"Najszczęśliwszy dzień"


    — Interesy czy przyjemność?

     — Przyjemność.

      Kasjerka zdejmuje z taśmy kolejne produkty. Jej zmęczone, spuchnięte palce obracają każdy pakunek w poszukiwaniu kodu kreskowego. Nie podnosi wzroku ponad wyświetlacz kasy, nasze spojrzenia nigdy się nie skrzyżują. Mężczyzna przede mną zapakował do papierowej torby kilka kilogramów słodyczy, książki dla dzieci oraz intymny żel nawilżający w kolorze zaschniętej krwi. Na jej miejscu zastanowiłbym się, czy aby nie jest to podejrzane. Dobrze, że stoję po drugiej stronie.

      Farba schnie na paragonie, gdy gotówka ląduje szczelnie zamknięta w pracowniczej kasie. Najcieńsze wiertła do glazury jakie udało mi się znaleźć, srebrna taśma, obcęgi, worki na śmieci, łom i dorodna, jaskrawo pomarańczowa dynia. Za duże zakupy dostałem w promocji lizaka. Truskawkowy, mój ulubiony.

      Sklep po brzegi wypełniony jest matkami, o których przesadnie napompowane piersi odbijają się torby od Ralpha Laurena. Patrzę  w ich stronę i czekam. Liczę na eksplozję, bryzgające wszędzie strzępki ubrań, silikonu i tłuszczu. Nic takiego jednak się nie dzieje. Dzieci biegają pomiędzy regałami, zapełniając wózki coraz wymyślniejszymi słodyczami. Ta dzielnica nie jest dla mnie, im prędzej stąd zniknę tym lepiej.

      Drzwi supermarketu zatrzaskują się za mną z hukiem. Orzeźwiający chłód ostatnich dni października sprawia, że pocę się z podniecenia. Włosy na całym ciele stają do pionu, a ich cebulki prawie wyrywają się ponad powierzchnię skóry. Jest wczesne popołudnie, zostało mi niewiele czasu.

      Przed wejściem do sklepu rozpędzony chłopczyk wbija się głową  w moje zakupy i ląduje na swoim tłustym tyłku. Patrzy wielkimi, przestraszonymi oczyma, w których widzę napływające łzy. Pomagam mu się podnieść, a do ust wpycham swojego lizaka byleby tylko nie zaczął płakać.

      Nienawidzę  dzieci.

      Michael nie wąchał krwi innej niż z własnego rozbitego kolana, nie czuł świdrującego zapachu rozkładającej się tkanki. Nigdy nie widział martwej osoby,  pod naciskiem jego kciuków nie pękały oczy.

      Michael ma siedem lat, właśnie chowa do plecaka mokre od moczu prześcieradło i spodnie od piżamy.

      — Śniadanie stygnie, pośpiesz się. — do jego uszu dociera świdrujący głos matki.

      Jeżeli się nie spręży, ta wejdzie na górę, do jego pokoju i cały misterny plan spali na panewce. Babcia prała „wypadki” Michaela i nic nie mówiła mamie.

        — Już idę! — krzyczy i rzuca plecak głęboko pod łóżko.

      Na stole czekają sadzone jajka przybrane plastrami bekonu, a sok ogrzewa się w szklance tworząc na niej rosę o smaku pomarańczy.

      — A cukierki? — pyta rozglądając się po całej kuchni – Gdzie są?

      — Będziesz ich miał wieczorem takie ilości, że zrobi ci się niedobrze. Zobaczysz.

      — To niemożliwe, nie można mieć dość cukierków. — mówi odgryzając kawałek bekonu. — Pójdziesz ze mną?

      — Michael, rozmawialiśmy o tym. Doszliśmy do wniosku, że jesteś już dużym chłopcem i możesz iść sam, prawda?

      — Prawda.

      — Pójdziesz prosto do babci, ja cię stamtąd zabiorę po pracy. Kostium masz w salonie.

      Chłopiec zrywa się z krzesła, które upada martwo na podłogę, niczym skazaniec podziurawiony przez pluton egzekucyjny. Michael biegnie do pokoju, za plecami słyszy tylko, jak mama krzyczy, żeby dokończył śniadanie. Kto może myśleć w takich chwilach o jedzeniu?

      Skórzana kanapa odbija jesienne słońce, a na jej poduchach leży pięknie złożony i jeszcze czysty kostium stracha na wróble.

      Państwo Sebring stęsknili się za śpiewem ptaków, muczeniem krów i całą otoczką wyjątkowości, jaką serwują agroturystom rolnicy. Z samego rana spakowali bagaże do samochódu i wyjechali.

      Widziałem, jak jaskrawe światła stopu zapaliły się przed skrzyżowaniem na końcu ulicy i już ich nie było. Mam dom tylko dla siebie. Czy to nie cudowne, kiedy wszystko układa się tak jak powinno?

      Klucz pod doniczką, przeznaczony zapewne dla sprzątaczki, ułatwia mi wejście do środka bez robienia zbędnego hałasu.

      Krążę  po domu poznając jego rozkład. W każdej chwili mógłbym zaprosić  tu fotografa z pisma o wystroju wnętrz, a on nie robiłby nic innego, tylko naciskał spust migawki, która z trzaskiem utrwalałaby na filmie idealne kompozycje kwiatów stojących w jaskrawych wazonach. Kiedy skończę trupiego odoru nie zamaskują żadne ścięte badyle z listkami.

      Piwnica jest przestronna i zadbana, będzie doskonałą sceną dla mojego małego przedstawienia. Rozkładam rekwizyty na drewnianym stole pod ścianą, a na środku pomieszczenia stawiam krzesło. Wygląda na solidne, ale dla pewności zbijam jego nogi kilkoma gwoździami. Mebel oświetla pojedyncza żarówka, która mógłbym przysiąc, wygląda jak wisielec.

      Właściciel domu jest fryzjerem, widziałem jego przyrządy na piętrze, znalazłem też duże płachty foli, których używa do przykrywania podłogi, gdy pracuje. Nie omieszkam z nich skorzystać.

      Po ulicy snują się bachory w tandetnych strojach, skrzętnie pilnowane przez rodziców, a ja jeszcze nie wszystko mam gotowe. Wystawiam dynię na zewnątrz, wracając nie domykam drzwi. Jestem przekonany, że moja ofiara nie oprze się takiej pokusie, jak pusty dom. Ja bym się nie oparł.

      Torba pękała pod ciężarem słodkości. Michael miał dość i nie zwracał już uwagi na mijane domy, które niewątpliwie miały w sobie dużo niezdrowych dla zębów niespodzianek.

      Mama miała rację.

      Światła w domu babci paliły się na pomarańczowo i żółto, niczym znicze pokrywające cmentarze dywanem kolorowych ogników. Przyciągało to niezliczone ilości owadów, brzęczących nad głową i gryzących do krwi każdy odsłonięty fragment skóry.

      Michael wchodził właśnie na ganek, gdy zobaczył otwarte drzwi u sąsiadów, choć ich dom tonął w ciemnościach. Na trawniku stała dynia z szyderczo wyciętym uśmiechem.

      Głowa wsunęła się do pomieszczenia. Jestem podniecony tak mocno, że z trudem powstrzymuję się od eksplozji, a spodnie uwierają mnie boleśnie w kroku. Zaciskam palce na łomie. Widzę świat w tysiącu różnych odcieni czerwieni.

      Czuje jak kość czaszki ustępuje pod siłą ciosu i wchodzi w głąb głowy razem z łomem. Ciało pada na podłogę, krew momentalnie wylewa się z pękniętej głowy. Muszę go znieść do piwnicy zanim zupełnie uświni panele z czerwonego dębu.

      To dopiero początek mojej pracy.

      — Cukierek albo psikus! — chłopiec krzyczy przez otwarte drzwi.

      — Psikus jest zabawniejszy, ale jestem przekonany, że znajdę również coś słodkiego. — mężczyzna odpowiada i dopiero wtedy zapala światło.

      Całe pomieszczenie wygląda jak żywcem przeniesione z horroru. Tylko, tym razem Michael nie ogląda go przez szczeliny balustrady domowych schodów, chowając się przed wzrokiem rodziców.

      Podłoga przykryta jest w całości folią, na której rozlano sztuczną krew, a sąsiad babci ubrany jest w długi szpitalny fartuch, cały umazany jakąś posoką.

      — Powinienem mieć coś w kuchni, poczekaj chwilę.

      — Dobrze proszę pana.

      Michael kuca nad wielką czerwoną kałużą pośrodku salonu. Czubkiem palca zbiera substancję z podłogi po czym wkłada ją do ust.

      — Słodkości. — mówi, próbując zebrać jak najwięcej i schować do kieszeni stroju.

      Za chwilę maź przesiąknie zostawiając dużą brunatną  plamę, ale babcia radziła sobie z gorszymi rzeczami. Wrócił na swoje miejsce zanim właściciel wyszedł z kuchni.

      — Miewasz koszmary?

      — Nie, proszę pana.

      — A ja tak. Ty zresztą też, jak my wszyscy. Któregoś dnia je polubisz. — mówi i podaje Michaelowi torbę pełną cukierków. — Mówiłem, że coś znajdę.

      — Można je polubić?

      — Kiedy zaczniesz polować, wtedy wszystko się zmienia.

      — Polować? Na co?

      — Na co tylko zechcesz. Ja wyspecjalizowałem się we włamywaczach. Ścieżkę kariery będziesz musiał wybrać sam.

      — Kim pan jest? — pyta gdy mężczyzna łagodnie wypycha go za próg. — Jak pan ma na imię?

      — Michael. Wszyscy mamy tak na imię.

      — Udała się panu podróż?

      — Tak, muszę przyznać, że jestem wyjątkowo zadowolony z mojego pobytu tutaj.

      — Widzę, że zdobył pan pamiątkę. — celnik wskazuje kościstym palcem wiszącą na mojej szyi ozdobę – Wyglądają jak prawdziwe zęby.

      — Prawda?

      — A zdradziłby mi pan gdzie kupił taki fajny naszyjnik?

      — To ręczna robota.



blog comments powered by Disqus