"My"
Ciemność. Boję się. Czuję dotyk. Kim jesteś? Czego chcesz? Słyszę jakiś szelest. Trawa, mokra trawa. Coś umyka w gęstą czerń. Szyderczy śmiech szaleje echem wokół mnie. Plusk wody rodzi się gdzieś daleko. Następny. Istota umyka przez mokradła w dużym pośpiechu. Jeszcze raz towarzyszy jej chichot, cichy i wątły. W końcu znika. Cisza otacza zewsząd. Nicość kłuje, dzwoni pustką. Staje się nie do wytrzymania.
Zimny punkt rodzi się gdzieś w przestrzeni. Tuzin sypie chłodem. Krople wody spływają po ciele długimi, niewidocznymi pasami. Pogrążony w milczeniu świat budzi się do życia. Tylko cicho szepcze. Jakby niepewny i strachliwy. Łzy spadają chłodną ulewą a wraz z nimi rodzi się kojąca wrzawa. Szum, który przeradza się w huk. Monotonny płacz, wyzwolenie strachu, bólu i cierpienia. Leżę spokojny w jego strugach z dala od diabelskiego chichotu. Wciąż jednak zagubiony. Co ja tu robię? Całkowicie nagi, bezbronny nagle zaistniałem.
Krople wody roztrzaskują się na ciepłym ciele. Wewnątrz pulsuje siła. Ręka dotyka klatkę piersiową, gdzie bije nowe, młode serce. Krew swobodnie płynie poprzez tętnice i żyły. Kiedyś już tego doświadczyłem. Wolno przesuwam palce po twarzy. Dotykam ust, nosa i oczu. Nowa maska, zwierciadło zagubionej duszy. Doskonały kamuflaż. Deszcz wciąż mruczy. Zaczekam aż przestanie.
Ulewa mija. Jeszcze parę razy się wzmaga, po czym znika. Zasnute niebo przejaśnia się. Sklepienie usiane gwiazdami otwiera bramę w nieskończoność. Pustka, jaka z niej zieje, przeraża mnie i zachwyca. Jest taka wolna. Wokół kapią ostatnie krople wody. Zawisają w bezruchu czyste, piękne niczym diament. Rosną i ostatnim błyskiem żegnają się przed odejściem w ciemność. Kap. Kap.
Wyprostowany, ze stopami ugrzęzłymi w mieszaninie roślin i błota, patrzę wokół. Ostre blaski pośród świata cieni formują sztylety traw. Chropowate giganty o powykręcanych korzeniach zwieszają czupryny. Bezwładne jęzory zielska zwisają w sennym oczekiwaniu na dzień. A ponad nimi jaśnieje pyzata twarz księżyca. Zimna i otoczona niebieską poświatą łaskawie zsyła promienie słońca. Ożywia kontury mrocznego świata, który teraz pokazuje swe oblicze. Ruszam naprzód, w nieznane. Bez doświadczenia, bez zmartwień stawiam kroki pozbawione celu. Bezkształtna maź chlupie i szeleści pod stopami. Wyobraźnia podpowiada obrazy nieprzeniknionej zagadki, czerni. Trawa, tak to chyba trawa prześlizgnęła się po dłoni. Zionęło chłodem a dreszcz przeszył ciało. Jest zimno. Serce nocy tuli wilki i sowy. Twarde niczym kamień, chowa zastępy demonów, pożeraczy strachu, zwątpienia. Pełen przerażenia stąpam dalej po grząskim gruncie z nadzieją, że istota której częścią się stałem nie zapragnie odesłać mnie z powrotem. Nie pamiętam skąd przybyłem. Czym byłem lub co tworzyłem. To już nieważne.
Tuż nad rozległym bagnem wznosi się ściana zaoranych przez czas postaci. Woń zgnilizny snuje się w eterze a księżyc błyszczy w zwierciadłach wilgoci. Stoję oparty o drzewo. Wpatruję się z ciekawością w lśniące cmentarzysko, gdzie z wnętrza białe welony ulatują ku przestworzom. Jeden leci niby wolny, niczym nie skrępowany, tuż ponad falami rozkładu. Zatacza koła, snuje się pośród sterczących konarów. Towarzyszy mu drugi. Równie nieograniczony. Jak piórko. Stoję zdumiony tymi dziwami. Słucham uważnie a szum zdaje się mówić najgłośniej.
Mgła milczących widm zalega całą senną arenę. Przylegam mocniej do pnia. Widzę jak obłok zbliża się coraz bardziej. Ucisk nie pozwala oddychać. Wpatruję się sparaliżowany, przede mną wyrasta zjawa. Posiada twarz. Chyba na mnie patrzy. Zmienia się jak w kalejdoskopie. Wściekłość i strach przemieszane ze spokojem. O, następna. Ta płacze. Teraz coś mówi, tylko do siebie. I znika w głębi bagna wyraźnie przygnębiona. Na plecach czuję oddech. Obok ucha przemyka rozmyty duch. Podąża wprost ku zagładzie. Obracamsię a wokół pni tańczą podobne mu stworzenia. Przyglądają się, uśmiechają lub po prostu latają. Przenika mnie bezsens. Absolutna bezcelowość. Ruszam dalej. W głąb nowego. Stąpam ostrożnie. Ślepy w ciemności przebijam się przez zastępy drewnianych pali. Po omacku szukam drogi, która stałaby się moim przewodnikiem. Zeschłe gałęzie drapią szponami skórę. Muszę jak najszybciej się z tego wydostać. Uwolnić od cierpienia, ale spokojnie, powoli. Nie ma pośpiechu, w przeciwnym wypadku pozostanę, tak jak duchy, które widziałem.
Pomiędzy konarami wyzierają roziskrzone odbicia i blaski. Mijam granice lasu a tuż na wprost rozciąga się równina. Usiana samotnymi drzewami, milczy. Zagłębiam się dalej, ponad nią szepczą przestworza. Błoniaste płachty skrzydeł falują wysoko nad głową. Zdążają ku jasnej tarczy księżyca. Cichy syk sięga mych uszu, gdy spokojny już, nie mniej jednak zakłopotany, idę wciąż przed siebie. Wśród sitowia nastaje wrzawa. Chór żab rozpoczyna nocny koncert. Donośny rechot niesie się w dal. Zagłusza mowę ziemi i nieba. Wsłuchuję się w plątaninę dźwięków. Pojedyncze głosy rozbrzmiewają ponad chaosem lecz przytłoczone ciężarem przewagi zrównują ton. Znikają bezpowrotnie w potędze jednolitości. Czekam jeszcze na parę znaków a zamiast nich otrzymuję rozczarowanie. Odwagę zastępuje strach. Hałaśliwa rzesza płazów zniewala mój umysł. Stoję jak słup zafascynowany hipnotycznym brzmieniem. Choć pozbawione jest znaczenia nie jestem w stanie mu się oprzeć.
Daleko w czerni równiny rodzi się drobne światełko. Nie zwracam na nie uwagi. Z każdą chwilą staje się piękniejsze. To tylko światło, ale za wszelką cenę muszę zobaczyć co to jest naprawdę. Wiedziony nieodpartą pokusą odkrywania niedbale przemierzam grunt. Pod stopami giną nocne rośliny. Drobne stworzonka kończą żywot wbite w błoto. Łamię spróchniałe gałęzie na drodze ku żółto-zielonej piękności. Staję z niedowierzaniem wpatrzony w rozłożysty kwiat, rozkwitły na jednym z konarów śnieżnobiałego drzewa. Centrum kielicha żarzy się wesoło. Chcę go dotknąć i wyciągam rękę. Szybko ją cofam. U podstawy kwiatu mozolnie sunie dorodny okaz metalicznego chrząszcza. Wyraźnie zaciekawiony przebiera kończynami coraz szybciej. W końcu sięga szczytu. Dumnie opiera się, ale nie zbliża. Cierpliwie wyczekuje. Kwiat wzmaga swe światło a oczarowany owad bez wahania postępuje naprzód. Jest coraz bliżej. Zielona gwiazdka porusza się. Jaskrawy pył bucha w powietrze. Z wewnątrz wypływa maź, lepka galareta. Owad szarpie się. Macha desperacko odnóżami. W końcu ginie.
Ktoś mnie popycha w plecy. Obracam się na spotkanie czerni. Przerażony odruchowo cofam się i szukam winowajcy. Wśród traw błyszczą dziesiątki oczu. Szydercze uśmiechy obnażają białe jak śnieg zęby. Kim jesteście? Niewidzialna dłoń rzuca mnie na ziemię. Próbuję powstać. Ręce grzęzną w błocie. Spoglądam przez ramię,gdy diaboliczne ślepia iskrzą niewytłumaczalną złością. W drugi bok uderza stopa. Tracę na chwilę oddech. Staram się zapomnieć o obcych istotach. Czuję ból, ale chęć pozbycia się ich dodaje mi sił. Pośród śmiechu i przekleństw wstaję. Bez zastanowienia ruszam przed siebie a rzędy świetlanych oczu cofają się w zakłopotaniu. Dlaczego mam o nich myśleć? Cóż takiego zrobiłem, że trafił mi się taki los? Z jakiego powodu cierpię skoro nie uczyniłem nic co mogło sprowadzić te stworzenia? Właśnie! Nic nie zrobiłem! Przez cały czas błądzę, szukam. Snuję się w krainie beznadziejności. Zastanawiam się. Być może to dobrze. Z drugiej strony, chyba nie. Idę dalej a rzędy ulotnych demonów wygasają w powietrzu. Cel. Muszę go znaleźć. Przynajmniej da mi punkt zaczepienia.
Kiedy wędruję z pustką w głowie, czuję się znacznie lepiej. Myśl nie przysłania mi prawdziwego świata cieni. Nie nasuwa niepotrzebnych pytań, od których cierpi nie tylko moje serce. Tak. .......
Spośród ściany mglistych drzew wygląda niekończąca się tafla nocnego jeziora. Delikatne srebro ostatkami sił mruga, gdy roztańczone wątłe owady muskają wodę.
Zza przestrzeni wód bije spokój i światło. Wytężam wzrok. Próbuję dojrzeć kształty. Wiem, że ich nie rozpoznam. Są jednak nieodparcie piękne a spełnienie jakie z nich bije każe mi ruszać ku nim. Nurzam stopę w zimnie. Grząski muł unosi się spod palców. Śliski, zawisa gęstą chmurą. Mijam szorstkie sitowie a gdy cichnie pusty szept, stoję gotowy na wyzwanie. Obawiam się czerni głębi jaka zieje naprzeciw. Spoglądam za siebie na wspomnienie z wędrówki. Niczym błysk gromu przemykają obrazy i pytania. Rzucam je w zapomnienie, lecz doświadczenie wciąż jest mi towarzyszem.
Kręgi fal mozolnie brną w dal niosąc wieść o moich zamiarach. Nie wiem czego się spodziewać. Z niepewnością zanurzam się cały a chłód szybko tuli w swych ramionach. Czas ruszać. Obym zdołał wytrwać w nadzieina osiągnięcie celu. Jeszcze mam dużo sił, ale zdaję sobie sprawę, że zawsze może mnie schwytać zwątpienie.
Z trudem utrzymuję się na powierzchni. Ruchy są niemrawe a oddech nierówny. Hałas zagłuszył mowę świata i spłoszona myśl wyrywa się z więzów. Co ja robię? Nie w ten sposób. Niegdyś idealne lustro pokryte jest teraz tysiącami zmarszczek. Tajemnicza symfonia głosów nocy milczy, zakłócana chaotycznym pluskiem. Za mocno ruszam na przód. Zbyt szybko chcę sięgnąć celu. A przecież mogę powoli, bez pośpiechu. Pomyśleć o ruchu, harmonii. Skupię się na drodze, a sama zaprowadzi mnie do celu. Z czystym umysłem, aczkolwiek niepewnym ruchem, wolno podążam przed siebie.
W miarę jak mija noc uśmiech rysuje się w umyśle. Z każdym momentem, próbą pokonania ciągłych oporów czuję, że zaczynam rozumieć. Jest mi lżej a wewnątrz istnieje nieodparta pokusa parcia dalej i dalej. Niemal z przyjemnością siłuję się z przeciwnościami. Ale w końcu przychodzi opamiętanie. Zdaję sobie sprawę z sił, które wciąż posiadam. Jest ich wiele mimo to zatrzymuję się. Zaczynam zwalniać. Chcę płynąć dalej tym samym tempem. Nie mogę. Zmęczenie? Może brak mi zapału by brnąć naprzód? Czy właściwie zrobiłem przyjmując takie tempo i egoistyczny punkt widzenia? Niespodziewanie pojawiają się rozmaite pytania. Zwracam uwagę na cel drogi. Jest coraz bliżej. Za mną pofalowana, zniekształcona ścieżka kolei zdarzeń. W zadumie nie ustaję w podróży. Z każdą minutą niebo rodzi się ze snu. Na horyzoncie majaczy pomarańcz podszywany wstęgą żółci. Pod nieskończonym błękitem i granatem wisi niema płaszczyzna. Mglista i ciemna niezauważalnie zmienia kształt. Poszarpana ospałym wiatrem rozjaśnia krawędzie a po wolnych przestrzeniach, niczym zjawy, przemykają strzępy pary. Szerokie połacie nowonarodzonego cienia spokojnie odsłaniają część nicości, gdzie króluje jeszcze ametyst.
Gdy oszołomiony przyglądam się tym cudom, w pobliżu powstaje obawa. Plusk tuż przede mną rysuje ostre łuki. Wtem obok, powierzchnię jeziora przecina wysoka rybia płetwa. Sunie przez chwilę po czym delikatnie ginie w odbiciu nieba. Patrzę w dół by natrafić na puste spojrzenie potwora. Nienaturalny pysk pełny iglastych kłów otwiera się obojętnie. Przeszywa mnie dreszcz. Zimno paraliżuje ciało. Nie mam pojęcia co się dzieje. Chcę płynąć szybciej. Dotrzeć do wyspy naprzeciw. Jak na złość zwalniam. Tkwię w tym stanie przez następny moment, gdy w końcu udaję mi się dotrzeć do spękanej ostoi. Ocalony otwieram szeroko oczy. Dotarłem do celu. Stoję jakiś czas przed poskręcanym ciałem wysokiego drzewa. W końcu decyduję się na ostatni wysiłek. Palce chwytają szorstką korę i gałąź po gałęzi wspinam się coraz wyżej. Z zaciśniętymi zębami sięgam szczytu, po czym siadam wycieńczony na szerokim stosie liści.
Na niebie znika fiolet. Ustępuje osmolonej pomarańczy i błękitowi. Chmury zakrywają niemalże cały odległy nieboskłon. W swej łaskawości uchylają rąbka zaspanej jeszcze bieli. Jakby na pożegnanie ich brzuchy przybierają fioletową barwę i rozmywają się na widnokręgu. Nadciągają szaroniebieskie, senne obłoki porannej zjawy. Wschód jest tuż tuż a po nocy pozostaje tylko mgliste wspomnienie. Gdy w utęsknieniu czekam na promienie słońca powieki opadają bezwładnie.Staram się wytrzymać, zobaczyć cud, którego wyczekuję już od dawna.
Ponad sennymi oparami, wyrasta mały kształt. Przyglądam się jemu i rozpoznaję makabryczne stworzenie. Miałem nadzieję, że zdołam przed nim uciec. Teraz już wiem, że jest to niemożliwe. Przerażające kły i beznamiętne spojrzenie zbliżają się. Błoniaste skrzydła powoli rozmywają kłęby pary. Wykończony patrzę w kierunku horyzontu, gdzie strzelają pierwsze promienie słońca. Rozżarzona tarcza leniwie wychodzi na nową podróż po niebie. W końcu udało się. Długie kły błyskają przed twarzą, gdy słońce zalewa świat cieni swoim ciepłem.
Piękne....
Artur Shadow 10.2000.
Sklep
Forum