przez Tota i Anubisa, wagę zaś postawiono pomiędzy nimi. Młodzieniec, którego zwłoki właśnie rozszarpywały hieny, mówił w swojej obronie, stawał się mee-cherw, a jego dalsze losy zależały od ciężaru jego serca.
"Oby wszedł na służbę Sokarisa..."
"...Bogowie patrzą na życie jak na jedną godzinę, po śmierci człowiek trwa nadal i jego uczynki zostają nagromadzone obok niego. Ten, kto stawi się przed sędziami umarłych bez grzechu będzie tam jako bóg. Będzie chodził swobodnie jak władcy wieczności..."
Wielu tędy przechodziło i żaden nie osiągnął celu swej wędrówki...
Przepuściła tylko jednego: starca z długą siwą brodą, sięgająca niemal kolan. Tejrezjasza - ślepca. Dała mu schronienie pod nawisem skalnym, tam, gdzie zazwyczaj nocowała.
- Nie jesteś człowiekiem...
- Jestem, oczywiście, że jestem.
- Może... ale nie do końca. Jesteś nieszczęśliwa, a ja nie wiem jak ci pomóc.
- Przecież jesteś wróżbitą... Wystarczy, że rzucisz kości
- Tak... Prastara magia miała na mnie wpływ, dała mi wiele, a w zamian zabrała mi oczy. Dzięki temu widzę duszą, co jest większe i bardziej niebezpieczne.
- Dlaczego ?
- Bo nie można igrać z Bogami, wiesz ?
Milczała.
- Powiedz mi starcze, czy ktoś mnie kiedyś wyzwoliztego kręgu ? Jak długo jeszcze będę tu tkwić ?
Zagrzechotały rzucane kości... Ręka starca powoli przesuwała się nad nimi starannie badając ułożenie. Na ustach zagościł grymas skupienia i zamyślenia.
- Spotkasz kiedyś kogoś, kto zachwyci cię ponad wszelką miarę... - powiedział ślepiec.
- Jak ?
- Czekaj na niego, a on sam do ciebie przyjdzie...
- Po czym go poznam ?
- On... - zawahał się Tejrezjasz - On jeszcze się nie narodził, ale ciemność wisi nad całym jego życiem. Cokolwiek zrobi w dobrej wierze, obróci się przeciw niemu... Taaaak... Cokolwiek...
- Więc mam czekać ? To wszystko ?
- Tak - powiedział po chwili milczenia - musisz tylko poczekać, robiąc to, co do tej pory robiłaś, trwając nadal w swoim przeznaczeniu.
- Dotknij mnie - powiedziała walcząc z pragnieniem wzięcia go w swoje objęcia.
- Nie bój się, tobie nic się nie stanie. To w zamian za wróżbę... - dodała widząc jego wahanie.
Dłoń starca uważnie badałajej twarz, miękkie włosy rozpuszczone tak, aby zakrywały świeże i ponętne dla wielu mężczyzn piersi. Wzdrygnął się kiedy poniżej piersi poczuł krótkie i sztywne futro, idąc niżej doszedł do łap zakończonych ostrymi pazurami. Wielkie ptasie skrzydła i tułów lwa...
- Stawiają ci posągi w Tebach...
- Nigdy tam nie byłam...
- I nigdy tam nie pójdziesz, dziwna kobieto. Nawet nie próbuj !
Zabrzmiało to jak groźba. Twarz Tejrezjasza wykrzywiła się dziwnie na samo wspomnienie Miasta o Stu Bramach.
Zasnął wtulony w jej bok, ufnie jak dziecko, a następnego dnia odszedł w kierunku Rzeki. Nigdy nie wrócił...
Wędrówka Re przez Dat miała się ku końcowi i niebo na wschodzie nabierało różowej barwy. Kolejna nieprzespana noc. Zdarzały się coraz częściej... Coraz częściej przywoływała w myślach rozmowę z wróżbitą. Rozważała na nowo jego słowa, na siłę doszukując się coraznowych znaczeń. Wiatr znów przyniósł ze sobą zapach Rzeki, wświetlanym powietrzu widziała zabudowania Karnaku i skalną piramidę od tysięcy lat oznaczającą miejsce pochówku synów Re. A nie Lajosa...
Jeden z niewiedzących powiedział jeszcze zanim zaczął się achet, pora wylewu, że Lajos, na którego czekała, nie żyje. Miała wrażenie, że dalsze czekanie nie ma sensu. Nie wiedziała co robić. Chciała bardzo jeszcze raz porozmawiać z Tejrezjaszem, mimo, iż, że nie było to możliwe. Wspominała coraz częściej odwiedziny starca i czuła złość do Bogini, za to, że uczyniła ją bezlitosnym narzędziem swojej zemsty. Po raz pierwszy w życiu czuła się przedmiotem w rękach czegoś niezrozumiałego. Jej życie było bezustannym spełnianiem dawno wydanego polecenia. Nie mogła odejść od skały, nie mogła przestać kontynuować...
Uwagę jej przykuł ruch...
Od strony pustyni nadchodziła smagła postać. Młodzieniec nie miał więcej niż 20 lat, jego skórabyła ciemna, a jednak jaśniejsza od koloru skóry robotników znadRzeki. Za ubranie starczała mu skąpa przepaska na biodrach i wysoko sznurowane sandały. Miał też włosy o odcieniu ciemnego złota, opadające w ciężkich lokach na umięśnioną szyję. Wszystko to razem tworzyło przepiękny widok.
Obserwowała go od dłuższego czasu dobrze wiedząc, że on nie mógł jej widzieć z tak dużej odległości. Wzrok ludzki nie był tak bystry... Chyba, że - tak jak Tejrezjasz - widziało się oczami duszy.
Jasne było, że wędrowiec zmierza do Miasta, co oznaczało tyle, że będzie musiał przejść obok niej, a ona do niego zagada. Oznaczało także, że nigdy nie dotrze do swojego celu, bo nie zna rozwiązania. Bowiem tylko Bogowie znają odpowiedź na pytania stawiane przez nich samych...
Był już blisko...
- Witaj wędrowcze...
Zatrzymał się gwałtownie, zaczął nerwowo rozglądać, ale skryta w głębokim cieniu była dla niego niewidoczna. Przynajmniej póki jego oczy nie odzwyczają się od jasności pustyni.
- Kto tu jest ? Ktodo mnie mówi ?
Obracał się w kółko trzymając w ręku sękaty kij, służący do podpierania się podczas drogi i oganiania się od psów. Tejrezjasz miał taki sam...
Wychyliła z cienia tylko głowę i piersi - z dawien dawna wyuczonym ruchem. Resztę torsu i łapy zakryła skrzydłami. Podszedł do niej powoli, ostrożnie kładąc kij na piachu. Jego oczy omiatały jej na wpół skrytą w cieniu postać, wędrowały od nabrzmiałych piersi o ciemnych z pożądania brodawkach do delikatnej twarzy przysłoniętej długimi włosami. Na twarzy - jak zawsze - gościł wyraz słodkiego zawstydzenia i dziewiczej nieśmiałości.
- Anioł... - wyszeptał - A myślałem, że anioły nie istnieją...
Był zadziwiająco ładny. Jak królewskie dziecko. Jednak... było w nim coś nieszczęśliwego i przeklętego. Może właśnie dlatego podróżował do Miasta - aby uzyskać odkupienie w świątyni.
Podszedł bliżej, cofnęłasię nieznacznie i uśmiechnęła delikatnie. Wiedziała jak należypostępować, skromnie spuściła wzrok, ciemnymi pierzastymi skrzydłami zakryła tors.
- Anioł na pustyni... - powiedział podchodząc do niej. Z jego oczu emanowało ciepło. Był taki piękny...
Pogłaskał ją po policzku. Milczała wpatrując się w niego. Niewinnie, jak dziewica.
- Wiem... - powiedział cicho - Boisz się ludzi. Bogowie dali ci skrzydła, aby wynieść cię ponad innych, ale nie dali ci przyjaciela.
Zatopił rękę w jej włosach.
- Pozwól być dla siebie wszystkim.
Przysunął się bliżej. Zniżył głowę do pocałunku.
Jej język wniknął głęboko w jego usta. Czarne oczy młodzieńca oczy otworzyły się przerażone, kiedy łapą objęła jego plecy. Pazury zagłębiły się w ciele. Szarpnął się z bólu:
- Kim jesteś ?
Zmusiła go do ponownego pocałunku. Był taki piękny i delikatny. Wkrótce przestanie taki być. I już nigdy więcej nie pocałuje żadnej innej kobiety. Pozostanie na zawsze mój ! MÓJ !
Czuła jak jego ciało walczy, a po kilku chwilach zrobiło się miękkie i uległe. W końcu osunął się na piasek. Czarne oczy zachodziły mgłą...
- Jak się nazywasz ? - powiedziała miękko akcentując każdą sylabę.
- Ojdipus (Edyp) - było to ostatnie słowo, jakie wypowiedział. Z rozoranych pazurami pleców wylewała się krew i wsiąkała w biały piasek pustyni.
- Nawet nie zadałam mu zagadki... - powiedziała do siebie spychając ciało Ojdipa w przepaść. Dołączyło do tysiąca innych szczątków...
- Nie szkodzi... i tak by nie odpowiedział...
Ailén
Warszawa, lipiec 2001
Opowiadanie pierwotnie ukazało sie w serwisie literacko-artystycznym "Umbra".
Sklep
Forum