"Bractwo Wilków"
Wreszcie ujrzałem przed sobą owy budynek, w którego istnienie mimo wszystko wątpiłem. Wyłaniał się on powoli z oparów mleczno-siwej mgły. Obejrzałem się przez ramię. Za mną niczym ponura gwardia stał szereg milczących drzew. Tej nocy bór wydawał się być niepokojąco cichy... Przebiegł mnie zimny dreszcz... Szybko obróciłem wzrok. Przede mną stał klasztor... Promienie księżyca nie tyle oświetlały budowle, co czyniły ją jeszcze bardziej posępną, a niemy, ciemny las wokół potęgował uczucie grozy...
Kościół, wykonany z czerwonej cegły, wyraźnie piął się ku górze. Wydawał się być jakąś warownią. Nie zdobytą twierdzą... Dobiegł mych uszu cichy monotonny dźwięk modłów, dziwnie współgrający z milczeniem lasu, a może go wywołujący... Nie. Otrząsnąłem się z mrocznych skojarzeń nawiedzających mój umysł.
Ponownie podniosłem wzrok na budynek. Dopiero teraz dostrzegłem światło promieniujące z okien ponurego obiektu. Coś się tam działo...
Nagle włos zjeżył mi się na karku i po całym ciele przebiegł zimny dreszcz. Pod wpływem impulsu obejrzałem się za siebie. Nic tam nie było. Za mną stały tylko martwe pnie drzew, uschłe krzewy i ich cienie pokrywające mrokiem całą knieje. Nieco roztrzęsiony przeniosłem wzrok z powrotem na klasztor.
-To tylko niewielka ceglana budowla, wciśnięta w las... - Powtarzałem starając się uspokoić drżenie szczęk. To miejsce wyprowadzało mnie z równowagi.
-Nic nadzwyczajnego. - Zaraz dodałem, nie bardzo wierząc we własne słowa. Nie mogłem przestać zadręczać się narastającymi we mnie pytaniami, zwłaszcza w tej denerwującej ciszy... "Co robi klasztor w tak dalekim i nie dostępnym miejscu?" Strach i nie pewność zaczęły wygrywać. Miałem zamiar zawrócić... Niemy las wydawał się bezpieczniejszym miejscem w porównaniu ze świątynią... Która nie wiedząc, czemu przerażała mnie. Już byłem w połowie obrotu, kiedy przypomniałem sobie słowa opata. Wyraził się stanowczo.
-Masz spisać i opisać krótko wszystkie kościoły na Mazowszu. Jeśli tego nie zrobisz dosięgnie cię mój gniew! I nie uratuję twojej tępej głowy od kaprysu tej szlachcianki! Zrozumiano! - Nie mogłem odmówić, po tym jak upiłem się i zacząłem ubliżać jakiejś wpływowej kobiecie. Zamożny duchowny był moim przyjacielem, ale czasem dawał się ponieść gniewowi i był wtedy bardzo nie przyjemny... A z tego, co dowiedziałem się rano opat nieźle się napocił, żebym nie stracił głowy i jeśli ponownie go rozczaruję... Lepiej o tym nie myśleć. Spojrzałem raz jeszcze na kościół. Wyglądał jak halucynacja... Upiorna złuda... Zadrżałem, skłaniając mój umysł do logicznego myślenia. Sam nie wiem skąd mi przyszły takie skojarzenia. To tylko zwykły budynek... Wokół klasztoru rozciągały się niepokojące cienie... Nad obiektem mego lęku wznosił się księżyc. Teraz do mnie dotarło... Była pełnia.
Okoliczni chłopi mówią, że podczas pełni dzieją się dziwne rzeczy... Nagle niezwykłą ciszę panującą wokół przerwał skowyt wilka... Zwierze było dość blisko. To jego wzrok czułem na sobie. Od niego przebiegły mnie ciarki. Uważny, bystry wzrok bursztynowych oczu. Nie wahałem się dużej. Zerwałem się do ucieczki i pobiegłem w stronę kościoła. Nie może być tam gorzej niż tu...
Zastukałem kilkakrotnie i czekałem na odpowiedź. Przede mną wznosiły się potężne, drewniane wrota. Zaryzykowałem szybki obrót za siebie. Był tam wilk. Ogromny, ciemnosiwy... Stał i patrzał się na mnie przez dłuższą chwilę. Zgrzytnęły rygle... Zmrużyłem oczy ze szczęścia i wydałem z siebie ciche westchnienie ulgi... Kiedy otworzyłem powieki i ponownie spojrzałem w jego stronę już go tam nie było. Drzwi otworzyły się i staną w nich mnich. Nosił prostą czarną tunikę. Najprawdopodobniej jeden z Dominikanów.
-Witaj bracie... Co Cię sprowadza do nas o tak późnej porze?... - Przyglądał się mi uważnie bystrymi ciemnymi oczami. Jakby się zastanawiał czy mnie wpuścić...
-Wybacz mi bracie to nocne najście... Jestem tu z polecenie opata. Mam spisać wszystkie kościoły w okolicy. - Skakałem z nogi na nogę. Jesienna noc była wyjątkowo mroźna. Miałem już dość tych uprzejmości. Jedyne, czego chciałem to wyjść z tego upiornego lasu i ogrzać się w środku... Chodź bym grzał się przy ogniach piekielnych...
-Ach tak... - Odpowiedział mężczyzna, obrzucił mnie jeszcze raz badawczym spojrzeniem i oznajmił wreszcie.
-Wejdź bracie... - Minąłem go bez słowa i wszedłem do środka. Kiedy tylko przestąpiłem próg, chwyciła mnie nagła senność. Niemal upadłem... Mnich podszedł do mnie i podtrzymał. Walcząc z nagłą słabościom rozejrzałem się po korytarzu. Nie było na nim ani jednej osoby.
-Bracia są na modlitwie. - Odpowiedział na moje nieme pytanie. Skąd on wiedział? Hol zawirował na pół uderzenia serca. Nie ważne oczy mi się kleiły i zasnąłem.
Obudziłem się późnym południem następnego dnia. W pokoju, w którym się znajdowałem stało także kilka innych łóżek. W niektórych z nich spali jeszcze mocnym snem inni bracia, wśród nich był ten, który otworzył mi drzwi. Podniosłem się i jeszcze raz rozejrzałem. Pomieszczenie nie różniło się niczym od pokoi w innych klasztorach. "Czego ja się spodziewałem? Może krypty?" Zaśmiałem się do siebie. Nagle rozległo się skrzypienie otwieranych drzwi. Staną w nich mężczyzna w średnim wieku z jakimś zwojem w ręku. Na szyi zamiast krzyża miał medalion w kształcie wilka. Ekscentryczna moda pewnie ze wschodu. Ciemnosiwe włosy pokrywał bladą twarz człowieka. Pod czarną tuniką rysowały się mięśnie. Miałem wrażenie, że gdzieś go już widziałem. Przyszpilił mnie na chwilę osobliwym spojrzeniem kasztanowych oczu.
-Powiadomiono mnie o gościu. Witam cię, więc w imieniu zakonu. Pytaj o to, co musisz wiedzieć. - Z powitania tak nagle przeszedł do rzeczy, że musiałem przez chwilę zbierać myśli.
-No cóż... - Wyjąłem książkę, kałamarz, pióro i ustawiłem na małym drewnianym stole w pobliżu łóżka.
-Muszę wiedzieć: Ilu was jest ojcze?; Kiedy założono kościół?; Czy regularnie nakładacie dziesięcinę?; Czy systematycznie odprawiane są msze święte?...
-Odprawiamy tylko jedną mszę... Wieczorem. - Przerwał mi zanim zdążyłem zadać następne pytanie jakby wiedział, o co chcę spytać. Tak jak mnich, który mi otworzył drzwi. To robi się coraz dziwniejsze... Zapisałem w księdze "Jedna msza wieczorna..." - Zaraz, jak to jedna
-Dlaczego odprawiacie tylko wieczorną mszę? - Nie mogłem nie zapytać. Mój rozmówca cały czas nie spuszczał ze mnie wzroku, kiedy to zauważyłem ponownie spojrzałem do książki i czekałem na kąśliwą uwagę o mojej wścibskości. Ta jednak nie nadeszła.
-Tradycja. - Odparł krótko i zaraz dodał zupełnie zmieniając temat.
-Pewnie jesteś głodny. Zejdź na dół, tam masz przygotowany posiłek. My już jedliśmy. - Obrócił się i wyszedł zanim zdążyłem go o cokolwiek spytać. Westchnąłem. Zaiste byłem głodny jak wilk. Po plecach przebiegł mi dreszcz, gdy pomyślałem o zwierzęciu widzianym wczorajszej nocy. Zszedłem, więc szybko na dół po kamiennych schodach.
Podczas schodzenia nie zauważyłem żadnej ikony, bądź innego obrazu świętych. Tylko gołą, ceglastą ścianę tak samo jak w pokoju na górze. Zignorowałem to. "Pewnie to wyjątkowo biedny kościół". Wytłumaczyłem sobie.
Gdy znalazłem się na dole zauważyłem kilka półmisków po brzegi wypełnionych mięsem. Hipoteza o biednym kościele padła. Ale nie zważałem na to. Jedzenie! Nie jadłem mięsa chyba od tej nieszczęsnej uczty... Dosłownie rzuciłem się na nie.
Jadłem i jadłem bardzo długo, kiedy wreszcie uznałem, że więcej już nie zmieszczę odszedłem od stołu i zacząłem zwiedzać budynek.
Klasztor wykonany z czerwonej cegły, o wręcz niebotycznym sklepieniu wydawał się naprawdę okazałą budowlą. Ale poza tym był niemal zupełnie pusty. Na ścianach nie widniały żadne zdobienia, na które z pewnością kościół zaopatrzony w taką żywność mógł sobie pozwolić. "Wręcz powinien je mieć!" Nie widziałem też nigdzie żadnego krzyża, czy jakiegokolwiek obiektu sakralnego. Nie mówiąc już o wspomnianych przedtem ikonach. "Nigdy jeszcze nie spotkałem się z czymś takim, powinienem to zanotować i powiadomić opata..."
Bardzo długo przemierzałem jałowe korytarze i równie nieciekawe pomieszczenia. A mej wędrówki nie widać było końca. Kościół okazał się być prawdziwym zamkiem. Choć opustoszałym. Nieliczni mnisi, którzy byli na nogach przyglądali mi się przez chwilę podejrzliwie, potem zaś odchodzili do swoich zajęć. Pomimo wysiłku, jaki włożyłem w poszukiwania, nie odnalazłem miejsca przeznaczonego do mszy.
Po tym posiłku połączonym z chodzeniem zrobiłem się bardzo senny. Postanowiłem zawrócić i się położyć.
Droga powrotna okazała się być bardzo męcząca. Kiedy wreszcie dotarłem do pokoju zastałem go absolutnie pustego. Wszyscy gdzieś wyszli. Pewnie na wieczorną mszę... Zobaczyłem łóżko. Teraz cała podłoga się kołysała. Postawiłem kilka chwiejnych kroków i padłem twarzą na pościel natychmiast zasypiając.
-Wstawaj bracie... - Usłyszałem cichy głos, który, wyciągną moją zmorzoną snem świadomość, jakby własną siłą woli. Otworzyłem oczy i ujrzałem mnicha tego, co mi otworzył bramę. Nie widziałem w pełni jego twarzy gdyż zasłaniał ją kaptur naciągnięty na głowę. Spojrzałem z nad jego ramienia na zewnątrz. Za oknem lśnił księżyc. Był środek nocy. Mnich wyciągną rękę i powiedział jedno słowo...
-Chodź. - Pomógł mi usiąść. Pokój wirował z niepokojącą siłą. Żołądek skręcał mi się w pętelkę. Czułem się fatalnie. Chciałem zostać w łóżku i poczekać aż to minie. Mężczyzna nie pozwolił mi jednak z powrotem się położyć. Ścisnął mnie mocniej za rękę i zabrał ze sobą. Był zadziwiająco silny. Wręcz niósł mnie. Kiedy zacząłem chodzić, dopadła mnie dziwna senność. Taka jak za pierwszy razem, gdy przekroczyłem próg tego klasztoru. Teraz była jakby lżejsza zachowałem w niej półświadomość.
Mój towarzysz skręcał niezliczoną ilość razy w lewo i w prawo. W prawo... I w lewo... Całkowicie się pogubiłem i chyba nawet zasnąłem w połowie wędrówki. Kiedy się ocknąłem schodziliśmy schodami w głąb podziemi.
Podczas ponurego marszu, za moimi plecami usłyszałem monotonne dźwięki, które pierwszy raz wziąłem za modlitwę, ale nią nie były. Owszem była to łacina, ale jakaś inna... Mimo wysiłku, jaki w to wkładałem, nie mogłem skupić się na słowach. Mój umysł nie funkcjonował należycie... Minęli mnie bracia nucących tę dziwną pieśń, pogrążeni we własnych myślach nie zwrócili na mnie uwagi.
Szli rządkiem. Każdy utrzymywał jednakową odległość od towarzysza, lekko się kołysząc i powtarzał monotonnie słowa. Jakby w transie... Od patrzenia na to i słuchania jednostajnej pieśni zrobiłem się jeszcze bardziej senny... Więc przeniosłem wzrok...
Przede mną widniała niezwykła komnata oświetlona świecami. Była idealnie okrągła. Jej sklepienie równie wysokiejak w reszcie budynku nikło w ciemności. Było to zadziwiające, gdyż z tego co pamiętałem, znajdowałem się obecnie głęboko pod ziemią. W sali pozbawionej okien panował półmrok. Słabowity blask świec odsłaniał naprawdę niewiele. Nad ziemią w zdumiewająco przestronnym pomieszczeniu unosiła się siwa mgła, mająca swe źródło jakby z samych kamieni. Oświetleni chwiejnymi płomieniami bracia stali w milczeniu, ustawieni w koło jakiejś figury, wyrytej na kamiennym stole. Nie widziałem jej dokładnie.
Mnich zaciągną mnie do środka. Nie stawiałem oporu. Podszedł ze mną do dziwnego stołu. Stanął przed nim i zacisną mocno rękę na mym ramieniu jakby bał się, że ucieknę. "Dlaczego miałby to robi? To bez sensu..." Podłoga nadal wirowała w koło mnie, ale zwolniła obroty. Przyjrzałem się figurze. Był to pentagram.
Swego czasu spotkałem pewnego człowieka, który częściowo zajmował się magią. Wziął mnie na swego ucznia w zamian za utrzymanie tajemnicy. Obeznał mnie częściowo z praktykami, jakie czynił, zanim spłonął na stosie. Biedny nieszczęśnik... Nie zdołał uciec przed wszędobylską inkwizycją.
Ocknąłem się z rozmyślań... Pentagram jarzył się delikatnym ciemnym blaskiem. Potrząsnąłem głową myśląc, iż mi się przewidziało. Nie myliłem się jednak. Blask przypierał na sile. Nagle do mego zamroczonego umysłu przedarło się poczucie zagrożenie, spojrzałem jeszcze raz na pentagram. Nie myliłem się. To był OBRÓCONY PENTAGRAM! Symbol złej mocy. Wreszcie zrozumiałem... Przeklęte opactwo tak powiedział stary chłop. "Dlaczego mu nie wierzyłem?! Teraz było za późno!"
Wszędzie panowała zgroza, uczucie, jakiego nigdy dotąd nie zaznałem. Strach przybierał na sile. Pentagram bił złem, tak jak mnisi i mój towarzysz. Komnata wydawała się esencją niewyobrażalnego koszmaru, przedwiecznej i nieopisanej mrocznej mocy, którego byłem świadkiem.
"Nie zostanę tu!" Moje zmysły stały na krawędzi. Zacząłem krzyczeć i szarpać się. Zło otaczało mój umysł, porywało mnie szaleństwo. Pragnąłem wezwać pomocy stwórcy, ale mroczna moc panująca w komnacie mi nie pozwoliła.
Do sali wszedł kapłan. Ten, z którym rozmawiałem dziś jeszcze. Dziwnie znajomy... Teraz wiedziałem. Widziałem wyraźnie w nim wilka. Nie potrafię tego opisać, ale to był wilk, który mnie obserwował. Zamarłem w bez ruchu. Czyżbym miał być ofiarą? Mój umysł rozchodził się uniemożliwiając skupienie, diabelska moc przejmowała nade mną władzę. Rozpaczliwie starałem się obronić. Ale byłem zbyt słaby... Przegrywałem. To zło nie było przeznaczone dla zwykłego śmiertelnika.
Mężczyzna podszedł do mnie. Trzymał w ręku zdobiony sztylet z wizerunkiem wilka na rękojeści. Nieświadomie przymknąłem oczy. Zaraz się to skończy... Stałem w absolutnym bezruchu nie śmiałem nawet drgnąć. Poczułem, że coś podaje mi do ręki. Czyżbym sam miał się zabić? Otworzyłem oczy i ujrzałem w mej dłoni kielich. Przepiękny złoty kielich wysadzany drogimi kamieniami. Wypełniony był jakimś szarym cuchnącym płynem. Kapłan patrzył na mnie wyczekująco. Jego oczy nie były już ludzkie, wilcze barwy bursztynu.
Upiorna komnata i wpatrzone we mnie oczy obróciły się o sto osiemdziesiąt stopni. Zło było zbyt blisko. NIE DO ZNIESIENIA! Czułem jak ściska mi czaszkę i sprawia dotkliwy ból. Ale stokroć większy ból wywoływało w mym umyśle i oczy... Wpatrzone we mnie wyczekujące bursztynowe tęczówki. "Śmierć będzie mi ucieczką!"
Wypiłem zawartość naczynia jednym haustem. Komnata zawirowała. Padłem półprzytomny na kamienną posadzkę. Byłem ciężki bardzo ciężki, czułem, że słabnę... Niedługo zapadnę w sen, z którego się nie zbudzę... Zło przygniatał mnie namacalną siłą, nie mogłem się doczekać śmierci. Spośród monotonnych, ogłupiających głosów wyrwał się dźwięk rozdzieranej tkaniny. Na twarz poleciały mi krople krwi. Poczułem jak ktoś delikatnie bierze moją rękę... Przez ciało przebiegł mi zimny dreszcz. Zrozumiałem. To nie był rytuał ofiary, lecz inicjacja. Rozpaczliwie starałem się podnieść i zacząć uciekać. Lecz zamiast tego chwyciła mnie jeszcze większa senność. Pomyślałem o opacie... Po co on mnie przed toporem kata ratował i na tą zdradziecką misję wysyłał? Żebym stał się wcielaniem zła na ziemi? Ze wszystkich sił pragnąłem śmierci niż przeklętego żywota. Ostrze sztyletu przecięło moją prawą rękę. To koniec...
Czerwona ciecz wyciekała ze świeżej rany i wtedy poczułem palący dotyk krwi stojącego przy mnie mężczyzny. Trzymał on moją dłoń w żelazny uścisku. Poczułem piorunujący ból, zawyłem chcąc się wyrwać z mimo wolnego przymierza. Ale narkotyk nie pozwalał mi się szarpać. Z przerażeniem, dostrzegłem, iż przestałem wyczuwać namacalne zło panując w komnacie. Ból się wzmagał. "Był nie do wytrzymania!" Teraz wdzięczny byłem za odurzenie. To nieopisane cierpienie było psychiczne. Podłoga wirowała wkoło mnie, senność stopniowo pokrywała rozszalałe myśli. Czułem, że przestaje być sobą. Chciałem się bronić, ale to, co mi podali sprawiło, iż poddałem się bez walki. Całe moje ciało przebiegł zimny dreszcz, straciłem komnatę z oczu.
Kiedy ponownie się pojawiła, była inna. Jakby większa... Pozbawiona kolorów. Wypełniona różnymi zapachami i dźwiękami, których przedtem nie słyszałem. Świat wyglądał inaczej... Był w przerażający sposób zmieniony. Całe otoczenie było szare, nawet płomienie świec były w odcieniach popieli. Jedynym odstępstwem od tej monotonni, była jarząca się wokół mnichów delikatna czerwona poświata...
Patrzyłem z fascynacją na dziwnie zmieniony świat, nie trwała ona jednak długo. Poczułem, że coś przejmowało nade mną kontrolę. Jakby mroczna część mej duszy jednoczyła się z przedwiecznym złem, budząc się do życia...
W mej głowie rozbrzmiewał potężny dźwięk, wręcz jedynym, jaki dobiegał do mych uszu i był to głos pseudomnichów. Teraz rozumiałem starożytny tekst. "Nowy brat do naszych szeregów wstąpił. Przez życie ze znamieniem bestii, ścieżkami cienia zmuszony podążać... Będzie z nami na wieki... Od nieskończonych dni narodzin do wiecznychśmierci. Jako wilk i jako człowiek..."
Podniosłem się na... Cztery łapy! Nie to nie może być prawda! Rozpaczliwie chciałem zaprzeczyć rzeczywistości, która wydawała się mało realnym koszmarem. Narkotyk przestał działać, a mimo to czułem się pod jego wpływem. "To przez te słowa! Oni dokańczali rytuał! Najgorsze dopiero przede mną!" Przeraziło mnie to, gdyż zło znajdujące się wewnątrz mnie przybierało na sile... Chciało się uwolnić, a ja byłem w starciu z nim bezradny. Początkowa dezorientacja i ogłupienie prysło. Przez chwilę wiedziałem tylko jedno. "Muszę uciekać."
I wybiegłem z komnaty...
Biegłem... Biegłem daleko przed siebie tam gdzie mnie oczy poniosą. Bałem się, byłem przerażony. Cisza, ta okrutna cisza przerywana była tylko raz po raz przez wycia ścigających mnie wilków. Drzewa jakby umyślnie zagradzały mi drogę. Przede mną słały się cierniste krzewy i nieprzebyte chaszcze.
O dziwo przeskakiwałem je bez trudu, nie zwalniając ani na chwilę. Z pomiędzy koron drzew prześwitywał obojętny księżyc. Biegłem bardzo szybko, nigdy nie poruszałem się w takim tempie. Byłem daleko, już nawet słyszałem w oddali cykanie świerszczy, lecz gdy tylko przybywałem na miejsce, z którego dobiegało, odgłosy zamierały.
Strach przybierał na sile. Wycia ciągle były blisko. Przecisnąłem się pod pniem zwalonego drzewa. Teraz bestia we mnie była jakby bliżej wydostania się. Rozważyłem samobójstwo. Opracowałem sposoby...
Chciałem zginąć, bo wiedziałem, że nie powstrzymam jej. Ale przynajmniej moja śmierć zakończy jej żywot tu na ziemi. Lecz było już za późno. Nie zauważyłem, że strach stopniowo mieszał się ze złością. Bestia podeszła w chwili mojej nieuwagi... Pytania same się nasunęły. Za co? Dlaczego muszę tak cierpieć? Napierała we mnie wściekłość i poczucie doznanej niesprawiedliwości. Bestia wygrała. Podświadomie zacząłem szukać kogoś na ofiarę i znalazłem. Niech ja dopadnę opata! To on mi to zrobił! Był idealnym kandydatem. Przyjacielem, który już jest WROGIEM! Ogarnęła mnie furia. Drapałem pazurami ziemię i kłapałem pyskiem. Zapłaci mi za to... Teraz, świat znowu się zmienił, ale ja tego nawet nie zauważyłem, byłem ślepy, opanowany przez mrok.
Księżyc oblewał moje futro obojętnym blaskiem, który dziwnie mnie pobudzał. Teraz nie byłem już wilkiem, ale istotą, jakiej nie powinno być. Dając upust swej złości uderzyłem przednią łapą w drzewo zdzierając z niego korę i wbijając pazury głęboko w pień. Zawyłem opętańczo z dzikiej radości. Nagle coś w konarze drzewa przyciągnęło moją uwagę. Obróciłem się i unieruchomiłem zwierze spojrzeniem. Posiadałem moc, nie zdając sobie do końca z tego sprawy... To było naturalne... Jak oddychanie...
Uspokoiłem się oblizując kudłaty pysk, nie tracąc cały czas łupu z oczu. Czułem jak bije serce ukrytego w gałęziach przerażonego ptaka. Jego ciepłe mięso, krew... Zdobycz... Z ran w potężnym świerku pociekła żywica. Z łatwością namierzyłem cel i szykowałem się do skoku. Jeden szybki sus. Atak przerwał mi odgłos łamane gałęzi. Gwałtownie obróciłem głowę. Chwila mej nieuwagi wystarczyła, by wyrwać zwierzę z transu i ptak odleciał... Ale to nie było ważne. Wyczułem lepszą zdobycz...
Łania, zabłąkana przerażona zwierzyna. Poświata księżyca sprawiała, że była idealnie widoczna. Jej brązowa sierść lśniła, a czarne błyszczące oczy wypatrywały niebezpieczeństwa. Jej zapach... Był wspaniały... Słyszałem łomotanie jej serca... Wyczuwałem jej strach... Cudowne uczucie. Skupiłem się na celu. Niemal widziałem jak przegryzam jej krtań i czułem jak spływa po mnie jej krew.
Kłapnąłem zębami i zaczaiłem się w gęstych krzakach. Zwierze wyraźnie wyczuwało moją obecność. Rzucało ukradkowe spojrzenia na krzewy, w których się ukrywałem i drapało racicami ziemię. Przez cały czas wyczuwałem emocje zwierzyny. Nie musiałem badać jej zachowania, po prostu wiedziałem, co czuje.
Mógłbym unieruchomić łanię tak jak uprzednio ptaka, ale polowanie będzie ciekawsze... Przycisnąłem się do ziemi i ustawiłem tylnie łapy w rozkroku, w optymalnej pozycji do skoku. Zwierzę zamarło... A ja skoczyłem. Wzbiłem się na wysokość kilku metrów i spadłem na przerażonego mieszkańca lasu, powalając go. Złapałem za szyję rozpaczliwie beczącą i wierzgającą kopytami łanię. Czułem jej determinację w beznadziejnej walce o przetrwanie. Zacisnąłem uścisk, wbijając zęby jeszcze mocniej w brązowe futro. Po mej paszczy popłynęła krew. Usłyszałem zgrzyt łamanych kości.
Zwierze było martwe. Miało zmiażdżone kręgami szyi. Wypuściłem łup z morderczego uścisku. Księżyc kąpał mnie w intrygującym blasku. Denerwującym i upajającym doznaniu. Zbierała we mnie dzika, niepohamowana przyjemność. Zawyłem do niego z chorobliwej radości. Zanurzyłem kły w brzuchu martwego zwierzęcia i zacząłem szarpać...
Nie wiedziałem, co dokładnie stało się w nocy... Pamiętałem tylko bolesny uścisk kapłana w mrocznej sali. Obudziłem się pod wieczór następnego dnia. Słońce chyliło się ku zachodowi. Drapało mnie w gardle i czułem się okropnie. Świat wokół mnie był ten sam, ale inny.
Z przerażeniem dostrzegłem, iż przestałem dostrzegać kolory! Mój świat był szary! Wypełniały go ogłuszające dźwięki i zapachy, z których najsilniejsza była woń krwi. Spojrzałem na swe ubranie ozdobione czerwonymi plami. Obróciłem się i zobaczyłem na wpół rozszarpaną łanię! Wyglądała jakby ktoś nie zdołał skończyć zaczętej roboty. Oczy miała wytrzeszczone w przerażającym strachu, cała była okrwawiona. Kilka metrów od niej leżała odgryziona prawa noga.
Obróciłem się i zwymiotowałem, za sobą usłyszałem wycia. Rozejrzałem się.
Wszędzie były wilki... Okrążyły mnie i wpatrywały się we mnie wyczekująco. Szeregi błyszczących, bursztynowych oczu. Wiedziałem, że czekają na mnie. Nagle przykuła mój wzrok konkretna para ślepi. Czułem się więźniem wzroku większego od innych ciemnosiwego wilka. Rozpoznałem w nim kapłana... Moja wola w starciu z nim praktycznie nie istniała. Wezwał mnie a ja podniosłem się pragnąc za nim podążyć. Wokół panowała ta cisza...
W tym dziwnym odrętwieniu poczułem bicie serca, wielu serc... Ludzi? Tak ich... Dosiadali koni. Inni też to zauważyli. Wilki zaczęły niespokojnie krążyć spoglądając na przywódcę. Ten zaś zauważywszy niebezpieczeństwo odwrócił wiążący mnie wzrok.
Kiedy obca siła odeszła z mego umysłu poczułem się jakbym utracił siłę. Zachwiałem się na nogach i oparłem o drzewo, tylko dzięki niemu powstrzymując upadek. Ale zmęczenie było tak silne, że mimo oparcia o pień masywnego buku zsunąłem się na ziemią. Bicia serc, zmieszały się z łoskotem kopyt galopujących koni, pobrzękiwaniem zbroi i poleceniami wydawanymi przez rycerzy. To wszystko przyprawiło mnie o ból głowy. To było za wiele. Zbyt głośno... Wiedziałem, że te dźwięki nie powinny wywoływać u mnie podobnej reakcji. To wcale nie powinno wywoływać aż takiego hałasu.
Wilki rozpierzchły się we wszystkich kierunkach w pozornym nieładzie. Ale to było dobrze zorganizowane, każdy wróg, który by podążył za nimi, zginąłby.
Rycerze wpadli na polanę. Zbroje mężczyzn błyszczały odcieniem popieli w promieniach bieli gasnącego słońca. Niebo nad ich głowami wyglądało na zachmurzone, lecz gdy spojrzałem na szarą trawę zrozumiałem, że takie nie było. Rumaki cofały się i niespokojnie parskały rzucając na mnie ukradkowe, przerażone spojrzenia. Wojownicy, spojrzeli na mnie niemal obojętnie i obrócili swoje rumaki w kierunkach, w których uciekła sfora. Chcieli ruszyć w dalszą pogoń... Ale jakiś duchowny przywołał ich do porządku.
"Ja go znałem?" Nawiedziło mnie pytanie. "Ta otyła postać odziana w wytworne szaty, ledwie mieszcząca się na pięknym rumaku, była mi w jakiś sposób bliska... Na pewno."
Zwróciła wierzchowca w moją stronę i lekko uderzyła go w bok. Koń odmówił marszu, stał w śmiertelnym przerażeniu. Mężczyzna kilkakrotnie ponowił próbę, bez rezultatu. Warknął z irytacji, zszedł z koni i podszedł z do mnie. Jego tłusta pomarszczona twarz, wykrzywiła się w smutnym uśmiechu. "Tak teraz poznałem owego mężczyznę..."
Opat położył delikatnie rękę na mym ramieniu, w geście szczerego współczucia...
"Czyżby wiedział?" Spojrzałem mu w oczy i poznałem jego myśli. Uznał, że postradałem zmysły, że zacząłem włóczyć się po lasach w poszukiwaniu nieistniejących klasztorów. W przypływie szału wytarzałem się w krwi martwej łani, a zapach padliny zwabił wilki. Parsknąłem szyderczym śmiechem. "Jak można być tak głupim?" Twarz opata sprawił wrażenie jeszcze bardziej zatroskanej. Odepchnąłem dłoń, którą mi podał. Podniosłem się na nogi i przyjrzałem się szczerze zasmuconemu duchownemu. Część mej jaźni oskarżała go o całe zło, które mnie spotkało. Jakie to było by proste? Teraz zemściłby się... Ulżył napięciu, sprawił ból za ból... Ale opanowałem pragnienie mordu. Przyszło mi to z niespodziewaną trudnością. Coś się ze mną działo. Racjonalnie myśląca część umysłu powiedziała mi, że on nie miał nic z tym wspólnego, że to, co się stało jest złe, ale nie mogę go winić...
Co on robi tu tak daleko od opactwa? Postawiłem to pytanie chcąc przekonać samego siebie do jego nikczemnych intencji. Odepchnięte myślipowracały ze zdwojoną siłą. Wmówiłem sobie w przeciągu kilku sekund, że on zaplanował to, co mnie spotkało i że teraz chce dokończyć to, co zaczął i zabić mnie. Poczucie rosnącego zagrożenia wdzierało się do mej głowy, a ja rozpaczliwie chciałem znaleźć jego źródło i je zlikwidować. Nie myślałem wtedy w kategoriach prawdy, czy kłamstwa - liczyło się tylko zabijanie.
Stare zasmucone oczy czekało na coś, co mogłoby wziąć za przebłysk świadomości. Ta prosta chęć pomocy sprawiła, że zrozumiałem. Mój umysł przestały nawiedzać mordercze pragnienia. Poznałem powód, dla którego błąka się po lasach, zamiast wygrzewać się w klasztorze. "On mnie szukał! Chciał mi pomóc.!" Nie wiedziałem, że tyle dla niego znaczę. Teraz wpatrywałem się w niego ze zdziwieniem i głębokim żalem.
Oblicze mężczyzny wyraziło zmieszanie, kiedy zauważyło nagłą zmianę w mym zachowaniu, później zaś zasmuciło się jeszcze bardziej niż poprzednio. Chciał cośpowiedzieć, ale nie mógł wykrztusić słowa. Nie musiał mówić, bo ja wiedziałem, o czym myśli i co czuje. Wokół robiło się coraz ciemniej. Czułem, że czas mi się kończy. Wiedziałem, że muszę odejść i to jak najdalej, zanim znowu stracę kontrolę... Przedtem ofiarą była łanie teraz może nią być bliski mi człowiek.
-Nie! - Krzyknąłem i pędem pobiegłem w las. Za sobą usłyszałem klnących rycerzy usiłujących zmusić do pogoni swoje wierzchowce.
Wbiegłem w las. Ale, mimo iż dawałem z siebie wszystko poruszałem się zbyt wolno... Jakimś cudem rycerzom udało się zmusić do pościgu swoje wierzchowce i cały czas słyszałem za sobą rytmiczne uderzenia kopyt. Dźwięki te nieubłaganie przybierały na sile. Odległość dzieląca mnie od wojowników niepokojąco się zmniejszała. Bicia serc były coraz głośniejsze. Musiałem biec prędzej, ale konie są przecież szybsze od ludzi. Bałem się, ale już nie o siebie, ale o tych, których mogę... Nie, lepiej o tym nie myśleć.
Cały czas biegnąc zastanawiałem się nad jakimkolwiek rozwiązaniem.
Kapłan-wilk nie był żądnym mordu zwierzęciem, tak jak i całe wilcze stado. On był świadom tego, co robi. Myślałem zadziwiająco sprawnie, o rzeczach, których nie byłem w stanie pojąć, mój umysł stał się otwarty jak nigdy dotąd, coś się ze mną działo, coś złego... Moje myśli nadal podążał wyznaczonym szlakiem.
Mimo wszystko, czy chcę tego czy nie, jestem członkiem bractwa i posiadam ich zdolności. Tak, więc prawdopodobnie mogę zmienić się w wilka...
"O czym ja myślę, przecież to jest chore?!" Dotarł do mnie sens moich podświadomych rozważań. Chwilę walczyłem ze sobą zdając sobie sprawę, że i tak nie mam wyboru. Część mego ja mówiło mi, że już kiedyś byłem wilkiem, ale nie mogłem sobie nic z tego przypomnieć.
Nagle przez mój mózg przebiegłą jedna błyskawiczna myśl, ostrzeżenie - rycerz. Obróciłem się i ujrzałem mężczyznę trzymającego w prawej ręce sieć a w lewej dłoni miecz. Pokryty był lśniącą zbroją, a jego twarz przysłaniała przyłbica. Przy siodle miał przymocowaną tarczę z rodowym herbem, chyba gryfem. Kilkoma ostrymi poleceniami uspokoił podenerwowanego konia i stanął w odległości kilku metrów ode mnie. Na coś czekał...
Patrzyłem na niego i poznałem jego myśli, tak jak przedtem pojąłem myśli opata. "Nagonka, polowanie, oczekiwanie". Wiatr przyniósł do mnie wyraźny zapach zbroi i potu rycerzy. Byli dość daleko, ale szybko się poruszali. Przyspieszone bicia ich serc, zaczęły mnie drażnić.
Chcą polowania, to tej zwierzyny nie doceniły... Poczułem wzbierający gniew, który w porę opanowałem. Z nie małym wysiłkiem woli zmusiłem siebie do zachowania spokoju.
Ciężko dysząc spojrzałem na rycerza, który zadrżał lekko w siodle pod moim wzrokiem. Jego niewypowiedziane słowa do słownie krzyczały. Z łatwością poznałem, o czym myśli.
Oczy! Oczy jak u diabła! Zdałem sobie sprawę, że mówi o moich oczach. Pewnie przed metamorfozą przybrały wilczą barwę i to go tak zaniepokoiło. Normalnie sam siebie spytałby, dlaczego to mnie nie przeraża, ale teraz nie było NORMALNIE!
Musiałem uciec i to jak najszybciej, by nie narazić nikogo. Teraz, kiedy czułem bliskość poskromionej bestii powinno mi się udać.
Sam nie wiem skąd, po prostu wiedziałem, co trzeba zrobić. Zaparłem się stopami w ziemi i zamknąłem oczy. Wytworzyłem pustkę w mej głowie i pochłonąłem całą uwagę na utworzonym w umyśle wizerunku wilka. Wszystko inne przestało się liczyć. Istniał tylko obraz srebrzystego zwierzęcia.
To nie działo się tylko w mojej głowie! Zauważyłem, że kryje się za tym coś więcej... Jakieś bóstwo, przed którym teraz stałem i błagałem o pozwolenie zmiany... Złe bóstwo o twarzach trzech wilków, powitało mnie opętańczym skowytem.
Ocknąłem się z otępienia. Poczułem dreszcz przebiegający od czubków palców aż po końców włosów. Poddałem się jemu niemal bezwiednie. Me ciało obejmował mgła, a może sam się nią stawałem. W każdym razie wtedy nic nie czułem oprócz miłego ciepła. Jakaś niezrozumiała siła zmusiła mnie bym opadł na... Nogi? Nie, już łapy.
Kiedy tylko dotknąłem nimi ziemi ruszyłem pędem w głąb lasu. Przebiegłem koło nieruchomego ze strachu rycerza nim ten zdołał się otrząsnąć, a wtedy koń przerażony jeszcze bardziej od jeźdźca spłoszył sięi pobiegł na oślep przed siebie.
Zatrzymałem się i obejrzałem. Inni rycerze doszli już w miejsce, w którym nie dawno stałem. Na pewno widzieli scenę, która tak przeraziła wierzchowca.
Stali zbici w ciasną gromadkę, na około nich leżały porzucone sieci. Każdy dzierżył miecz już w prawej ręce. Zrozumiałem, że chcą walczyć i mnie zabić. A ja z nimi mierzyć się nie mogę. Stanąłem pyskiem w obranym kierunku. Chciałem już ruszyć. Kiedy, nagle cisze panującą w niemym lesie przedarły przerażająco znajome wycia.
Tknięty nagłą myślą obejrzałem się jeszcze raz na rycerzy, myśląc, iż nagle zaleje ich fala wilczych ciał. Nic się jednak nie stało.
Im chodzi o mnie. To mnie ściga bractwo. Przez chwilę przyglądałem się jak zaniepokojeni mężczyźni rozglądali się wkoło poszukując niebezpieczeństwa.
Muszę odejść, bo znajdą wroga we mnie. I pobiegłem przed siebie. Chcąc jedynie zwiększyć odległość dzielącą mnie od rycerzy, którzy mogli stać się moi nocnym łupem. Coraz bardziej czarne słońce nikło za horyzontem. Wkrótce zapadnie zmrok. Biegłam tak szybko jak mogłem.
Nie zatrzymywałem się, ani nie obracałem się za siebie. Księżyc oświetlał moje futro, co mnie cieszyło i niepokoiło jednocześnie. Przyjemnością było się poddać i głupotą zarazem. "Nie dam się tak łatwo pokonać!" Z takim postanowieniem przebiegłem jeszcze zaledwie kilka metrów. Poczym padłem na trawę rzucony przez siłę pragnącą się wyrwać ze MNIE! Atakującą od WEWNĄTRZ! Przeszył mnie palący, rozrywający wnętrzności ból.
Wiłem się cierpiąc, rozpaczliwie broniąc przed bestią we mnie. W szale wywołanym męką zacząłem gryźć sam siebie. Rzucałem się na trawę i tarzałem, uderzając głową o drzewa. Raz po raz. Wpadłem w obłęd.
Wirowałem w kółko za własnym ogonem. Szybciej i szybciej... Wiedziałem, że jeśli dalej będę się tak zachowywać to w końcu stracę siły i demon przejmie nade mną władzę.
Zebrawszy całą moją wolę, zmusiłem się do zatrzymania. Klnąc w duchu księżyc, który lśnił niby obojętny memu losowi, a jednak władający nim wedle zachcianki. Chwiejąc się na nogach, obolały po napadzie szału doczołgałem się do dębu. Skryłem się w jego cieniu pragnąc schować się przed księżycowym promieniowaniem. Ciężko dysząc wpatrywałem się w ciemność ktoś nadchodził... Ktoś znajomy.
-Waldemarze... - Zaczął nawoływać znajomy głos. Zwracał się do mnie po imieniu.
Nie opodal miejsca, w którym stałem przeszła dobrze mi znajoma sylwetka grubego starca.
W blasku księżyca twarz opata wydawała się nader blada, a oczy podkreślone sinymi cieniami wyrażały strach. Malował się na niej wyraz najgłębszego przerażenia. Nie o siebie, lecz o przyjaciela. "Głupiec, to o mnie się martwił, a mnie bać się powinien." Wysławiając moje szczęście rozpaczliwie próbowałem znaleźć wyjście z tej opłakanej sytuacji.
Zaczęły mną targać mdłości. Zakręciło mi się w głowie. To nie powinno się dziać. Ziemia zaczęła usuwać z po moich łap. Chwyciła mnie senność. Jakaśinna siła starała się mnie obezwładnić.
Mętnym wzrokiem rozejrzałem się wokół poszukując źródła nowego zagrożenia i znalazłem. Był to krzyż zawieszony na szyi duchownego. Promieniował białą, osłabiającą mnie poświatą. Zmęczenie mieszało się z czymś jeszcze... Gdzieś w głębi mej duszy jakaś obca, lecz dobrze mi znajoma cząstka siebie wyczuła stopień największego zagrożenia. I przygotowała się do obrony z największą determinacją.
Tym razem jednym ogłuszającym uderzeniem zawładnęła moim rozumem nie dając mi żadnych szans obrony. Zaatakowała tak nagle mój na wpół uśpiony mózg, że nie zdawałem sobie sprawy, co się dzieje. Nie były to męczące krótko trwałe ataki, mające na celu osłabienie mnie i przejęcie kontroli. Ani subtelne podejścia. Siła, która gwałtem wtargnęła do mego umysłu pobudziła najdzikszą część mego ja, jednocześnie wiążąc moją prawdziwą świadomość.
Wstałem na cztery masywne łapy, porośnięte gęstą, srebrną sierścią i rozejrzałem się w poszukiwaniu napastnika. Niemal od razu dostrzegłem światłość, która tak raniła moje oczy. Podkradłem się do człowieka. "No teraz chce mnie zabić? Sam do mnie przyszedł i zaatakował mnie tym jasnym promieniem. Teraz gorzko tego pożałuje. Sprawia mi ból. Zaraz sam go poczuje... Uczynię mu olbrzymie cierpienie!" Zapomniawszy się zawyłem dziko z upiornej radości i zdradziłem swoją obecność.
Opat obrócił się gwałtownie. Światło promieniujące z krzyża zmusiło mnie do odejścia na bezpieczną odległość. Nie rezygnowałem jednak z ataku. Starałem się podejść przeciwnika, klucząc nerwowo w jedną to w drugą stronę nie opuszczając cienia drzew.
-Nie wierzyłem... - Zaczął opat patrząc na mnie niemal błagalnym wzrokiem... Ale ja tego nie dostrzegłem. Nie do końca świadom byłem, co się tam dzieje. Wiedziałem tylko, że on jest wrogiem i muszę go zabić. Jeszcze raz zawyłem morderczym skowytem, brutalnie rozdzierając nocną ciszę. Mój przeciwnik cofnął się o krok.
-Jednak to prawda. Nie chciałem wierzyć chłopom! - Opat niemal skomlał przede mną. Jeszcze cieniej zapiszczy, gdy dobiorę się do jego wnętrzności...
Warknąłem z rozdrażnienia, kiedy ostre światło przebiegło mi po oczach i zmusiło do wycofania się. Mężczyzna przez chwilę zmagał się ze sobą. Widziałem przebłysk bólu malujący się na jego twarzy. Zastanawia się nad czymś. Mimo ciągłych prób nie zrozumiałem jego myśli. Chroniła go teraz jakby blokada, której nie mogłem złamać. Kiedy przemówił powtórnie w pełni panował nad sobą.
- Spróbuję ci pomóc przyjacielu. Postaram się ochronić cię najlepiej jak umiem. - Padł na kolana i skupił się na żarliwej modlitwie. "Głupia klecha nie pokona mnie w ten sposób!"
Aura bijąca od krzyża przeszła na całą osobę duchownego. Tak, iż teraz zarówno emblemat jak i człowiek go noszący bili niebiańskim blaskiem. Słowa, które wypowiadał opat były dla mnie niezrozumiałym bełkotem, lecz instynktownie wiedziałem, że to, co robi zagraża mi. "Twój pan cię nie obroni. Nie umkniesz mi!" Ryknąłem.
Ale coś się ze mną działo... Bestia jakby osłabła, ale nie dała całkowicie za wygraną. Pomału moja świadomość zaczęła się uwalniać. "Opat?" Spytałem sam siebie. Po czym błyskawicznie pojąłem, co się dzieję. Wróg poprawił mnie znajomy głos. "Nie!" Postawiłem się mu. "Nie pozwolę go skrzywdzić!"
Znów poczułem przejmujący ból. Wszystkie moje narządy skręciły się w supeł. Męka zdawała się rosnąć z każdą chwilą. Naprężyłem całą moją wolę by nie osłabnąć i znów oddać władzę bestii. Kiedy byłem u kresu wytrzymałości, demon opadł z sił. Nie mógł opierać się dwóm działającym na niego siłom. Wycofał się z powrotem do mego wnętrza, gotowy na kolejny atak.
Spojrzałem na ziemię, która wirowała pode mną. Na ciemnym, jak zawsze szarym mchu stały smukłe wilcze łapy. Po moimfutrze przebiegł dreszcz. Oblał mnie zimny, ale ciepły blask księżyca. Cudownie gładził i upajał moją duszę... Raczej ją omamiał, zdałem sobie sprawę. Ale senność była zbyt silna. Walczyłem z nią jeszcze przez chwilę, po czym osunąłem się na leśną ściółkę. W lesie rozbrzmiały wycia.
Obudziłem się następnego dnia. Jak poprzednio całkowicie nie pamiętając nocnych wydarzeń. Jasnoszare słońce było wysoko na niebie. Wokół mnie roztaczał się silny swąd krwi. Ludzkiej krwi. Przede mną leżały sponiewierane, na wpół poobgryzane zwłoki.
Mój przyjaciel miał zmiażdżone kręgi szyjne. A okropna, rozpruwająca go szrama, ciągnąca się od lewego ramienia do prawego boku odsłaniała poszarpane wnętrzności. Twarz opata zastygła w wyrazie euforii, dziwnie kontrastowała z rozszarpanym ciałem. Nie mogłem znieść tego widoku. Obróciłem się i wbiłem wzrok w ziemię, rozpaczliwie pragnąc uspokoić oszalałe z przerażenia myśli.
-Ja, ja go zabiłem... -Mógłbym się okłamywać. Ale krew cieknąca stróżkami po moim ubraniu nie pozwalała zaprzeczać.
-Jestem mordercą. - Mimo ogromnego wysiłku nie mogłem opanować drżenia rąk. Przed oczyma stanęły mi dni, w których opat nie raz ratował mi życie. Wspólnie przeżyte chwilę radosne i mniej szczęśliwe. Które odeszły. Które zniszczyłem.
-Nie zasługuję na życie. - Westchnąłem ciężko, myślami ciągle będąc przy zmarłym. Nie mogłem żyć z takim ciężarem na sercu. Nie miałem prawa żyć.
Tuż za mną rozległ się dźwięk łamanej gałęzi. Zdałem sobie sprawę, że ktoś za mną stoi, ale to mnie nie obchodziło. Przy odrobinie sprawiedliwości na tym świecie wbije mi sztylet w serce, zakańczając w ten sposób mą marną egzystencję. Tak się jednak nie stało. Niemal się roześmiałem. Czemu miało się tak stać? Nic nie jest dla mnie ułatwione. Śmierci nie mogę oczekiwać od innych - muszę ją sam sobie zgotować.
Nad głową usłyszałem ostre polecenie skierowane do jednego z mężczyzn stojących za mną. Chłop bezceremonialnie wykręcił mi prawą rękę do tyłu i brutalnie związał. Chyba wspomniał coś o smażeniu się w płomieniach, ale nie jestem pewien. I tak było mi wszystko jedno. Pewną ręką poprowadził mnie do swej wioski.
Powitał mnie w niej tłum wytrzeszczonych ludzkich oczu. Jednych w strachu, innych z wściekłości. Myśli zebranych wieśniaków przelatywały mi przez głowę niczym spłoszone ptaki. Nawet nie starałem się doszukiwać ich znaczenia. Ale połowiczne zrozumiałem, że zginął nie tylko opat, ale także rycerze i kilku wieśniaków.
Nie przestając klnąc i posyłać niekończących się wyzwisk pod moim adresem postawiono mnie pod ścianą jednej z chat. Tak, iż każdy, z obecnych mógł mnie oglądać i ubliżać mi wedle uznania.
I robiono to. Kobiety z dziećmi przechodziły koło chaty, pod którą stałem i spluwały na mnie, a dzieci rzucały we mnie kamieniami. Odważniejsze klęły i wygrażały wskazując na przygotowywany przez mężczyzn stos.
Czułem strach tych ludzi i rozumiałem ich. Ja także chciałem własnej śmierci.
Wreszcie przede mną stanął ksiądz. Jakiś znajomy, może spotkałem go kiedyś na jednej z uczt. Nie pamiętam dokładnie. Przyjrzał mi się uważnie i spytał drwiąco.
-Czy nie zechciałbyś skorzystać z sakramentu pokuty. - Obrzuciłem go obojętnym spojrzeniem.. Po czym obróciłem się do niego plecami i położyłem się spać.
-Dla mnie nie ma wybaczenia, czy zbawienia.
Obudził mnie jeden z mężczyzn, którzy mnie pojmali. Popielate od czasu ucieczki z klasztoru słońce pomału chyliło się ku zachodowi. Chłop podniósł mnie wymieniając tylko krótką uwagę o tym jak piekielny pomiot trafi do ogni wiecznych i pociągnął przed oblicze prowizorycznego sądu. Wyrok dawno już zapadł, teraz pozostała już tylko parodia procesu. Którego przesłaniem jest, iż jedynym sposobem ocalenia duszy opętanego są oczyszczające płomienie.
Nie wierzyłem w to, bardziej niż każdy inny skazany. Lud też w to zbytnio nie wierzył. A raczej chciał wierzyć. Robiono to głównie dla usprawiedliwienia wśród ludzi chęci zemsty. Jako iż nie chodzi tu o tak przyziemne sprawy jak "oko za oko, ząb za ząb", lecz wzniosłość czynu, jako łaskę dla skazańca. Roześmiałem się szyderczo, co utwierdziło wszystkich, w jakich tam mieli przekonaniach. Wreszcie do rzeczy przeszedł znajomy ksiądz, który wydawało się, iż celowo przedłuża proces. Pewnie dla jeszcze większego poruszenia tłumu. Spytał czy mam coś do powiedzenia nim zginę? Czemu nie? Pomyślałem i streściłem im wszystko, co mi się wydarzyło i co wiedziałem odnośnie wczorajszej nocy. Nie było tego wiele. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętałem była rozmowa z opatem. Zamilkłem, przygryzając wargę. Po czym powtórnie przemówiłem.
-Nie muszę wam opowiadać, co stało się dalej. Wszyscy dobrze o tym wiecie. Zabiłem rycerzy i opata, a także napadłem na wioskę i zabiłem kilku z pośród was. Znacie już moją historię i przebieg mojego nowego, mrocznego życia... - Twarze otaczających mnie chłopów mówiły jedno - śmierć. Szare płomienie pochodni nadawały im nadludzkiego wyrazu.
Wyrzuty sumienia powróciły ze zdwojoną siłą. Ja niemogę dłużej żyć! Pragnąłem śmierci i oczekiwałem jej z niecierpliwością. Ciągle myślami będąc przy opacie, dręczyła mnie tylko jedna myśl. "Ja go zabiłem." Teraz powtórnie przemówił znajomy duchowny prowadzący egzekucję.
-Ten człowiek, który przed wami stoi, przyznaje się do wilczego obłędu i zabicia wielu ludzi. Wyrok może być tylko jeden. - Przerwał i wskazał na stojący za mną stos.
Nie musiał mówić już nic więcej. I tak wiedziałem, co tłum myśli. Zwierzę, morderca, opętany, szatański pomiot. Myśli wściekłej ludności przechodziły mi przez głowę niczym rozszalała fala grzmotów. Obróciłem się i spojrzałem na miejsce przyszłej agonii. Pale drewna i wiązanki słomy ułożone były wokół drewnianego słupa.
Podszedł do mnie jakiś mężczyzna i brutalnie wykręcił mi ręce za plecy związując mnie. Nie stawiałem oporu. Pchnięto mnie na stos. Wszedłem bez wahania. Ten sam mężczyzna przywiązał mnie do pala.
Tchnięty nagłą myślą spojrzałem na niebo. Czarne słońce już zachodziło na popielatym niebie. Powinni się pospieszyć. To musi się skończyć nim zapadnie noc. Zresztą oni wiedzą co robią. Odprężyłem się. Zaraz będzie koniec, kres mordów i wyrzutów sumienia.
Wydawało mi się, że w tłumie widzę opata, otoczonego kilkoma rycerzami i wieśniakami. Byli martwi a mimo to stali pośród żywych. Martwi rycerze siedzieli na martwych koniach. Ich ciała pokryte były śmiertelnymi ranami, a martwe źrenice zdawały się nie widzieć, a jednak widziały. Martwe konie rozprute w równym stopniu, co ich jeźdźcy także wpatrywały się we mnie. Opat stał pośród nich. Głaskał, stojącą przy nim nieżywą łanię. Jego głowa wisiała bezwładnie na poszarpanym ramieniu. Okropna szrama odsłoniła jego narządy wewnętrzne, które wisiały rozszarpane w nieładzie. Śledził mnie ślepymi oczami. Przy nim kuśtykała łania na trzech nogach. Z jej brzucha zwisały jelita. Ona także wpatrywała się we mnie. Za nią stali chłopi. Niczym nieróżniący się od żywych w tłumie. No może poza tym, że byli martwi. Ich ciała pokryte były okropnymi ranami. Jeden z nich trzymał w ręce własne serce, a drugi na wpół ogryzioną wątrobę. Lecz wyraz ich twarzy był identyczny z żywymi z tłumu. Martwi przyszli na egzekucję. Pragnęli zadośćuczynienia.
Nie mogąc znieść widoku zmasakrowanych zmarłych przeniosłem wzrok na duchownego. Trzymał w ręku pochodnię i wpatrywał się w las. "Jakby na coś czekał? Tak to było dobre określenie..." Chwycił mnie nagły lęk, przerażenie niemal odebrało mi mowę. Teraz dopiero go poznałem. "On był z bractwa!" Jego oczy przybrały odcień bursztynu, a od jego ciała biła widoczna tylko dla mnie karmazynowa aura. Ludzie czekali aż da im sygnał do rozpoczęcia, a on czekał na innych. Co za ironia losu, mój koszmar przyszedł do mnie chcąc odebrać mi jedyne, co mi pozostało: śmierć. Nie mogę do tego dopuścić.
Krzyknąłem do tłumu, pragnąc by nie tyle uratowali siebie, co mnie zabili. Nie świadom w pełni jak me słowa zabrzmią w uszach rozgniewanej ludności.
-Zaczynajcie! Wasz duchowny jest z przeklętego bractwa! Zacznijcie póki nie jest za późno! Zacznijcie i uciekajcie!- Próbowałem się wyrwać, ale byłem zbyt dobrze związany. Tłum nie reagował na me chaotyczna krzyki. Ale czułem, że chcą już zacząć; nikt nic nie powiedział, ale czułem, że pragną już rozpocząć. Najwyraźniej wyczuł to także członek bractwa, ponieważ przemówił do rozdrażnionego tłumu, nie odwracając wilczych oczu od lasu.
-Tę istotę można zabić tylko, kiedy się ściemni. W przeciwnym wypadku płomienie nic je nie uczynią i ona znów będzie zabijać. - Teraz zwrócił się do mnie. Porozumiewaliśmy się bez słów. Usłyszałem jego myśli. Masz silniejszą wolę niż przypuszczaliśmy... Nie zabiłeś tych ludzi, my to zrobiliśmy... Pomyśleć, że się przyznałeś do zbrodni, której nie uczyniłeś. Dręczonywyrzutami sumienia za to, co ci wmówiono, jakie to zabawne... Chłód jego wypowiedzi przeraził mnie. Upłynęła krótka chwila nim zrozumiałem znaczenie jego słów. "To nie ja zabiłem..."
Spojrzałem na otaczających mnie ludzi. Byli niespokojni, ale nikt nie odważył się zapalić stosu przed wyznaczonym czasem. Obawiali się mnie. A nie mnie powinni się lękać. Zmarli opuścili tłumu. Pewnie nigdy ich tam nie było. Wokół mnie robiło się coraz ciemniej. Ludzie posyłali coraz częściej pytające spojrzenie przywódcy zgromadzenia. Ten zaś obrócony do nich plecami nie spuszczał wzroku z lasu.
-Jeszcze nie. - Oznajmił spokojnie. Jego oczy lśniły coraz silniejszym blaskiem. A aura promieniująca z czarnej tuniki przybierała na sile. To on jest mordercą. Nawiedzał mnie znajomy głos. To on winien jest śmierci bliskiej ci osoby... To on! Mowa brzmiało jak rozkaz. Który gotów byłem spełnić. Poczułem nadciągające od strony lasu wilki. Całą sforę. Stado wyciem oznajmiło swoją obecność. Ludzie rozpoznali nazbyt znajome dźwięki i zaczęli jeden przez drugiego domagać się wyjaśnień. Lecz miast odpowiedzi ujrzeli strach. Zaszło słońce. Pseudoduchownego przesłonił szary obłok, pojawiający się jakby z jego wnętrza. Zgęstniał on niemal natychmiast tworząc czarną ścianę. Przerażeni chłopi zdążyli tylko spojrzeć na siebie z pytaniem, co robić, gdy z mrocznej zasłony wyskoczył potwór, nie dając ani chwili, ani czasu na przygotowanie obrony. Teraz widziałem jak wygląda ostateczna przemiana.
Istota była wielkości dużego kuca, porośnięta gęstą, srebrzystą sierścią. Przypominała wilka, ale była od niego znacznie masywniejsza z krótkim ogonem i węższym pyskiem, z którego wystawały długie kły przypominające ostrza sztyletów. Oczy bestii były nieruchome jak u trupa i czarniejsze od kruczych piór. Długie, białe pazury lśnił jakby były wypolerowane na połysk. Srebrzysta szata spływała po potężnym ciele niczym wodospad odsłaniając zarys potężnych mięśni. Zwierzę wydało z siebie upiorny, donośny ryk, który zagrzmiał jak grom zwiastujący nadejście burzy.
Przerażeni chłopi rozpierzchli się. Część z nich próbowała się bronić, ale byli bez szans. Bestia była zadziwiająco odporna. Ogień, czy ostre widły nie czyniły żadnej krzywdy biesowi, a na dodatek każdy, na kogo spojrzały czarne oczy zamierał w bezruchu nim przebiły go ostre pazury, bądź przeszyły go wielkie białe kły. Powietrze wypełniły krzyki dręczonej ludności. Pochodnie, które chłopi trzymali w rękach pospadały na ziemią podpalając wioskę. Wkrótce wszystko stanęło w płomieniach.
Monstrum zabijało wszystko, co się ruszało. Doganiało uciekających wieśniaków i mordowało jednym uderzeniem masywnej łapy, rozdzierając nieszczęśników na strzępy. Unieruchomionym osobom rzucało się do gardła szarpiąc morderczymi kłami krtań. Bestia szalała dając upust swej furii i siejąc spustoszenie wśród bezbronnej ludności.
Groza, jakiej byłem świadkiem nie pozwoliła się mi biernie przyglądać. Chłopi padali jak muchy pod ciosami "zwierzęcia". Chciałem im pomóc. Ale wiedziałem, że jeśli poddam się gniewowi mogę nie rozpoznać przeciwnika i także zabijać wszystko wkoło. W tej chwili miałem jasny umysł. Przypomniałem sobie drugie spotkanie z opatem i zrozumiałem, że raz udało mi się poskromić bestię. Co prawda wtedy wspierała mnie modlitwa przyjaciela, teraz zaś mogę liczyć tylko na siebie, ale i tak nie mam wyboru. Muszę zaryzykować. Cały czas drżałem ze wstrzymywanej wściekłości i niemal z ulgą oddałem się emocją. Nie myśląc dokładnie nad tym co robię, tylko oddając się instynktowi.
Głód i wściekłość... Skupiłem się na tych uczuciach i poczułem jak znajoma siła przejmuje nade mną kontrolę...
Kiedy przemiana dokonała się byłem wolny. Siła, jaka przy niej się wydzieliła przerwał więzy i odrzuciła na kilka metrów drewno ze stosu. Rozejrzałem się. Świat się zmienił. Teraz widziałem ciepło promieniujące od ludzi i miałem pełny obraz mocy członka bractwa.
Nad polaną unosił się dym, ziemia płonęła, zroszona krwią, w powietrzu unosiły się jęki bezgranicznej rozpaczy. Pokryte trupami pole było istną rzeźnią. A rzeźnikiem był wilczy potwór. Tam byli ludzie, śmierć, mięso. Na tle nieba wyraźnie lśnił księżyc. Teraz ja się zabawię. Minął mnie jakiś ślepy w przerażeniu człowiek. Zamachnąłem się na niego, kiedy w porę zrozumiałem co czynię, opuściłem łapę. Spojrzałem na biesa, którego sierść lśniła w świetle księżyca. A czarne bezduszne oczy błyszczały w bitewnym szale, gdy mordował wszystko w zasięgu wzroku. Pobiegłem w stronę wroga. W tym czasie na polanę wbiegli inni członkowie bractwa, także przemienieni.
Nie zauważył mnie. Był zbyt zajęty dobijaniem rannych. Zakradłem się do niego od tyłu i skoczyłem na jego plecy. Wbiłem ostre pazury w jego ciało, a kły w krtań. Przeciwnik zawył wściekle, aż ziemia się zatrzęsła i rzucił się na trawę pragnąc mnie zwalić. Krew ściekała z jego gardła. Wróg skręcał się z bólu, czułem, że słabnie. Trwało to jakiś czas. Wreszcie opadł z sił. Oddech jego stał się płytszy, bicie serca słabsze... Zmienił się na powrót w człowieka. Teraz będzie łatwiej pomyślałem i już miałem zacisnąć zęby wokół jego delikatnego gardła, gdy przerwał mi ostry ból na plecach i ciężar, który przygniótł mnie do ziemi. Ból był nie do wytrzymania. W cierpieniu rodziła się moc. Księżyc dawał mi siłę, jakiej nigdy nie miałem. Jakiej pragnąłem. Jego blask oblewający moją sierść. Sprawiając mi wielką przyjemność. Obróciłem się na brzuch by móc kontratakować. Przeciwnik czekał na to... Kiedy wreszcie mogłem spojrzeć na napastnika znieruchomiałem. Ten stwór był dwa razy większy ode mnie pokryty ciemnymi włosami, a jego oczy... Znałem te oczy... Byłem unieruchomiony. Nie spodobało mi się to. Ogarnęła mnie w jednaj chwili dzika furia. Mój przeciwnik dysponował potężną mocą, ale to mi nie przeszkodziło. Wyrwałem się z czaru i uderzyłem w szyję napastnika, nim ten się zorientował. Wróg zawył z bólu. Olbrzymia łapa uderzyła mnie w pysk tak, że musiałem puścić, ale wyrwałem spory kawałek skóry z jego gardła. Przeciwnik warknął wściekły i ruszył na mnie, brocząc krwią. Stałem cierpliwie czekając aż podejdzie wystarczająco blisko. Błysnęły kły, lecz chybił.
Uskoczyłem w bok i wzbiłem się w powietrze spadając na niego. "Zbiję go." Wiedziałem tylko tyle i nim wróg zdołał zrobić cokolwiek uderzyłem w jego szyję tym razem ze śmiertelnym skutkiem. Siła uścisku była tak wielka, że po prosto zmiażdżyłem kark przeciwnika. Sfora plądrująca osadę zauważywszy śmierć przywódcy zawróciła w stronę lasu. Nie umkną mi pomyślałem i ruszyłem za nimi.
-I w ten sposób drodzy bracia kończy się moja historia. Poznaliście prawdziwą przyczynę śmierć opata i powód mojego braku zainteresowania zastąpieniem go. - Zakonni bracia stojący przed klasztorem, do którego nie miałem wstępu spoglądali na mnie niemal drwiąco. Nie uwierzyli mi. Czemu miałoby być inaczej? Myśleli, że po prostu zwariowałem i zastanawiali się gdzie by mnie umieścić bym nie stanowił zagrożenia. Głupcy, żaden z nich nie wiedział nic o bractwie i jego możliwościach. Nie rozumieli klątwy, z jaką zmuszony jestem teraz żyć, nie znali prawdziwego cierpienia. Zadumani w swojej pysze nie mogli nawet przyjąć możliwości, że coś im zagraża. Nie wierzyli w istnienie wilczego bractwa. Nie mogli tego pojąć, swymi ograniczonymi umysłami!
Doświadczenie podpowiedziało mi, że muszę się uspokoić. Spojrzałem w szare dla mnie niebo. Zachodzące słońce, to jedyny widok, jaki pamiętam. Zapomniałem już ja wygląda wschód oznaczający początek dnia, nie zaś zapowiedź nocy i wszystkiego, co się z nią wiąże. Zadrżałem. Mimo wszystkiego, co przeżyłem naznaczonych wilczym obłędem nie mogłem odzwyczaić się od strachu przed zmierzchem.
Każdej nocy musiałem zwalczać bestię. A z tego, co się dowiedziałem od najstarszego z braci raz do roku, mimo wszystko monstrum wygrywa i porywa me ciało. A ma dusza posyłana jest przed obliczę Trójgłowego Wilka i tam błaga go o kres życia. Wróciłem do teraźniejszości.
Część braci odeszła po straże by mnie pojmać. Inni ciągle stali i uśmiechali się zachęcająco bym nie przestawał mówić, zaś w duszy niecierpliwie czekając na strażników. Szukałem u nich jakiegoś przebłysku wiary. Czegokolwiek, co mogłoby ich uratować. Nie znalazłem jednak nic. Nie chciałem tego robić. Łudziłem się nadzieją. Nawet przyszedłem ich ostrzec, ale oni sami wybrali swój los. Wszystko to na próżno. Nie pozostawili mi wyboru.
Zaparłem się mocno w ziemię wzywając pobratymców. Niemalnatychmiast w lesie okalającym klasztor rozległy się odpowiadające mi wycia. Mnisi zaczęli rozglądać się nerwowo. Ich wiara była słaba, raczej powinienem powiedzieć żadna. Krzyże na ich szatach były bezużyteczne. Z gęstwiny wybiegły pierwsze wilki. Przerażeni mnisi jeden przez drugiego pchali się do kościoła, wzajemnie się tratując.
Do ogólnego chaosu dołączyli bracia ze strażnikami. Kiedy ujrzeli nadciągającą ku nim zagładę także rzucili się do ucieczki. Jednym ruchem dłoni zamknąłem przed zakonnikami żelazne wrota, odcinając im w ten sposób drogę odwrotu..
Część zrozpaczonych ludzi dobiegła do nich i waliła w masywne drzwi gołymi pięściami. Inni rozpierzchli się w różne strony. Jeszcze inni stali unieruchomieni strachem i przyglądali się swojej klęsce. Wilki stanęły przy mnie. Po zabiciu przywódcy, uznały mnie za swego pana. Czekały na mój rozkaz. Spojrzałem na zrozpaczonych ludzi.
Tak jak myślałem nikt nie zaczął się modlić. Nikt, więc nie ocaleje. Przybrałem postać wilka i stanąłem z innymi. Wydałem rozkaz.
Wilki rozpierzchły się ścigając swoje ofiary. Robiły to w następującej niezmiennej, przerażająco przewidywalnej kolejności.
Najpierw wybierały zdobycz, potem ją unieruchamiały. Poczym nie spiesząc się zbytnio kąsały szyje mężczyzn powalając ich na ziemię. Nie zabijając, tylko raniąc, nakładając klątwę... Taki dałem rozkaz, taki rozkaz mi narzucono...
Wkrótce wszyscy mnisi leżeli wijąc się w bólach, porozrzucaniu u bram kościoła. Teraz należeli do bractwa. Pośród leżących na ziemi zakonników stali dwaj zbrojni. Ich nie miałem atakować. Stali śmiertelnie przerażeni nie mogąc nawet drgnąć. Nie miałem, co do nich żadnych planów.
Zwołałem sforę i odeszliśmy, tak nagle jak się pojawiliśmy pozostawiając po sobie jedynie nieszczęsną pamiątkę, upadły klasztor...
Wiedzieliśmy, że jeszcze tej nocy pokąsani bracia przyjdą do nas i tak się stało...
Bractwo istnieć będzie po wieczne czasy nikt i nic mu nie zagrozi i nie zniszczy jego ziemi, ponieważ na fundamentach budowli się ono nie opiera. Ono jest z bestii czyhającej w człowieku, w skazie nieśmiertelnej duszy. Klątwa jest wieczna i spoczywa na wybranych tak długo aż nie dopełni się wilczymi kłami. Życie to męka od narodzin dla mroku do śmierci w ciemności bez wybaczenia, bez przyszłości, bez spokoju na wieki. Tak jak istniało bractwo tak istnieć będzie na wieki wieków.
Sklep
Forum