Fragment #2 z książki "Norweski dziennik: Północne wiatry"


Czułem, że dzieje się coś ważnego, i choć niezbyt wiedziałem co, serce biło mi nieco szybciej. Przejechaliśmy przez osadę i mój przyjaciel zatrzymał sa­mochód obok szkoły.

- Drugie piętro. Sala numer dwadzieścia osiem - poin­formował mnie. - Drzwi zatrzaśniesz za sobą.

Wysiadłem i spokojnie ruszyłem w stronę szkoły. Powie­trze było chłodne, rześkie, nieoczekiwanie zacząłem trząść się z zimna. W samochodzie, ogrzewanym przez pracujący silnik i cztery ciała, było ciepło... Drzwi zamknęły się za mną bezgłośnie. To chyba nie te miałem zatrzasnąć? W każ­dym razie ani zamek, ani klamka nie wyglądały na przy­stosowane do zablokowania. Wszedłem po drewnianych schodach na piętro. Korytarz ciągnął się w dwie strony. Wyłożony był klepką, wyfroterowany. Trwały właśnie lek­cje. Zza drzwi słyszałem głosy nauczycieli, a czasami lekki gwar. Na ścianie wisiały rzędem portrety absolwentów, a po drugiej stronie reprodukcje podobizn kolejnych carów. Za Mikołajem II wisiały jeszcze dwa: Kiryła i Włodzimierza. Nacisnąłem klamkę drzwi opatrzonych numerem 28. Były zamknięte, ale pod klamką wypatrzyłem zamek. Tkwił w nim klucz. Przekręciłem i wyciągnąłem go, jednocześnie otwierając. Wszedłem do pustej sali lekcyjnej i zgodnie z instrukcją zatrzasnąłem za sobą drzwi. Klucz wsunąłem w zamek, lecz tylko kawałek, żeby ktoś, kto będzie chciał otworzyć z zewnątrz, nie miał z tym problemu.
Rozejrzałem się. Ładne stoliki z litego bukowego drew­na, półka z książkami, szerokie biurko nauczyciela, tablica, rzutnik do slajdów i ekran. Na końcu pomieszczenia - szafy wypełnione książkami. Zdecydowaną większość wydru­kowano w ZSRR, jednak były też i carskie, i e migracyjne. Krzesła dla dzieci wykonano z profilowanej sklejki. Wysu­nąłem sobie jedno z nich i usiadłem na próbę. Było bardzo wygodne. Rozległ się dźwięk ręcznego dzwonka, a potem korytarza  wypełnił   gwar uczniów, rozmowy, śmiech. Tkwi­łem w pustej klasie jak owad zatopiony w bursztynie. Pauza trwała chyba nie dłużej niż pięć minut. Usiadłem wygod­niej. Czekałem. Przerwa się skończyła. Podszedłem do okna i ostrożnie, starając się, aby nikt mnie nie zauważył, wyjrzałem. Widziałem stąd cerkiew i fragment ulicy pro­wadzącej do pałacu.

Nagle zamek zachrobotał i do środka wszedł książę Potiomkin. Niósł brązową skórzaną walizeczkę. Zatrzasnął drzwi identycznie jak ja i rzucił na stół klucz.
- Witaj, Tomaszu - powiedział spokojnie.
- Witajcie, Wasza Wysokość.
- Wybacz, że musiałeś czekać. Przybyłem natychmiast, gdy poinformowano mnie, że już jesteś. Siadaj.

Ponownie usiadłem na krześle. Książę otworzył neseser i pomajstrował przez chwilę wewnątrz. Coś lekko prztyknę­ło mi w uszach.
- To naprawdę niezłej klasy zagłuszarka - powiedział. - Dzięki temu będziemy mogli konwersować zupełnie swo­ bodnie. Oczywiście podsłuch to nie wszystko. Wypowie­ dziane słowa zapisują się jeszcze tutaj. - Stuknął się palcem w środek czoła. - W tym wypadku powstaną dwie kopie. Nic z tego, co padnie tu między nami, nie ma prawa opuś­cić tych murów - powiedział po polsku trochę niegramatycznie. - Ani, co ważniejsze, naszej pamięci.
- Rozumiem.
- Domyślasz się, po co się tu spotykamy? - przeszedł na rosyjski.
Zastanowiłem się.
- To ma coś wspólnego z waszą konspiracją... - wysunąłem ostrożne przypuszczenie.
Powoli kiwnął głową, ale nic nie powiedział.
- Paweł pracuje dla was. Derek także. Jak sądzę, to wasze struktury, wasi ludzie uratowali mi życie wtedy w Warszawie - brnąłem.

Zaprzeczył. Mógł potwierdzić, ale był uczciwy. Derek nigdy nie mówił wszystkiego. Wyczuwałem echo myśli sie­ dzącego przede mną księcia: były czyste, jasne, logiczne...
- Niezupełnie. To nasi przyjaciele. Czasem my poma­gamy im, czasem oni nam. Ale nie im podlegamy, oni nam również nie. To NTS, stowarzyszenie rosyjskich solidarystów, założone przez Arkadiusza Stołypina. Sojusznicy... Lecz nasze cele są odrobinę rozbieżne.

- Moi przyjaciele pracują dla was. Czy to spotkanie oznacza, że nadeszła moja kolej?
- Nie pracują dla mnie. Tylko współpracujemy, i to ra­czej luźno. Słyszałeś o związku Gladie?

Wahałem się przez ułamek sekundy. Czy mogłem syp­nąć Pawła?
- Obiło mi się o uszy - przyznałem.
- Osoby poniżej osiemnastego roku życia uważane są we wszystkich wywiadach świata za zagrożenie dla pouf­ności działań. My jednak postanowiliśmy zrobić wyjątek.
Poczułem kroplę potu spływającą po plecach.
- Czy jesteś gotów służyć nam? - zapytał cicho książę.
- To znaczy komu? Związkowi Gladie?
- Tajnej strukturze, która się z niego wyłoniła. Gladie nie podlega nikomu. My też już nie.
- Nie rozumiem. - Wzruszyłem ramionami. - Przecież musi być jakaś centrala dowodzenia...
- Amerykanie zainicjowali powstanie. Dali pieniądze na początek. Puścili w ruch organizację i pozwolili, abyśmy dalej radzili sobie sami. Słyszałeś o wojskowych sieciach komputerowych? O schemacie ich działania?
- Coś czytałem. Komputery i banki pamięci są jakoś powiązane. Mogą między nimi przepływać informacje, ale nie ma komputera centralnego. Jeśli część zostanie znisz­czona, cała sieć nadal może działać.
- Tak samo działa Gladie. Kilkaset grup. Każda nie­zależna. Każda ma systemy kanałów łączności z paroma innymi grupami. Ścisły zakaz kontaktu fizycznego czy zdradzania tożsamości. Wszystko tajne. Jeśli Sowieci we­drą się do Europy Zachodniej, przeciw nim stanie kilku-dziesięciotysięczna podziemna armia. Armia, której po­szczególne komórki mogą działać zupełnie autonomicznie. Armia, która nie posiada jednego centrum dowodzenia. Którą można zniszczyć, tylko jeśli wyłapie się absolutnie wszystkich członków.
- Brzmi niegłupio.
- Służby specjalne poszczególnych krajów wiedzą oczy wiście o istnieniu związku. Na pewnych szczeblach współpraca jest dopuszczalna... Jednak mało kto wie, że w ramach Gladie istnieje także wewnętrzna struktura, która zajmuje się tym, czego oficjalne czynniki nie mogą zaaprobować. Jej zadania to głównie przemyt ludzi oraz likwidacja zdrajców i wrogich agentów. Lecz nie tylko.
Poczułem kolejną kroplę potu spływającą mi wzdłuż kręgosłupa. Ciekawe, po co mi to gada? Wygląda na to, że chcą mnie zwerbować...
- Tym się pan zajmuje? Tym pan kieruje?
- Nie. Ja jestem tylko godnym zaufania pośrednikiem. Porównaj mnie z listonoszem. Mam przekazać ci zapro­szenie.
- Rozumiem. A później przekaże pan gdzieś moją od­powiedź...
Potwierdził.
- Czy chcesz się do nas przyłączyć? - zapytał.

Zapadła cisza. Coś mi tu nie grało. Otrzymałem za ma ło informacji. Co niby miałbym robić? Brakuje mi wy­kształcenia. Kiepsko strzelam. Trzeba się jakoś inteligen­tnie wyplątać...
- W zamian za deklarację oferujecie śmiertelne ryzyko, być może tortury i śmierć. Krótkie, intensywne życie, kosz­mary męczące po nocach, konieczność własnoręcznego likwidowania wrogów... - prawie nie poznałem swojego głosu.

Popatrzył na mnie w skupieniu.

- Trafnie oceniłeś sytuację - powiedział spokojnie.
Co mówił Paweł? Aby pociągać za spust, gdy się celuje do człowieka, trzeba wyzbyć się wielu odruchów właściwych istocie ludzkiej... Chciałem znaleźć się jak najdalej stąd.

- Do tego, co odgadłeś, dodam jeszcze życie w nieustan­nym napięciu, ciężkie szkolenie praktyczne i teoretycz­ne. W przypadku wojny za niewykonanie rozkazu kula w łeb...

Poczułem dreszcze.

- Wojna... Czy ona wybuchnie?
- W tej chwili wielu mądrych ludzi po obu stronach żelaznej kurtyny pracuje ciężko nad tym, aby komunizm w miarę łagodnie zdemontować. Prawdopodobnie impe­rium rozleci się jak domek z kart. Jednak równie dobrze któryś z władców na Kremlu może dojść do wniosku, że nie zaszkodziłaby mała zwycięska wojenka. Jeśli wybuch­nie, nie będziesz mógł się wycofać, mówiąc, że nie zostałeś ostrzeżony. Jeśli się do nas przyłączysz, możesz zginąć. Ale ty i tak zostałeś przez nich skazany. Już żyjesz z ciążącym nad sobą wyrokiem śmierci, choć może nie do końca zda­jesz sobie z tego sprawę.

- Naprawdę jestem wam potrzebny?
- Tak.
-  Ale dlaczego? - jęknąłem.

Zapatrzył się w okno.

- W ósmej klasie podstawówki miałeś wedle programu zajęcia z rachunku prawdopodobieństwa... Przypomnij so­bie, co się tam wydarzyło.
Jakim cudem się o tym dowiedział?! Przymknąłem oczy...
Młoda matematyczka trzasnęła moim zeszytem o ław­kę.

- Coś ty tu powypisywał? To jakieś bzdury!
Prac a domowa polegała na tym, aby rzucić sto razy mo­netą i zapisać wyniki. Ile razy wypadnie orzeł, a ile reszka. Wyniki wszystkich uczniów podstawione do odpowiednie­ go diagramu zilustrować miały częstotliwość wystąpienia poszczególnych przypadków. Wszyscy uzyskali wyniki zbliżone do uświęconego prawami rachunku prawdopo­dobieństwa, pół na pół. Tylko u mnie orzeł wypadał dzie­więćdziesiąt siedem razy pod rząd.
- Patrz, głuptasie. - Wyjęła z kieszeni dwudziestozłotówkę z Nowotką.
Rzucała ją na mój zeszyt raz za razem. Wypadał orzeł. Zawsze orzeł. Wymieniła monetę na inną. Uczniowie zaczęli się odwracać i pokazywać mnie palcami. Ciągle wypadał orzeł. Wreszcie matematyczka, zdenerwowana, wetknęła pieniądz do kieszeni i wydobyła z niej kostkę. Nim jeszcze rzuciła, wiedziałem, że wypadnie szóstka. Za­cząłem się bać. Zrobiłem to, co zwykle. Wyobraziłem sobie, że jestem daleko od klasy. Że nie ma tej przeklętej kostki. Tym razem wyniki zadowoliły nauczycielkę. Były dosko­nale różnorodne. Wiedziałem jednak, że gdy tylko sku­pię myśli na klasie, natychmiast zaczną wypadać szóstki. Znowu wyjęła monetę. Rzucała nią i zapisywała wyniki. Wyszło 51:48. Ostatni rzut. Wróciłem do rzeczywistości o sekundę za wcześnie. Moneta upadła na krawędź i tak już została. Wszyscy wpatrywali się w nią jak zahipnotyzo­wani. Wreszcie nauczycielka uderzyła dłonią i dwudziestka upadła na laminowany blat ławki.
- Szkoła to nie miejsce dla iluzjonistów - powiedziała poirytowana. - Na przyszłość nie radzę ci stosować podob­nych sztuczek.
Otworzyłem oczy. Znowu klasa, nawet podobna do tam­ tej wielkością, lecz pełna spokoju i ciepła. Opowiedziałem księciu, co sobie przypomniałem.

- To odpowiedź na pytanie, po co jesteś nam potrzeb­ny - oznajmił.

Norweski dziennik #3 - Północne wiatry

Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 7/2007
Liczba stron: 304
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-60505-57-1
Wydanie: I
Cena z okładki: 27,90 zł


blog comments powered by Disqus