"Wiara"


Opowiadanie zdobyło jedną z trzech równorzędnych nagród ex-equo w kategorii Profesjonaliści konkursu zorganizowanego w ramach Dni Fantastyki 2010.

Głosy zdezorientowanej pogoni niosły się wzdłuż brzegu już od dobrych kilku minut. Brat Tomasz westchnął ciężko i oparł się o najbliższe drzewo, splatając ręce na piersi. Cóż, najwyraźniej słusznie nazywali siebie ogarami Pana. Nieważne, czego ich uczył, ostatecznie potrafili tylko biegać w kółko i jazgotać.

"Słowianki", autor: Alfons Mucha
::źródło::

Skąpany w ciepłych promieniach zachodzącego słońca Wrocław wyglądał niczym miasto zatopione w bursztynie. Wędrujące leniwie po budynkach, znudzone spojrzenie mężczyzny padło na wieżę kościoła św. Wojciecha, która z miesiąca na miesiąc pięła się coraz wyżej ku niebu. Parsknął cicho, po czym odwrócił wzrok.

W końcu usłyszał delikatny szelest zarośli. Przestraszona rusałka prześlizgiwała się wśród gałęzi, rozglądając się nerwowo. Widział, jak cała drży, zaś z grubego warkocza koloru świeżego tataraku wciąż jeszcze kapią krople wody. Zaklął cicho. Była tak przerażona, iż przez moment chciał po prostu odwrócić się i udawać, że jej nie zauważył. Nie zdążył. Mógł teraz tylko patrzeć, jak turkusowe oczy wiły rozszerzają się w wyrazie paniki. Miał nadzieję, że przynajmniej rzuci się do ucieczki, ona jednak przyglądała mu się uważnie, powoli podnosząc się z kucek.

- Odejdź stąd - warknął. - Już. - Ostentacyjnie odwrócił głowę.

Rusałka nadal nie poruszyła się, spoglądając na niego z rosnącym zdziwieniem.

- Uciekaj, mówiłem! Zaraz tu będą!

Nie słuchała.

Pogoń zbliżała się nieuchronnie. Brat Tomasz rozejrzał się nerwowo. Poruszył szybko ustami, a to, co się z nich wydobyło, przypominało bardziej szelest trzcin i plusk wody niż ludzką mowę. Lecz wiła, zamiast zareagować tak, jakby sobie tego życzył, uśmiechnęła się rozradowana i zrobiła krok w jego stronę.

A wtedy świat jakby na nowo nabrał tempa. Z zarośli wyskoczył brat Michał, jeszcze w biegu uniósł kuszę. Bez chwili wahania nacisnął spust. Rusałka otworzyła usta w niemym krzyku i powoli, ze zdziwieniem malującym się na drobnej twarzyczce, osunęła się prosto w ramiona Tomasza. Westchnęła cicho i próbowała wyciągnąć dłoń, by go dotknąć, ale nie zdołała. Turkusowe oczy zmętniały, delikatne ciało zwiotczało, aż w końcu opadła lekko na trawę, przypominając w tym bardziej zwiędły liść niż cielesną istotę.

Zaraz też dołączyli do nich jeszcze dwaj bracia, zdyszani, o twarzach poharatanych przez gałęzie.

- No proszę, co za niespodzianka, brat Tomasz już na miejscu - stwierdził kwaśno jeden z nich, próbując uspokoić oddech. - Zaczynam się zastanawiać, jak on to robi. Może to czary? Bracie Tomaszu, jesteś czarownikiem?

- Daj spokój, Maciej. - Drugi zerwał czarny kaptur z ramion i bezceremonialnie rozsiadł się na trawie. Po jego ogorzałej twarzy spływały strumyki potu. - Gdyby nie on, nigdy byśmy zarazy nie dorwali. O, wszyscy święci. Dobrze, że przynajmniej nie każą nam biegać w habitach.

- Chyba nie traktujesz naszej misji dostatecznie poważnie, Jakubie. - Michał nawet na niego nie spojrzał. Odłożył kuszę i podszedł do ciała rusałki leżącego u stóp brata Tomasza.

- Wybacz, Michałku, ale cały wieczór ganialiśmy za gołą babą - odparł Maciej, również kładąc się wygodnie na trawie. - To, bądź co bądź, nie wygląda jak poważna misja.

- Mylisz się - Michał szybkim ruchem wyszarpnął bełt z ciała wiły. - Ktoś musi w końcu podarować im spokój.

- Co masz na myśli? - spytał zdziwiony Jakub.

- To już nie jest ich świat. - głos Michała był jak zawsze opanowany. Na swój sposób nawet kojący. - Nie ma tu dla nich miejsca. Muszą czuć się... zagubione.

Jakub jedynie wzruszył ramionami, zaś Maciej starał się patrzeć gdziekolwiek, byle nie na martwą boginkę. Żaden z nich już się nie odezwał. Michał westchnął i delikatnie zamknął rusałce oczy. Zaś Tomasz mógł wreszcie odwrócić od nich wzrok.

 

* * *

 

- Bracie Tomaszu! - młody konwers dopadł do nich jeszcze zanim zdążyli wejść do klasztoru. - Dobrze, że już wróciliście. Przeor każe wam natychmiast udać się do wieży więziennej.

- Co? - zmarszczył brwi. - Po co?

- Nie chcę, żeby potem mówiono, że roznoszę plotki, ale... - młodzieniec zmieszał się, zerkając na pozostałych braci. - Ale ponoć prawdziwą czarownicę złapali! - nie wytrzymał. - Ojciec Mikołaj trzyma ją w lochach!

- Owocny dzień - parsknął Jakub. - Cóż, powodzenia, Tomaszu - dodał, klepiąc go w ramię.

- Chwili spokoju - mruknął tamten, wyraźnie niezadowolony. - Przecież do rana na świniaku nie odleci. - Spojrzał na zaaferowanego konwersa, który teraz nie wiedział, gdzie podziać oczy. - Dobrze, już idę!

Zanim dotarł na miejsce, zapadła noc. Więzienna wieża odcinała się ponurą, ciemną bryłą na tle gwieździstego nieba. Podchodząc niechętnie bliżej, brat Tomasz obiecał sobie, iż cokolwiek tam zastanie, załatwi to jak najszybciej.

Strażnik bez słowa zaprowadził go na najniższą kondygnację. Panujący tam zaduch sprawił, że dominikanin starał się nie oddychać zbyt głęboko, próbując równocześnie zignorować paniczne pragnienie, by po prostu wybiec na zewnątrz. Siląc się więc na spokój, pewnym krokiem podszedł do przeora, który nerwowo przechadzał się po korytarzu.

- Wybaczcie, ojcze. Trochę nam to zajęło - skłonił się.

- Daruj sobie, bracie. - Starszy zakonnik machnął niecierpliwie ręką. - Mam tu coś o wiele poważniejszego niż samotne rusałki.

- Prawdziwą czarownicę, dobrze słyszałem? - Tomasz uniósł brew. - Ktoś przyłapał ją na spółkowaniu z diabłem może?

- Nie - odparł sucho przeor, spoglądając na niego surowo. - Jest nawet gorzej - westchnął. Tomasz z trudem powstrzymał się od komentarza. - To czarownica starego kultu.

- Och...

- Bracie, różne rzeczy o tobie mówią, ale właśnie dlatego ciebie jednego nie boję się z nią zostawić sam na sam - stwierdził nerwowo ojciec Mikołaj. - Musisz sprawdzić, czy to rzeczywiście wiedźma, czy nie... coś gorszego.

- Dobrze już, prowadźcie.

Strażnik wpuścił go do niewielkiej celi, od razu zamykając drzwi. Kobieta siedząca w kącie, na sienniku, uniosła głowę.

- Przyszedłeś... - szepnęła i podniosła się powoli. Stanęła w smudze bladego światła wpadającego do celi przez niewielkie okienko w drzwiach. - Pamiętasz mnie jeszcze?

Była niewysoka, nieco wychudzona. Jasnych włosów nie skrywała pod czepkiem, pozwalając im swobodnie, falami opadać na ramiona. Na pociągłej, zmęczonej twarzy pojawiały się pierwsze zmarszczki.

Wpatrywał się w nią bez słowa, z półotwartymi ustami.

- Mokosz? - szepnął w końcu.

Spojrzała na niego spod długich rzęs. Bogini o oczach barwy blasku księżyca.

- Czyli nie zapomniałeś, jak wyglądają twoi? - Przez chwilę przyglądała mu się, przekrzywiając lekko głowę. - Nie chciałam wierzyć, kiedy mi mówiono. Musiałam sama się przekonać...

Nie odpowiedział. Wciąż jeszcze nie mógł wydobyć z siebie ani słowa.

- A może się mylę? - spytała, niby od niechcenia. - Może to nie ty? Odpowiedz mi, o wielki Perunie.

To go otrzeźwiło. Zerknął nerwowo przez okienko, lecz strażnik stał daleko, zaś przeor najwyraźniej postanowił wrócić do swoich obowiązków w klasztorze.

- Nie. To już nie ja - odparł stanowczo. - Od dawna, pamiętasz?

- Och, oczywiście, że pamiętam - powiedziała zmęczonym tonem. - Szczególnie tę twoją zaciętą minę, gdy obserwowałeś, jak Mieszko przyjmuje chrzest. I co się działo, gdy zaraz potem zniknąłeś na dobre - dodała ostro. - Tak liczyłam na twój powrót, kiedy próbowaliśmy odzyskać nasz lud i ziemie, ale zawiodłam się... Rozczarowałeś wtedy nawet Welesa. Odszedł, mówiąc, że przestałeś być godny miana jego przeciwnika.

- Po prostu wiedziałem, jak to się skończy - warknął.

- Nie próbowałeś walczyć...

- Przeciw czemu?! - krzyknął, lecz zaraz się zreflektował. - Przecież to nawet nie była wojna, tylko zwykła zdrada - syknął. - Pozwolili im zająć nasze ziemie, zniszczyć świątynie i obyczaje, nawet zawłaszczyć święta, jedno, po drugim. Niech więc sobie teraz wspólnie radzą ze swoim jedynym Bogiem - parsknął.

- Nonsens - pokręciła głową. - Jedno nie może być wszystkim. Wszystko nie może być jednym. Samotny Bóg nie jest w stanie wysłuchać modlitw całego ludu.

- To już nie mój problem.

- Och tak, wiem, ty się obraziłeś! - wybuchła. - Niech będzie! Ale czegoś nie rozumiem. Dlaczego zacząłeś ukrywać się u tych morderców? Dlaczego im pomagasz?

Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. W końcu westchnął i oparł się o brudną ścianę celi.

- Kilka wiosen temu przyszła do nas Żywia - zaczął, wbijając wzrok gdzieś w kąt. - Prosto do kościoła, gdzie akurat siedziałem ja i paru innych braci zajmujących się, cóż... nami. Zupełnie nie panowała nad sobą. Słaniała się nogach, a mimo to przy każdym kroku płyty pękały pod naporem przebijających się przez nie pędów. Jej oczy... - wzdrygnął się. - Pamiętam tylko obłęd. I przerażenie.

- Żywia? Dziewczę w kwiatach - szalone? Trudno mi w to uwierzyć.

- Uwierzysz, w co zechcesz - wzruszył ramionami. - Ja nawet nie musiałem udawać zszokowanego. Oni zaś... Spodziewałem się, że zaczną krzyczeć o czarownicach, lecz gdy Żywia wyznała, kim jest, oni, zamiast szydzić, zrozumieli. Wiedzieli.

- Co się z nią stało? - spytała cicho Mokosz.

- Kiedy trochę oprzytomniała, poszedłem z nią porozmawiać. Rozpoznała mnie, ale nie wydała zakonnikom. Twierdziła, że rozumie - pokręcił głową. - Ona... po prostu chciała umrzeć pamiętając, kim naprawdę jest.

- Co to za brednie? - bogini obrzuciła go gniewnym spojrzeniem. - I co to ma wspólnego z tobą?

- Nie rozumiesz? - zirytował się. - Już tylko oni w nas wierzą! Gdy przybywali tu ze swoją misją, wiedzieli, z czym mają walczyć. Nie wszyscy, być może, ale przynajmniej kilku. Oni jedni pamiętają, skąd się wzięliśmy, nie uważają nas za zabobon, lecz bardziej... relikt.

- Najwyraźniej zbędny - parsknęła.

- Ale istniejący! - odparł. - Najokrutniej postąpili odbierając nam święta i obrzędy, mordując naszą świadomość. Potem jednak przysłali tych zakonników, by dokończyli dzieła, ale paradoksalnie... pomogli mi przetrwać.

- Tobie... - zmrużyła oczy. - Zawsze liczyłeś się tylko ty. Wielki Perun. Pierwszy spośród wielu. Pierwszy, by opuścić swój lud.

- Bredzisz, Mokoszy.

- To ty nie wiesz, o czym mówisz, Perunie! Ludzie nie porzucili starych rytuałów.

- Ale porzucili nas - uciął. - Dobrze wiesz, że mam rację. Obrzędy może i przetrwają wieki, lecz już bez bogów. Proszę bardzo, pasożytuj na pustych gestach i bezrozumnych ofiarach, udając, że wciąż czczą ciebie. Tylko mnie już w to nie mieszaj - zakończył chłodno, po czym zapukał do drzwi, dając znak strażnikowi, by go wypuścił.

- Ten ich Bóg przybity do drzewa... - odezwała się cicho.

- Tak? Co z nim? - rzucił, nawet się nie odwracając.

- Zazdroszczę mu.

 

* * *

 

Kościół był o tej porze kojąco chłodny. Wślizgnął się po cichu do środka i, oparty o ścianę, w milczeniu spoglądał na postać Chrystusa rozpiętą na krzyżu.

- Ty też sądzisz, że tak ma wyglądać prawdziwy Bóg?

Brat Michał podszedł powoli, a każdy jego krok odbijał się echem od murów świątyni.

- Być może - uniósł brwi. - Nawet jeśli tak, dla nas jest zbyt późno. My już nie mamy ludu, za który moglibyśmy umrzeć, Perunie.

- Jakim cudem wszyscy wiedzą, czym się zajmuję, a najwyraźniej nikt nie ma pojęcia, że ty także tu jesteś, Welesie? - spytało bóstwo zmęczonym tonem.

Tamten jedynie wzruszył ramionami.

- Cóż, widocznie ja ich nie interesuję - stwierdził. - Jak myślisz, co ona teraz zrobi?

- Pewnie jest już daleko stąd - odparł Perun, obojętnym tonem. - Wierzy, że przetrwa, chwytając strzępki tego, co zostało z naszej dawnej potęgi.

- Zawsze była uparta. Cóż, może nawet ma rację... - Weles popatrzył na niego tym swoim nieodgadnionym spojrzeniem, które od wieków, niezmiennie Peruna irytowało. Jak zwykle też, nie zareagował.

Przez chwilę obaj stali w ciszy, mąconej jedynie delikatnym sykiem płonących świec.

- Podobno rozwścieczyło cię, że nie pojawiłem się, gdy próbowaliście wrócić - odezwał się w końcu Perun. - Dlatego mnie odnalazłeś...?

- Tak. - Oczy Welesa błysnęły niebezpiecznie - Moją powinnością jest karać krzywoprzysięzców. Jeśli jeszcze kiedyś uda nam się urosnąć w siłę, obiecuję, że zapłacisz za swoją zdradę.

Perun kiwnął głową, ze spokojem, a nawet ulgą przyjmując jego deklarację.

- Będę więc czekał - odparł, po czym spojrzał na krucyfiks. - Jednego jestem teraz pewien. On nie ma racji.

- W czym? - zdziwił się Weles.

- Nie każdy zasługuje na wybaczenie.



blog comments powered by Disqus