"Ognisty bóg - Pocałunek Skorpiona"

Autor: Artur Shadow

Poranny wiatr muskał delikatnie czupryny traw wokół drewnianej chaty, niegdyś własności leciwego farmera. Szare deski, obskrobane z białej farby, okrywały ściany dwupiętrowego wnętrza, gdzie na najwyższym piętrze właśnie przebywali gospodarze. Przez śpiew ptaków i szept przydrożnych drzew przenikał wyraźny jęk nienaoliwionego łóżka.
- Jednak ten sposób był znakomity - rzekła Tris, łapczywie wciągając hałsty powietrza. - Musimy spróbować jeszcze raz. Jak sądzisz?
- Obowiązkowo - odparł Zarx, zahaczywszy wzrok na wyraźnie zarumienionej, kobiecej twarzy. Przejechał palcami po wilgotnych ustach rudowłosej, po czym zerknął na zegarek.
- To już ósma? - rzucił okiem na cienki pasek słonecznych promieni pomiędzy ciemnobrązowymi zasłonami. - Czas leci. Nie przeszkadza ci skrzypienie?
- Później się tym zajmiemy.
- Wiesz, że musimy jechać do Barona.
- Wiem - odparła delikatnym, zalotnym głosem. Błękitne oczy prosiły o więcej.
- W takim razie - stwierdził Zarx i nachylił się nad lśniącym ciałem - mam pewien pomysł.
- Pokaż - wyszeptała.

Godzinę później byli gotowi do drogi. Zapowiadał się słoneczny dzień, ale tam gdzie się wybierali prognoza pogody zawsze brzmiała jednakowo. Tris przywdziała białą koszulkę, zawiązaną tuż pod słusznymi okrągłościami i przepasane czarną skórą brązowe spodenki, podwinięte do połowy ud. Siadła do antygrawitacyjnego cadillac'a, gdy zatrzasnęły się drzwi chaty. Czarnowłosa postać zbliżyła się do samochodu. Towarzysz zajął miejsce za kierownicą. Ziewnął wyraźnie zaspany.
- Masz rację kochanie. Też jestem wykończona. Ale gdybyśmy tak.
Obronny gest prosił o litość.
- Potrzebuję odsapnąć skarbie. Ale jeszcze nie teraz - rzucił porozumiewawcze spojrzenie.
Błysk w oku kobiety, dopełniony złotem przypiętej do ucha imitacji żyletki wyjawił skryty żart.
- Dajmy już spokój. - odparła z uśmiechem. - Ruszaj. Lepiej przybyć na czas.
Boskie ramię sięgnęło pod siedzenie. W dłoni spoczął zmaltretowany pilot telewizyjny. Przyzdobiony taśmą klejącą przycisk, z dumnie wyskrobaną przez właściciela ryciną o dźwięcznie brzmiącej nazwie "ON", pstryknął pod naporem drżącego palca. Po środku soczystozielonej łąki pojawiła się tafla lustra.
- No. To się nazywa okno na świat.
Pilot pofrunął na tylne siedzenie a kabriolet poszybował nisko nad trawą, wprost ku odbiciu.
- Wiesz kochanie? - dodał Zarx - Ładnie dzisiaj wyglądasz.

Po drugiej stronie bił niemiłosierny żar. W chromowanych zderzakach i rurach na krawędziach podwozia przemykały zniekształcone grzbiety wydm. Wąż pyłu wzlatywał za perłowo-błękitnym wehikułem.
- Zawsze się zastanawiałem, - przerwał ciszę brunet - co strzeliło Baronowi, żeby urządzić się w tak przytulnym miejscu.
- Ciepełko, opalone lalki.
- Owszem całkiem możliwe. Skurczybyk nieźle to sobie wykombinował. Łapa Skorpiona go tutaj nie sięgnie.
- Dlaczego tak sądzisz?
- A myślisz, że Moce Spełnienia posiadają podobnie genialne piloty do telewizora?
- Nie żartuj - uśmiechnęła się Tris.
- Skorpion nie ma prawa tu trafić. Odbiciem nie żądzą żadne zasady tylko zachowanie rzeczywistego przedmiotu. A kiedy przedmiot schowa się w odbiciu, w jaki sposób go osądzić? Za co?
- Tak. Tyle, że odbicie samo w sobie może posiadać obraz Skorpiona. - wyjaśniła ruda.
- Ciekawa myśl. - przyznał kierowca i usadowił nogi na desce obok kierownicy. Wyświechtane nogawki dżinsów spłynęły do kolan. - Ale Baron wie co robi. Nie jest głupi.
- Zobacz frajera, spóźnił się na obiad - przerwał Zarx, wskazując szkielet mamuta w oddali. Wokół wysuszonych kości tańczył nawiedzony sęp.
- Z takim refleksem chłopie nie tylko żarcia nie uświadczysz.
Ptaszysko zerwało się do lotu i przybrało postać ognistego znaku skorpiona. Szarpnięty wyobrażonym powiewem wiatru rozpłynął się w powietrzu. Niebieskooka rzuciła spojrzenie potwierdzające jej przypuszczenia.
- Tutejsze stworzenia znają różne sztuczki - usprawiedliwił się odruchowo. - Poza tym, ja też tak potrafię. - wskazał palcem w powietrze i zakreślił trzy łuki. Na niebie rozdziawiło paszczę piekielne oblicze demona.
- Baron musi mieć poważny powód. - dodała nie zważając na popisy towarzysza. Trąciła palcem wisiorek w kształcie czaszki. Metaliczny blask podkreślił posrebrzane krawędzie oczodołów.
- Obawiasz się czegoś?
- Obawiam się, żeodbicie ściągnęło Skorpiona.
- Trochę jaśniej.
- Praktycznie połowa istnień mieszka właśnie tutaj. Gdybyśmy zostawili lustra w spokoju, Skorpion nie pojawiłby się. Kara wisi teraz nie tylko nad uciekinierami, ale także nad nami za czyny i pozwoleństwo, którego udzieliliśmy między innymi Baronowi.
- Tris.
- Tak?
- Masz coś na twarzy. - stwierdził kierowca z nadzwyczaj poważną miną.
- Gdzie? - zakłopotała się ścierając niewidzialne zabrudzenie, wpatrzona w towarzysza w oczekiwaniu na potwierdzenie.
- Daj pomogę ci.
Ruda przybliżyła się na kanapie. Zarx przytrzymał palcami podbródek i gorąco pocałował. Przymknęła oczy, gdy ciało przeszył żar ognistego boga.
- Lepiej, gdy z twych ust wypływa słodycz niż skwaśniałe słowa kochanie.
- Przepraszam. - zakłopotana powróciła na swoje miejsce. - Czasem targają mną niezrozumiałe wątpliwości. Widzę dziwne obrazy.
- Mam nadzieję, że wiesz do kogo się zwracać z takimi problemami.
Złapała go serdecznie za rękę.
- Sprawdzę, gdzie jesteśmy. - Ze schowka wyjęła złotą dłoń. Kościste palce zakończone ptasimi szponami więziły czysty, błękitny kryształ, uformowany w idealną kulę.
- Jedziemy we właściwym kierunku. - odparła. - Ale mógłbyś troszkę przyspieszyć. - zakończyła z charakterystyczną nutką szaleństwa.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
Huk powietrza smagał grubymi płachtami wyczulony słuch. Ruda czupryna ożyła tysiącem wściekłych węży. Z zaciśniętymi zębami Zarx kurczowo przytrzymał srebrną kierownicę, opatrzoną wzorem grzechotnika, prawą dłonią utworzył prosty symbol. Płomienie buchnęły spod błękitnej blachy, podniecony kobiecy okrzyk zawtórował pomrukowi ognia.
- Spóźnimy się!
Mokasyn wdusił gaz. Eksplozja boskiej mocy wstrzymała bicie serca, gdy w piekielnej chmurze pomknęli przez krainę, gdzie nigdy nie zachodzi słońce.

Smocze oko łypnęło w wyobraźni kierowcy.
- Kochanie. - rzekła zaniepokojona Tris. - Co to było?
- Moja myśl? To pewnie nowa atrakcja Barona.
- Ale...Proszę zwolnij. Widzę coś jeszcze.
Przez serca obojga bóstw przemknęło widmowe cielsko. Tęczowe łuski zalśniły między wspomnieniami. Na krańcach horyzontu spoczęły szpony potwora.
- Kim... - zasyczał głos.
Zarx objął ramieniem zdezorientowaną piękność.
- Kim jesteście? - rozwidlony jęzor skosztował rozpaloną maskę cadillac'a.
- A kim według ciebie powinniśmy być?
- Kim jesteście? - na krawędzi przyszłości, w fali porywistego wiatru przemknęły prążkowane, bawole rogi.
- Facet jest namolny.- stwierdził mężczyzna. Miękkość dłoni wślizgnęła się pod koszulkę. - Słuchaj. Baron oczekuje dwójki ekstra gości. Jak się spóźnimy na pewno nie będzie na nas czekał z filiżanką herbatki i paczką biszkoptów. - ostatnie słowa zawisły w bezdechu, gdy palce zręcznie zakreśliłyserię run na napiętym torsie.
Smocza paszcza odbiła się w falach rozgrzanego powietrza. Na niebie błysnęły mlecznobiałe kły. Brunet z niecierpliwością oczekiwał odpowiedzi, tymczasem poczuł na twarzy elektryzującą bliskość ciepłego policzka. Rudy pukiel włosów przykrył zdezorientowane zwierciadła duszy. Po gładkiej fakturze dżinsów prześlizgnął się ledwowyczuwalny dotyk. Przestworza wypełnił przenikliwy ryk zachrypłego stworzenia. Ostatni raz myśli zatruł obraz gadzich łusek, żylaste skrzydła zatrzepotały w oddechu. Odeszły do krainy snów.
Tris ujęła policzki mężczyzny. Otworzył usta, lecz słowa ugrzęzły w płucach pod niewinnym pocałunkiem w czoło. Ze skromnym uśmiechem usiadła na miejscu, oparłszy się o drzwi poważnie spojrzała w pustkę horyzontu. Zarx ogłupiały, poukładał szybko myśli i poprawił się na kanapie. Baron już wiedział o ich przybyciu.

Okiennice złotej piramidy przysłoniła rachityczna postać. Koścista, śnieżnobiała fizjonomia wyjrzała na pustynną przestrzeń poniżej. "Są"
- Panie, - rzekła słodko pokojówka - goście właśnie przybyli.
- Tak, dziękuję - zachrypły głos zadźwięczał głębokim basem po sali.
- Czy mam coś podać?
- Trzy herbatki i ciastka złociutka.
- Tak proszę pana.
Koci ogon śmignął za taflę wrót, które zawarły się w wizerunku skrzydeł nietoperza. Baron wsparł się na parapecie. Każdy oddech przypominał świst wichru na Koronnych Wzgórzach. Siwe włosy spływały na barki niegdyś potężnego władcy. Cierpiał. Zasiadł za blatem okrągłego stolika. Zatonął w ramionach tronu w obecności dwóch lodowato zimnych demonów i odleciał ku spękanym polom nadziei, gdzie czekały stęsknione marzenia.
- Panie.
Przed trupio białymi źrenicami jaśniała kobieca twarz. Spiczaste uszy wystawały spod koronkowej czapeczki.
- Goście czekają.
Błędnie omiótł otocznie. Kocie szpony miękko spoczęły na ramieniu.
- Czy dobrze się pan czuje?
- Ach tak, tak. - sennie poszukiwał punktu zaczepienia
- Przyniosłam herbatę. Czy mam wprowadzić gości do środka?
- Tak Dono. Wprowadź.
Zerknęła jeszcze kątem oka. Baron wsparł się z trudem.
- Proszę bardzo. Niech państwo wejdą.
- Siadajcie przyjaciele.
Bóstwa zajęły miejsca w bogato zdobionych tronach.
- Niech mnie. - przeraził się Zarx. - Co się stało?
Tris skamieniała na widok, który dalece odbiegał od wzoru wspomnień.
- Skosztujcie herbaty. Nie lubię rozmawiać z gośćmi o suchym pysku.
- A jednak wciąż ten sam charakter. - stwierdził z ulgą brunet.
- Skorpion.
- Co takiego?
- Skorpion przenika świat w obiciu. - dodał natychmiast starzec. - Żądło ominęło barierę lustra i przez pamięć istot z przed przeniesienia szaleje w umysłach.
Rudowłosa rozsiadła się wygodnie.
- Straciłem siłę, młodość. Nawet nie mam komu oddać duszy. Spróbowałem stworzyć strażnika. Wędruje przez wszystkie możliwe poziomy istnienia. Dał mi ochronę dopóki Skorpion nie wniknął w strukturę światła i koloru. Teraz posługuje się ciałem strażnika, tym szybciej dociera do wszystkich uciekinierów.
- Spotkaliśmy twego smoka. - ognisty wilk przełknął gorzki płyn. - Przyznam, że choć urodą nie grzeszył to daleko mu było do doskonałości.
- Możecie odrobinę zwolnić. - odezwało się kobiece podirytowanie. - Spokojnie. Powiedz Baronie. Jaki jest Skorpion? Czy wiadomo kiedy się objawia?
- Gdybym wiedział, gdzie kończy się śmierć a gdzie życie, dałbym ci odpowiedź.
Niebieskooka wydęła usta w zamyśleniu.
- Dlaczego nas wezwałeś? - wycedziła.
Chrupnięcie ciastka miało zagłuszyć pytanie.
- Tu nie chodzi bynajmniej o deser przy filiżance herbatki. Potrzebujesz pomocy? - zmarszczyła brwi. - Znajdź sobie innych frajerów. Mam dosyć wyciągania twojego dupska z młynu, w który się pakujesz. Jeśli otrzymałeś karę musisz ją teraz ponieść. Skorpion pewnie dobierze się także do nas, ale poradzimy sobie. Wszyscy na niego czekamy. Może zmieni zdanie, kiedy tylko zaspokoi się duszami zdrajców.
- Zaczekaj. - zagrzmiał Baron, gdy kobieta uniosła się z miejsca.
- Zaczekaj Tris. - zniżył ton. - Dla mnie już nie ma ratunku. Skorpion zagnieździł się w odbiciach i w waszym świecie. Chcę wam pomóc bo wiem, że nadejdzie chwila olśnienia. Każde stworzenie otrzyma znak o właściwej porze. Uwierz mi. Pragnę dać wam nadzieję. Potraktuj to jak zadośćuczynienie Tris. Jeśli o to ci chodzi.
- Przepraszam Baronie. - zmieszana niewiasta powróciła na miejsce. - Po prostu...
- Nie musisz się tłumaczyć. Kawał ze mnie sukinsyna. Szkoda, że wcześniej nie potrafiłem się przyznać.
Zarx zwolna obgryzał krawędzie biszkopta, z uwagą wychwytując słowa. Roztoczony obraz dramatycznego teatrzyka mocno obił się echem wewnątrz mózgu. Coś zabolało.
- Dobra. - przerwał. - Co to za nadzieja?
- Nie usłyszę nowin z...?
- Powiedzmy, że czas nas goni.
Zaskoczony gospodarz podniósł się ociężale i stanął w świetle okna. Do sali weszła pokojówka, niosła zawinięte pergaminy.
- Weź pergamin z czerwoną wstążką i przeczytaj. - rozkazał zachrypły głos.
Mężczyzna uczynił co kazano. W powietrzu zabrzęczało srebro przybranego kwiatami ostrza. Na posadzce spoczęła smukła szabla.
- To ma być nasza nadzieja? - zapytał gość wpatrzony w gardę uformowaną z płonącego węża. Rozdziawiony pysk obnażał długie zębiska.
- Tak, to jest wasza nadzieja. Na pozostałych pergaminach znajdziesz runy, które wytniesz w cielsku Skorpiona. Przy odrobinie szczęścia będziecie żyć wiecznie. - szyderczy grymas zawitał pod siwą czupryną. - A teraz ruszajcie. Czas was goni.
- Dzięki za ciasteczka - wyrzucił na wyjściu wściekły bóg i objął towarzyszkę w pasie.

W drodze powrotnej cadillac gnał niczym rumak z dna piekieł. Kierowca milczał skupiony w odległą linię pustyni. Czarne włosy smagały napięte mięśnie karku. Strach przemieszany z rozpaczą zadrżał pod sklepieniem, wtórując uderzeniom serca. Po pustyni sypnął deszcz meteorów. Korony piachu grzmiały wokół wydm. Tris zasłoniła się rękami, gdy chmura pyłu dmuchnęła w przednią szybę. Wybuch wulkanów w oddali przysłonił niebo, strumienie lawy spłynęły po zaoranych figurach.
- Kochanie. Czy coś się stało? - zapytała.
Spojrzał na stertę pergaminów.
- Nie wiem.

Targany wątpliwościami Pan Żaru samotnie przeniknął w świat, gdzie rośliny upajają się nieskończonymi dysputami o wspaniałościach słońca. Słodki gwar ukoił zmysły, które wyrwały się spod kontroli. "Uspokój się. To tylko wyobraźnia." Wilgotne liście traw rozkołysały zbolałą duszę.
- Czego szukasz bracie? - tysiące melodyjnych szeptów przymknęło powieki. Przekrwione oczy przestały boleć.
- Spokoju. - odrzekł przez sen. - Spokoju i ciszy przyjaciele. Potrzebuję pomocy.
- Obce serca ranią. - dębowy bas spoczął na dłoniach. - Gubią się, a gdy odżywają pod stopami kona ich przeznaczenie.
- Nie chce konać.
- Nikt nie chce bracie. Nikt nie chce. Ale teraz śpij, bo gdy przyjdzie dzień sztylet przebije twą pierś.
- Sztylet przebije twą pierś. - zawtórowały pola.
- Kwiat zwiędnie, płatki opadną, owoc goryczą przesiąknięty nigdy ust nie sięgnie. Słodyczy pełny, snem krótkim jest tylko i głos cudny węże ze skorpionami w pamięci ukrywa. Śpij bracie, płacz na twej drodze, lecz ogień w nicość go zmieni. Siła z rozpaczą tam mieszka, jak miód chwilę ukoją.

- Widziałam cię jak spałeś wśród gwiazd. - odparła zasmucona Tris. - Uśmiechałeś się.
Nic nie odpowiedział.
- Czekałam na ciebie.
- Potrzebowałem chwili spokoju. - wymruczał obojętnie. Pociągnął łyk herbaty.
- Dzisiaj czeka mnie nauka. Pergaminy od Barona zawierają groźne i precyzyjne zaklęcia. Z resztą, po cholerę mi jakaś baronowa szabla!? - uderzył porcelaną o stół. Gorąca ciecz prysła z roztrzaskanego naczynia.
- Zostaw. - powstrzymał ją słowem. Rozlana herbata wyparowała w mgnieniu oka.
- Przepraszam. - opamiętał myśli. - Jego paskudna morda ciągle stoi mi przed oczami.
- Może powinieneś jeszcze trochę odpocząć. - zaproponowała czule. - Baron dał nam tylko narzędzie, które nie musi być potrzebne do zwycięstwa. Poradzimy sobie bez niego. Chodź, pościelę ci łóżko. - kucnęła przed nim i chwyciła palcami za przeguby.
- Nie, muszę natychmiast zabrać się za trening. - wstał energicznie, po czym zarzucił tobołek na ramię. Chciał coś powiedzieć, lecz zdanie zginęło w półsłowa.
Tris opuściła bezsilnie głowę, gdy plecy towarzysza znikły za progiem.

Gnał z wiatrem bez opamiętania. W strugach porannych promieni odzyskał siły i chęć życia. Oddechy drzew były mu wichrem, barwy kwiatów żaglem. "Szabla. Baron nigdy nie okazywał skruchy, tym bardziej litości. Był wspaniałym kompanem póki dar od Najwyższego nie przewrócił mu w głowie. Moc tworzenia złota."
"Moc tworzenia złota" - echo zadzwoniło na skrzydłach motyla.
Wyskoczył wysoko ponad las. Krwiste jęzory zatoczyły sierpowate łuki.
- Moc tworzenia złota - wyszeptał pod nosem.
Zwiewnym płomieniem osiadł na ścieżce. Sztylet przepowiedni przeszył pierś. Z hukiem runął na twarz.
- Moc tworzenia złota - powtórzył sparaliżowany.
Usiłował wskrzesić ogień w żyłach. Kochał ją ponad wszystko. Oddał królestwo duszy, cytadelę ciała.
- Triiiis! - poniosło spłoszone stado ptaków.
Blask w oku zgasł. Skóra popękała i zmarszczona zapadała się na kościach. Podmuch burzy odsłonił biel czaszki. Umarł. Zaszumiał w koronach drzew, z pierwszą falą deszczu w towarzystwie. Błyskawice rozdarły niebo. "Pędź bestio przez knieje do zwierciadła, gdzie krzywa rzeczywistość przyniesie ukojenie. Wilcze łapy poniosą zranionego ducha. Płomienne skrzydła znów zatrzepoczą w triumfie nad śmiercią."
- Co mam robić ojcze!!!? - rozdzierający krzyk wplątał się we wstęgi czerwieni.
- Ojcze, pomóż!
- Czego szukasz synu? - odezwała się jaskrawa postać.
- Szczęścia. Szukam szczęścia ojcze.
- Więc szukaj dalej. - padła odpowiedź.
- Ale ojcze, ja to utraciłem.
- W takim razie odnajdź.
- Kiedy nie mogę.
- Dlaczego?
- Po prostu nie mogę.
- Albo nie chcesz.
- Pragnę tego bardziej niż swego życia.
- Więc przestań myśleć.
- Jakże mogę przestać o tym myśleć?
- Ciała muszą dopełnić swe przeznaczenie. Teraz idź już. Potrzebuję ciszy. Idź.
- Dziękuję ojcze.
- Idź już.
Poszedł przez moczary. Grzązł w błocie po kolana. "Ciała muszą dopełnić swe przeznaczenia". Wzbił się, prężnie brnął naprzód. "Cóż ciało dla mnie, kiedy kruche jak skorupka jajka? Mam być ślepy by podążyć naprzód? Wiem. Tak będzie łatwiej. "Ostrze gniewu przekłuło światło ducha. Wygasła wszelka rozpacz, radość, łzy i śmiech. Wrzask utonął w błocie. Zabił połowę siebie.

Kobieca sylwetka spoczywała samotnie na łóżku. Siedem zachodów słońca zgasło za horyzontem. W drzwiach zjawił się wygnaniec. Tris dygotała niczym liść na wietrze. Szlochała cichutko.
- Kochanie - rzekł niespodziewanie i usiadł obok.
Wtuliła się w skórzaną kurtkę.
- Cicho mała.
- Ja nie chciałam. - głos drgał w gardle. - Nie chciałam cię skrzywdzić kochanie.
Wbiła paznokcie w szerokie plecy. Przycisnęła twarz do piersi.
- Cicho.
- Czy ty mi kiedyś wybaczysz? - wybuchła płaczem.
Przygładził policzkiem rude włosy. Przytulił drżącą postać.
- Już po wszystkim Tris. Minęło.
- Skrzywdziłam cię skarbie.
- Chodź , położysz się. - uniósł ją na rękach.
- Nie opuszczaj mnie.
- Będę przy tobie. - szepnął do ucha.. - Nigdzie nie idę.
- Błagam. Przytul mnie.
Położył się obok niewiasty, przykrył oboje kocem.
- Śpij słońce moje.
- Ale ja chcę być z tobą.
- I będziesz. Po wieczne czasy. - zapewniłz ognistym pomrukiem.
Ostatnie słowa wycisnęły rzekę łez.
Widziałam obrazy. - wyłkała. Zakryła go tysiącem pocałunków.
- Cicho mała.
- Nie odchodź.
- Śpij kochanie. - sennym gestem wzbudził blask w jej włosach.
Martwe usta boga ogrzały czoło na dobranoc.

Nazajutrz perłowo-błękitny pojazd błyszczał w świetle południowego słońca. Wodospad szemrał na skałach. Grzywy traw falowały na wietrze z ukrytymi przed światem postaciami. Tris rozpromieniona wodziła śnieżnobiałym kwiatem po skamieniałym obliczu mężczyzny. Spał. Zmarszczył nos, by na powrót zmienić się w zimny posąg.
Bogini przykryła dłonią nieruchomą pierś kochanka. "Jego serce bije coraz wolniej." Usiadła wpatrzona jak źdźbło trawy pełza po linii szczęki.
- Cóż mi pozostanie królu ognia, kiedy twoją krew wypełni całkowita pustka? - wyszeptała. - Czy ty mi kiedyś wybaczysz?
Powieki zbudzone zwiewną melodią odsłoniły wyblakłe źrenice. Chłód dotyku spłynął po miękkiej zasłonie włosów.
- Uśmiechnij się - rzekł zatopiony w błękitnych oczach. - Popatrz na słońce.
Kiedy wzniosła wzrok ku rażącej tarczy, pocałunek spoczął na odsłoniętej szyi. Przymknęła powieki. Znów poczuła narastające ciepło jego ust. Pustynny podmuch przeszył ciało, kości, do najgłębszych zakamarków duszy. Spomiędzy drżących palców spłynęły czarne kosmyki.
- Czego się boisz?
- Bo. - wyksztusiła z trudem - Myślałam, że cię straciłam.
Delikatnie uwięził ostatnie słowo.
- Tylko ty możesz mnie zniszczyć. Więc rozchmurz się. Nigdzie się nie wybieram.
Uradowana kobieta zarzuciła ramiona na barki wskrzeszonego boga. Siedzieli wpatrzeni w gwiazdy przeszłych wieków i wspólne narodziny wschodów słońca. Miliony lat przyszłości krzyczały w miłosnym spotkaniu zwierciadeł. Królestwa przeznaczenia splecione węzłem jedności pulsowały w rytm serc. Tris zajaśniała bielą sukni ponad oceanem zieleni. Świetlana pajęczyna fal okryła rude włosy. Z odchyloną do tyłu głową kochanka wyszeptała życiodajną formułę, jedwab na ciele prysnął chmurą szkarłatnych motyli.
Otoczony snem jeziora, pośród tęczy rybich łusek szybował nieśmiertelny splot milczących słów, wprost ku światom, gdzie czas jest tylko żartem a myśl ucieka w najgłębsze otchłanie zapomnienia.

Zarx ruszył polną drogą na złamanie karku. Zbudzony dziwnym przeczuciem olśnienia natychmiast ruszył w podróż. "Każde stworzenie otrzyma znak o właściwej porze" - echo bez końca powtarzało jedno zdanie. "Otrzyma znak". Przyprószony pyłem kabriolet wpadł na pole tulipanów. Zerwane wichrem płatki zatańczyły w powietrzu.
- Żądło Skorpiona. - wymruczał kierowca na widok zniszczonego statku kosmicznego.
- Głupcy.
Spękana kopuła kabiny przemknęła na tle odległych brzóz. "Kara wisi nie tylko nad uciekinierami, ale także nad nami".
- Tris, obyś się myliła. - szepnął pod nosem.
Na skraju kwiecistego pola pojawił się wychudły człowiek. Samochód podjechał do nieznajomego na bezpieczną odległość. Postać milczała.
- Czego tu szukasz człowieku? - czarnowłosy nie krył zdziwienia.
Obcy z radością wyrywał widłami kępy tulipanów.
- Pytałem czego tu szukasz?
Słomiane rondo kapelusza uchyliło nadpróchniałą żuchwę.
- Przygotowuję nadejście Pana. - świat zagrzmiał jadem Skorpiona. - Odejdź póki czas.
Odwaga szarookiego zachwiana mocą posłańca wybuchła chęcią zniszczenia. Liście drzew poruszył płomień nienawiści.
- Nie sprzeciwiaj się marna istoto. - zarechotał martwy ogrodnik. - Posłuchaj śmierci wokół siebie. Usłyszysz ciało Skorpiona, każdy ruch szczypiec, huragan za przyczajonym do ataku żądłem. Schowajcie się póki możecie, jeśli chcecie uratować życie.
- Ile sukinsynów takich jak ty pełza jeszcze po ziemi?
- Wystarczająco wielu by zmiażdżyć twe marne jestestwo. Uciekaj.
- Widzę, że daleko ci do należytej gościnności, suchy.
- Uciekaj póki czas.
- Wiesz co ci powiem? - palec wykonał drobny gest. Szkielet padł okryty palącymi jęzorami. Rozleciał się w pył.
- Jakoś nic mi nie przychodzi do głowy.
"Tris"
Wrócił do chaty. Na ganku czekała zniecierpliwiona niewiasta. W ręce błyszczało ostrze szabli.
- Co robisz kochanie? - spytał rażony widokiem dzierżonego przez nią przedmiotu.
- Coś co powinnam zrobić dawno temu.
- Zaczekaj! - wykrzyknął, gdy szerokim zamachem wyrzuciła broń w powietrze. Srebro padło na płatki róży. Pękło niczym szklana zabawka. Niewzruszona kobieta ujęła w dłonie zwoje pergaminów, które pofrunęły stadem gołębi ku przestworzom.
- Dlaczego, Tris? - źrenice przypominały główki szpilek.
- Widziałem dzisiaj posłańca. Skorpion już przybył. Ta szabla może była jedynym ratunkiem. Co robisz?
Miękkość ciała przylgnęła do spiętej sylwetki. Oplotła ramionami a pocałunek odpędził obraz jadowitej bestii. Lecieli wysoko ze słońcem na twarzach. Nurzali się w obłokach, skąpani w deszczu. Opowieść snuta chwilą przekłuła nieskończoność, wniknęła w górskie bastiony. Szumiały liście palm, jaśniały stada tęczowych ptaków, ponad oceanem, ponad mozaikami koralowców.

Ciemne chmury zaległy na niebiosach. Wpatrzeni w kapsuły ratunkowe, w popłochu opuszczające atmosferę, objęci czekali na szczycie wzgórza.
Powietrze sczerniało od oddechu potwora . Metaliczne skrzypienie rozwarło sklepienie. W gęstym mroku przestrzeń snów przekroczyły odnóża zniszczenia, ogon wygięty w łuk zaświecił blaskiem ponad przyłbicami marzeń.
" Fala gniewu spadnie z hukiem na ślepe oblicza. Lustra pękną, przekłute naczynia zdrajców spłyną rzeką krwi. Koszmar nasycony duszami wyciągnie prawicę po skarby niewinności i zgniją rośliny, zdechną zwierzęta a w pooranej bruzdami glebie zalęgnie się robactwo. Gdy łkanie zbeszczeszczonej ziemi umilknie, nadejdzie panowanie Królestwa Plugawości"
Rogate łby demonów opuściły konstelacje kraterów. Rozdziawiły pyski spragnione martwoty.
" Ale powstanie jedność, która niegdyś była dwuistością. Wolna od ciekawości, słów i sądu wskrzesi nową jasność. Porazi nasieniem życia kamienną pierś, nadzieją oślepi pewność, ku przestrzeniom nieograniczonym chaosem czasu, czy myśli. Nastanie światłość."

Splecione w wieczornym pląsie ciał, bóstwa wniknęły między stronice księgi przeznaczenia. Obok radosnego uśmiechu kwiatów, szeptów srebrnego wodospadu, krzyczała cisza.
- Tris.
- Tak?
- Już nic. - iskierki szczęścia spłynęły po policzkach.
- Już nic.

Artur Shadow 14.08.2001



blog comments powered by Disqus