"Z mojej ręki idzie śmierć"
Było parne sierpniowe popołudnie.
Promienie słońca przebijały się leniwie tu i ówdzie przez gęste listowie i pasmami kładły się na ściółce. W całym lesie pachniało wczesną jesienią: mchem i borowinami; ciszę przerywało tylko pracowite brzęczenie pszczół i głosy przypadkowo spłoszonych ptaków. Po ledwo widocznych ścieżkach przemykały zwierzęta, delikatny wietrzyk niósł ze sobą wilgoć płynącej nieopodal rzeki i śmiech pluszczących się w niej dzieci. Od strony leśnej pasieki nadchodziło pięć jasno ubranych elfek. Każda dźwigała ciężki dzban wypełniony złocistą cieczą. W ich włosach pobłyskiwały kwiaty, a szyje i ręce zdobiły srebrne ozdoby. Miód wylewał się z przepełnionych naczyń, oblepiał ręce i sklejał włosy. Elfki śmiejąc się oblizywały palce i odganiały krążące wokół nich pszczoły.
- A gdzie zamieszkają ? - kontynuowała pytania Aina. Jej niebieskie oczy pełne były ciekawości połączonej z wielką radością.
- Tego nie wiem... Jester już dawno zaczął budowę nowego domu, ale pewnie nie skończy go wcześniej niż przed samą zimą... Może więc u niej ? - snuła domysły Blanka.
- A może pójdą mieszkać do lasu, jak starożytni - zachichotała jasnowłosa Istma.
- W sumie... to nie jest taki zły pomysł, póki jest ciepło oczywiście. Jester jest znakomitym myśliwym i potrafi utrzymać z tego siebie i ewentualną rodzinę. Nawet jeśli od czasu do czasu sprzedaje mięso i skóry ludziom.
- Nie przesadzaj, Blanko, dobrze wiesz, że i tak musimy się z nimi kontaktować...
- Wiem o tym, Eilly, ale nie przeszkadza mi to nie lubić ich. Zresztą moim zdaniem ludzie nie zasługują wcale na jakiekolwiek uczucia. Oni są tacy... - Blanka przez dłuższy czas szukała odpowiedniego słowa - płytcy...
- A żeś wymyśliła...
- Przecież tak jest, przypomnij sobie ostatnie Ekwinocjum...
- A pamiętacie jaka to była śliczna historia. I jaka romantyczna... - westchnęła Tanale zmieniając temat.
- Hieh... tak... - Istma rozmarzyła się całkowicie. - Od jakiegoś czasu wciąż wyobrażam sobie tę scenę: mglisty poranek, idealna cisza, Marguarinha wracająca z pasieki... I ten olbrzymi niedźwiedź, który się na nią rzucił. Dobrze, że Jester akurat przechodził w pobliżu i zabił potwora. A potem przyniósł ją na własnych rękach do Sheere...
- Też bym tak chciała... - zielonkawe oczy Tanale nabrały nieokreślonego wyrazu.
- Daj spokój, Tanale, taka historia się już nie powtórzy. - skrzywiła się Eillyenn. - Przynajmniej nie w naszym pokoleniu. Tamto to był czysty przypadek...
- To nie był przypadek, ale Przeznaczenie - wzburzyła się Blanka.
- Eee...
- Każdy ma jakieś przeznaczenie - mówiła dalej Blanka nie zwracając uwagi na wyraz twarzy Eillyenn - tylko nie każdy chce je zauważyć.
- No właśnie Eilly, rozejrzyj się dookoła, może twoje przeznaczenie właśnie idzie na ryby... -powiedziała niby obojętnie Aina, a dziewczęta skręciły się w niepohamowanym wybuchu śmiechu. Wszystkie dobrze wiedziały, kogo Aina miała na myśli...
- Oj, głupie jesteście... Zapomniałyście już jaka była moja noworoczna wróżba ?
- Sama jesteś głupia jeśli w to wierzysz...
Ścieżka, którą szły dziewczęta z leśnej i wąskiej stała się szersza. Wyraźnie było już słychać gwar kąpiących się nad rzeką dzieci, stukot kijanek piorących.
- Widziałyście może ostatnio Angatyra ? - spytała Istma.
Blanka pokręciła głową:
- Od przedwczoraj nie ma go w Sheere. Ojciec mówi, że pewnie znowu poszedł do ludzi, do karczmy.
- Do ludzi... - zmarszczyła się Tanale. - A czego on tam szuka ?
- Zapomnienia... Przecież wiesz...
- I pewnie nie pokaże się w osadzie jeszcze przez kilka następnych dni... - powiedziała Aina - Mój ojciec jest zdania, że Angatyr przede wszystkim głupio robi zadając się z ludźmi, jakby nie miał przyjaciół tutaj.
- Tak, tylko, że tutaj od jakiegośczasu wszyscy mówią o jednym i pewnie nie przestaną jeszcze przez długi czas. A potem z historii Jestera i Marguarinhy powstanie całkiem ładna opowiastka dla dzieci i podlotków...
- Znowu plotkujecie ? - zza rosnących nieopodal, niewielkich jałowców wynurzył się wysoki elf. Niósł płócienną płachtę wypełnioną korą i dziwnie wyglądającymi liśćmi.
- Wcale nie ! - zawołała urażona Tanale.
Elf pokiwał tylko głową i uśmiechnął się szeroko do dziewcząt:
- Już ja was znam... Jesteście jak leśne jeziorka - zbieracie wszystkie wiadomości i wypuszczacie dalej razem z leżącym na dnie szlamem... Wszystkie dziewczyny takie są. Nie przeszkadzam. Cześć.
- Złośliwy jakiś... - powiedziała Aina, gdy tylko elf oddalił się na sporą odległość.
- Filozof... - dodała kwaśno Istma.
- O rany, przecież nie można się wiele spodziewać po elfie, który cały czas siedzi w księgach i ziołach i nie ma pojęcia o życiu. - powiedziała Tanale. - Czasem żałuję, że Westell jest moim bratem.
- Dałybyście spokój, może faktycznie za dużo gadamy...
- No wiesz, Eilly - od kiedy to trzymasz jego stronę ?
Sheere było średniej wielkości osadą. Kilkadziesiąt podobnych do siebie, szarawych domów stało luźno rozrzuconych po polanie, okalając niewielki plac, po środku którego znajdowała się studnia od wielu lat zaopatrująca mieszkańców w wodę. Obecnie kilka młodych elfek przystrajało ją zielonymi gałązkami. Studnia i plac miały być centrum jutrzejszych uroczystości - uosobieniem i symbolem rodzącego się nowego związku. Wraz z nastaniem zmroku zapalono niewielkie ogniska. Wieczór był ciepły i wiele rodzin siedziało przez swoimi domami rozmawiając lub przekomarzając się nawzajem. Niektórzy jedli spóźnioną kolację. Mężczyźni czyścili broń i wspominali bohaterskie czyny przodków. Według zwyczaju miecze, łuki i tarcze podkreślały wagę uroczystości. Stanowiły istne dzieła sztuki - niezwykle starannie i pięknie wykonane. Na co dzień nikt ich nie używał, Sheere leżało zbyt daleko od wszelkich szlaków. Jester i Marguarinha trzymając się za ręce, wolno przechadzali się po osadzie. Czasem przystawali i zagadywali siedzących. Patrzono na nich z nieskrywaną radością i od dawna uważano za najpiękniejszą parę w Sheere.
- Hieh... też bym chciała takiego męża... - westchnęła Istma wodząc rozmarzonym wzrokiem za narzeczonym. Przyjaciółki siedziały przed domem Tanale pracowicie ucierając miód z ziołami.
- Ba... A kto by nie chciał... - powiedziała cicho Aina. - Tylko, że nie ma już takiego drugiego...
- A pamiętacie jak to się stało, że Jester został w Sheere ? - przypomniała Istma. Była to jej ulubiona historia i często do niej wracała. Ostatnio może zbyt często.
- Tak, pamiętamy - ucięła Blanka. - Każda z nas zna ją już na pamięć. Nie musisz jej przypominać.
- Swoją drogą - odezwała się milcząca do tej pory Eillyenn -ta historia już teraz stała się legendą. Clarencia co i rusz dopomina się opowiadania jej do snu...
Przez jakiś czas pracowały w milczeniu, lecz Tanale nie wytrzymała długo:
- Istmo, ty też będziesz jutro tańczyć w korowodzie, prawda ?
- Tak - potwierdziła zapytana. Była najmłodsza i dopiero na wiosnę osiągnęła odpowiedni wiek. - Powiedzcie mi jeszcze raz, co się dzieje w trakcie. Co trzeba robić ?
- Nie pamiętasz, jak brała ślub moja siostra, Salmivaara ? - spytała Eilly.
- Przecież to było tak dawno... Nie mogę wszystkiego pamiętać...
- To nie było wcale dawno.
- Było, Eilly... - łagodziła rodzącą się kłótnię Blanka. - Tylko, że dla nas czas biegnie inaczej niż dla Istmy. I pamiętaj, że ona dopiero poznaje zwyczaje Sheere.
- Jutro o zachodzie słońca elfki i elfy spotkają się przy studni po dwóch różnych jej stronach - objaśniała spokojnie Aina. - Tam Jester i Marguarinha wypowiedzą słowa Obietnicy i od tej pory będą jużnową rodziną.
- A potem będziemy śpiewać, tańczyć i jeść, aż do świtu - uśmiechnęła się szeroko Tanale.
- To też... - blada twarz Blanki nabrała ledwo widocznych rumieńców.
- Aina, jaka była twoja noworoczna wróżba u starej Eledh ?
- Nie pamiętam, Istmo, chyba kwiaty...
- Blanko ?
- Pamiętam wyraźnie, że Aina miała kwiaty. Eledh powiedziała, że to oznacza szczęśliwą miłość i długie życie.
- A jaka była twoja wróżba ?
- Przygoda...
- Eilly, a twoja ?
- Śmierć.
- Jak to "śmierć" ?
- Dzień wcześniej Eledh miała sen. Śniła czerwoną rzekę i pożar w Sheere. A w samym środku osady stała Eilly z mieczem w dłoni...
- Blanko, przestań, proszę...
- Nie ma się czego wstydzić, Eilly. Eledh często miewa różne sny związane z różnymi osobami. Matka mówi, że nie należy wierzyć w każde jej słowo.
- Moja matka twierdzi, że Eledh jest nienormalna, i dlatego nie wolno mi do niej chodzić... - powiedziała smutnoTanale.
- A wy znów to samo ? - Westel wychylił się przez otwarte okno. - Niedobrze się elfowi robi, jak was słucha... Mielecie i mielecie... Bajorka leśne.
- Może zamiast tak krytykować wyszedłbyś do nas i zabawił inteligentną, jak to mówisz, rozmową.
- Aino - nie podpuszczaj go, bo jeszcze tak naprawdę zrobi... - odezwała się konspiracyjnym szeptem Tanale. - Nawet nie wiesz, jakie te jego rozmowy są nudne.
- Nie obawiaj się siostrzyczko, nie mam najmniejszego zamiaru dać się sprowokować Ainie. Ani żadnej z was... - powiedział wolno Westel.
Eilly wstała gwałtownie:
- Muszę już iść. Przychodzi do nas Salmivaara i matka nie ma czasu zająć się Clarencią. Zobaczymy się jutro.
- Nie uciekaj, Eilly. Westel wcale nie chciał cię wygonić. W sumie to nie jego wina, że nie potrafi zachować się w towarzystwie dam.
- Muszę zająć się siostrą. Do jutra...
- Widzisz co zrobiłeś ?
Westel w odpowiedzi wzruszył ramionami.
- A co będzie potem... ? - Clarencia siedziała na kolanach Eilly i nastawiała główkę do czesania.
- Potem... ? - zamyśliła się starsza siostra. - Potem Jester weźmie Marguarinhę za rękę i wypowie Obietnicę...
- A potem ?
- A potem ona powie te same słowa i da mu jeden z kwiatów wplecionych w jej włosy.
- A potem ?
- Potem będzie wielka uczta dla wszystkich mieszkańców Sheere...
- A jak będzie świtało to Jester poprowadzi razem z Marguarinhą korowód, prawda ?
- Prawda... - Eilly otworzyła stojącą niedaleko szkatułkę w poszukiwaniu drobniejszego grzebienia.
- A... powiedz, Eilly, jak ty będziesz brała ślub to będę mogła mieć takie same kwiaty we włosach, jak ty...
- No, tak... Jeśli będę brała ślub.
Salvahe popatrzyła na obie córki siedzące przed paleniskiem:
- Nie mówiłabyś głupstw, Eilly...
- Mamo...
- Za dużo chodzisz po lesie - od tego rozum ci się przestawia i zaczynasz gadać tak samo jak stara Eledh. Nic dobrego z tegoniewyjdzie !
- Mamo !!!
Ktoś na zewnątrz cicho zapukał, skrzypnęły drzwi i do izby zajrzała ciemna, krzywo ostrzyżona głowa:
- Mogę ?
- Wejdź Kayl - powiedziała Eilly pochłonięta zaplataniem włosów Clarencii w wiele cienkich warkoczyków.
- Przyszedłem spytać, czy nie poszłabyś jutro ze mną na ryby... Oczywiście, jeśli nie masz niczego innego w planach.
- W zasadzie to mam...
- Kto przyszedł, Eillyenn ? - doleciał z kuchni głos Salvahe.
- Kaylen, mamo. Pyta, czy nie pójdę z nim jutro na ryby.
- To idź ! Przynajmniej przyniesiesz coś dla nas.
- Ale... przecież jutro mam brać udział w uroczystości...
- No to co z tego ? Jak wrócicie wcześniej, to jeszcze zdążysz się jutro przygotować.
- Ale mamo...
Salvahe stanęła w drzwiach prowadzących z kuchni do izby:
- Witaj Kaylen, jak się czuje twoja matka ?
- Dobrze, dziękuję pani. Jak nie chcesz to nie ma sprawy - dodał zwracając się do dziewczyny. - Może innym razem...
-Ależ nie przesadzaj ! Eilly bardzo chętnie pójdzie z tobą na ryby.
- W takim razie - pyzata buzia Kaylena rozciągnęła się w uśmiechu - wpadnę jutro po ciebie. Dobranoc...
- Dlaczego, mamo ?
- Wytłumaczę ci innym razem.
Kaylen zjawił się tak, jak zapowiedział - z długą wędką i sporym kawałem rozrobionej z wodą mąki.
- Jestem. Bierz swoją wędkę i idziemy.
- W południe ? - Eilly spojrzała na słońce.
- A czemu nie ? Znam znakomite miejsce, jeszcze nikomu o nim nie powiedziałem. Ty będziesz pierwsza...
Niedługo potem siedzieli na zwalonym pniu drzewa i moczyli nogi w wodzie. Kayl zarzucił obie wędki daleko na środek rzeki. Było ciepło i leniwie, rzeka szemrała łagodnie...
- Jak cicho... - stwierdziła Eilly przeciągając się w słońcu.
- No... i nikt nie będzie nam przeszkadzał.
- W czym miałby nam przeszkadzać ???
- W niczym... tak sobie powiedziałem...
- A gdzie jest Angatyr ?
- Nie wiadomo. Podobno nie chciał tego oglądać i wyszedł do lasu...
- Dziewczęta mówią, że poszedł do ludzi.
- Być może... ja tam się mu nie dziwię...
- Dlaczego ?
- Bo właśnie wali się cały jego świat...
- Będziesz tańczyć w korowodzie ?
- Przecież tylko najmłodsi nie mogą tego robić. Ty też dołączysz, tak jak reszta mężczyzn z Sheere.
- Ale dla mnie będzie to pierwszy raz. Śluby nieczęsto się zdarzają, a jak twoja siostra tańczyła z Cavianem, to nie mogłem tam być. Przecież wiesz...
- Pamiętam... To było zaraz po tym, jak zmarł twój brat...
- Jakie kwiaty wpleciesz we włosy ?
Eilly popatrzyła sceptycznie na jasny warkocz:
- Najchętniej jakieś ciemne: albo keflavik, albo dzikie róże, tylko, że ... róże są zarezerwowane dla Marguarinhy, a keflavik nie przystoi pannie... Pewnie więc będzie to dziurawiec... Wcale nie będzie go widać - stwierdziła niezadowolona.
- Za kilka lat ja ożenię się z tobą i wtedy będziesz mogła wplatać wewłosyco tylko będziesz chciała...
- Bredzisz Kayl...
- Wcale nie ! Zobaczysz !
- A zobaczysz, że nie. Nie lubię jak żartujesz w ten sposób. Marguarinha też niby była przyobiecana od dziecka Angatyrowi, a jak widzisz historyjka z przeznaczeniem kończy się inaczej...
- A co ? Myślisz może, że uratuje cię ten wymuskany brat Tanale, jak mu tam... Westel ? Przecież on nawet ciebie nie zauważa, całe dnie siedzi w tych swoich księgach i mieszankach. Nawet miecza nie udźwignie...
- No jasne... a ty to niby udźwigniesz ? I nie mów tak o Westelu, bo on jest tysiąc razy mądrzejszy od ciebie.
- Ale jak na razie to ze mną chodzisz na ryby...
- Bo nie mam nic lepszego do roboty. Och, Kayl, nie cierpię cię, kiedy mówisz w ten sposób. Nie masz prawa traktować mnie jak swoją własność, bo nią nie jestem i nigdy nie będę. Słyszysz, NIGDY !!!
- I mam już serdecznie dość tych twoich ryb. Wracam do Sheere.
Eilly zwinęła wędkę i nie oglądając się za siebieszybkopomaszerowała w stronę osady. Kaylen wzruszył tylko ramionami po czym zrobił to samo. Przez całą drogę powrotną nie powiedzieli do siebie ani słowa.
Byli niedaleko kiedy poczuli dym i usłyszeli pierwsze krzyki. Ostrożnie podeszli bliżej i ukryli się za kępą gęstego żarnowca rosnącego na skraju polany. Kilka domów w Sheere płonęło, po osadzie uwijały się niewysokie postacie z mieczami w rękach. Przywiązane do studni konie rżały niespokojnie.
- Ludzie... - szepnął Kaylen.
Mieszkańcy Sheere stali stłoczeni pomiędzy domami. Osobno kobiety, mężczyźni, nieco dalej dzieci. Przygotowana na wieczorną uroczystość broń leżała nieopodal. Uzbrojeni ludzie przeszukiwali chatę za chatą i wyciągali z nich tych, którzy się jeszcze ostali. Jeden tylko elf stał spokojnie przy koniach, jego smukła sylwetka wyraźnie odcinała się na tle płonącej chaty. Angatyr rozmawiał z ciemnowłosym człowiekiem, znacznie wyższym od innych. Człowiek ten wyglądał naprzywódcę oprychów. W dłoniach obracał miecz.
Doleciały ich urywki rozmowy:
- To zatrzymam sobie jako dodatkową zapłatę...
- Możesz zatrzymać sobie wszystko co znajdziesz. Mnie potrzebna jest tylko jedna dziewczyna - odpowiedział elf.
- Tylko jedna ? - zaśmiał się ciemnowłosy.
- Mniej więcej mojego wzrostu, ciemne włosy, oczy koloru miodu... - pokazywał Angatyr.
- Powiem chłopcom, żeby poszukali takowej... Ładna zapewne...
- Szukaj, nie pytaj.
- Zabiję go, na wszystkich bogów , zabiję.
- Nawet nie masz czym, siedź cicho i nie gadaj, bo jeszcze nas znajdą.
- Chcesz tu tak siedzieć, kiedy inni są w niebezpieczeństwie ?
- Eilly, zamknij się wreszcie.
Z jednej z chat wyprowadzono na wpół omdlałą Marguarinhę.
Wysoki przywódca ludzi popatrzył na jej twarz. Wyglądała jak jedna wielka rana. Pokręcił głową:
- Za mocno, Svanen, za mocno... Na nic mu się nie przyda poobijana elfka. Prawie złamałeś jej nos.
-Kiedyiśćnie chciała... Opierała się cholera jedna.
- To nie wiesz, jak się takie zmusza do posłuszeństwa ?
- Wiem, panie Holgen, ale...
- Bo widzisz, Marguarinho - powiedział Angatyr podchodząc do klęczącej na ziemi niedoszłej panny młodej - przeznaczenie zawsze się wypełni... Nie w ten to w inny sposób.
- Drwię sobie z twojego przeznaczenia, zdrajco.
- Ależ nie... Pamiętasz słowa Obietnicy: "od wieków dla siebie podług starych pieśni"... Teraz będziemy mieć dużo czasu... tylko dla siebie. I żaden myśliwy-idiota nam w tym nie przeszkodzi. - Dodał rozglądając się po placu.
- Jeśli chodzi co tylko o mnie - Marguarinha zakrztusiła się krwią - niech tak będzie, ale ich zostaw w spokoju.
- O nie... - Angatyr uśmiechnął się paskudnie. - Wszyscy muszą zobaczyć jak kończą się próby oszukania przeznaczenia...
Z grupy elfów wyciągnął związanego Jestera i szybkim ruchem podciął mu gardło.
- Za kradzież...
Podobnie postąpił z ojcem Marguarinhy.
- Za krzywoprzysięstwo.
Odwrócił się w stronę najemników:
- Nie krępujcie się... Co znajdziecie w chatach jest wasze... A z wioski niech nie zostanie kamień na kamieniu !
Z tłumu doleciał zdławiony szloch...
Schowany w samym środku kępy żarnowca Kaylen z całych sił zacisnął oczy. Rękoma przyciskał do siebie Eilly, aby choć trochę oszczędzić jej widoku jatki, jaka po słowach Angatyra rozpętała się w osadzie. Najemnicy z zimną krwią mordowali jednego elfa po drugim, nie bacząc na wołania o litość i krzyki kobiet. Jeżeli jedna z nich podobała im się bardziej - bez najmniejszego oporu brali ją na bok i gwałcili na oczach ich ojców, braci, mężów. Kiedy się nasycili, dobijali dziewczynę i szukali następnej, krążąc wśród wciąż malejącego tłumu jak sępy.
W pewnej chwili z gromady przerażonych elfów wyrwała się mała dziewczynka i zaczęła biec w kierunku lasu.
- Biegnij, Clarencia, biegnij... - rozległ się przenikliwygłosmatki.
Nazwany wcześniej Holgenem mężczyzna przyłożył kuszę do policzka. Nie spieszył się. Jęknęła cięciwa i Clarencia upadła na ziemię. Bełt wystawał jej spomiędzy łopatek. Jedna noga śmiesznie sterczała do góry. Ludzie zarechotali patrząc z uznaniem na swego przywódcę. Nie przerywali plądrowania wioski. Powoli w pobliżu ich koni rosły stosy ozdób, naczyń, odświętnych ubrań. Jedna z elfek rozciągnięta na stojącym w pobliżu drewnianym stole błagała o litość. Svanen uciszył ją ciosem w skroń. Tak mocnym, że aż rozbił czaszkę. Mózg rozprysnął się dookoła na tych nielicznych, którzy jeszcze żyli. Jakieś dziecko zaczęło rozpaczliwie szlochać i umilkło natychmiast. Inny człowiek, Norlin, wpakował mu wąski nóż pod piąte żebro. Fachowo.
- Bądźcie przeklęci - powiedziała Marguarinha ciężko nabierając powietrza. - I wy i potomstwo wasze.
- Zamknij się ukochana, bo i tak nikt nie uwierzy w te twoje czary. A jeśli będziesz się nadal opierać to inaczej porozmawiamy...
- Możesz mnie nawet zabić...
Zadźwięczała strzała, o włos chybiła szyję pochylającego się nad elfką Angatyra i wbiła się w pierś dziewczyny. Marguarinha zacharczała ciężko i skonała. Angatyr odwrócił się gwałtownie:
- Szukać mi strzelca.
Niewiele trzeba było czasu, by najemnicy wywlekli z zarośli blade z przerażenia Blankę, Istmę i Ainę. Blanka trzymała łuk. Angatyr patrzył na nie przez chwilę drapieżnym wzrokiem, po czym powiedział krótko:
- Zróbcie z nimi co chcecie. Są wasze.
Najemnicy popatrzyli na Holgena, który skinął przyzwalająco ręką. W kilka chwil potem trzy dziewczęta zostały przytroczone do koni i zakneblowane. Istma płakała rozpaczliwie. Ludzie wolno przechadzali się między zalegającymi wszędzie ciałami, ograbiając je z ozdób, czasem odzierając z ubrań. Ruszających się i jęczących - dobijali bez chwili zastanowienia. Angatyr siedział jak skamieniały przy cieleMarguarinhy.Najeźdźcy pakowali zdobycze do sakw. Biorąc przykład z przywódcy przywłaszczali sobie elfią broń, najczęściej miecze i ostre jak brzytwy sztylety. Chcieli na odjezdnym całkowicie podpalić Sheere, ale Holgen w kilku ostrych słowach zabronił. Zamiast tego pociągnęli za sobą trzy płaczące przyjaciółki Eilly.
Zrobiło się cicho...
Kayl ostrożnie wyjrzał z kryjówki: plac przykrywała warstwa bezładnie porozrzucanych ciał. Skulony nad ciałem Marguarinhy Angatyr wyglądał z tej odległości jak niewielka statuetka. Starając się nie wywołać najmniejszego dźwięku Kaylen wygrzebał się z żarnowców, chwilę później to samo zrobiła Eillyenn.
Stali oniemiali przez dłuższą chwilę, po czym Kayl ruszył w stronę studni. Potknął się o niewielki łuk. Ten sam, który wyrwano wcześniej Blance. Kilka kroków dalej leżały rozrzucone strzały. Schylił się, podniósł dwie. Otarł łzy spływające po policzkach, wycelował, strzelił. Groty ześwistemwbiłysię w plecy Angatyra. Elf wstał, odwrócił się w kierunku Kaylena. Sięgnął do pasa, ale nie zdążył wyciągnąć miecza, kiedy upadł i zaczął kopać nogami ziemię. Eilly błyskawicznie podbiegła do niego i podniesionym z ziemi sztyletem przecięła mu żyły na obu nadgarstkach. Stali i patrzyli jak się wykrwawia. Kiedy już przestał się ruszać poszli dalej starając się odnaleźć rodzinę i przyjaciół. Nie wiedzieli co powinni zrobić. Z Sheere nie uratował się nikt - oprócz ich dwojga, Istmy, Blanki i Ainy. Gdzieś głęboko w lesie żyła stara Eledh.
Kaylen ze łzami w oczach oglądał ciała tych, którzy jeszcze pół dnia wcześniej byli jego rodziną. Na ich twarzach widać było zastygły krzyk i przerażenie. Chłopiec odwracał głowę od straszliwie potraktowanych kobiet, których jednak nie sposób było nie zauważyć. Ich nogi, uda, brzuchy stanowiły zakrzepłe rany, dodatkowo porozcinane policzki oraz zmiażdżone kości twarzy świadczyły ouderzeniach rękawicy człowieka zwanego Svanenem. Clarencia leżała na skraju polany, tam, gdzie dosięgnął ją bełt kuszy Holgena. Jej odświętna, jasnozielona sukieneczka trzepotała na wietrze. Sprawiała wrażenie wciąż żywej, lecz było to tylko złudzenie. Kilka kroków dalej zaczynał się las. Wystarczyłoby więc tylko kilka drobnych kroków...
W ciągu jednego popołudnia tętniąca życiem i radością osada przestała istnieć. Mieszkańcy leżeli pokotem, jeden obok drugiego, z poderżniętymi gardłami, porozcinanymi brzuchami, rozłupanymi głowami.
Z wolna zapadał zmrok...
Wspólnie zaciągnęli ciała na jeden, wielki stos. Obłożyli je drewnem zebranym z porozbijanych mebli i drzwi. Podpalili.
- Pamiętasz moją noworoczną wróżbę ? - spytała w pewnym momencie dziewczyna.
- Nie... - pokręcił głową.
- "Z mojej ręki idzie śmierć..." I to prawda, Kayl, na wszystkich bogów - to JEST prawda...
- Nie myśl teraz o tym...
Ogień tańczył przez całąnoc, aoni siedzieli razem nie mówiąc do siebie ani słowa.
Wieczór, który miał być świętem radości, przemienił się w żałobę.
Kaylen przykucnął przed dziewczyną:
- Nie płacz, Eill...
Nie zareagowała. Niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w płomień, z jej oczu nieprzerwanym strumieniem płynęły łzy. Próbował ją delikatnie dotknąć, ponieważ nie było sprzeciwu, objął ją. Nawet nie drgnęła.
- Nie płacz... Przysięgam, że cię nie opuszczę... Będę cię bronić i chronić, i nie chcę żyć dłużej od ciebie... - nieświadomie wypowiedział słowa Obietnicy.
Wolno odwróciła głowę, spojrzała mu w oczy.
- Kayl... Twoje włosy... są... całkiem białe...
Dotknęła jednego pasma. Przytrzymał jej rękę:
- Podobno tak się robi, jak elf dużo przeżyje w ciągu jednego dnia...
- Kayl... Co z nami teraz będzie... ?
- Nie wiem... Chodźmy stąd...
- Dokąd ?
- Dokądkolwiek...
Z nastaniem poranka opuścili miejsce, które do tejpory nazywali domem.
Ogień na stosie ich najbliższych dopalał się z wolna...
Ailén
czerwiec 2000
Opowiadanie pochodzi z PBEM autorki ("Espadon"),zobacz http://strony.wp.pl/wp/espadon
Sklep
Forum