"Minus dziesięć w Rio"
Szyjka butelki zagrała krótki werbel na brzegu szklanki. Poziom bursztynowego płynu zatrzymał się na wysokości trzech palców. Siedzący za biurkiem człowiek odstawił butelkę ze stukiem. Zastanowił się nad dodaniem paru kostek lodu. Naturalnie, musiałby iść po nie do lodówki. A nie zamierzał w ogóle wstawać, co dopiero mówić o udaniu się do kuchni. Trudno, na ciepło też da się pić.
Znieważył zacną szkocką wychylając zawartość szklanki na dwa razy. Zakrztusił się, z hukiem postawił naczynie na blacie. Przez kilka nieprzyjemnych sekund nie mógł złapać oddechu, przełyk stanął w ogniu. Przecierając załzawione oczy czuł kojące ciepło, rozlewające wewnątrz żołądka. Czekał, aż alkohol choć trochę stępi zmysły i otumani umysł. Kto wie, może nawet zbierze dość odwagi, aby powlec się do sypialni. Przy odrobinie szczęścia zaśnie. Owszem, dopadną go sny, ale to nie przed snami musiał się znieczulać gorzałą.
Patrzył tępo w ścianę naprzeciw biurka. Kusiło go, żeby nalać sobie jeszcze jednego drinka. O ile ponad pół szklanki Jasia Wędrowniczka można nazwać drinkiem. Niestety, po drugiej dawce miałby ochotę na trzecią, a zdrowy rozsądek i umiar będą już na wychodnym. Osuszyłby butelkę do dna, pustą schował z powrotem do szuflady - trafiając dopiero za trzecim albo czwartym razem, ale co tam. Zataczając się poszedłby spać, a rano znalazłby w szufladzie nowiutką, pełną flaszkę.
Siedział w bezruchu. Nie wiedział jak długo: w całym domu nie było nawet jednego zegarka. Nie było też okien. Rytm dnia i nocy można było regulować własnoręcznie, włączając i gasząc zimne, przywodzące na myśl kostnicę światło. Wreszcie skupił wzrok na pustej szklance. Machinalnie wyciągnął rękę, z zamiarem uzupełnienia jej zawartości.
Nagle poczuł zimny dreszcz przebiegający po kręgosłupie. Szybko się odwrócił.
Tym razem była to tylko kobieta. Sądząc po identycznych obrączkach, jakie oboje nosili, powinien myśleć o niej jako o żonie.
Parsknął poirytowany. Biurko zostało na stałe przymocowane do podłogi. Z tyłu mebla nie było miejsca na nogi, więc przestawienie krzesła nie miało sensu. Jeśli zdecydował się na nim usiąść, siedział plecami do drzwi. Co jakiś czas go zaskakiwali, zakradając się bezszelestnie. Zamykanie drzwi nie dawało efektów - potrafili je bezdźwięcznie otwierać. Zatem zostawiał otwarte. Przynajmniej wystarczało rzucić okiem do tyłu, by przekonać się, czy któreś nie czai się w korytarzu.
Zbity z tropu czekał, aż kobieta coś zrobi. Z tym, że mogła się odezwać, już dawno przestał się liczyć. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek wydała jakiś dźwięk.
Nic. Tylko stała. Nawet na niego nie patrzyła. Oczy wytrzeszczała tępo przed siebie, jak zawsze.
Może to i dobrze, pomyślał. Gdyby skierowała bezpośrednio na niego wzrok, dostałby chyba zawału. Już sam fakt, że tu przyszła był wystarczająco dziwny. Jak dotąd urzędowała tylko w trzech pomieszczeniach: sypialni, kuchni i łazience.
Przyjrzał się jej uważnie. Nie po raz pierwszy doszedł do wniosku, że jest całkiem atrakcyjna. Młoda, zgrabna, niższa od niego o pół głowy, delikatne rysy twarzy, długie, kasztanowe włosy, jędrne piersi... Ale nie odczuwał pożądania, a w każdym razie nie dłużej, niż potrzeba, żeby obmacujący ją wzrok dotarł do oczu. Nieobecne, katatoniczne spojrzenie stanowiło zaledwie część problemu. Gęsią skórkę wywoływał widok tęczówek, upiornie jasnych, ciemniejszych o najwyżej jeden odcień od białek, wypełnionych wielkimi, mętnymi źrenicami. Nieśmiała iskierka radości, która zapłonęła na myśl o tym, że chcąc nie chcąc, każdą "noc" spędzają w jednym łóżku, natychmiast zgasła.
Poczuł nieprzyjemną suchość w ustach. Nie odwracając się sięgnął po butelkę. Kobieta postąpiła krok naprzód. Zamarł w połowie ruchu. Cholera, zaklął w duchu, zupełnie, jakby wiedziała... Wiedziała co? Że potrzebuje się upić? Ale czemu miałoby to jej przeszkadzać?
Powoli cofnął dłoń. Ostrożnie wstał. Kobieta obróciła się na pięcie i skierowała się do kuchni. Zrezygnowany podążył za nią.
Pewnych rzeczy nie dało się uniknąć. Na przykład wspólnych obiadów, spożywanych w absolutnym milczeniu.
Stojąc w progu kuchni uważnie zlustrował pomieszczenie. Nie poświęcił zbytniej uwagi stojącym pod ścianą szafkom i sprzętom kuchennym. Skupił się na kątach i ustawionym na środku, nakrytym stole. Pozwolił sobie na ciche westchnienie ulgi. Nigdzie nie zobaczył psa. To już coś.
Zajął swoje miejsce. Po prawej siedziała kobieta, naprzeciwko posilało się dziecko.
Mimo braku apetytu jadł pośpiesznie. Sam nie wiedział, co bardziej go przeraża, kobieta obecna tylko ciałem, czy ten mniej więcej sześcioletni chłopiec.
Jedno spojrzenie na dziecko wyłoniło zwycięzcę. Może nie był przerażający, jak krwiożerczy potwór - to najwyraźniej była rola psa - ale na pewno wywoływał nieodparty niepokój. W przeciwieństwie do kobiety, jego spojrzenie było wręcz nieprzyzwoicie przytomne. Chłopiec o jasnych, długich do połowy pleców włosach, zawsze zachowywał idealnie nieruchomą twarz. Żadnego śladu emocji, zupełnie jak przeklęty manekin. Zdradzały go dopiero oczy. Duże, niebieskie i zimne jak arktyczny lodowiec. Czaiła się w nich niebezpieczna inteligencja, dyskretna groźba i... chyba pogarda.
Dzieciak zorientował się, że jest obserwowany. Uniósł twarz znad talerza i utkwił spojrzenie w mężczyźnie. Patrzył mu prosto w oczy, nieprzerwanie przeżuwając. Zmieszany mężczyzna skupił się na posiłku. Kątem oka dostrzegł długi, ostry niczym brzytwa nóż kuchenny, pozostawiony na blacie obok zlewozmywaka. Wiedział, że zostawiła go tam kobieta, bowiem to ona zawsze przygotowywała jedzenie. Tyle, że nigdy nie widział, żeby to robiła. Posiłki zawsze były gotowe, kiedy tylko wchodził do kuchni. Dawno temu próbował nakryć ją na gotowaniu, ale drogi do kuchni bronił pies. Od tej pory dał spokój. Wolał nie narażać się zwierzęciu.
Szybko skończył jeść, wstał i nie czekając na kobietę pomaszerował do sypialni.
Po drodze musiał przejść obok pokoju dziecka. Starał się uczynić to możliwie szybko i bezgłośnie. Nie udało się. W panującej wewnątrz ciemności rozbłysły fosforyzujące ślepia. Wzmocniony akustyką pustego pokoju - jedynymi meblami były dziecięce łóżko i mała komoda - dobiegł go groźny, głęboki warkot. Taki warkot słyszały pierwsze małpy po zejściu z drzewa. Podświadomość współczesnego człowieka wywołuje na jego dźwięk wizję kłów, pazurów i krwi.
Pies się obudził. I był niezadowolony.
Warkot nagle się urwał. Ślepia zajarzyły się jaśniejszym blaskiem. Mężczyzna wyobraził sobie, nie, raczej poczuł, jak potężne zwierzę zbiera się do skoku.
Zdesperowany zawrócił i biegiem udał się do kuchni. Gwałtownie zgarnął ze stołu swój talerz i sztućce, włożył je do zlewozmywaka, odkręcił wodę i nerwowo pozmywał. Odruchowo umył też nóż.
Niektórych czynności domowych najwyraźniej też nie dało się uniknąć. Tak w ogóle, to co mu strzeliło do głowy? Każda próba wyrwania się z rutyny kończyła się w ten sposób. Alkohol, uświadomił sobie. Alkohol go otumanił, uśpił czujność i rozluźnił dyscyplinę.
Tym razem postanowił poczekać na kobietę. Miał nadzieję, że jeśli będzie szedł blisko niej, pies uzna, że wszystko jest w porządku.
Później, kiedy już leżał w łóżku, zza ścian dobiegła stłumiona, nierozpoznawalna muzyka. Wiedział, że będzie dźwięczeć aż do rana, to jest chwili, gdy oboje wstaną, zapalą przygnębiające światło i zaczną się ubierać. Z resztą muzyka była najmniejszym problemem.
Nie mógł usnąć. Przewracał się z boku na bok, starał się o niczym nie myśleć, ale wciąż pozostawał przytomny. Żałował, że nie wypił jeszcze paru drinków, wtedy na pewno zasnąłby jak niemowlę.
Wreszcie znieruchomiał na prawym boku. Przyjrzał się leżącej obok kobiecie. Teraz, z zamkniętymi oczami wyglądała całkiem normalnie. Jednak nadal nie wzbudzała w nim innych emocji niż strach z lekką domieszką obrzydzenia. Brało się to z tego, jak spała.
Leżała na plecach, w idealnym bezruchu. Ręce złożyła na piersiach, oddychała niesamowicie powoli. Sprawiała wrażenie martwej, jak kamień. Ostrożnie wyciągnął rękę. Dotknął bladego policzka - zgodnie z oczekiwaniami okazał się chłodny. Przesunął dłoń nad nieznacznie rozchylone usta. Z trudem zarejestrował leniwy ruch wydychanego powietrza. Powoli cofnął rękę.
Wiedział, że aż do przebudzenia kobieta nawet nie drgnie. Dopiero wtedy raptownie otworzy oczy, sztywno się wyprostuje, wstanie naga i ubierze ze zwykłym, nieobecnym wyrazem twarzy. Następnie zapłonie światło, on także będzie musiał wstać, kolejno skorzystają z łazienki. Ona wróci do sypialni i przez parę godzin będzie nieruchomo siedzieć na łóżku. On wtedy pójdzie do gabinetu, zajmie miejsce za biurkiem, i też będzie siedział, spędzając czas na rozmyślaniach i gapieniu się na maszynę do pisania. To stare urządzenie o okrągłych klawiszach zajmowało większą część blatu biurka. Nigdy nie osiadał na nim kurz, zawsze lśniło, mimo wyraźnie przestarzałego wyglądu sprawiając wrażenie nowego produktu. Było przy tym totalnie bezużyteczne - w całym domu nie było ani skrawka papieru.
Potem kobieta przeniesie się do kuchni. Pod strażą psa przygotuje posiłek, który zjedzą wspólnie, każdy pozmywa po sobie naczynia i kolejny dzień schyli się ku końcowi.
Jak daleko sięgał pamięcią, zawsze było tak samo. Nie potrafił sobie przypomnieć, co było zanim znalazł się w tym domu, z tą "rodziną", ani jak do tego doszło, ale w głębi duszy wiedział, że nic tutaj nie jest takie, jak być powinno. I że sam jest sobie winien. Oczywiście nie miał pojęcia czym zawinił, ale gdyby to było istotne, pamiętałby o co chodzi, prawda?
Jakiś czas temu, kiedy zaczął z większym zapałem osuszać butelkę z biurkowej szuflady, w jego na wpół pijanym umyśle krystalizowały się jakieś myśli albo wspomnienia. Niestety, nawet jeśli kiedyś skrystalizowały się do końca, to musiał być już zbyt pijany, aby cokolwiek zapamiętać.
Co jakiś czas frustracja brała górę i próbował wyłamać się z rutyny. Tak jak dzisiaj z tym nieszczęsnym zmywaniem.
Zdradliwy głosik w głowie zaczął się głośno zastanawiać, co teraz przywoła go do porządku, jeśli spróbuje zrobić coś spontanicznego. Mężczyzna nawet nie starał się za bardzo walczyć z pokusą.
Usiadł na łóżku. Przekrzywiając na bok głowę popatrzył na kobietę. Delikatnym ruchem ściągnął z niej cienką kołdrę. Pochylił się nad nagim ciałem. Powoli ujął dłonie kobiety i wyprostował jej ręce. Ostrożnie ułożył ramiona na prześcieradle. Teraz pozostawała w pozycji na baczność, tyle że w poziomie.
Zastanawiał się, czy rozsunąć jej nogi, gdy poczuł znajome dreszcze przebiegające po grzbiecie. Nie słyszał warkotu, więc tym razem to chłopiec. Obrócił się, aby potwierdzić to przypuszczenie.
Dziecko stało oparte plecami o framugę. Nawet gdyby oczy mężczyzny nie przyzwyczaiły się jeszcze do panującej w całym domu ciemności, i tak zauważyłby bezgraniczną pogardę i nienawiść w oczach chłopca.
Przez ułamek sekundy korciło go, żeby teraz, na oczach dziecka pobawić się jeszcze tą wielką lalką, niekoniecznie z resztą obscenicznie, ale szybko stłumił tę chęć. Gdyby spróbował cokolwiek zrobić kobiecie, natychmiast rozległby się donośny warkot psa. A gdyby mimo tego próba zakończyła się powodzeniem... Wolał o tym nie myśleć.
Ostentacyjnym ruchem z powrotem przykrył kobietę. Pozornie nie zwracając uwagi na chłopca ułożył się na boku, plecami do niej i udawał, że zasypia.
Dziecko w przypływie wspaniałomyślności cicho zaszurało kapciami, zdradzając, że opuściło już sypialnię. Dopiero wtedy mężczyzna się rozluźnił. Ale i tak nie zmrużył oka aż do momentu, w którym ucichła niewyraźna muzyka i obudziła się kobieta.
Kolejny dzień minął według zwykłego schematu. Gdy udali się z kobietą po posiłku do sypialni, zamiast się rozebrać, przysiadł na łóżku. Nie zwracał uwagi na przygotowującą się do snu kobietę. Czekał. Nasłuchiwał.
Zgasły światła. Czuł, że tej nocy też nie zaśnie. Może uda mu się dopiero następnej, ale wtedy też się nie wyśpi. Nie pozwolą mu na to nękające bezlitośnie koszmary. Po przebudzeniu nigdy ich nie pamiętał, po prostu gdzieś w głębi jego umysłu pozostawało niesprecyzowane uczucie dokonania niewłaściwego wyboru.
Był na to tylko jeden sposób. Schlać się w trupa. Uśnie bez problemu, a przez wysokoprocentową mgiełkę okalającą umysł nie przebrną najgorsze koszmary.
Właśnie dlatego teraz czekał. Chciał przekonać się, czy dziecko i pies przejrzeli jego zamiary, a jeśli tak, to czy go powstrzymają.
Na razie nieźle. Ani śladu dziecka, nie było słychać psiego warczenia. Ciszę mąciła tylko stłumiona melodia, wygrywana na elektrycznej gitarze.
Odetchnął głęboko, zbierając całą odwagę. Wstał, wyszedł na korytarz i zamarł.
Pod drzwiami do gabinetu leżał pies. Zwierzę, rozmiarami przypominające źrebaka, nie dało się zaliczyć do żadnej znanej mężczyźnie rasy. Gigantyczny, czarny jak kruk, kudłaty, wiecznie obnażający długie zębiska potwór rozwalił się w najlepsze, blokując wejście do gabinetu. Jego ślepia zapłonęły w mroku zielonkawym blaskiem. Pies dziwnie parsknął.
Mężczyzna mógłby przysiąc, ze zwierzak się z niego śmieje. Poddał się i poczłapał do sypialni. Rozbierając się usłyszał w głowie znajomy, kpiący głosik: dom, żona, dziecko, pies, zawsze pełna lodówka i żadnych zmartwień z pracą. Żyć, nie umierać.
Ciężko rzucił się na łóżko, żywiąc cichą nadzieję na obudzenie kobiety. Może zdenerwowałaby się, w gniewie krzyknęła na niego po imieniu? Tak dawno nie słyszał jak ktoś się doń bezpośrednio zwraca. Chwilami - szczególnie, gdy widział te dziwne oczy - był gotów zadać jej ból, uderzyć albo brutalnie uszczypnąć, byle tylko wykrzyczała jego imię. Jednak nigdy sobie na coś takiego nie pozwolił. Przede wszystkim, czuł, że ona nie odezwie się ani słowem, choćby nie wiadomo co się działo. Do tego dochodziło dziecko. W jakiś sposób wyczuwało, kiedy zbliżał się do tej cienkiej bariery człowieczeństwa, uniemożliwiającej zmienienie się w jaskiniowca i skrzywdzenie kobiety. Gdyby dziecko samo nie zdołało go powstrzymać, zawsze mogło liczyć na pomoc psa.
Spędził drugą bezsenną noc z rzędu, leżąc na wznak i usiłując rozpoznać niewyraźną melodię.
Znowu siedział za biurkiem. Butelka była już opróżniona do połowy. Miał absolutną pustkę w głowie. Nie myślał o niczym, gdyż nie był w stanie się skupić. Dwie szklanki temu jeszcze był zdolny do rozpoczęcia jakiejś myśli. Dopiero po paru sekundach przestawiała się jakaś zardzewiała zwrotnica w głowie. Myśli przeskakiwały na zupełnie inny, irracjonalny tor. Po następnej szklance nie potrafił sobie przypomnieć co przed chwilą właściwie rozważał. Teraz siedział całkowicie otępiały, z wyrazem twarzy niewiele odbiegającym od zwykłej miny kobiety.
Miłym zaskoczeniem był brak jakiegokolwiek działania ze strony dziecka i psa. W ogóle dzisiaj ich nie widział. Mógł znieczulać się bez przeszkód.
Wreszcie opróżnił butelkę do dna. Przez pewien czas wpatrywał się tępo w przestrzeń. Jego umysł, najwyraźniej zmęczony bezczynnością, zaczął leniwie grzebać w jednolitej masie, jaką tworzyły wspomnienia. Wszystkie związane z domem-więzieniem i zamieszkującą go rodziną. Wszystkie takie same, pełne identycznych dni i porażek odniesionych przy próbach wyłamania się z rutyny.
Jestem w piekle, pomyślał. Nie bardzo kojarzył skąd wie, co to piekło, ale nabrał graniczącego z pewnością przekonania, że doń trafił. A może chodziło o czyściec? W gruncie rzeczy, co za różnica?
Przypomniał sobie pewien wieczór, gdy - jak mu się wówczas wydawało - frustracja sięgnęła najdalszych granic. Zdecydował się wtedy rozwiązać swoje problemy radykalnie i ostatecznie. Podjął próbę samobójstwa. Oczywiście, dziecko i kobieta go powstrzymali. Od tamtej pory o wiele bardziej obawiał się śmierci. Przerażała go też myśl o bólu. Dlatego teraz bez wahania podporządkował się tej czworonożnej bestii.
Dopiero teraz, kiedy nie widział dla siebie już żadnej drogi ucieczki, był sfrustrowany.
Skoncentrował się na leżącym między szklanką a butelką przedmiocie. Już dawno doszedł do wniosku, że jeśli czegoś w tym domu nie zmieni, z pewnością zwariuje. Wiedział, że musi to być niezwykle drastyczna zmiana. Nie miał jednak pewności, że będzie zdolny do jej dokonania.
Teraz, pijany, niewyspany, nękany ciężką depresją uświadamiał sobie, że jest gotów na wszystko, byle tylko zachować zdrowe zmysły. Tak, już nie bał się śmierci, bólu, kobiety ani dziecka. Nie mógł się wyzbyć lęku żywionego przed psem, ale to nie mogło go powstrzymać.
Wyciągnął rękę i... zawahał się. Jeszcze raz popatrzył na kuchenny nóż - który niepostrzeżenie zabrał do gabinetu po umyciu naczyń - i zastanowił się, czy naprawdę jest gotów ponieść pewne ofiary na rzecz zachowania swojej poczytalności.
Zacisnął dłoń na plastikowej rękojeści. Podniósł nóż na wysokość oczu. Po chwili przypatrywania się grze światła na hartowanej stali, przyłożył ostrze płazem do lewego nadgarstka. Poczuł przejmujące zimno na skórze.
Tak, stwierdził. Jest gotów na wszystko, byle tylko jakoś uciec od tej koszmarnej rutyny, na wpół martwej kobiety, tajemniczego chłopca i dzikiego psa.
Najpierw najtrudniejsze.
Poprawił chwyt na rękojeści. Wstał z krzesła. Zamrugał przekrwionymi, podkrążonymi oczami.
Gdzie czai się ten cholerny pies?
Potem zajmie się chłopcem. Następnie kobietą.
A dalej zobaczymy. Przecież nie może być gorzej.
Sklep
Forum