"Płomień w kamieniu", część 2
* * * * *
Wilżyńscy gospodarze starannie unikali swojego wzroku, kiedy następnego ranka zebrali się znowu pod studnią. Po prawdzie niejeden by wolał dzień cały w domu przesiedzieć. Tyle że Waligóry się bali. Bo Waligóra wydawał się rozjuszony jak rzadko.
- Poszli! - rzucił tylko współziomkom i Ortyla zdzielił przez gębę, choć ten bardzo gorliwie hersztowi przytakiwał.
Kmiecie zbili się gromadę. Jak owce obiegane przez wilków.
Jeśli nawet sumienie ich gryzło po wyczynach wczorajszej nocy, strach podgryzał jeszcze bardziej.
Waligóra tymczasem poganiał nielitościwie. Wspinali się coraz wyżej, krętą ścieżką ku lasom, co porastały północnej krańce Doliny.
- Tam przecież nikogo nie ma - szepnął Szyszek do Szurleja, bo wspólna niedola przeważyła nad zadawnionymi waśniami: zerkali teraz z niepokojem na herszta i pocili się zgodnie na poły od upału, na poły zaś ze strachu. - Toć nikogo tam nie złapiem.
- Chyba żeby wilka - zawtórował mu sąsiad. - Albo inszego biesa.
Nic jednak więcej nie odważyli się powiedzieć, bo Ortyl już na nich zerkał badawczo, usłużny i gotowy donosić każde słóweczko. Zresztą i oddech żal marnować na byle głupstwa, bo ścieżka była stromista i umęczyli się wielce, zanim ich wessał przyjazny cień lasu. Lecz w lesie też nic nie było. Ledwie ledwie osapnęli krzynkę, a już ścieżka zwęziła się, żeby niebawem całkowicie zniknąć. A Waligóra nie miał litości dla nieszczęsnych współziomków. Pędził ich przez chaszcze, pędził przez wądoły i zanim południe minęło, pnącza i tarniny poszarpały na nich przyodziewek i okrwawiły ich na gębach. Wkrótce skwar i knowania obcych wywietrzały ze szczętem skołatanym wieśniakom z głowy. Teraz marzyli tylko, żeby ujść z tego upiornego polowania z życiem.
Pewnie dlatego nie poczuli dymu. Ale Waligóra wywietrzył go od razu.
- Tu się, ścierwa, schowali - wyrzucił z siebie z triumfem.
- Już nam nigdzie nie zbiegną. - Ortyl zatarł ręce.
Ale się bardzo omylił, bo węglarze też się okazali nie w ciemię bici i na dźwięk nadchodzących rozbiegli się nader gracko. Po prawdzie, wiele w tym zawinili wilżyńscy obywatele, bowiem, utrudzeni niezmiernie, brnęli przez lasek jak dziki i nie mniej czynili hałasu. Słowem, tyle tylko dopięli, że babę jedną schwycili, co przy ogienku przysnęła. A to nie poprawiło Waligórze humoru.
- Węglarze są znane czarowce - rzekł przepraszająco Doliba. - Nic dziwnego, że zemkli.
Herszt, z głową przechyloną na ramię, lustrował zdobycz.
Niewiasta, którą wieśniacy bardzo zgrabnie spętali, też się na niego gapiła. Oczy miała czarne i dziwnie pałające - jak u czarnego koguta, mawiali potem kmiecie. A sukienczynę czerwoną, poopalaną na boku, co był dowód bezsprzeczny, że wcześniej z ogniem broiła, zacnym ludziom na szkodę. Inny znak nieprawości miała wypisany na gębie. Bo kiedy się jej ludziska z bliska przyjrzeli, ze zgrozą zoczyli cętki na jej skórze.
- Jak na salamandrze - mówił potem z przejęciem Osęk, który wysoko w górach widywał różne cuda.
- Jakby jej kto żarem w gębę sypnął - zarzekał się Mały Sułek.
Słowem, dało się wyrozumieć od razu, że jest to persona wredna i z ogniowymi czarami na dobre spoufalona.
- A wszędzie wkoło ogniska, co przy nim baba siedziała - opowiadał Szyszek, bo też chciał mieć swój udział w tej bohaterskiej przygodzie - grzyby rosły. Czerwone takie, ogniste, że aż w oczy kłuło. I kręgiem jeszcze rosły, znać, że czart w nich niejeden tańcował.
- Co jest rzecz nadzwyczajna - skwitowała potem kwaśno Rozalka - że grzyby w lesie rosną, choćby i nawet kręgiem.
- Ale baba była wredna - upierał się przy swoim Mały Sułek.
- I skromności żadnej nie znała - dodawał Szurlej. - Jak ją Waligóra zagadnął, czemo wedle osady się kręci, to w gębę mu zrazu napluła i takim słowem zelżyła, że aż hadko powtarzać.
- W czym od naszych bab inna - uśmiechała się po lisiemu Rozalka. - Bo nasze baby cichutkie, a kiedy gębuchny otworzą, to miód im szczery z warg cieknie, nic zupełnie innego.
Uch, żeby to nie była proboszczowej baba, radby ją jeden czy drugi kułakiem dobrze potrącił. Bo strasznie jakoś zhardziała po powrocie ze Spichrzy, co niebagatelnie zadziwiało kmieci. Nie tego oczekiwano po księżej gospodyni.
- No i zaczął ją Waligóra szarpać, ale tak z lekka, żeby jeno postraszyć - prawił potem wesoło Szyszek, zdumiony, że udało im się przydybać prawdziwą ogniową wiedźmę. - A ona, niecnota, od razu mu wysyczała, że przyszła nas wszystkich zabić.
- Od razu się przyznała - entuzjazmował się Mały Sułek, który zazdrościł bratu i pokonania smoka, i jego ożenku z kasztelanką, więc raz był teraz niezmiernie, że wreszcie się może wykazać. - To ona tu pobroiła, węgle po Dolinie sypała, słonko zaklinała, żeby nas ze szczętem spaliło.
- Rodzaju ludzkiego najgorsza nieprzyjaciółka - żołądkował się Mały Sułek. - Wiedźma światu obmierzła. A jak jazgotała! - Kręcił z niedowierzaniem głową. - Toć trzeba ją było szturchnąć, ot, żeby moresu nabrała.
Na jednym szturchnięciu się nie skończyło, ale kmiecie jakoś niesporo zabrali się do zabawy, bo baba nadal żyła, kiedy pod wieczór przywleczono ją do wioski. Owszem, koszulinę na niej poszarpali, krew jej z gęby ciekła, a gęba tak opuchła od ciosów, że ledwo się dało rozróżnić rysy. Ale nie brakowało jej werwy i strachu też nie pokazywała po sobie. Rozalka aż się cofnęła, kiedy padło na nią spojrzenie ciemnych, pałających ślepi. Tylko Babunia Jagódka umiała tak patrzeć - z wściekłością i kpiną zarazem.
W wiosce wszystko się potoczyło znajomym torem. Chłopi ją wyszturchali, dawni zbóje rózgami otłukli, żeby winy swe wyznała jak najspieszniej, zaoszczędziwszy uczciwym obywatelom fatygi. Bo po prawdzie dosyć już mieli tej awantury i do domów im się cniło. Owszem, nadal się bali Waligóry, ale wiedźmy się bali, więc zapał do polowania słabł w nich coraz bardziej. Nawet niespecjalnie ochoczo przyłączyli się do dalszego opilstwa, kiedy herszt zbójców kazał przytoczyć dwie beczki piwa z gospody, żeby należycie uczcić zwycięstwo.
On zaś ani próbował kryć radość. Wszak wreszcie dopadł złoczyńcę - babę, co wprawdzie pośledniejsza od chłopa, lecz z gęby należycie paskudną i z ogniem, jak trzeba, obeznaną. Któż od niej lepiej by wiedział, jak słońce do garnka przywabić i suszę na Dolinę ściągnąć? Toć zrazu widać, że winna.
I taki był w swym rozradowaniu hojny i pełen łaskawości dla bliźnich, że z własnej kiesy zapłacił za piwsko, choć mógł je przecież zabrać - pod nieobecność Babuni nikt by mu się nie przeciwił. Trunku porządnie skosztował, kurz z gardła po całym dniu spłukał i tak się jakoś rozrzewnił, że i pojmanej trunku zadać kazać.
- Niechże się, nieboga napije. - Ręką dobrodusznie machnął. - Lżej będzie jej potem zdychać.
Rozalka mówiła potem, że od razu wiedziała, że będzie z tego nieszczęście. Ortyl to samo gadał, że ból go straszliwy przeszył, kiedy do szmaty sięgał, co nią gębę babinie zatkali. Ba! - staruchy się zaklinały, że cała świątynia zatrzęsła się i zadygotała, kiedy uwolnili to złe, co w węglarce siedziało.
Otwarła gębę. Splunęła. Odcharknęła głęboko.
A potem spojrzała prześladowcom w twarze. I uśmiechnęła się.
- Ty jesteś Osęk - odezwała się do owczarza, który przydyrdał spiesznie i kubek jej przytknął do gęby. - Owce gromady prowadzasz.
Stary wyszczerzył poszczerbione zęby. W jakiś osobliwy sposób pochlebiała mu uwaga baby.
- Tu i tam je wiedziesz - ciągnęła lekkim tonem niewiasta. - Drogą i bezdrożem. Sam jeden wybierasz ścieżki. W górę i w dół. - Roześmiała się. - Do domu i w wilczy dół. Sam sobie panem. Sam przewodnikiem. - Przechyliła głowę na ramię, zaświergoliła jak dziki ptak. - Byłeś tamtego dnia w górach, kiedy grasanci w Dolinę zeszli. Jak się mogło wydarzyć, że cię wyprzedzili na ścieżce?
Stary aż się cofnął, naczynie mu z palców wypadło, tak wiele było złości i przytłumionego szyderstwa w jej głosie.
- Ja nie... - wyjąkał. - Nigdy bym nie dopomógł... - urwał i ukrył twarz w dłoniach.
- Osuch by tego nie zrobił - parsknął z oburzeniem Szyszek.
Najzasobniejszy kmieć w wiosce roztropnie nie kosztował piwa - zbyt wiele go kosztowało poprzednie pijaństwo w gospodzie - i dobrze teraz rozumiał, co się tu może zdarzyć, jeśli ludzie, skończywszy z babiną, rzucą się sobie do gardeł. Od napaści grasantów minęło parę zim i nikt nie miał ochoty rozgrzebywać na nowo starych śmierci i zgliszczy. Niechże lepiej śpią sobie, jak pod kamieniem robactwo.
- Ciebie też znam. - Baba przymrużyła oczy, jakby z powietrza i wroniego krakania wyczytała jego myśli. - Szyszek, od jaśnie pana bogatszy i tłustszy od wielmożnego plebana. Szyszek, który zawsze wie, jaką dzierżawę podkupić i listy ma niezawodne od naszego zacnego władyki. Jeno że jak tutaj sprawdzić, kto piórem po pergaminie wodził, skoro władykę szlag trafił gdzieś tam we wielkim świecie? - Roześmiała się grzmiąco, aż gołębie poderwały się z dachów.
Chmura białych ptaków zatoczyła dwa zwichrowane koła nad wioskowym placem i w popłochu pierzchła do lasu. Nie wróżyło to dobrze. No, ale Waligóra nie oglądał się na znaki.
- Wy tutaj tak nie gadajcie - zaprotestował Mały Sułek. - Jeszcze się władyka wróci, sami zobaczycie. A Szyszek człek poczciwy, po cudze by nie sięgał...
Szyszek jednak gapił się na babę z wytrzeszczonymi oczami, a taki przerażony, jakby mu się spróchniała gałąź w ręku w gadzinę zamieniła.
Baba tymczasem obróciła się ku Sułkowi.
- Władyka może się wróci - wykrzywiła się z kpiną - ale nie za niego się modlisz, gdy się w posłanie układasz. Nie dlatego płaczesz, a złość jak robak gryzie, spać ciemną nocką nie daje. Nie dlatego wciąż chlejesz, dobro na gorzałę obmieniasz. Bo jakże niby tak? - Zaniosła się gwałtownym, suchym śmiechem. - Jednemu bratu panna piękna pisana, sława pogromcy smoka, zaszczyty i bogactwa, a drugiemu chleb czarny, harówka i nędza codzienna?
- Bom w niczym od niego nie gorszy! - wykrzyknął nienawistnie Mały Sułek, poczerwieniały raptem i spotworniały na gębie.
Aż trudno go było rozpoznać, bo oczy mu na wierzch wylazły, na wargach wystąpiła piana.
Węglarka nie odrywała od niego wzroku, nieomal podrygując z uciechy.
- A co się wam zdaje? - żołądkował się Sułek, którego milczenie sąsiadów bynajmniej nie skłaniało do pomiarkowania. - Że niby jestem gorszy? Że mnie się nie należy?
Najzasobniejszy kmieć w Dolinie poczuł, jakby mu się coś w brzuchu poruszyło. A konkretniej, jakby mu się cały kałdun skurczył. Ze strachu. I to bynajmniej nie przed Waligórą.
Oj, nie widziała mu się ta babina. Nie dlatego, że pyskata. Mało to ludzie gadają? Nie martwiło go również jej dobre rozeznanie w grzeszkach wilżyńskich obywateli, bo niejeden szpieg kręcił się po okolicy i węglarze, prócz wypalania drewna, mogli się parać również bardziej plugawym rzemiosłem i wieści dla grasantów albo i dla opata po osadach zbierać.
Tu skrzywił się, jakby pypcia na języku wyczuł. Nie lubił leśnego plemienia. Włóczyli się po górach, jak ich ścieżka wiodła, nie pytając, czyje drewno palą, a Szyszek im więcej miał lasów, tym bardziej je cenił i nie zamierzał bez zapłaty wyzbyć się ani jednego pieńka. A przecież kradli nie tylko kłody. Tak, wszyscy w górach wiedzieli, że węglarz ukradnie choćby i księżycowy promień.
Ale tutaj nie szło o zwyczajną kradzież. Nie tym razem. Albo nie tylko o nią.
Złodziejstwo Szyszek rozumiał. Strach również. Ale przerażała go podstępna, utajona nienawiść, bijąca z tej kobieciny. Coś, czego inni jeszcze nie potrafili spostrzec. On jednak widział.
Nie darmo był najzasobniejszym kmieciem w Dolinie.
- Należy ci się, kochaneńki, należy. - Cętki odbijały się na skórze węglarki, jakby ją przed chwilą obsypano żarem. - I wedle należności dostaniesz, całkiem już niedługo.
Waligóra postąpił ku niej pomiędzy struchlałymi wieśniakami, rozganiając ich jak kurczęta.
- Jak i tobie, babo, zaraz się przydarzy - oznajmił ze spokojem. - Darmo straszysz i gdakasz. Nikt się nie przelęknie.
Szyszek uczynił krok w tył, a potem drugi i trzeci również byłby zrobił niezawodnie, gdyby nie oparł się z nagła plecami o dorodne szydło w ręku Ortyla. Dawny zbój poruszył drzewcem, tak że ostrze prześlizgnęło się tuż obok grdyki kmiecia, i uśmiechnął się paskudnie.
Przebije mnie, pomyślał w popłochu Szyszek. Wszyscy tu na dobre poszaleli. Jak wilcza sfora, kiedy poczuje krew.
Sam też ją wyczuwał. Nad placem zalegał ciężki smród posoki. Przekupień też cuchnął, kiedy go sprawiali, chociaż Szyszek upił się tak skrupulatnie, że właściwie nie pamiętał dobrze, jak się to wszystko skończyło. Ani co się stało z żebraczką.
Zresztą nie mógł przecież nic zrobić. Nic, powtarzał sobie w myślach. Nic, zupełnie nic.
Mimo to wędzonka i jajka, w obfitości pochłonięte przed wymarszem w góry, podchodziły mu teraz do gardła, a smród dusił jak dym.
Węglarka odrzuciła głowę. Purpurowe cętki zdawały się poruszać na jej policzkach, spływać w dół jak krople krwi.
- Boś z dawna przelękniony - zadrwiła. - Waligóra, brat czarta, herszt zbójecki tak sławny, tak mieszczanom obmierzły, że żywcem go zakopawszy, na śmierć powolną skazali. Jednego wszak nie dopatrzyli. Że hersztem wiedźma owładnie, że na postronek go weźmie. Jak kozła.
Waligóra znieruchomiał nad nią, wielki jak góra i po gospodarsku suty w swoich butach z licowanej skóry, w portkach pasiastych i kubraku modrym, czerwonymi guzami przybranym, w czapce z piórkiem i z mieczem u pasa. Ani włos mu nie drgnął. I tylko ten bezruch osobliwy i zmrużone powieki świadczyły, że szyderstwo nie chybiło celu.
- Dobrześ się, wiedźmo, w okolicy rozpatrzyła. - Głos miał napięty jak struna. - Ale na darmo. Czas, żeby ci ten ogień, coś go na nas zesłała, z powrotem w gardziel wsadzić.
Szczuje nas, pomyślał Szyszek, zadziwiony, że pozostali nie widzą tej oczywistości i pozwalają, by baba wypowiadała słowa, których nie da się zetrzeć ani przytłumić przelewem krwi. Nie, raz wypowiedziane pozostaną na dobre. Ściekną pomiędzy w podwaliny świątyni i będą powracać podczas nabożeństw, kiedy gospodarze znów zasiądą godnie w swoich ławkach, w odświętnie wykrochmalonych koszulach, poważni i solenni jak należy. Nic się nie da cofnąć.
Ćmiło mu się przed oczami.
Węglarka tymczasem nie wyglądała na wystraszoną pogróżkami Waligóry. Przeciwnie.
- Jeno czy to pomoże? - Uśmiechnęła się z lekceważeniem. - Czy się od tego na swobodę wyrwiesz? Zapomnisz, jak w nocy się budzisz, spocony od lęków jak myszka, bo twoje życie nie należy już do ciebie, bo ci je raz na zawsze wiedźma pospolita zabrała...
- Nie taka znów pospolita - wtrącił z przyganą Doliba, który wprawdzie rozumem nie grzeszył, jakoś się jednak czuł w swym patriotyzmie urażony. - Toć nasza. I najmocniejsza.
- I mimo jej całej mocy od skwaru nieledwie zdychacie?
- A tobie co zaś do tego? - ofuknął babę Ortyl.
- Bo my już swoje wiemy! - Kowlik przysunął się do niej, znacząco potrząsając widłami. - Wiemy, kto za tym stoi.
Wieśniacy wsparli go entuzjastycznymi okrzykami, pełni ulgi, że sprawa powraca na znajome, bezpieczne tory. Przekrzykiwali strach, podjudzając się wzajem do coraz większej wściekłości.
- Dobra, z gadaniem już basta. - Powszechny zapał zdusił dopiero Waligóra. - Trzeba się brać do roboty.
Choć wielu było za tym, żeby babę cepami zatłuc, zbójca postanowił rzecz rozwiązać godnie i wręcz zgodnie z tradycją. Węglarce gębę sprawnie znowu zatkano szmatami, choć wiła się jakoby piskorz i dalej gardłować chciała. Wyrywającą się, powleczono ją prościutko do koniowiązu, gdzie życzliwe jakieś dusze naznosiły już potężną przygarść chrustu.
Szyszek, jak oczadziały, szedł za innymi. Starał się nie spoglądać na stertę drewna, choć przecież oczy mu same do niej biegły. A kiedy ogień zatańczył, zadygotał na chruście, nie potrafił już myśleć o niczym innym. Wbił się w gorącą, rozdygotaną, swojską od woni gorzałki i potu gromadę wieśniaków, pozwalając, by sąsiedzka bliskość otumaniła go bardziej niż trunek. Wyśmiewał się wcześniej z cherlaków, co jak stare baby z kruchty garną się do innych i od sąsiadów wsparcia wyglądają. Różnił się od nich wszystkim. Sam, przemyślnością, której u siebie wcześniej nie podejrzewał, wydźwignął się ze zgliszczy, z nędzy i strachu, jakie pozostawili dezerterzy. Sam, zawsze sam.
A teraz nie potrafił trzymać się obok.
- Który kiep ognia skrzesał? - rozdarł się Waligóra. - Jakże teraz z babą będzie?
W gruncie rzeczy nie był jednak zły i powszechny zapał wyraźnie mu pochlebiał. Okrzepł podczas tych trzech dni, na nowo nabrał wigoru i taki się teraz wydał potężny i krzepki, jakby te zimy w niewoli u Babuni Jagódki opadły z niego bez śladu. Teraz, kiedy podstępna wiedźma - inna wprawdzie, ale co wiedźma, to wiedźma - została znaleziona, a chrust naszykowany, dawny zbójca przechadzał się pomiędzy wieśniakami niczym walny pan. Duma z niego aż biła, choć po prawdzie wilżyńscy obywatele poczynali sobie całkiem po partacku.
Bo jakże tak, myślał Szyszek, który by chętnie ziomków grubym słowem popędził, gdyby nie był zestrachany jak zając? Jako i z tą babą, rozmyślał dalej Szyszek, kiedy Waligóra pognał chłopów, żeby co prędzej zadeptywali ogień i stos na nowo składali. Jeszcze jej przy dylu nie uwiązali na dobre, a już ogień zażegli, ot, miejscowy pomyślunek. Ale w wiosce wszystko zawsze tak szło. Bez rozmysłu, na oślep.
No, ale to właśnie Wilżyńska Dolina, skonstatował cierpko. Nigdy tu nic nie będzie, dostatku, porządku ni poczciwości zwyczajnej. Będą się jeno kręcić wokół własnego chwosta, drzeć się i pojękiwać, a na sam koniec do wiedźmy po pomoc pobiegną. Bo tylko tyle potrafią i nie nauczą się więcej.
Węglarka przypatrywała się zabiegom chłopów, podrygując w więzach i krzywiąc, ale Szyszek wyrozumieć nie potrafił, czy z uciechy, czy z grozy, bo miała gębę zatkaną kawałem brudnej materii.
Nikt się potem nie przyznał, kto jej tę gębę odetkał. Może sama knebel wypluła albo szmatę zeżarła. Lecz nagle znów stała przed nimi, rozjuszona i harda.
Obróciła twarz ku najbliższemu z kmieci. Traf chciał, że był to Kowlik, który ją sznurem wiązał, a i skopał nielekko. Coś było w jej spojrzeniu, w wykrzywieniu warg.
Coś złego, pomyślał Szyszek. Jakbyśmy nie my ją, ale ona nas prowadziła na kaźń.
- Boisz się - wysyczała węglarka, tryskając drobinkami śliny. - Jak wtedy, kiedy cię matczyny gach nocką w drewutni przyduszał. Nigdyś słowa nie pisnął. Jak pies do niego biegłeś, kiedy tylko gwizdnął.
Łysy dezerter cofnął się, w jednej chwili blady, jakby cała krew z niego uciekła. Gapił się w węglarkę z przeraźliwą zgrozą.
Ktoś z tyłu zachichotał cienko. Doliba, wiejski głupek, zanosił się śmiechem, sam nie rozumiejąc z czego. Głowa mu się aż trzęsła na chudej, wątłej szyi.
- A ty - węglarka obróciła się ku niemu z szybkością atakującej żmii - cienko, cieniuśko piszczysz. Jako i matka twoja się darła, kiedy pod złodziejami i wszelką chanają nikczemną w zamuzie się podścielała, jak żonie katowskiej przystoi. Pamiętasz to jeszcze? - zaklekotała zębami. - Katowskie nasienie, tak za tobą wołali...
Nic więcej nie zdążyła powiedzieć, bo Waligóra przypadł do niej i własną czapkę w gębę jej wraził, że się mało co nie zadławiła.
- Dalejże! - ryknął. - Gałęzie migiem układać.
Lecz stos, raz zadeptany, nie dawał się łatwo znów złożyć. Chrust nie chciał się palić, dymem w oczy kręcił, choć nieledwie przed chwilą buchał jasnym płomieniem.
Kmiecie zerkali spod opuszczonych powiek na węglarkę, która tkwiła pomiędzy nimi w okrwawionym odzieniu jak ciemna figura grozy.
- Nieczysta jakaś siła - mamrotał Kulas.
Waligóra miotał się wokół stosu, iskry krzesiwem krzesał, mech wyschnięty podkładał. Wszystko na darmo. Gałęzie nie chciały się palić. Za nic nie chciały i już.
- Bo to obraza boska - dogadywała od progu księżówki Rozalka, która wobec tej oczywistej boskiej interwencji gwałtownie nabrała odwagi.
- Wiedźma też stosów nie kocha - burknął pod nosem Szurlej. - A może to jest jej sprawka?
Wszyscy, którzy go słyszeli, jęli natychmiast przedreptywać z nogi na nogę i rozglądać się niepewnie. Owszem, w pewnej bliskości ognia wiedźma stawała się drażliwa. A Babuni Jagodki nie należało drażnić, oj nie. Każdy, kto wystarczająco długo popasał w Wilżyńskiej Dolinie, był tego aż nazbyt świadom.
Ale wiedźma figlowała teraz z pachołkami w miasteczku. A Waligóra był blisko. Można rzec nawet, za blisko.
Krzątał się, chrustu podrzucał, przeklinał przy tym siarczyście.
- Można olejem świętym podlać - doradził mu ktoś zza pleców.
- I jeszcze plebanowi zapłacić? - żachnął się zbój siarczyście. - Furda święte oleje i modły wasze furda. - Pochylił się i gmerał kijem i nasady stosu, gdzie pełgał słabiutki płomyk. - Tu chrustu więcej trzeba, ot i tajemnica cała.
Jak na złość akuratnie w tej chwili ogienek zgasł. Zbójca podskoczył ze złości.
- Chrustu więcej, powiadam! - rozdarł się na całe gardło. - Ogień mi krzesać, a żywo!
- Tak może? - usłyszał za sobą, blisko, tuż za ramieniem.
Nie zdążył się jednak obejrzeć, bo płomień buchnął mu w twarz, aż czuprynę osmalił. Stos zajął się w jednej chwili, wystrzelił popod niebo, zmieniając gromadę wieśniaków w czarny kontur, obrębiony nocą.
Ktoś rozdarł się ze strachu.
Ktoś inny jak pies zaskowytał.
Rozalka w drzwiach do księżówki ledwo nadążała kreślić znak odpędzający złe moce.
Babunia Jagódka zrzuciła podróżny kaptur i wyprostowała się, zwróciwszy się ku wilżyńskiemu ludkowi. Kapka na końcu jej nosa trzęsła się i podrygiwała.
- Hę?! - zapytała rozgłośnie.
Kmiecie skulili się odruchowo. Ci, co stali najdalej od stosu, natychmiast jęli się delikatnie usuwać w cień. Niby wiedźma wszystko wiedziała i mogła się całej zabawie dobrze zawczasu przyjrzeć, lecz zawsze warto spróbować. Ostatecznie i Babunia Jagódka może czasami przysnąć.
Teraz jednak wydawała się rześka nad podziw. Chustkę w czerwone róże na tył głowy zsunęła, więc tym wyraźniej pałały jej wściekłe, bursztynowozłote ślepia, a nos wydawał się jeszcze bardziej krzywy niż zwykle.
- Igrów się wam zachciało? - Wsparła się popod boki. - Pohulać sobie chcieliście?
Waligóra przekręcił się ku niej. Powoli. Powoluśku.
- Nie twoja, babo, sprawa - warknął.
Kmiecie pospuszczali oczy. To była porządna osada, mąż z żoną się tu nie kłócił i pasem nie garbował ślubnej, póki drzwi dobrze nie zaparł, okiennic nie zaryglował. A Waligóra i wiedźma... Cóż, z dawna się szykowali do oczu sobie doskoczyć. Ale nie musieli w to, doprawdy, caluśkiej wioski wciągać.
- A tyś wciąż, moiściewy, głupi. - Wiedźma uśmiechnęła się z pobłażaniem. - A czyjaż, jeśli nie moja? Kto wioskę z gruzów podnosił? Kto wieśniaków piastował? Kto zbójów precz przepędził? Wreszcie kto ciebie, niebogo, z opresji ciężkiej salwował, kiedy cię rodacy serdeczni żywcem ziemią przysypali?
- A nasza własna! - huknął Waligóra, który bynajmniej nie zamierzał odpuścić i wiedźmia magia nie czyniła na nim najmniejszego wrażenia. - Bośmy się własną wolą powodować winni i własnego rozumu słuchać.
Wymachiwał rękami, wielki i rozjuszony, naprzeciw starowinki, która wyglądała na tak kruchą, że mógłby ją, jak suchą gałąź, w ręku przełamać.
- I rozum własny ci podpowiedział - dociekała ze zwodniczą łagodnością wiedźma - żeby tu po okolicy na nędzarzy polować i w ogień ich ciskać?
Wieśniacy nie wiedzieli, gdzie się podziać. Niby wiedźma nic strasznego nie robiła, ot, przekomarzała się trochę, a że język miała jadowity, to trudno. Sęk w tym, że nie były to zwyczajne sąsiedzkie figle i pogwarki. Jeśli jej ktoś zanadto przygadał, następnego dnia krowom mleko w wymionach kwaśniało, a w jajach kurzęcych robaki się lęgły. Babunia Jagódka ceniła dowcip, a jakże. Jednakże wyłącznie własny.
A Waligóra, jak na złość, dobrze umiał się odciąć.
- A co tu - prychnął ze złością - wszystko, z żebraczkami włącznie, po lasach policzone? I wasze wszystko, kleszczy i zajęczych bobków nie wyłączając? Inwentarze w chałupie trzymacie, ile borsuków w norach, a na drzewach dzieciołów?
- I grzybów pod drzewami ile - dorzuciła złośliwie Babunia. - Osobliwie liczę rydze.
Waligórze na gębie wystąpiły ceglaste plamy: kiedy go wiedźma znalazła, miał na łeb nasadzony grzybowy kapelusz, pachołkowie weń go ustroili, żeby dodatkowo upokorzyć przed śmiercią. Bardzo nie lubił, kiedy przypominano, jak wiedźma uratowała mu życie. Jeszcze bardziej nie lubił pamiętać, że zaraz później mu je bezwzględnie ukradła.
- Tedy się rydzów trzymajcie - burknął. - A nam złoczyńców zostawcie, co suszę przeklętą na nas ściągnęli. Skoro już nic innego poradzić się umiecie - dodał, bo wiedźma jedynie uśmiechała się z drwiną. - Wiedźma jak grzmot, a z nami co? Najgorzej się nam wiedzie w całej okolicy.
- Ajuści - pisnął ktoś cienkim od przepicia głosem i pewnie jedynie z tego przepicia zebrał się na odwagę, bo zwykle nikt wiedźmie w oczy wyrzutów nie czynił. - Deszcz wszędzie pada, wszędzie pola zielone, jeno nie u nas.
Wiejska gromada zaszemrała z niechęcią. Niby wyklinali wiedźmę, krzywo na nią patrzyli, jeśli się w biały dzień do wioski zapuściła, ale przecież w skrytości ducha liczyli na jej opiekę. Ostatecznie nie bez przyczyny odbudowała wioskę. Jeśli zaś ich ocaliła, to przecież chyba nie po to, żeby potem zaniedbywać ze szczętem. Tak, wilżyńscy obywatele, chociaż nie wypowiedzieliby tego głośno, mieli wiedźmie za złe jej niefrasobliwość. Mogła się bardziej przyłożyć. Istnieją przecież sposoby, żeby wodę wywołać, chociażby i z kamienia, tedy i na chmury też da się coś poradzić.
- A wam się akuratnie na łajdactwo zebrało - Waligóra, który świetnie wyczuwał nastroje ziomków, uśmiechnął się z satysfakcją. - Niby jak jedna rodzina w kupie sobie żyjemy, że aż nas ta bliskość uwiera, ale kiedy bieda, co wy znienacka robicie? Ano nic! - Triumfująco wyciągnął w górę palec. - W gospodzie z parobasami się szlajasz, wywłoko chutliwa ty stara...
- A tobie od oskomy ślina po brodzie cieknie - wtrąciła nie bez zadowolenia wiedźma. - Jeno nie wiadomo, czego bardziej żal, czyli tej karczmy, czyli parobasów.
Zbój pochylił się ku niej, wielki i rozjuszony, i już ręce wyciągał, żeby za szyję pochwycić.
Babunia roześmiała się sucho.
- Żal, hę? - ni to zapytała, ni to zakpiła, po czym wyciągnął palec, chudy i krzywy od podagry, i znienacka bodnęła go w kaftan.
Pojedyncza iskra wystrzeliła z poczerniałego paznokcia i ugodziła mężczyznę w pierś, po czym wspięła się szybciutko po żebrach, przebiegła po grdyce i raptem rozbłysła płomieniem w brodzie.
Mężczyzna jął przeklinać i skakać, usiłując ugasić ogień, a wiedźma śmiała się, nieledwie kwicząc z uciechy. Po kolanach się biła, przytupywała dziarsko, póki Waligóra się ugasił ognia.
- A żebyś, cholero, sczezła! - pożyczył jej z głębi serca.
Brodę miał zmarnowaną ze szczętem i po prawdzie wyglądał jak kura, kiedy ją nad paleniskiem opalą. A popleczników stracił jeszcze więcej niż włosów. Bo przemyślni wylżyńscy kmiecie od razu zrozumieli, na czyją się stronę zwycięstwo przechyli i zapał do rozpalania stosu gwałtownie w nich osłabł.
- Niedoczekanie, nicponiu. - Wiedźma wyglądała na bardzo zadowolona z siebie. - Będę żyć, chlać, żreć, łajdaczyć się i bawić, ile wlezie. Nie powstrzymają mnie twoje dąsy. Ale wiesz, co, chudzino? - Roześmiała się cienko. - I tobie nie poskąpię. Połajdacz się, wszak masz żonę, i gorzałki się napij, to na nudę rzecz pewna. Jeno od ognia uciekaj, bo ci, nieboraczku, nie służy.
Znów zaczęła się śmiać. Kilku największych wioskowych pochlebców przyłączyło się do niej usłużnie.
- Co i inszych się tyczy - osadziła ich prędko. - Stosów tutaj nie ścierpię, osobliwie partackich.
- A nie mówiłam? - wrzasnęła z szańca księżówki nieulękła Rozalka. - Kury wam, pijusom, macać, a nie wiedźmobicie urządzać.
Stała, w bieluśkim czepcu i wykrochmalonym fartuchu, jak uosobienie ziemskiej sprawiedliwości. W ręku trzymała warząchew
- Biedną, starą nędzarkę złapać - ciągnęła księża gospodyni. - Przygłupią przy tym biedaczkę. Wstydu, chamy, nie macie.
- Bogowie wszystkich osądzą! - rozdarł się z okienka pleban, który wprawdzie i wcześniej przyglądał się zbiegowisku, ale dopiero teraz ośmielił się wychylić nosa.
Ale wiedźma nie doceniała wsparcia. Chyba nawet go nie spostrzegła.
- A niech jednego z drugim znowu przy chruście przydybię, to łby poukręcam! - wołała, przechadzając się rześko przed struchlałymi chłopami. - Albo nad płomieniem zawieszę i jak kiełbasę uwędzę - zagroziła na końcu, ale zupełnie bez potrzeby, bo ogień już całkiem wygasł.
Jeszcze zanim popiół poczerniał, Waligóra zrozumiał, że przegrał. Powyklinał jeszcze chwilę, wiedźmie gwałtownej śmierci życząc, ale jakoś bez zapału. Może i jego opadło wreszcie zmęczenie.
Bo skwar wciąż doskwierał okrutnie, nic od kmiecich mozołów nie zelżał.
Chłopi, zniechęceni, rozłazili się powoli do swoich zajęć.
- No sio, sio! - poganiała ich wiedźma.
Na środku placu pozostała jedynie żebraczka, którą ktoś w tumucie obalił na ziemię. Leżała całkiem cichutko. Z rozciętego policzka krew jej ściekała w piasek.
Rozalka z namysłem wychynęła z księżówki. Chwilę pochrząkiwała niepewnie, niezdecydowana, co zrobić, aż wreszcie ostrożnie podeszła do wiedźmy.
- Trza się biedaczką zająć - rzekła litościwie, pochylając się nad węglarką. - Umyć ją trochę, odkarmić, a potem w drogę wyprawić. Niepoczciwie gadała - gospodyni plebana konfidencjonalnie zniżyła głos - uch, jak niepoczciwie. Aż strach było słuchać.
- Więc pewno wszyscy słuchali - zauważyła wiedźma. - I uszy wyciągali, by słówka nie uronić.
- Ale ze strachu tak plotła - dowodziła Rozalka, która była poczciwą niewiastą. - Ani chybi ze strachu. Jeno że ludzie się sierdzą... - dodała po chwili nieśmiało. - Sami rozumiecie, Babuniu.
- Aż zanadto rozumiem - odpowiedziała wiedźma.
Ale jakoś zbyt ostro, jakoś przesadnie surowo. Aż się Rozalka przelękla, czy wiedźma może wciąż się o stos gniewa. Oj, trzeba jej będzie teraz, pomyślała z przestrachem, z drogi przez parę dni schodzić, bo znów coś narozrabia.
- Na plebanię ją wezmę - zadeklarowała - i w górnej izbie przechowam. U nas nikt jej wszak nie tknie
Mina plebana była tak kwaśna, jakby się ogórcowego kwasu ożłopał. Nie protestował jednak. Nie miał śmiałości. Sam się nie umiał rozeznać, która z bab na podwórcu większą budziła w nim grozę.
- A nie trzeba, nie trzeba. - Wiedźma pochyliła się nad sponiewieraną węglarką. - Już ja się nią zajmę.
Rozalka zawahała się. Ton Babuni Jagódki nie wróżył nic dobrego, choć zupełnie nie pojmowała, o co chodzi. Postała jeszcze moment dla czystego sumienia, a potem ustąpiła przed przemocą. Z wiedźmą nigdy nic nie wiadomo, pomyślała, po czym z ulgą zaparła drzwi. Ostatecznie spełniła swój obowiązek.
Obowiązek był w życiu Rozalki najważniejszą rzeczą. Zaraz po plebanie.
Wiedźma odczekała jeszcze chwilę, znacząco spoglądając ku okienku księżówki. Pleban poddał się pierwszy. Zatrzasnął rygiel na okiennicy i poczłapał do alkierza.
W Wilżyńskiej Dolinie o wielu rzeczach lepiej było nie wiedzieć. Każdy to wiedział.
Babunia Jagódka pochyliła się nad węglarką. Pogapiła się chwilę. Trąciła starowinę trzewikiem. Solidnie.
- No, dość tych szutków - nakazała.
Babina z ociąganiem podniosła się z ziemi. Wydarła z gęby szmatę. Odchrząknęła i splunęła serdecznie.
- Nie mogłaś trochę się spóźnić? - burknęła.
- Parobkowie teraz słabi. - Wiedźma westchnęła z przyganą. - Znudzili mnie, a miejskie wywczasy wraz z nimi. Ale tyś się, widzę, ni krzyny nie nudziła.
Węglarka uśmiechnęła się leniwie.
- Ano, skwar. Każdy rozrywek szuka. Jeno każdy innych.
Babunia Jagódka zacięła wargi.
- Ano wiem. Ale od mojego dobra z daleka się lepiej trzymaj.
Babina zaśmiała się. Nadal siedziała na ziemi. Podwinięta spódnica odsłaniała chude, posiniaczone nogi.
- A coś ty, od reszty z nas lepsza?
- Może jeno potężniejsza ździebko.
Węglarka znów ochrząknęła. Splunęła krwawą śliną.
- Prawie mi się udało - zauważyła. - Jeszcze trochę krwi, jeszcze trochę ognia, i zapłonęłabym, jak się patrzy. Byłoby ognisko aż pod samą Spichrzę.
Wiedźma wzruszyła ramionami.
- A cóż za sztuka nieszczęśników podejść? Każdej bredni się chwycą.
Babina podniosła się z klepiska, otrząsnęła jak brytan. Kiedy znowu się wyprostowała, jej skóra płonęła krwistą, wilgotną czerwienią świeżych oparzeń.
- Wydawał się kontent - zauważyła. - Twój gach. Kontent i gotów do czynu.
Babunia Jagódka uśmiechnęła się. Sztachety Rozalczynego ogródka jęły jękliwie pękać od tego uśmiechu.
- Gotów, to i co z tego, że gotów? - zapytała ostro. - Tu nikt nie będzie mącił. Ani ty, skoro o tym mowa.
Węglarka od niechcenia kopnęła kępę trawy i spomiędzy źdźbeł, razem z grudkami ziemi, wtrysnęła ruda polna mysz. Zwierzątko zatoczyło w powietrzu łuk, przekoziołkowało, a potem w pędzie zajęło się płomieniem. Babina dmuchnęła i popiół sypnął Babuni Jagódce prosto w twarz.
- A wszędzie indziej wolno? - zainteresowała się fałszywie węglarka. - Niech się Góry Żmijowe ogniem żywym zajmą, byle tutaj kmieciom kapusta obrodziła?
Wiedźma wzruszyła ramionami.
- Góry Żmijowe wiele jeszcze zniosą. Ale ja już niedużo. Zbieraj się, Ognicha. Nic tu już nie wskórasz.
Oszpecona kobieta zebrała na ramionach łachmany.
- Może nie tym razem. Ale wrócę. Ja albo ktoś inny - roześmiała się.
Rozrzuciła ramiona i zawirowała, a trawy wokół niej poruszyły się i gałęzie zakołysały się w tym samym rytmie. Potem podniósł się wiatr, zaklekotał okiennicami, zwichrzył czuby drzew. Przez moment węglarka stała pośrodku wiru, ukręconego z piasku, zawieruchy i czerwonych płomyków. Niektóre odrywały się z jej włosów i wirując, unosiły się ku ciemnemu niebu, inne opadały i toczyły się po piasku i żwirze jak drobne purpurowe ziarenka. Nie trwało to jednak długo. Zaledwie kilka uderzeń serca.
- Nie utrzymasz tego na zawsze. - Węglarka, kimkolwiek naprawdę była, wychyliła się ku wiedźmie. - Nie wystarczy pomalować płoty i spędzić z traktu grasantów, w sukmany ich poprzebierać. Wszystko spłonie. - Oblizała wyschnięte wargi. - Jak słomiane kukiełki.
Babunia Jagódka milczała.
Od strony proboszczowego kurnika ostrożnie wychylił się krępy, czubaty kogucik. Grzebieniem zatrząsł, łypnął przebiegle czarnym oczkiem, po czym chycnął znienacka ku ognistemu ziarenku i dziobnął je z rozkoszą.
- Dlaczego miałabyś mieć lepiej od nas?! - rozdarła się wściekle węglarka. - Dlaczego twoje schronienie ma trwać? Nikt tu nie zasłużył na litość.
Wilżyńska wiedźma nie odpowiedziała. Odstąpiła tylko kilka kroków, czyniąc obcej niewieście przejście.
Kolejne kury wybiegały ukradkiem zza płotu i gdacząc z cicha, dziobały w piasku.
Węglarka zawahała się. Chciała coś jeszcze powiedzieć, tchnąć w przeciwniczkę mocą, ale na koniec zgarbiła się tylko i powlokła w stronę lasu. Kiedy mijała Babunię Jagódkę, pochyliła ku niej wąską, gadzią twarz.
- Jest ogień, choćby w kamieniu - wysyczała. - Płomień, nawet uśpiony, śpiewa, syczy o zniszczeniu. Twoi wieśniacy go słyszą i kiedyś - głęboko, ekstatycznie wciągnęła powietrze - och, kiedyś powrócisz za późno.
Nie zatrzymała się jednak. Mozolnie wlokła się pomiędzy chałupami, znędzniała znów i przygarbiona w wieczornej ćmie. Kolejna wilżyńska awantura dobiegła kresu i na polu bitwy pozostało jedynie rozdokazywane stadko drobiu. I tylko liście wierzb, które zajmowały się nad głową węglarki płomieniami świadczyły, co właśnie wydarzyło się i co jeszcze mogło się wydarzyć w Wilżyńskiej Dolinie.
KONIEC
Sklep
Forum