"Pamiętnik zagubiony w czasie"


- Magnat prasowy Derek Magnon nie żyje! Zastrzelony w swoim własnym łóżku razem ze swoją sekretarką! Ekstra dodatek! Tylko 10 centów! - krzyczał gazeciarz stojący na rogu. Padał drobny deszcz, większość przechodniów chowała się pod parasolami. Więcej niż zwykle osób było zainteresowanych oglądaniem sklepowych witryn, przynajmniej tych zadaszonych. Zegar na wieży ratuszowej właśnie wybijał południe.
Mężczyzna, ubrany w szary płaszcz z wysokim kołnierzem, podszedł do piętnastoletniego może chłopaka, sprzedającego gazety i już po chwili trzymał w ręku najświeższe wydanie "Georgia Today". Interesujący go artykuł zajmował prawie całą pierwszą stronę. Przyjrzał się dokładnie zamieszczonemu zdjęciu z miejsca zbrodni i uśmiechnął się do siebie. Jego wczorajsza praca była bardzo fotogeniczna. Apartament, który wynajmował Derek Magnon w "Callisto", najdroższym hotelu w mieście, był we wspaniały sposób udekorowany tym, co zostało z niego samego. Kristofvon Safers lubił swoją pracę płatnego zabójcy. Usiłował z niej wydobyć nawet jakiś natchniony wypaczonym umysłem artyzm. Żałował, że nie miał więcej czasu, by jego dzieło wyglądało jeszcze wspanialej i podkreślało artystyczną osobowość zabójcy. Nie przepadał za takimi zwykłymi zleceniami, jak to, którego efekty właśnie podziwiał, dobrymi może dla jakiegoś podrzędnego opryszka. Z drugiej strony jednak trzeba było czasami wykonać pracę, godną co najwyżej rzemieślnika, by mieć za co uciekać tym, co na niego polowali. Przez najbliższy czas nie musiał się martwić o pieniądze..
Teraz wszystko wydawało się już takie proste. Uśmiechnął się, po raz drugi, na myśl o pięciocyfrowej sumie, która wpłynęła na jego konto i spokojnym krokiem udał się w stronę dworca kolei żelaznej. Nie przeszkadzał mu nawet, nasilający się deszcz. Po kilku minutach siedział już wygodnie w wagonie restauracyjnym pierwszej klasy, pociągu relacji Georgia - Newtens i popijał wodę sodową z lodem. Ta robota była nawet łatwiejsza, niż się spodziewał. Pamiętał jak dwa tygodnie temu spotkał się z barczystym mężczyzną, w tanim barze na przedmieściach Saltsmoke. Jego niski głos dobrze zapadał w pamięć.
- Słyszałem, że zajmuje się pan świadczeniem dość nietypowych usług dla ludności - zaczął pierwszy - i że jest pan najlepszy.
- To zależy, kto pana ze mną skontaktował - powiedział Kristof, dokładnie taksując nieznajomego wzrokiem.
- W tej chwili to nie jest istotne. Naprawdę istotne rzeczy znajdzie pan w tej kopercie - odrzekł i wręczył von Safersowi szarą kopertę.
- Znajdzie w niej pan wszystkie potrzebne informacje - kontynuował - oraz dwa tysiące dolarów na koszta własne. Proszę otworzyć nowe konto w dowolnym banku w mieście i wpłacić na nie 99 dolarów i 5 centów. Na wykonanie zadania ma pan dwa tygodnie wliczając dzisiejszy dzień. Będzie pan wtedy bogatszy o kolejne 18 tysięcy, które znajdą się na założonym koncie.
Po karku Kristofa przebiegł lodowaty dreszcz, to było jego pierwsze zlecenie od mafii, a takim ludziom się nie odmawia, a jeśli już, to na pewno nie częściej, niż raz w życiu. Z drugiej strony otwierało to przed nim perspektywy na przyszłe, równie dochodowe zlecenia. Pociągnął duży łyk jasnego piwa i otarł pianę z ciemnych wąsów.
- A co, jeśli... - rozpoczął pytanie, lecz go nie skończył. Wiedział dobrze, co by się z nim stało, jeśli...
- Nie możesz się już wycofać, Safers - dodał jeszcze zleceniodawca, po czym położył na stoliku dolara i wyszedł, stawiając kołnierz sztormowej bluzy.
Przeszedł dwie przecznice, spokojnie oglądając wystawy nielicznych otwartych sklepów, a gdy zaczęło padać, postawił wyżej kołnierz i mocniej nasunął kapelusz. Wsiadł do pierwszej, stojącej na postoju, czarnej taksówki i kazał wieźć się do luksusowej dzielnicy. To naprawdę smutne i niepokojące, - pomyślał Ivan Morgovich - że są na świecie, dla niektórych, sprawy ważniejsze od pieniędzy. On sam miał wyraźnie określoną hierarchię wartości. Skoro każdego można było kupić, pieniądze były najważniejsze. Jego szef, Markiz de Sitta powinien być, w jego mniemaniu, mniej uczuciowym człowiekiem. Przez chwilę czuł do niego nawet pewien rodzaj pogardy, ale tylko do czasu, gdy przypomniał sobie, ile pieniędzy zarobił odnajdując odpowiedniego zabójcę. Uśmiechnął się, pokazując przednie, złote zęby. Już niedługo będzie bogatszy o kolejne zaoszczędzone trzydzieści kawałków. Rozrzutność szefa na razie była mu na rękę. Miał zamiar rozkręcić własny interes. Dobry alkohol zawsze był w cenie.
Ściągnął *HIK* przez głowę plastikową bluzę i rzucił ją na siedzenie obok siebie. Pod spodem miał czarny jak smoła garnitur ze srebrnymi oznaczeniami agencji ochroniarskiej "Espace KU". Elita wśród elity elit - pomyślał, przecierając oznaczenie swego stopnia służbowego - osiem lat harówki, okupionej stratą tego, co kiedyś uważał za najważniejsze. Przy wjeździe do wyższej dzielnicy, pokazał strażnikowi swój identyfikator i obserwował jego, nie dość dokładnie zamaskowane zaskoczenie i zmieszanie. Wjechał na trzecie podziemne piętro prywatnego garażu korporacji DeMaNdYa Ltd. i zaparkował swojego szarego bootstera w czarnym sektorze. Wyjął z kabury wysłużonego Hotvatera, przełożył go do skrytki, umieszczonej pod siedzeniem kierowcy i zmatowił przyciemnione szyby. Podniósł z tylnego siedzenia mokry sztormiak i idąc w kierunku windy, wrzucił go do kosza dezintegracyjnego. Po sekundzie nie pozostał z niego nawet zapach deszczu. Stojąc przed czytnikiem, ułożył w myślach swój kod mentalny i wjechał na przedostatnie piętro kompleksu.
Pozdrowił gestem strażników, siedzących za pancernym plastoglassem i odruchowo zerknął na przeżarte ogniem lufy systemu defensywnego. Oczywiście firmę stać było na wymianę działek na nowe, ale szef ochrony uznał kiedyś, że równieważny jest efekt psychologiczny. Trzeba było przyznać, że miał rację. Ivan pamiętał tylko jedną próbę wtargnięcia, na tyle udaną, by zmobilizować ochronę wewnętrzną. Trzy lata temu, 11 października - dokładnie pamiętał tę datę - przypuszczono frontalny atak na DeMaNdYa. Yakuza "Droga krwi" wyznaczyła wtedy 12 milionów neodolarów nagrody za głowę tutejszego master prodana i jak to zwykle bywa, znalazło się kilka pomniejszych gangów, które myślały, że gdy się połączą, to dadzą sobie radę. Morgovitch był wtedy akurat na rozmowie z prodanem rekrutacji. Gołymi rękami zabił trzech napastników, którzy najwidoczniej nie orientowali się zbyt dobrze w rozkładzie budynku. Oczywiście od razu podniosło to jego notowania i pozwoliło mu zacząć służbę z rangą subdrivera w oddziale "Czarnych Serc". Był wtedy dla wszystkich nowy i ludzie mówili o nim, za jego plecami, różne dziwne rzeczy. Przynajmniej do czasu, aż pokazał najbezczelniejszemu z nich jego własny tyłek, od środka. Jego awans na dowódcę oddziału, cztery miesiące później, nie stanowił już zaskoczenia dla nikogo.
Dwa tygodnie temu, został wezwany, przez samego master prodana, na zebranie Ptaków Cienia. Była to wewnętrzna formacja, podlegająca mu bezpośrednio i rzadko korzystająca z usług pozostałych sekcji firmy. Został poinformowany o zmianie przydziału i wszystkim oficjalnie przedstawiony. Po kilkudniowym wprowadzeniu w nową siatkę obowiązków, dostał pierwsze zlecenie, wymagające wyjazdu do pobliskiego miasteczka i skontrolowania tamtejszego oddziału. Kiedy już myślał, że ugrzązł na miejscu w papierkowej robocie, skontaktował się z nim dowódca Ptaków Cienia i przekazał mu dane dotyczące jego prawdziwego zadania. Teraz, dotykając zimnej klamki drzwi, prowadzących do najbardziej strzeżonego pomieszczenia w budynku, miał nadzieję, że wywiązał się z niego dobrze.
Wykonane z prawdziwego drewna, drzwi do gabinetu master prodana korporacji, otwarły się *HIK* z cichym skrzypnięciem. Sala miała kształt sześcianu o boku długości dziesięciu metrów. Podłoga przykryta była czerwonym dywanem, na którym ręce mistrzów, pochodzących z odległego kraju, wyhaftowały czarnymi i białymi nićmi, postacie walczących ze sobą smoków. Naprzeciwko wejścia stał niski, szeroki stół, a za nim, krzesło, wykonane z czarnego marmuru bogato zdobionego srebrem. Markiz de Sitta, który na nim siedział, na widok Ivana, gestem odprawił dwóch, stojących przy jedynym oknie, strażników.
- Wszystko załatwiłem tak, jak Wasza Ekscelencja sobie życzył... - zaczął Morgovich.
- Masz tu dwieście luidorów - Markiz rzucił w jego stronę, ciężki i brzęczący od złota mieszek - i nie pokazuj mi się na oczy przez najbliższy tydzień - powiedział i odwrócił głowę na znak, że audiencja skończona.
- Dziękuję, Wasza Ekscelencjo - odparł szpieg i z usłużnie opuszczoną głową wycofał się w kierunku przedpokoi.
- Tak będzie dla ciebie lepiej - cicho dodał władca Strażnicy Dwóch Pięści, gdy Ivan już wyszedł - lepiej dla nas wszystkich.
Dłuższą chwilę siedział, drapiąc się po siwej brodzie i myśląc, jaki będzie finał tego nieporozumienia. Przyjął kiedyś na siebie brzemię Strażnika i mimo wszystkich przeciwności, nadal nie zamierzał się go wyrzec. Wątpliwości dopadły go tylko jeden raz, w dniu, w którym dowiedział się o związku swojej córki. Przepowiednia, którą odebrał na swoje dwudzieste czwarte urodziny, kiedy zgodził się przyjąć na siebie obowiązki obrońcy Zachodniej Bramy Saukhadar, wspominała o przyszłych kłopotach jego jedynego dziecka. Mimo zabezpieczeń, które podjął po konsultacji z kapłanami, nie przewidział kilku rzeczy, bo któremu z rodziców może przyjść do głowy, że jego jedyna córka zakocha się w kobiecie. Do tego - demonie.
Wynajęcie zabójcy było trudną decyzją. Tym trudniejszą, że dzięki wyroczni, której miał prawo, ze względu na piastowane stanowisko, raz do roku zadać pytanie, wiedział że uczucie jego dziecka do tej przeklętej kobiety jest prawdziwe i wzajemne. Rozwiązanie podsunęła mu przypadkiem jedna z adeptek świątyni Angelli, lecząca za pomocą kontrolowanych przez siebie snów, jednego z jego ludzi, który podczas potyczki został ugodzony zatrutą strzałą. Choć rana w jego ciele goiła się dość dobrze, do umysłu zaczęły wdzierać mu się koszmary, które prawie doprowadziły go do obłędu. Jedyną metodą na jego ozdrowienie okazały się zaklęcia senne, podczas których zastąpiono mu wspomnienia z owej feralnej walki, sztucznymi fragmentami, jakoby tego dnia miał wartę w garnizonie. Ofiara na rzecz świątyni na pewno była warta życia dobrego żołnierza.
Po kilkunastu minutach rozmyślań, Markiz przywołał straże i nakazał nie wpuszczać dziś już nikogo. Wstał ze swojego tronu, rozprostował kości, założył szkarłatno-złoty płaszcz i udał się wąskim korytarzem w kierunku sypialni swojej córki. Anna abn Ahur de Sitta leżała w swym łożu, a u jej głowy, stała pochylona zamawiaczka snów. Widząc wchodzącego władcę, opuściła czarną chustę na swą oszpeconą twarz.
- Mój panie, - zaczęła - twa córka będzie spała jeszcze przez dwa dni i dwie noce, a gdy się zbudzi, cała ta niezręczna znajomość z panią Suba będzie się jej wydawała tylko nocnym marzeniem. Dopilnuj proszę, by jeszcze przez kilka tygodni nie rozmawiała z nikim oprócz ciebie i mnie. Lepiej będzie też wymienić jak najwięcej ludzi z obsługi Twierdzy, a tym, co muszą pozostać, nakazać całkowite milczenie na ten temat. Dla ukojenia jej ciała mogę zamówić jej, mój panie, kochanicę ze Świątyni Wiecznego Błękitu.
- Wiesz dobrze, Samoneo jak drogie jest mi zdrowie i szczęście mojego jedynego dziecka, lecz nie nadużywaj mojej dobroci, jeśli miłe ci jeszcze ujrzeć światło księżyców.
- Wiem, mój panie. Niech o mojej dobrej woli świadczą me uczynki, nie słowa. Nie na mnie swój gniew kierujesz, a na tą, co zginie niebawem - na chwilę zawiesiła głos, uważnie obserwując zza woalki twarz Markiza - chyba zbytnio się nie pomyliłam?
- Za dużo wiesz, wiedźmo, a ci, co dużo wiedzą, mogą dużo powiedzieć na torturach - odparł w złości, dobrze wiedząc, że zamawiaczka snów nigdy nie będzie mogła odezwać się do nikogo innego, niż do niego samego i jego córki.
- Odejdę teraz na swe pokoje, panie, a ty wyżal się swej jedynaczce, póki cały jej świat jest snem, z którego budzi się w kolejny sen - powiedziała Samonea i wyszła. Przez chwilę jeszcze było słychać jej drobne kroki, niosące się po korytarzach wieży.
Otwarła drzwi swojego pokoju, odruchowo wstrzymując oddech. Okropny smród miał zniechęcić każdego, komu przyszłoby do głowy przeszukiwać jej mieszkanie. Zamknęła drzwi *HIK* na sztywno i ukrytym przełącznikiem uruchomiła wentylację. Po kilku sekundach mogła już głęboko odetchnąć świeżym powietrzem. Usiadła na swym ascetycznym łóżku i zdjęła ludzką maskę. Zmyła tri-aknitonem resztki kleju i przejrzała się w małym, okrągłym lusterku. Jej blado-błękitną twarz przecinała długa blizna, będąca pozostałością po operacji usunięcia narządów mowy. Złożyła dwa środkowe palce lewej dłoni w symbol klucza, a prawą sięgnęła do przestrzeni astralnej i wyciągnęła końcówkę terminala. Szybko podpięła jej śluzowate łącze do otworu, znajdującego się tuż poniżej linii łusek i po krótkiej chwili dezorientacji znalazła się w swoim prawdziwym domu. Ostatnio zbyt często angażowała się emocjonalnie w gry kryminalne cyberprzestrzeni. Jej osobowość ulegała czasowym zanikom i wymagała odnawiania. Zainicjowała dozowanie odżywek regenerujących pień mózgu i chwilę czekała, próbując nie tracić orientacji podczas, gdy pikomechy naprawiały uszkodzone komórki. Ciekawe co będzie, - pomyślała, uśmiechając się do siebie - gdy któregoś razu zanik tkanki biologicznej będzie na tyle duży, że zapomnę wrócić, może na zawsze zostanę jakąś zamawiaczką snów w wymyślonym świecie. Ta myśl ją rozbawiła.
Zerknęła na zegarek. Nie było jej prawie cztery doby. Odruchowo weszła do serwisu informacyjnego. "Właściciel CNNOnLine, Derek Magnon nie żyje!" - ogromne czerwone litery, zajmujące ponad połowę powierzchni głównej strony serwisu, wypalały się w jej umyśle. Właśnie chciała przejść dalej, gdy w jej syntetycznym lewym uchu odezwał się sygnał nadejścia priorytetowej wiadomości. Ruchem gałek ocznych przeskoczyła na oprogramowanie obsługujące strumieniowanie łącza rdzeniowego i odczytała lakoniczną notatkę: "Sprawa załatwiona pomyślnie. KvS.". Odruchowo sprawdziła pozostałe wiadomości w warstwie logującej wszystkie dane pochodzące spoza lokalnego frame'u. Pierwsza była potwierdzeniem przelewu 20.000 kredytów z jej konta ubezpieczającego cyberłącze, na rzecz Fundacji Samotnych Matek Bez Dzieci. Całkowicie mimowolnie, wydała myślowe polecenie do programu kontrolującego projekcję jej postaci w cyberprzestrzeni, tak by ugięły się jej kolana. Niestety Samonea zapomniała o tym, że kilka tygodni temu zmieniła swoją postać. Gdyby komukolwiek dane było to teraz oglądać, zobaczyłby piękną, srebrnowłosą syrenę, próbującą wykonać jakiś nie przewidziany dla niej ruch, co spowodowało tylko chwilowe rozsypanie obrazu całej dolnej części konstruktu. Żenada, dobrze, że jestem w domu - przeszło jej przez głowę, gdy tylko to spostrzegła - na szczęście towarzyszący tej myśli, gest opadających rąk, został zinterpretowany już poprawnie. Wyjść! - rozkazała wściekła. Na ślepo wyjęła wilgotną końcówkę terminala ze swej szyi. Gdy tylko jej oczy przyzwyczaiły się do nieprzezroczystego powietrza, ujrzała *HIK* przed sobą trzy postacie z wyciągniętymi sztyletami w rękach. Wszystkie na głowach miały czarne kaptury, a na ich piersiach widniały symbole Świętej Inkwizycji. Przetarła z niedowierzaniem oczyizauważyła, że przedmioty w ich rękach nie były sztyletami lecz misternie zdobionymi krzyżami.
- Mami dlia cibie sziatanie święconą wodię - powiedziała najbliższa postać i wyciągnęła zza pleców plastikowy karabin-zabawkę. W tej samej chwili błysnął flesz aparatu fotograficznego.
- Niespodzianka! - parsknęła śmiechem druga i zdjęła kaptur.
- Suba! Ty świrusko - wrzasnęła Samonea, rozpoznając swoją dziewczynę i uchyliła się przed strumieniem wody - ty i ci twoi świrnięci Japończycy, ale mnie nabraliście, szlag i czarny Lód by was wszystkich!
- Śmigus Aprilis - zaśmiała się, nazwana świruską, tleniona blondynka, po czym podeszła do Samonei i zaczęła ją namiętnie całować w kark. Wściekła mina zaskoczonej dziewczyny zaczęła powoli zamieniać się w pełen zrezygnowania uśmiech.
- Najlepsi numier w moim żiciu - powiedział, śmiejąc się bez przerwy, Tanako Taksida, zaprzyjaźniony kierownik serwisu lokalnego oddziału Sabuchi Motors.
-Powiesię sobii twoji zdjęci w najlepsi miejsci - odparł drugi, oglądając kartonik, który właśnie wypluł z siebie Polaroid. Jego nienaturalnie równe zęby błyszczały w najszerszym uśmiechu, jaki Samonea kiedykolwiek widziała u skośnookich.
Po kilku godzinach, gdy w ich żyłach szumiała już piąta chyba z kolei butelka szampana, szalona impreza przy dźwiękach japanese-disco zaczęła się uspokajać. Mężczyźni wyszli nad ranem, podśpiewując z okrutnym fałszem stare, sprośne, marynarskie piosenki. Suba przytuliła się do swojej kochanki i zaczęła delikatnie gładzić jej twarz. Mimo otumanienia alkoholem, Samonea nie pozostała jej długo dłużna i wkrótce obie panie zaczęły powolny rytuał doprowadzania się nawzajem do granic rozkoszy. Zasnęły zmęczone dopiero, gdy słońce było już wysoko.
Suba obudziła się pierwsza, przez jej głowę przejeżdżał chyba pociąg towarowy, a popękane usta piekły niemiłosiernie. Sięgnęła, po stojącą na szafce butelkę z wodą i pociągnęła duży łyk. Odchrząknęła głośno, odzyskując głos, co tylko wzmogło dudnienie w skroniach. W reakcji *HIK* na ten dźwięk, nagi, łysiejący mężczyzna, leżący w dużym, małżeńskim łóżku, przekręcił się na drugi bok i odkrył bezwstydnie swój tyłek. Co ja tu robię? - pomyślała jego sekretarka - jak mogę jej coś takiego robić? Przecież nie zawsze trzeba wspinać się po szczeblach kariery, zaliczając łóżko szefa. Zwłaszcza, gdy rani się kogoś bliskiego. To już ostatni raz - pomyślała i wzdrygnęła się z obrzydzenia, na sam widok Dereka Magnona. Zbierając porozrzucane ubranie, nie usłyszała dźwięku otwieranych wytrychem drzwi. W momencie, gdy zakładała prawą pończochę, zauważyła wycelowaną w siebie lufę pistoletu. Już chciała zacząć krzyczeć, lecz dojrzała twarz zamachowca i głos utknął jej w gardle.
- Nie powinno cię tu być - powiedział Kristof von Safers i strzelił.
- Ale, tato... - zdążyła tylko powiedzieć Annaabn Ahur, nim jej oczy pokryła mgła śmierci. Huk wystrzału rozległ się jeszcze dwa razy. Oczy umierającego zabójcy, zaczęła zasnuwać *HIK* mgła.
Obraz zadrżał i powoli się rozpłynął. W ciemnym pokoju unosił się słodkawy zapach tanich kadzidełek. Młodsza z siedzących przy okrągłym stoliku kobiet, niepewnie uniosła swój wzrok na cygankę i ukradkiem wytarła spocone dłonie o ciemnozielone, sztruksowe spodnie.
- Widzisz, moja córko - powiedziała, po dłuższej przerwie, zamawiaczka snów, zasłaniając skrawkiem kolorowego materiału szklaną kulę - właśnie taka czeka cię przyszłość, jeśli zwiążesz się z tym mężczyzną.
- Ale niektóre obrazy były takie niejasne i niejednoznaczne - próbowała zaoponować Georgia Newtens.
- Ten mężczyzna nie tobie jest pisany, jego ścieżka ku śmierci prowadzi. Taki los, takie przeznaczenie - odparła Samonea swoim dobrze wyćwiczonym głosem, silącym się na tajemniczość, po czym wymownie wyciągnęła rękę po zapłatę.
Georgia wręczyła jej dwie wymięte pięciodolarówki, wstała i założyła swój ciemny, szary płaszcz z wojskowymi oznaczeniami. Postawiła wysoki kołnierz i potrząsnęła burzą rudych włosów. Wyglądała teraz trochę jak postać z kreskówki anime. Jeszcze raz, próbując ukryć swe uczucia, zerknęła na materiał, okrywający szklaną kulę. Wyszła z drewnianej, parterowej chaty i wsiadła do swojego jeepa. Po trzech minutach jazdy stromą drogą pod górę, zatrzymała się i ostatni raz popatrzyła na malowniczą okolicę. Spalić to miejsce - rzuciła krótko przez radio i splunęła przez lewe ramię, na szczęście. Nie było czasu na sentymenty. Była wojna. Nie powinna sobie pozwalać nawet na chwilę słabości. Uruchomiła silnik i podjęła przerwaną jazdę. Gdy wybuchła pierwsza bomba termitowa, odruchowo wtuliła głowę w ramiona.
Dojechała do tymczasowego obozu, w którym stacjonował jej oddział, pośpiesznie odebrała honory od wartowników i udała się donamiotu dowodzenia. Rozsunęła siatkę maskującą i z pełnymi wściekłości oczami wygoniła adiutanta. Skręciła papierosa i przypaliła go drżącymi rękami. Nienawidzę cię, Dereku Magnonie - syknęła przez zaciśnięte zęby. Jej serce, swoim własnym, przyspieszonym rytmem, mówiło coś zupełnie przeciwnego.
Pierwszy raz zobaczyła go, gdy miała czternaście lat. Któregoś jesiennego popołudnia, jej starszy brat przyprowadził go do domu i przedstawił jako przyjaciela, jeszcze z czasów akademii wojskowej. Ona była młoda, naiwna i rozpuszczona, lecz raz tylko spojrzała w jego piwne oczy i już wiedziała. Takie rzeczy się po prostu wie. Jedyną osobą, która zauważyła w niej zmianę, była jej matka, ale na mocy jakiegoś niepisanego, kobiecego porozumienia, nigdy o tym ze sobą nie rozmawiały. Georgia często płakała w poduszkę, wiedziała jednak, że zbyt wiele ich dzieli, by mogli być razem. Był od niej o jedenaście lat starszy, miał już żonę i dwuletniego syna. Jednakw niczym jej to nie przeszkadzało. Gdy w trzy lata później wstępowała do akademii, marzyła tylko o tym, by go znowu zobaczyć. To była prawdziwa miłość, taka, która jest w stanie przetrwać wszystko, nawet próbę czasu. Jej marzenie spełniło się dopiero niedawno, lecz w jakiż okrutny sposób. Gdy ogłoszono całkowitą mobilizację, wysłano i ją na front. Jej pierwsza akcja bojowa była tylko drobną potyczką, o jakiś mało istotny punkt strategiczny, lecz w sam raz, by sprawdzić odwagę kadetów. Potyczką, w której zginął jej brat, zastrzelony ostatnim pociskiem, ukrytego snajpera, którym okazał się jej ukochany. Jej marzenie i przekleństwo zarazem.
- Nienawidzę cię, Dereku Magnonie - załkała do poduszki, zupełnie tak jak kiedyś.
Pozwoliła sobie na tę chwilę słabości, wiedząc, że nikt nie ma wstępu do jej apartamentu. Jeszcze raz pociągnęła nosem, umyła w łazience twarz i poprawiła makijaż. Chodząc w poprzek pokoju wypaliła kolejnego papierosa, przeszła do gabinetu i usiadła na prostym, drewnianym krześle. Poprawiła długie szpilki w swych czarnych włosach, zrobiła kilka głębokich wdechów i zadzwoniła po zaufanego człowieka.
- Posłuchaj, Tanako - powiedziała, gdy już zamknął za sobą drzwi i stanął przed nią z usłużnie opuszczoną głową. - Posłuchaj uważnie, bo chodzi o honor naszej rodziny. Znajdziesz teraz najlepszego, płatnego zabójcę, ronina. Zapłacisz mu w ratach dziesięciokrotną stawkę i każesz usunąć Dereka Magnona. Niech później wyjedzie z miasta i zmieni zawód. Raz i na zawsze. To wszystko.
- Honor rodziny - odrzekł wezwany, ukłonił się głęboko i wyszedł.
- A ja, - powiedziała już tylko do siebie Anna abn Ahur de Sitta - muszę żyć dalej.
Tanako Taksida założył na głowę ciemny kaptur, wyszedł z domu swojej pani i wolno przeszedł przez pachnący wiosną ogród. Od kiedy wyjechał pan Kristof von Safers, obłęd jego córki zaczął się nasilać. Muszę się skontaktować z Samoneą - pomyślał i udał się w kierunku pobliskiej jaskini.
Zaryglował dokładnie właz, odkaził skafander i zapalił małą czerwoną lampkę, zasilaną ostatnim ocalałym ogniwem słonecznym. Zdjął hełm, położył go na pustej, aluminiowej skrzynce i poszedł sprawdzić odczyty. Dziś nie wiał południowy wiatr, więc promieniowanie było dość słabe. Filtry odzyskały prawie litr wody, przemył spierzchnięte wargi i pociągnął duży łyk mdłej cieczy. Wziął wodoodporny ołówek, zaostrzył go i otworzył swój dziennik. Zaczął pisać:
"29 października 2003 roku. Minęły 43 dni, od kiedy na niebie pojawił się drugi księżyc. Zauważyłem, że coś niedobrego dzieje się z czasem, chyba że już naprawdę wariuję przez tę cholerną samotność. Słońce wstawało dziś 2 razy. Nadal nie udało mi się znaleźć śladów życia, mimo, że zapuściłem się 20 km od schronu, w kierunku Petersburga. Zapasów starczy mi jeszcze na 8 dni. Tym, którzy znajdą moje zapisy, chcę powiedzieć, że bardzo się boję, najbardziej tego, że mogę być ostatnim człowiekiem. Mam nadzieję, że przeżyli jacyś Amerykanie i kiedyś ktoś przeczyta to, co piszę. Chciałem was wszystkich przeprosić, choć nie oczekuję przebaczenia. Ivan Morgovitch, człowiek."
Ekran nagle rozbłysnął bielą, a skończony koniec filmu miarowo stukał o krawędź projektora. Jeszcze przez jakiś czas siedzieli nieruchomo, przerażeni tym, co właśnie obejrzeli.
- Tak wyglądał ich ostatni dzień, - pierwszy odezwał się detektyw - teraz znamy przynajmniej część prawdy.
- Nadal jednak nie wiemy, - odrzekła psycholog Samonea - kto trzymał w ręku kamerę. Nadal nie wiemy najważniejszego - kto był mordercą. - Z dokumentów wyprawy wiemy dokładnie, że było ich pięcioro. Wpisy w pozostawionym dzienniku prowadziło jednak sześć osób. Moim zdaniem, to był ten szósty członek ekspedycji, nie wymieniony nigdzie poza samym dziennikiem, Derek Magnon.Nazwisko prawdopodobnie jest fałszywe.
- Na filmie pokazane są tylko cztery zbrodnie, Kristof von Safers został według zapisów, wyciągnięty przez mordercę podczas nocnej zamieci i jego ciała nigdy nie odnaleziono. Sam fakt odnalezienia tego filmu po dwóch latach od zamknięcia sprawy jest już dość podejrzany. - Został znaleziony w ich drugim obozie, rozbitym na wysokości 6.400 metrów. Lawina musiała zdjąć grubą warstwę śniegu z północnego zbocza, a sam obóz odnalazła szwedzka wyprawa, dopiero dwa tygodnie temu. Zaprosiłem panią, by wyjaśniła mi pani kilka z wpisów dziennika, sprawa jest ponownie otwarta i od tej pory obowiązuje panią tajemnica śledztwa. Słyszałem, że jest pani najlepszą specjalistką od spraw małych grup ludzkich odciętych od świata. Nie ukrywam, że współpraca z panią jest dla mnie zaszczytem.
- Darujmy sobie te uprzejmości i bierzmy się do pracy - odparła Samonea - czy mogę obejrzeć dziennik wyprawy?
- Tak, oczywiście, zaraz go przyniosę. Przynieść pani coś do picia?
- Proszę dużą kawę ze śmietanką i z cukrem - powiedziała i zaczęła przeglądać akta sprzed dwóch lat.
Detektyw zamknął za sobą drzwi i poszedł do swojego biura. Gdy znalazł potrzebne papiery, usiadł w fotelu i uśmiechnął się. Zobaczymy - pomyślał - kto jest sprytniejszy, ta spróchniała pani psycholog, czy my. Kristof von Safers, zamieszkujący od pewnego czasu w jego umyśle, zaczął się śmiać. Ta gra zapowiadała się wyśmienicie. Hetman na H7 - powiedział detektywowi, zanim jego oczy spoważniały.
Po chwili rozległo się dwanaście regularnych uderzeń zegara, wiszącego nad biurkiem. Wahadło zatrzymało się na ułamek sekundy, po czym podjęło swoją drogę. Drogę, którą znało bardzo dobrze?
Czas znowu czknął. Magnon podał mu szklankę z wodą i po przyjacielsku poklepał po plecach. Od tego klepnięcia zakrztusił się i znowu bezwiednie wypadł w przestrzeń. Zaczynało właśnie padać, więc postawił kołnierz płaszcza, nacisnął na uszy kapeluszi z ciekawością zaczął przyglądać się sklepowym wystawom. Nazywał się Derek Magnon i właśnie został wynajęty, by kogoś zabić.

26 października 2000 - 6 grudnia 2000, © by Soulless



blog comments powered by Disqus