Stypa
W życiu widziałem prawie wszystko i niewiele jest spraw, które mogą mnie zadziwić. Widziałem, jak się robi dzieci. Sam czwórkę zrobiłem, przynajmniej tak mi wmawia moja Jagoda, he he. Z tej czwórki tylko najstarszy, pierworodny, po dziadku – Jan, wyszedł z brzucha bez mojej pomocy. Kaśkę łapałem w drodze do szpitala, smarkula nie poczekała głupich dziesięciu minut, ubabrała tapicerkę dużego Fiata. Do dziś go mam, choć od paru lat nie jest na chodzie. Z bliźniakami zaś nie zdążyliśmy z domu wyjść, już się na świat pchały. Prawie dwa miesiące wcześniej! Romuś i Henio, urwipołcie jakich mało. He he he... Ale co tam, najważniejsze, że wszystkie zdrowe jak konie. Od pierwszego dnia życia futrowały, że ledwie cycków wystarczało, a jak podrosły, czułem, jakbym ósemkę, a nie czwórkę pod dachem chował.
Widziałem, jak się ludzie kochali. Sam kochałem... O, jak ja kochałem! Sąsiedzi na dwa piętra w dół i w górę – bom na czwartym piętrze dziesięciopiętrowego wieżowca mieszkał tuż po ślubie – słyszeli, jak to Jagódka piszczy z uciechy, kiedy ją kochałem! Nie będę więcej opowiadał, bo mi na wspomnienie ciepło się robi tu i tam. Hej, Jagódka, Jagódka... do rana jeszcze daleko! Ha! Myślicie, że się zgrywam, ale popatrzcie, jak się ta moja figlara czerwieni.
Niemało dobrego widziałem. Urodzaj w sadach, na polach i w ogrodach. Świnie tłuste, zdrowe i różowiutkie, że jak na taką popatrzeć, to się aż chce w ryj pocałować. Jaja kurze, piękne, wielkie, co kolejne to z dwoma żółtkami. Wschody i zachody słońca, jak na obrazku wymalowane. A piękniejsze nad cuda natury zawsze wydawały mi się zwykłe dobre uczynki względem swoich, jak to ksiądz Adam mawiać lubił, bliźnich. Niestety wiele też złego na moich oczach człowiek człowiekowi uczynił. Widziałem, jak banda wyrostków staruszka na śmierć zakopała. I o co? O pieniądze na dwa piwa, bo chłopina nie miał więcej w kieszeniach. Stróże prawa wymierzyli sprawiedliwość, lecz czy to nieborakowi życie wróciło? Nie. Co więcej, kumple skazańców uwzięli się na mnie tak, że musiałem uciekać z żoną i Janeczkiem z Łodzi. Dobrze zrobiłem. Choć i w Rokitkach śmierć czasem zbierała żniwa tragiczniejsze od odejścia w niepamięć jakiegoś prawie stulatka. Przez te trzydzieści z hakiem lat kilka szczeniaków utonęło w stawie praktycznie na oczach rodziców. Kilkunastu artystów bezskutecznie starało się samochodami przestawiać drzewa rosnące wzdłuż wąskiej szosy, zazwyczaj po pijanemu i ze skutkiem śmiertelnym dla wyczynowców. Gdzieś chłop zadźgał babę za przypaloną jajecznicę, a gdzie indziej baba otruła chłopa za skoki po opłotkach.
Widziałem mnóstwo pogrzebów, a z wiekiem było ich dziwnie coraz więcej. Pewnie dlatego, że i mnie powoli ku ziemi ciągnie. Paskudne papierosy. Niby przestałem palić dziesięć lat temu, ale zdrowia raz puszczonego z dymem już nie znajdziesz. Tak, wielu dziś ma własne krematoria i kilkadziesiąt razy dziennie dokonuje częściowego samospalenia. Głupi człowiek się rodzi i głupi umiera.
Tak więc widziałem pogrzebów wiele i nie są dla mnie pierwszyzną, a i na niejednej stypie sączyło się wysokoprocentowe smutki, by zagłuszyć żal po ojcu, matce, rodzinie, przyjaciołach, bliskich i dalszych znajomych. I choć niby ludzi na świecie więcej niż pół wieku temu, to człowiek jakby z roku na rok samotniejszy się robi. Znajomych twarzy coraz mniej, coraz więcej obcych. Oj, gdyby nie moja Jagódka, dzieci i ich dzieci... i wy, kochani przyjaciele, to już częściej przesiadywałbym na cmentarzach niż po domach.
Więc znam pogrzeby, stypy znam, ale takiej, na jaką zaprosiła mnie – że brzydko się wyrażę – świeżo upieczona wdowa po moim serdecznym przyjacielu, Wojtku Chrzanie, nigdy nie widziałem.
Było to bez mała dziesięć lat temu. Wojtek mieszkał w Lipkach naprzeciw sołtysa, Bolka Zięby. Miał dom, stodołę, którą używał jako garaż i warsztat, bo po godzinach dorabiał sobie. Ponoć dobry z niego blacharz i lakiernik. Osobiście nie potrzebowałem pomocy, potrafię prowadzić na tyle dobrze, że nie obijam się ani innych.
No i co? Stało się razu jednego, że Kinga Wojciechowa zawołać chciała męża na obiad. Weszła do stodoły, a tam jej chłop leży jak długi. Podleciała, sprała po pysku, może się gdzieś bimbru nażłopał – nic! No to pędem do domu, łap za telefon i po pogotowie. Przyjechali za kwadrans – niezły czas, jak na karetkę. W międzyczasie zleciało się trochę ludzi i każdy, jak potrafił, starał się ocucić Wojtka. Bez skutku. Nic dziwnego, lekarz po przebadaniu oznajmił, że Chrzan umarł. Prawdopodobnie na atak serca, czy coś temu podobne. Wszyscy, którzy próbowali usta-usta, poczuli niesmak w gębie. Kryśka Wólka, od zawsze napalona na Wojtka, do reanimacji, mimo usilnych prób, niedopuszczona, poleciała za stodołę i zwróciła wszystko co miała. Po niej pobiegło jeszcze paru.
Więc Wojtek umarł. Zanieśli go jeszcze na dzień jeden do domu. Niech sobie po raz ostatni w chałupie poleży. Zamówiono grabarzy, księdza Mikołaja, którego, jak by nie patrzeć, świętym nazwać nie można było. Ten pomachał kropidłem, coś tam poburczał pod nosem i zainkasował trzy stówy jako zaliczkę na pogrzeb.
Oporządzono zmarłego, ubrano, zapakowano do skrzynki i wstawiono do kaplicy, gdzie przeleżał spokojnie kolejny dzień. Tam już miałem okazję widzieć go – że tak powiem – na żywo... Khm... Khm...
I dalej tak jak zawsze. Msza. Ksiądz Mikołaj widać upłynnił chyba już całe „co łaska”, bo bełkotał bardziej niż zwykle. Zamkniętą już trumnę z zawartością zaniosła na cmentarz czwórka brysiów, każdy z nich prawie dwa metry, ponad setka na wadze, łysa łepetyna błyszczała raz po raz w pojawiającym się między deszczowymi chmurami słońcu. Jak nic banda dresiarzy dorabiająca sobie, jednocześnie szkoląca się w widoku umrzyków.
Nad dołem też kapłan porzęził, udając, że śpiewa. Obecni dołączyli się, z trudem łapiąc podaną tonację. A nazbierała się z setka znajomych i bliskich. Niektórzy pociągali nosem, inni pod przykrywką powagi cieszyli się, bo niejednemu Wojtek na krechę lakierem karoserię spryskał.
Amen.
Przebrani dresiarze zaczęli spuszczać na sznurach drewnianą skrzynkę. Kiedy już stuknęła trumna o ziemię, przykryli dół obitą na zielono dechą i poukładali na niej wszystkie wieńce i kwiaty. Osobiście wolałbym widzieć, jak grób zasypują, bo byłbym pewien, że po naszym odejściu nikt nie wejdzie i nie okradnie umarlaka z tego, co jeszcze mu zostało.
Wdowa po Chrzanie – wcale ten Chrzan stary nie był, cztery krzyżyki z hakiem, a ona do czwartego jeszcze nie dotarła, więc babka jak się patrzy... – Ała, Jagódka! – wdowa drżącym głosem zaprosiła wszystkich do Restauracji Pod Szyszką na mały poczęstunek. Przodem ruszyli znający drogę, a za nimi pozostali. Wspomnę, że najlepiej drogę znali ci, co lubią napoje zawierające szyszki... – He he – bo ten lokal to tylko z nazwy restauracja. Nie było daleko, może trzysta metrów.
Można powiedzieć, że stanęli na rzęsach, bo stoły prezentowały się wcale nieźle. Przy każdym krześle już ustawiono głębokie talerze z makaronem. Rosół czekał w białych, fikuśnie ozdobionych wazach z pokrywkami. Z kuchni unosił się drażniący rozkosznie zapach dobrze wysmażonych kotletów schabowych w panierce. Kątem oka ujrzałem za oszklonymi drzwiami góry ciast różnorakich. Aż mi szkoda się zrobiło, że dzieci ze sobą nie wziąłem. Pojadłyby sobie słodkości. Oprócz jedzenia każdy stół zaopatrzony był w bogaty arsenał zimnych napoi, od oranżad, soków, przez różne winka po mocne czterdziestki.
Kiedy wszyscy usiedli, Waldek, brat Wojtka, podziękował za przybycie i życzył smacznego, co było oczywistym zaproszeniem do oczyszczania zawartości talerzy, mis, waz i butelek.
Szum sztućców i rozmów rozszedł się po lokalu. Ja zająłem miejsce naprzeciw głównych drzwi, tak z przyzwyczajenia. Lubię wiedzieć co się wokół mnie dzieje. A zaczęło się dziać.
Najpierw, mimo zgiełku przyjęcia, dobiegły do mnie odległe krzyki z zewnątrz. Nie zaniepokoiło mnie to wcale, ale wzbudziło zainteresowanie. Rosół może poczekać, a ja się przejdę i sprawdzę – pomyślałem i ruszyłem w stronę drzwi. Już prawie trzymałem za klamkę, kiedy otworzyły się z hukiem i wpadła na mnie para łysych drabów, znanych już wcześniej z cmentarza. W ułamku sekundy zauważyłem, że coś się w ich fizjonomii zmieniło. Po pierwsze, czarne wcześniej odzienie, ze złotymi wstawkami było ubłocone i u jednego podarte. Po drugie, ich wypolerowane, łyse głowy wraz z twarzami przybrały barwę chorobliwej szarości. Ułamek sekundy musiał mi wystarczyć, bo bandziory popchnęły mnie, przebiegły całą sale i zniknęły za kuchennymi drzwiami.
Drzwi wejściowe były na sprężynę, więc zamknęły się same. Wstałem, rozmasowałem to i owo, i ponownie złapałem za klamkę. Otwarłem drzwi, a w nich stał kolejny drab, równie blady, jak jego poprzednicy. Ale ten, pełna kultura, powiedział „przepraszam”. Przepuściłem go i odwróciłem się, wiedziony ciekawością, co ów dresiarz zrobi. Nie wspomniałem, że po przebiegnięciu pary sprinterów w sali zrobiło się cicho, jak makiem zasiał. Więc łysy grabarz wszedł, stanął na środku pomieszczenia i donośnym, ale dziwnie drżącym głosem zawołał.
– Stypy nie będzie!
– Jak to?! – słychać było głosy świętego oburzenia.
Ktoś mnie tyrpnął, jak stałem w drzwiach, i powiedział.
– Cześć, Zenek!
Zakręciło mi się w głowie i o mało nie upadłem. Odwróciłem się. Przede mną stał nie kto inny, jak Wojtek Chrzan! Cały i zdrowy!
Ale się zaczął raban w restauracji! Wszyscy jak jeden zerwali się z krzeseł. Jedni szukali ucieczki przez okna, inni śladem dwóch dresiarzy zniknęli w kuchni, a ja osunąłem się po ścianie i przyznam bez bicia, że to był jedyny raz w życiu, kiedy urwał mi się film.
Ha ha! Wiedziałem, że mi nie uwierzycie! Zawsze noszę ze sobą te zdjęcia, by pokazać takim niedowiarkom jak wy! Proszę, tu Wojtek w trumnie, a tu Wojtek – przypatrzcie się uważnie – w tym samym ubraniu w Restauracji pod Szyszką! O, a tutaj ja!
Co się stało? A kto to wie? Sam Bóg jedynie.
Po prostu obudził się Chrzan w trumnie i zaczął bębnić w dekiel ile sił, rękami i nogami. Dobrze, że grabarze dopiero zaczęli zasypywać. Może to grad brył ziemi zbudził umrzyka? Jak usłyszeli, że coś się w skrzynce tłucze to jeden zemdlał, dwóch uciekło z krzykiem co rusz potykając się na nagrobkach. Tylko jeden zachował zimną krew i podniósł wieko. Podobno od dziecka jąkał się, co przeszkadzało mu w szkole i w życiu prywatnym, a po grobowym incydencie mówi płynnie jak jakiś aktor. Po prostu dzień cudów! Wyleźli razem z grobu.
A co dalej? Dalej stypa w weselisko huczne się zamieniła. Oczywiście nie wszyscy z tych, co w popłochu uciekali, wrócili, lecz dzięki temu wódki więcej było dla pozostałych. Później Chrzan pokryć musiał koszty połamanych krzeseł i dwóch wybitych okien, nie mówiąc o zwrocie pieniędzy, które wypłacił niedoszłej wdowie ZUS, ale co tam! Ponoć raz się żyje! He he he!
Nim słoneczko zaszło, ktoś skądś kapelę zorganizował, klawiszowego grajka z solistką. Dziewczyna młoda, ładna, zmieszana trochę, bo nie łapała, skąd tyle radości na stypie. Niejednemu tego wieczora od procentów i wrażeń film się urwał. Niejeden pospał do rana pod stołem. Lecz nie ja. Tego dnia podjąłem decyzję: pijam co najwyżej kilkuprocentowe soczki w ograniczonych dawkach i palę co najwyżej drwa w kominku. Nie każdemu dane jest dwa razy chadzać po świecie, więc szanować trzeba, co się ma. Tym bardziej, że z dnia na dzień ma się coraz mniej.
Sklep
Forum