"Mgła na bursztynach"


Ich piękno zachwyca, przytłacza poetów,
Uroku nie odda tysiąc epitetów
.
Rzeźbiarze nie znajdą takiego kamienia,
By złudzić obraz żywego istnienia.

 Nie dojrzysz przecudnej ich głębi na zdjęciu,
Nie odda blasku tego malarzy dziesięciu
Bo jakże może żywe, głębokie otchłanie,
Namazać śmiertelna ręka, zwykłymi farbami.

Zauroczyć Cię mogą od wejrzenia pierwszego
Uwięzić duszę, łaknącą pięknego
Bo ślepy na wszystko nie widzisz jednego -
Anielska uroda we wnętrzu każdego.

 I w Tobie jest także,
Bogactwo a jakże,
Docenić nie możesz?
Zwierciadło pomoże.

 Nie przyćmi ich piękna nieszczęście bliskie,
Nie zdławią uroku sztormowe myśli.
Energia nie ginie i piękno podobnie,
Zmienia swój wygląd i cieszy
.

 Lecz jedna jest w świecie siła zdolna,
Zerwać ich kwiecie i zdmuchnąć ognia.
W jej licu próżno szukać i wglądać,
nie znajdziesz klejnotów w czarnych oknach.

 Zazdrosna o piękno, złakniona oglądać,
Zbiera swe żniwo starucha wyrodna.

Lecz cóż to się dzieje wtedy z lustrami,
Gasną i cichną, ziejąc pustkami.
Materia jest nadal, lecz ducha w niej nie ma,
Zostały narządy i mgliste spojrzenia

 

 Mgła na bursztynach

- Ale jazda - krzyknęła głośno dziewczyna, unosząc do ust szklankę z winem.

Zaczęła wychylać zawartość naczynia jednym duszkiem, a oczy obu mężczyzn siedzących przy stole śledziły każdy jej ruch, jakby chciały wypalić sobie ten obraz na siatkówce i utrwalić go tam na zawsze. Wpatrywali się w jej usta, w których powoli znikał krwistoczerwony płyn, przyglądali szczupłej szyi, rytmicznie przełykającej słodkawą ciecz, wreszcie podziwiali jędrne piersi, stopniowo uwydatniane, gdy coraz bardziej odchylała się w tył.

2

Była ładna. Nawet bardzo. Zdecydowanie bardziej niż pozostałe dwie dziewczyny zajmujące miejsca obok niej. Była ładna, lecz była to ta nowoczesna, krzykliwa uroda, tak aprobowana na dyskotekach i wszelkich zabawach. Jej zgrabne, dziewiętnastoletnie ciało ściśle opinała czerwona sukienka, z głębokim dekoltem i spódniczką jeszcze krótszą od tradycyjnych mini. Miała długie, brązowe włosy, jasną cerę, szczupłą twarz i komplet równych, perlisto białych zębów, które tak często ukazywała w nieustannych salwach śmiechu. Była bardzo atrakcyjna, lecz to, co naprawdę nadawało jej piękno i wyróżniało z tłumu rozkrzyczanych rówieśniczek, to były jej oczy, z racji których wołano na nią "bursztynooka", bądź nawet "anielskooka". Duże, przejrzyste, szczere i tak czyste, jakby rzeczywiście należały do niebiańskiej istoty. Złoto ich bursztynowych tęczówek wspaniale odcinało się od nieskazitelnie śnieżnych białek.

Już jako dziecko usłyszała od babki, że ma oczy jak Pan Jezus w żłobku. To określenie stało się bardzo popularne i wkrótce każdy, kto ją zobaczył zachwycał się dwoma wspaniałymi klejnotami, wyglądającymi z coraz bardziej dojrzewającej twarzyczki.

Lecz to co dawniej było urocze i niewinne, teraz stało się niezwykle skuteczną pułapką na płeć przeciwną. Pułapką, która potrafiła ranić bardziej niż nóż wbity w serce i niepokojąco często tak właśnie działała.

Odstawiła szklankę na stół i zachichotała, ukazując perliste uzębienie.

Znajdowała się w pubie "Koła Przyjemności", na który składały się dwa owalne pomieszczenia: taneczne i siedzące. Zajmowała okrągły stolik, który dzieliła z Malcolmem i Denisem - rówieśnikami, wielokrotnie już spotykanymi w Kołach - oraz z Sarą i Jodi - koleżankami, z którymi często spędzała dyskotekowe szaleństwa.

Muzyka była głośna i szybka. Coś jakby dynamiczne techno z wokalnymi wstawkami DJ-a, nuconymi jednostajnym, monotonnym głosem.

Siedzieli na podwyższeniu, na skraju części siedzącej, a tuż pod nimi tłum nastolatków wił się i skakał, na zmianę podświetlany przez soczyste barwy jaskrawego różu i rażącej zieleni - wielka, jednolita masa prawie nagich ciał, powyginanych i poskręcanych jak na najbardziej fantastycznych obrazach Bosha.

Trwali chwilę w milczeniu, spowodowanym wyczerpaniem się dowcipów Malcolma i Denisa oraz brakiem powodów do śmiechu Beatlice - bursztynookiej. Jodi rzadko mówiła coś z własnej inicjatywy. Zwykle naśladowała chichoty koleżanki i powtarzała to, co już i tak wszyscy znali i słyszeli, w usilnych próbach wpasowania się głębiej w towarzystwo.

Sara natomiast była postacią jakoby całkowicie z innej bajki, przeniesioną tu przy pomocy czarów. Siedziała cicho przy blacie stołu, nie wkładając żadnego wysiłku w asymilację z otoczeniem, ani włączenia się w rozmowy toczone przez przyjaciół. Była niska i drobnokoścista, przez co przypominała swoje młodsze koleżanki ze szkoły podstawowej. Długa, kremowa sukienka starej mody, z pofałdowaną spódnicą do samych kostek okrywała jej niskie i drobne ciało. Nie miała żadnych wcięć, ani dekoltu, co już było ogromnym odstępem od kreacji otaczających ją przedstawicielek płci pięknej, które bardziej przypominały dwa cienkie pasy: jeden biegnący przez klatkę piersiową i drugi przez biodra.

- Potańczyłabym - oznajmiła Beatlice, rytmicznie kiwając głową i zerkając lekko na Denisa.

- Ja pójdę - powiedział ochoczo Malcolm, uśmiechając się do niej.

Beatlice popatrzyła na niego lekko zdziwiona i zmusiła się do uśmiechu, który nawet na tak urodziwej twarzy wyglądał sztucznie.

- Ty? - zadrwił Denis, patrząc na niego pogardliwie. Muzyka była tak głośna, że musieli do siebie krzyczeć. - Ty potknąłbyś się schodząc na parkiet, łamago jedna - dodał, nie zmieniając tonu wypowiedzi.

Beatlice wybuchła śmiechem, gwałtownie odrzucając głowę w tył.

Malcolm zmieszał się i lekko zaczerwienił, lecz w szybkich błyskach kolorowych stroboskopów nie było tego widać.

- Ha-ha-ha - wolno wykpił żart Denisa, gdy Beatlice umilkła wreszcie. - Bardzo śmieszne - powiedział z przekąsem. - To może zdziwi cię, że każda dziewczyna, która ze mną tańczyła - z dumą wymierzył kciukiem we własną pierś - nazwała mnie "królem tańca".

Beatlice znów się do niego uśmiechnęła, lecz tym razem niemal kpiąco.

Ich twarze były nieustannie bombardowane jaskrawymi, szybko zmieniającymi się barwami, a głosy tłumione przez hałaśliwy jazgot, wyrywający się z wielkich, okrągłych głośników, zawieszonych na ścianach.

- No to w porządku, "królu tańca" - zaczęła Beatlice, zmieniając uśmiech na trochę bardziej życzliwy. Malcolm spojrzał na nią i także się uśmiechnął, lecz w jego przypadku był to uśmiech nadziei. - Weź Jodi na parkiet i pochwal się swymi umiejętnościami tanecznymi, a ja pójdę z Denisem. Okay? - zakończyła.

Wstała i trzymając Denisa za rękę skierowała się na parkiet, z gracją kołysząc kształtnymi biodrami, ciasno opiętymi przez krótką, czerwoną spódniczkę.

Uśmiech na twarzy Malcolma ustąpił grymasowi urazy i zażenowania. Spojrzał zakłopotany na Jodi i zająknął się:

- Yyy... - niepewnie wskazał kciukiem na salę taneczną - chcesz?

Jodi patrzyła na niego także zmieszana, lecz po chwili przytaknęła z uśmiechem i wstała, podając mu dłoń.

Powoli schodząc po schodach zanurzyli się w dobrze im znaną, wirującą masę ciał, lecz Malcolm cały czas szedł niepewnie i jakby ociągając się.

Przy stole została pojedyncza, drobna osóbka, której obecności zdawał się nikt nie zauważać. Poza krótkim odprowadzeniem wzrokiem odchodzących, ona także zdawała się nie zauważać, że kogokolwiek ubyło.

 

*  *  *

 

Gdy Beatlice i Denis wrócili do stolika, Malcolm siedział już z powrotem.

- Ale się zmachaliśmy! - entuzjastycznie oznajmiła Beatlice, klapnąwszy na krzesło. Oddychała głośno i szybko - bardzo podniecająco.

Malcolm spojrzał na nią udając obojętnego i znów wpatrzył się w rozświetlany stroboskopami, okrągły blat stołu.

- Pić mi się chce - znów odezwała się Beatlice. - Malc'y, przyniesiesz mi coś?

Malcolm popatrzył na nią szczerze zdziwiony. Czy ona naprawdę nie widzi jak chamsko go traktuje?

- Y... - zaczął, lekko zmieszany, zastanawiając się jakby tu jej wygarnąć tą bezczelność. Skoro sama tego nie zauważyła musiał jej pokazać, że poczuł się urażony odrzuceniem od tańca. Chciał po prostu powiedzieć, niech Denis jej przyniesie, lecz nie zdążył zmaterializować tej myśli, gdyż Beatlice go uprzedziła, przekrzykując hałaśliwą muzykę:

- Nie ważne co. Byle było mokre i ostre - dokończyła i zaśmiała się niemal na całe gardło, co i tak ledwo dało się wyłowić z jazgotliwej mieszaniny dźwięków szybkiego techno.

Malcolm wstał powoli i, już wyrzucając sobie, że się nie przeciwstawił, zaczął odchodzić w stronę baru.

- Mnie też przynieś - krzyknął za nim Denis.

Malcolm spojrzał na niego ostrym, jadowitym wzrokiem, lecz tamten był już zwrócony do Beatlice, która śmiała się głośno, w odpowiedzi na to co do niej mówił.

W jednej chwili poczuł, że ich gorąco nienawidzi i ma serdecznie dość. Lecz w tym samym momencie dostrzegł Sarę, niemo siedzącą przy stole. Drobna, milcząca osóbka, tak skromna i bezbronna, wyglądająca w tym miejscu, jak malutki jacht, unoszący się wśród gwałtownych, sztormowych wód. Tkwiła nieruchomo, wpatrzona we własne dłonie na kolanach, oświetlana przez zieleń i róż, które przybierały ją w fantastyczne kolory. Nagle zdał sobie sprawę, że jest ładna, i to ładna jakimś wewnętrznym, tajemniczym pięknem, tak odmiennym od tego, które reprezentowała Beatlice, do której czuł jedynie pociąg fizyczny. Sarę natomiast chciał poznać od wewnątrz i czuł, że byłoby to poznanie inne niż wszystkie do tej pory, że Sara jest naprawdę wyjątkową i interesującą osobą. Zdziwiło go, że wcześniej się nią nie interesował i że nie próbowali ze sobą nawet porozmawiać.

Może nie jest jeszcze za późno...

 

*  *  *

 

- Co on taki markotny? - zapytała Beatlice, gdy Malcolm już odszedł. - Coś go gryzie, czy co? - skrzywiła się lekko.

- Nie wiem - odparł Denis, wzruszając ramionami. - W końcu to dziwak i ma swoje humory, jak baba w miesiączce - dodał i zaczął się skręcać ze śmiechu.

Beatlice także się roześmiała, mocno odrzucając głowę w tył, jakby usłyszała najlepszy dowcip w życiu.

Muzyka wciąż dziko bębniła, a światła bombardowały salę jaskrawymi kolorami.

- A gdzie Jodi? - zapytała po chwili Beatlice. - W kiblu?

Sara lekko, prawie niedostrzegalnie skinęła głową.

Beatlice parsknęła z pogardą.

- Pewnie poszła poprawić ten swój tragiczny makijaż - uszczypliwie skomentowała. - Widzieliście jak wycieniowała powieki? Coś strasznego! - skrzywiła się, jakby zjadła kilo cytryn.

Właśnie minęła 23:30 i muzyka znacznie spowolniła, cichnąc i przypominając coś, co łączyło hipnotyczny spokój ambientu z długimi i elektrycznymi dźwiękami wolnego trance. Ta wyjątkowa kompozycja stwarzała mistyczny nastrój w całych Kołach i zmieniała ich atmosferę na senno-romantyczną, w której wszystko wydawało się nierealne jak we śnie. Z parkietu zeszła co najmniej połowa tańczących, zostawiając mocno przytulone do siebie, zakochane pary nastolatków, które wolno kołysały się na boki, powoli otaczane przez rzadki dym, wydobywający się spod podłogi. Stroboskopy przestały błyskać w szalonym tempie i świeciły teraz delikatnymi barwami przez kilkanaście sekund, po czym zmieniały się na inny kolor, zazwyczaj niebieski, zielony lub purpurowy. Ich promienie wspaniale rozchodziły się po przejrzystych pasmach dymu, sennie unoszących się w powietrzu oraz fantastycznie barwiły gęstą mgłę, trzymającą się przy podłodze i spływającą wolnymi kaskadami po schodach kapeli.

W Kołach rozpoczynała się "intymna godzina" (która w rzeczywistości trwała niecałe 30 minut), podczas której wszyscy mogli odpocząć i napić się czegoś, by równo o północy znów dać się porwać szalonemu rytmowi techno oraz pogrążyć w wirze spoconych ciał i szybkich oddechów.

Denis i Beatlice cały czas rozmawiali, śmiejąc się co chwilę, gdy niespodziewanie do ich stolika podszedł nieznajomy.

- Witam uprzejmie - przemówił męskim, szarmanckim głosem. - Czy można się przysiąść? - zapytał, wskazując na puste krzesło.

W jednej chwili zapadło milczenie. Wszyscy zamarli w bezruchu, badając go wzrokiem. Jego twarz i ubiór odbiegały od tego miejsca jeszcze bardziej, niż w przypadku Sary. Wyglądał na co najmniej czterdziestolatka, z czarnymi, elegancko przystrzyżonymi włosami i nielicznymi zmarszczkami, na przystojnym licu. Miał na sobie szykowny, czarny garnitur, z białą koszulą pod spodem i brązowo-bordowym krawatem.

- Pewnie, że tak - głośno i radośnie oznajmiła Beatlice.

- Dziękuję - ukłonił się nieznajomy i zajął wolne miejsce. - Znaleźć spokojną przystań, pośród zgiełku tego miejsca, jest niczym szklanka wody dla umierającego na pustyni - powiedział spokojnym, mądrym głosem, który rozsiał wokół niego aurę szacunku.

Beatilce obdarzyła go promiennym uśmiechem, ukazując rząd równych, śnieżnobiałych zębów.

- Tam też są wolne miejsca - wskazał bezczelnie Denis.

Nieznajomy powoli odwrócił głowę, podążając za jego palcem, po czym równie wolno i spokojnie zwrócił się do nich.

- Oczywiście - odparł szarmanckim, płynnym głosem. - Lecz nie w tak doborowym towarzystwie - dodał, patrząc na Beatlice, jakby zwracał się wprost do niej.

Ta zachichotała głośno, odrzucając głowę w tył, ponownie ukazując swe równe uzębienie. Po chwili jednak zamilkła raptownie, zdając sobie sprawę, że nieznajomy wcale się nie śmieje.

- Dziękuję - powiedziała, czerwieniąc się lekko. - Mam na imię Beatlice - dodała.

Nieznajomy kiwnął głową w zamyśleniu, na znak, że przyjął to do wiadomości, i nadal wpatrywał się w nią ciemnymi, nieprzeniknionymi oczami.

Zielony kolor sali ustąpił miejsca głębokiej ciemności, która po chwili znów została rozproszona, tym razem przez błękit.

- Ma pani wspaniałe oczy - przemówił po chwili nieznajomy, nie spuszczając wzroku z Beatlice. W tym świetle jej cera zdawała się jaśnieć jakimś wewnętrznym, śnieżnym blaskiem. - Takie żywe i czyste, niczym najszlachetniejsze diamenty, dojrzewające w łonie ziemi przez miliardy lat - kontynuował lustrując całą jej postać. - Tworzone z samego serca naszej planety, matki i rodzicielki, po to aby były piękne i radowały każdego, kto na nie spojrzy. Nie znające kłamstwa, cierpienia, bólu, ani złości - wolno wymieniał - wieczność trwające w cieple i szczerej miłości - zakończył poetyckim rymem, który zwielokrotnił moc jego wypowiedzi.

Beatlice podniosła wzrok, spoglądając na niego z podziwem i czymś więcej, co ciężko było dostrzec i określić, lecz po chwili znów musiała opuścić spojrzenie, przeszywana nieprzeniknionymi, ciemnobrązowymi tęczówkami nieznajomego. Chyba po raz pierwszy w życiu poczuła się zawstydzona i nieśmiała.

- Ciągle jej to powtarzam - odezwał się Denis. Zazdrość wzbierała w nim coraz bardziej.

Nie uzyskał jednak tym nic, poza kpiącym spojrzeniem bursztynowych oczu, które zdawały się mówić: "Ty? Ty nie potrafiłbyś powiedzieć <>!".

Denis poczuł się zawiedziony i zakłopotany, gdyż opuściła go ta pewność, że Beatlice uwielbia wszystko co on powie i czuł, że coraz bardziej wymyka mu się z rąk.

- Nie wątpię - odparł nieznajomy, z lekkim uśmieszkiem na twarzy i zamilkł, nieustannie wpatrując się w siedzącą naprzeciwko niego Beatlice.

Chwilę trwała głęboka cisza, podczas której jedynym, co docierało do ich uszu, były odprężające dźwięki monotonnego ambient-trance. Kolorowe światła co jakiś czas gasły, zezwalając na krótki triumf mroku, po czym znów przepędzały go pod sufit i po kątach, w nowej, odmienionej barwie.

Nieznajomy zdawał się pochłaniać Beatlice wzrokiem, nieświadomy niczego poza nią. W jego oczach można było dostrzec wręcz pożądanie, które mieszało się z głęboką fascynacją, ukrywane pod maską spokoju i elegancji. Czar tego spojrzenia był jakby połączeniem hipnotyzmu żmiji ze sprytem i powagą wilka. Wydawało się, że nic nie jest w stanie odwrócić od dziewczyny jego uwagi.

W końcu zamknął oczy, jakby zapamiętując bursztynooką, bądź też fantazjując na jej temat. Po chwili uśmiechnął się, lecz bardziej do siebie, niż do kogoś z obecnych, i odwrócił lekko głowę.

- A tobie jak na imię? - zapytał podnosząc powieki.

Sara, na którą patrzył nieznajomy, niepewnie podniosła wzrok, niewiedząc czy to do niej zostało skierowane pytanie.

Światła przygasły i po sekundzie ciemności zalał ich jasny fiolet.

Nieznajomy wciąż spoglądał na nią.

- Sara - powiedziała tak cicho, że ledwo dało się to usłyszeć.

- Sara - wolno powtórzył nieznajomy, z filozoficznym zdziwieniem. Teraz w jego spojrzeniu pojawił się nowy błysk, który, jak wszystko w całej jego tajemniczej osobie, był dworny i nieodgadniony, lecz najbardziej przypominał podziw i szacunek. - Piękne imię - dodał zachwyconym szeptem, wpatrując się w Sarę, tak jak przedtem w Beatlice.

Ta z kolei poczuła rosnącą zazdrość i niechęć do mniej atrakcyjnej koleżanki. Dlaczego nie pochwalił jej imienia? Przecież jest ładniejsze i nie tak pospolite jak "Sara".

- Naprawdę piękne - powtórzył nieznajomy. - Wywodzi się z języka hebrajskiego i znaczy "księżniczka" - powiedział i z przyjemnością obserwował, jak twarz Sary zmienia wyraz na zaciekawiony. - Takie też osoby cechuje - ciągnął dalej, wolno wymieniając - piękne, szlachetne, mądre, wrażliwe, dystyngowane, kulturalne, wyrozumiałe, życzliwe... Można by wymieniać w nieskończoność.

Sara uśmiechnęła się i był to chyba jej pierwszy szczery uśmiech od wejścia do klubu.

Z twarzy Beatlice natomiast promienność znikła całkowicie.

- Zna się pan na imionach - powiedziała ze sztucznym uśmiechem, udając, że jej tym zaimponował. - Co oznacza moje? - zapytała pogodnie, próbując znów znaleźć się w centrum uwagi.

- Nic! - odparł ostro.- Jak ty sama nic nie znaczysz! - dodał z zajadłością żmiji.

Twarz Beatlice stężała. Serce jej stanęło, zimny pot zalał ciało, a oddech zamarł w piersi.

- Nie wszystkie imiona coś oznaczają - powiedział łagodnie nieznajomy i, ocknąwszy się, Beatlice zdała sobie sprawę, że to, co przed chwilą usłyszała, to był tylko wytwór jej umysłu.

Światła znów zgasły, przynosząc chwilę wytchnienia od spojrzeń innych oraz pozwalając na głębszy oddech, mający uspokoić rozszalałe serce.

Gdy ponownie się rozjarzyły, tym razem na zielono, nieznajomy patrzył wprost na nią ciemnymi, szklistymi oczami, z których nic się nie dało wyczytać, lecz to właśnie ta jego tajemniczość i chwilowe milczenie sprawiły, iż wydawało się jej, że wcale się nie przesłyszała i, że nieznajomy sobie z niej kpi.

Ostrożnie spojrzała po twarzach pozostałych osób przy stole, a nie dostrzegłszy w nich nic specjalnego upewniła się, że wszystko w porządku.

- Niektóre wywodzą się od innych imion - kontynuował nieznajomy, z charakterystycznym sobie, powolnym głosem mędrca, nie tracąc przy tym nic z dworskiej aury szacunku, jaka otaczała go od pojawienia się przy stole, a nawet zwiększając ją i wzbogacając o wrażenie niezwykłej wszechwiedzy. - Inne od nazw geograficznych, owoców, kwiatów, a jeszcze inne od zlepek dźwiękowych, jakie wydawał człowiek w okresie niemowlęcym. Niektóre ludy uważają, że matka intuicyjnie wie, jakie imię ma nadać dziecku, tak aby pasowało ono do jego charakteru i przyszłości - przerwał, podążając wzrokiem po twarzach przy stole. Wszyscy siedzieli nieruchomo, niczym zahipnotyzowani, w całkowitym milczeniu słuchając jego wywodu. - Tak więc imiona mogą powiedzieć o człowieku wszystko albo nie wyjawić nic - zakończył i znów utkwił spojrzenie w Sarze, pozwalając sobie na lekki uśmieszek.

Widząc to Beatilce nerwowo zagryzła wargi. Nie udało jej się odwrócić uwagi nieznajomego od tej wrednej zdziry.

Nic! - błądziło jej po głowie, przypominając jak wyraźnie to słyszała. - Jak ty sama nic nie znaczysz! - zupełnie jakby wypowiedział to ktoś przy stole, a była wręcz pewna, że był to nieznajomy. Czy to możliwe, żeby tylko jej się przesłyszało? Ale przecież nikt poza nią tego nie słyszał. Na pewno nie. Zauważyłaby to.

Jej rozmyślania przerwał fakt, że przy stoliku stanął ktoś jeszcze i, że wszyscy patrzą właśnie na niego.

- A to kto? - zapytał stanowczo Malcolm, trzymając dwie szklanki czerwonego wina.

Beatlice popatrzyła na niego zdziwiona.

- Jak to kto? - udała oburzenie. - Mój nowy przyjaciel - puściła zalotny uśmiech w stronę nieznajomego. - Rozmawiamy sobie.

Nieznajomy ukłonił się lekko, nie wstając z krzesła.

- Zajął moje miejsce - oznajmił Malcolm z irytacją i podenerwowaniem.

- I co z tego? - Beatlice lekceważąco wzruszyła ramionami.

Malcolm patrzył na nią chwilę, wzrokiem zimnym jak lód.

- Nic - powiedział przez zęby, nie spuszczając z niej spojrzenia, w którym tkwiła wrogość i pogarda dla całej jej sztucznej i egoistycznej istoty. Nie mógł wprost zrozumieć, jak przez tak długi czas nie zauważył, że skacze wokół zwykłej suki i robi z siebie kompletnego palanta.

- Och, nie bądź dzieckiem - żachnęła się niczym przemądrzała paniusia, czując siłę jego spojrzenia. - Weź krzesło Jodi, pewnie nie wyjdzie już dziś z kibla, albo przystaw sobie jakieś z innego stolika - dodała najbardziej oczywistym tonem, na jaki było ją stać.

Malcolm utrzymywał na niej jeszcze chwilę lodowate spojrzenie, a wyraz pogardy coraz bardziej uzewnętrzniał się na jego twarzy.

- Nie ma takiej potrzeby - wycedził przez zęby. Mocno postawił szklanki na stole, wychlapując część ich zawartości, i stanowczym krokiem ruszył do wyjścia.

Wszyscy obejrzeli się za nim.

- Czy moja obecność tutaj sprowadziła jakieś niefortunne zajście? - zapytał spokojnie nieznajomy, gdy Malcolm zniknął w ciemnym korytarzu.

- Nieee - machnęła ręką Beatlice. - To tylko Malcolm. On nic nie znaczy.

Jak ty sama nic nie znaczysz! - odbiło się echem w jej głowie, z taką siłą i wyrazistością, jakby znów wypowiedział to ktoś z obecnych.

Sara popatrzyła na nią swym naturalnym, spokojnym wzrokiem, po czym przeniosła spojrzenie na nieznajomego.

- Ach tak - rzekł ów w zamyśleniu, wolno pocierając podbródek.

- Poza tym - Denis podjął próbę zwrócenia na siebie uwagi Beatlice - to dziwak i ma swoje nastroje jak baba w miesiączce - skończył i zaczął się skręcać ze śmiechu.

Nikt mu nie zawtórował.

Beatlice popatrzyła na niego pogardliwie, jak na brudnego i cuchnącego lumpa, od którego chciałaby się odsunąć i nie mieć z nim więcej styczności.

Denis dostrzegł po chwili to spojrzenie i ucichł gwałtownie, zmieszany i czerwony ze wstydu. Dwa bursztynowe klejnoty odwróciły się od niego z wyraźnym obrzydzeniem, a ten odchrząknął, zakłopotany i mocno zbity z tropu.

Beatlice znów wpatrzyła się w nieznajomego, próbując odciągnąć jego uwagę od Sary.

Lecz było to niemożliwe.

Nieznajomy patrzył na nią ciemnymi, pożądliwymi oczami, zdając się pochłaniać wzrokiem całą jej istotę. Ta, w przeciwieństwie do swojej koleżanki, wytrzymywała to spojrzenie i wydawało się, że urządzają sobie skrytą, intymną konwersację spojrzeń.

- A panu jak na imię? - zapytała po chwili Sara, wciąż odwzajemniając spojrzenie nieznajomego.

Ten także nie zmieniał centrum swej uwagi, wciąż lustrując Sarę spokojnymi i jakby pożądliwymi oczami. Mogłoby się wydawać, że niedosłyszał pytania, gdyż jego oblicze nie zmieniło wyrazu, z wyjątkiem lekkiego uniesienia się prawego kącika ust, sygnalizującego delikatny uśmiech.

Beatlice aż wrzała. Drażniła ją obecność Sary przy stole. Czy ona zawsze musi wszystko psuć?! Po co te głupie pytania? Jakby nie mogła siedzieć cicho i udawać, że jej tu nie ma - jak zawsze. Akurat teraz musiała się obudzić i wciskać między nią, a nieznajomego!

- Antonio - odparł nieznajomy.

- Włoch? - Sara uniosła brwi.

- Nie w prostej linii.

Zapadła chwila milczenia. Zdawało się, że przy stole siedzi tylko nieznajomy i Sara. Że połączyła ich jakaś ogromna, niewidzialna siła, która nie pozwala im odwrócić od siebie oczu i przyćmiewa wszystko wokół.

- Ale naturalnie moje imię i majątek pochodzą z Włoch - dodał nieznajomy, wciąż wpatrzony w Sarę.

Dość! Tego było już za wiele. Beatlice poczuła, że jeśli nie zadziała natychmiast, to już nigdy nie nadarzy jej się podobna okazja.

- Skoczę przypudrować nosek - powiedziała wstając. - Sara, złotko, pójdziesz ze mną? - zapytała niewinnie.

Ta powoli obróciła głowę, na dźwięk własnego imienia, lecz jej oblicze było nieprzytomne. Po krótkiej chwili zamrugała powiekami i spojrzała na Beatlice nieco żywiej.

- Mhm - kiwnęła głową.

 

*  *  *

 

Zaraz po tym jak odeszły od stolika głośny okrzyk DJ-a oznajmił wszystkim, że "intymna godzina" dobiegła końca i głośniki znów huknęły basami, talerzami, elektrycznymi grzechotkami i innymi im podobnymi dźwiękami sztucznego, komputerowego techno, a stroboskopy ponownie rozszalały się dzikimi barwami, błyskającymi w zawrotnym tempie.

Beatlice szybkim krokiem prowadziła Sarę przez słabo oświetlony, wąski i zadziwiająco długi korytarz Kół Przyjemności. Mocno ściskała jej nadgarstek, co chwila boleśnie go wykręcając. Była wyższa od swej koleżanki o co najmniej dwie głowy, co sprawiało wrażenie, jakby ciągnęła młodszą siostrę, która niezgrabnie dreptała za nią małymi kroczkami. Na pogrążonych w mroku, zamalowanych grafitti mijanych ścianach odbijały się różnokolorowe błyski dyskoteki, wrzącej za ich plecami.

Beatlice nacisnęła klamkę damskiej toalety i mocno wepchnęła Sarę do środka. Głośno trzasnęła drzwiami i niewielkie pomieszczenie, oświetlone dwoma na wpół przepalonymi świetlówkami, z których jedna co chwilę mrugała, wypełniał tyko dźwięk wolno kapiącej wody i odległe, przytłumione basy.

- Co ty wyprawiasz smarkulo?! - wydarła się Beatlice.

Sara patrzyła na nią nic nie rozumiejącymi, zlęknionymi oczami.

- Tam, na sali! - krzyczała Beatlice, wskazując ręką w stronę "koła siedzącego". - Co ty sobie wyobrażasz, do ciężkiej cholery?!

Sara nadal się nie odzywała, nie rozumiejąc swej rozmówczyni i czując coraz większą obawę o własne bezpieczeństwo.

- Że możesz go uwieść? - nie ustępowała Beatlice. - Czterdziestolatka? Daj spokój - żachnęła się pogardliwie. - Ty nigdy nie miałaś mężczyzny, gówniaro! Nawet nie wiedziałabyś jak się zachować - przerwała wskazując na siebie kciukiem. - A ja wiem o co mu chodzi. Znam takich jak on. Starzy, bogaci, znudzeni tą samą kobietą od 20 lat. Przychodzą do takich klubów i podrywają nastolatki, chcąc sobie pofolgować z młodocianą i wręczyć jej pokaźną sumkę. Ale nie są delikatni i oczekują profesjonalizmu - przerwała, odgarniając włosy, które podczas gwałtownej wymowy zsunęły się jej na twarz. - Tak, wiem - uśmiechnęła się jadowicie - ty też się tego domyślałaś i miałaś chętkę na jego wielkiego ptaszka. Tak? A może dawanie dupy jest dla ciebie czystą formalnością i zależy ci tylko na górze forsy? Co? Zgadłam? Czy panna "hebrajska księżniczka" przychodzi do klubu, żeby się puszczać ze zboczonymi staruchami? O to chodzi?

Sara milczała, patrząc na nią nieobecnymi oczami, które powoli nabrzmiewały od cisnących się do nich łez.

- Oprzytomniej wreszcie! - wykrzyknęła Beatlice zdenerwowana jej milczeniem i dziecinnie niewinnymi oczami. Chwyciła Sarę za ramiona i zaczęła nią energicznie potrząsać, dając upust swej złości. - Czy ty mnie w ogóle słyszysz?! - krzyczała przy tym.

- Puuuuść mnie - wystękała z wysiłkiem Sara, usiłując uwolnić się z mocnego uścisku.

Beatlice odepchnęła ją gwałtownie, tak, że tamta poleciała na umywalkę, mocno uderzając się w biodro.

- Proszę bardzo! - wykrzyknęła Beatlice. - Nie trzymam cię! Nawet cię nie lubię! To ty przyczepiłaś się do mnie, jak dziwka do latarni - powiedziała i wskazała ręką w stronę wyjścia z klubu. - Idź precz! Nikt cię tu nie chce! Nie masz tu czego szukać!

Sara tkwiła nieruchomo, tak jak została odepchnięta - przy ścianie z wielkimi, popisanymi na czarno lustrami, obolałym biodrem przywierając do małej umywalki. Oczy miała spuszczone w dół, lecz i tak było widać zbierające się w nich łzy, które lada moment przeleją się przez zaporę delikatnie podkreślonych tuszem powiek.

Beatlice patrzyła na nią z pogardą i skrzywieniem wrogości.

- Po co jak cię ciągnęłam na te wszystkie dyskoteki? - zapytała dokuczliwie, czekając tylko na wybuch płaczu małej beksy. - Chyba tylko po to, żebyś zrobiła z siebie kompletną kretynkę i żeby wszyscy cię znienawidzili - powiedziała ze "słodką" zapalczywością.

Sara nadal stała z rękami opuszczonymi wzdłuż tułowia, lecz po jej policzku popłynęła gorzka, samotna łza. Nie wydała z siebie szlochu, ani nie podciągała żałośnie nosem, lecz Beatlice była już usatysfakcjonowana.

- Idę tam - oznajmiła głośno. - Idę i zajmę się profesjonalnie Antonim, tak jak tego oczekuje - powiedziała i przymrużyła oczy, przybierając wrogą minę. - A jeżeli jeszcze raz spróbujesz z nim flirtować, jeśli jeszcze raz wyskoczysz z tymi swoimi głupimi pytaniami, to cię po prostu zabiję, ty głupia suko.

Wyszła z toalety, wpuszczając do środka głośną muzykę, po czym trzasnęła drzwiami, znów pozostawiając tylko ciche kapanie i urywane bzyczenie mrugającej świetlówki.

Sara odwróciła się przodem do umywalki i nie mogąc już dłużej powstrzymać łez cisnących się jej do oczu, odkręciła kurek i zaczęła zmywać delikatny makijaż.

Była roztrzęsiona i nie myślała logicznie. W ogóle nie zastanawiała się co robi. Pochylała się, nabierała wody w dłonie, tarła nimi twarz i podnosiła głowę do lustra, patrząc, czy już zmyła to świństwo, które piekło łzawiące oczy. Potem jeszcze raz, i jeszcze, i znowu, i jeszcze jeden.

Przy którymś z kolejnych zobaczyła w lustrze otwierające się drzwi kabiny, a przy następnym Jodi, stojącą za nią, z zatroskanym wyrazem twarzy.

- Jeśli cię to pocieszy - powiedziała wahając się - to wiedz, że nigdy jej nie lubiłam.

Sara nadal przemywała twarz, jakby jej nie słysząc.

Jodi chwilę milczała, skrępowana, z oczami utkwionymi w popękanych płytkach podłogi, po czym kontynuowała przykrym i łamiącym się głosem:

- Chodziłam z nią na imprezy... chyba z tego samego powodu co ty - przerwała i zaczęła miąć bluzkę na szyi, niczym dziecko przyznające się do kłamstwa. - Nuda w domu, nuda poza domem - kontynuowała, wciąż patrząc na brudną fugę między kafelkami. - Chęć oderwania się od nauki, bycia modną i lubianą... sprzeciwienia się starym... Chęć odnalezienia się w tym wszystkim! - uniosła się lekko i jej głos załamał się, zdradzając, że jest bliska łez.

Sara nie przerywała wykonywanej czynności, z tym że już nie podnosiła się do lustra, tylko cały czas pochylona tarła twarz.

- A ona? - kontynuowała Jodi. - Była podła. Najbardziej podła, ze wszystkich których znam. Widziałaś jak dzisiaj się zachowała? Jak potraktowała mnie i Malcolma? To była najbardziej poniżająca rzecz jaka mnie w życiu spotkała. Czułam się jak ochłap! - ponownie załamał się jej głos, coraz bliższy płaczu. - Jak aktor drugoplanowy albo statysta. Zatuszowałam to uśmiechem, ale wewnątrz aż wyłam z żalu. Malcolm był tak skołowany, że tańcząc potykał się o własne nogi. Robił to z konieczności, cały czas przeżywając ośmieszenie i odrzucenie Bey. - Załkała cicho, wstrząsana dreszczem ni to złości, ni żalu. - Nie mogłam potem spojrzeć mu w oczy. Nikomu z was. Dlatego siedziałam tu, w samotności przeżywając złość i ośmieszenie.

Przerwała, ponownie targana bezgłośnym szlochem. Jej także po policzkach pociekły łzy, przyklejając do skóry opadające na twarz długie blond włosy. Po chwili przypomniała sobie początek wypowiedzi i zaczęła go kontynuować:

- Chodziłam z nią... bo tak wyszło. Bo nie było nikogo innego. Bo przez pewien czas myślałam, że będziemy przyjaciółkami. Potem...? Potem chodziłam... chodziłam, bo miałam nadzieję, że się odnajdę w tym wszystkim. Nie wiedząc jak się zachowywać, co robić, mówić, kiedy się śmiać, po prostu ją naśladowałam. - Przerwała, znów wstrząsana płaczem. Podniosła wzrok na lustro. - Teraz już całkowicie nie wiem co robić - powiedziała z żałosną rezygnacją, jakby prosząc o radę.

Sara zakręciła cieknącą wodę i wyprostowała się, patrząc swymi ciemnymi, brązowymi tęczówkami prosto w zwierciadlane odbicie zielonych oczy Jodi. Ta miała płaczliwy wyraz twarzy, z czerwonymi, nabrzmiałymi powiekami i grubymi spuchniętymi wargami. Ona sama także nie wyglądała najlepiej. Zimna woda nie przyniosła oczekiwanych rezultatów i tylko rozmazała ciemny tusz do rzęs, tworząc purpurowe cienie wokół jej oczu.

Odwróciła się od popisanego czarnymi mazakami lustra i znów popatrzyła koleżance w oczy.

- Wracaj do domu - powiedziała spokojnie, z łagodnością i autorytetem godnymi jej imienia, po czym wyszła z toalety, zostawiając Jodi samą wśród przytłumionych odgłosów dyskoteki, buczącego mrugania przepalonej świetlówki oraz cichego kapania nieszczelnego kranu.

 

*  *  *

 

- Więc jest pan Włochem? - bardziej stwierdziła niż zapytała Beatlice, wróciwszy do stolika.

Denis i nieznajomy siedzieli, jak siedzieli, w milczeniu spoglądając na nią.

- Można tak powiedzieć - krótko odparł nieznajomy.

- Super! - oznajmiła entuzjastycznie, kiwając głową w rytm szaleńczej muzyki. - A gdzie to?

Nieznajomy nawet nie drgnął, lecz jego oczy zmieniły wyraz na pobłażliwy.

- Na południu - odparł po chwili wpatrywania się w różowe, żółte i czerwone, rażące odblaski na jej twarzy i włosach.

- Bomba! - wykrzyknęła, wciąż podrygując na krześle w rytm zawrotnego tempa głośnego techno.

Siedzieli chwilę w milczeniu. Po rozprawieniu się z Sarą, Beatlice znaczenie poprawił się humor, lecz wcale nie było tak pięknie, jak to sobie wyobrażała. Nieznajomy wcale nie patrzył na nią, tylko na ludzi w koło - siedzących, tańczących, mijających ich stolik, popijających coś przy barze.

Denis także milczał. Lecz on patrzył tylko i wyłącznie na Beatlice, uśmiechając się i strojąc miny, które zawsze ją bawiły. Dziś jednak nie skutkowały.

- I jakie są Włochy? - nie ustępowała Beatlice.

Nieznajomy wolno wyprostował się na krześle i popatrzył na nią z uśmiechem - uśmiechemdobrotliwego dziadka, który odpowiada na banalne, dokuczliwe pytanie swej wnuczki.

- Moja droga - zaczął. - Zwiedziłem wiele krajów Europy i nie-Europy i o wszystkich mogę powiedzieć, że były piękne. Włochy, Hiszpania, Anglia, Francja, Grecja, Brazylia, Argentyna... Wszystkie były wspaniałe i dozgonnie zachwyciły mą duszę. Każdy kraj był inny, każdy naród odmienny. Każde państwo zaskoczyło mnie czymś nowym. Każdy skrawek ziemi był cudownie unikalny i różny od poprzednich, że nie sposób opowiedzieć tego, co się czuje, gdy przemierza się te tereny i widzi to wszystko. Tego nie da się opisać słowami żadnego z ludzkich języków. O świecie można rzec jedno - świat trzeba zwiedzić - skończył i utkwił w niej zamyślone spojrzenie, a jego twarz znów przybrała dawny wyraz niby skupienia, niby fascynacji, lecz cały czas pozostająca tajemnicza i nieodgadniona.

Twarz Beatlice natomiast rozpromieniła się, ukazując komplet równych, perlisto białych zębów.

- A gdzie panna Sara? - zapytał po chwili nieznajomy.

Radość Beatlice znów zamarła. Nie mógł zapomnieć o tej szmacie!

- A - machnęła ręką. - Chyba źle się poczuła. Zdaje się, że poszła do domu.

Nieznajomy wciąż przeszywał ją parą ciemnych, kasztanowych oczu, które przez moment przypominały kota koncentrującego się na swej ofierze, wpatrzonego w cel i całkowicie nim pochłoniętego.

- Oczywiście - rzekł po chwili z dawnym spokojem i galanterią.

Znów zapadło milczenie, a trójka osób przy stole siedziała nieruchomo, zalewana kolorowym światłem stroboskopów, mrugających w zawrotnym tempie. Denis zauważył, że nieznajomy zainteresował się Sarą i miał dużą nadzieję, że teraz Beatlice jest już tylko jego. Lecz widział także, że ona nie widzi jego. Uśmiechała się do nieznajomego, który znów wpatrywał się w nią z tym swoim spokojem, udając dżentelmena, lecz on doskonale wiedział, że to jakiś dziwak i ostatni zboczeniec.

Chwilę jeszcze trwało milczenie i tym razem to Denisowi wydawało się, że nieznajomy i Beatlice urządzają sobie potajemną pogawędkę spojrzeń.

W końcu jednak nieznajomy przerwał tę przewlekłą ciszę przy stole:

- Cóż... - zaczął, powoli wstając. - Dziękuję za czas mile spędzony w tak wyśmienitym towarzystwie, lecz, niestety, muszę was opuścić. Limuzyna czeka, a poza tym zapach tytoniu i głośna muzyka źle wpływają na moje samopoczucie.

Ha, ha! - pomyślał Denis. - Stary pierdziel w końcu nie wytrzymał tempa "Kół"! I dobrze ci tak, ty perwersyjny draniu! Obyś dostał wylewu zaraz za drzwiami! Ha, ha!

- Mogę się zabrać z panem? - zapytała Beatlice i także wstała.

Denisowi prawie opadła szczęka.

- Mieszkam daleko, a śnieg pewnie jeszcze nie przestał padać - tłumaczyła Beatlice.

Nieznajomy uśmiechnął się lekko.

- Nie, zostań - zaoponował Denis, także podrywając się na nogi. - Przyjechałem "citrem" i odwiozę cię kiedy zechcesz.

Beatlice spojrzała na niego niechętnie.

- Nie... - zaczęła opornie. - Wiesz co? Lepiej odwieź Jodi, pewnie gdzieś się tu kręci. Ja też mam już dość - przyłożyła dłonie do skroni, krzywiąc lekko twarz w grymasie zmęczenia. - Głowa mnie rozbolała. Lepiej pojadę z panem Antonim.

Denis poczuł się teraz jeszcze bardziej głupio, niż dotychczas, lecz tym razem obudziła się w nim otwarta nienawiść do Beatlice. Tyle razy już robiła z niego kretyna... Usiadł z powrotem, czerwieniejąc ze złości, czego nie można było dostrzec w kolorowych błyskach stroboskopów. Uniósł wrogie spojrzenie jeszcze raz i ostanie co dostrzegł, nim Beatilce odeszła, to grymas nieznajomego, przypominający uśmiech wędkarza, obserwującego rybę chwytającą za haczyk.

Wypił zawartość obu szklanek, przyniesionych przez Malcolma i siedział markotnie, czując się zraniony i odrzucony. Jak ona mogła, suka jedna? Jeszcze godzinę temu razem tańczyli, obejmowali się i śmiali wespół. Wtedy gotów był zrobić dla niej wszystko. A teraz? Teraz nie pofatygowałby się nawet, żeby z niej zakpić.

Sam nie wiedząc dlaczego, powiódł wzrokiem po okalającym go tłumie. Właściwie już nawet nie miał ochoty podrywać nikogo nowego. Na pewno nie dziś. Był zbyt zdruzgotany i zmęczony. Odechciało mu się amorów.

Wodził wzrokiem od twarzy do twarzy, od sylwetki do sylwetki i wtedy właśnie, pośród tłumu dostrzegł Sarę, przeciskającą się ku wyjściu. W tej jednej, krótkiej chwili uświadomił sobie, że jest bardzo ładna i że chciałby ją poznać bliżej. Taka drobna, delikatna i na pewno czuła. Że też wcześniej nie zadał sobie trudu, żeby z nią porozmawiać i umówić się gdzieś we dwoje. Ciekawe czy ona zraniłaby go tak samo jak Beatlice? Czy ośmieszyłaby go przed przyjaciółmi i zostawiła samego dla jakiegoś nadzianego starucha? Ile on mógł miećlat? 40? 45?

 

*  *  *

 

Szybkie techno było na tyle głośne, że przytłumione uderzenia basów bębniły nawet przed klubem, nad którego wejściem setki małych żarówek co rusz gasły i zapalały się. Imitowało to szaleńczy bieg światełek po elektrycznej tarczy sloganu, który wabił do pubu tłumy nastolatków, niczym rozgrzany wolfram chmary ciem łaknących światła.

Eteryczne płatki śniegu powoli opadały z ciemnego, nocnego nieba na kilkunastocentymetrową, delikatną warstwę białego puchu, okrywającego chodnik i posępne, nieruchome samochody stojące na parkingu.

Metalowe drzwi skrzypnęły głośno i z niskiego budynku Kół Przyjemności wyszły dwie smukłe postacie, obejmujące się i całujące namiętnie. Podeszły do mniej ośnieżonej, długiej limuzyny i wsiadły do środka.

Nieznajomy dwukrotnie puknął w czarną przegrodę, oddzielającą ich od kierowcy i silnik cicho zapalił, wyprowadzając pojazd na samotne ulice pogrążonego we śnie Sztokholmu.

Siedzieli bokiem, na miękkim siedzeniu, w którym można się było zapaść, a ich usta prawie nie odrywały się od siebie.

Beatlice myślała, że będzie musiała wykazać się śmiałością i sama rozpocząć miłosną grę, lecz nieznajomy okazał się dobrze rozeznany w temacie. Błądził chłodnymi dłońmi po jej rozpalonym ciele, wywołując rozkoszne dreszcze. Podsuwał przy tym jej sukienkę w górę i w dół, pobudzając całe ciało. Masował jej dziewczęce, nagie uda, tak wspaniale kształtne i gładkie, zbierając z nich niewielkie kropelki roztopionego śniegu. Pieścił jędrne pośladki, które przy każdym dotyku zdawały się prosić o więcej namiętności i wdzięcznie dziękować z każdym jej okazaniem. Dotykał drżącej skóry pleców, ciepłych i aksamitnych, wyznaczających smukły zarys jej młodej i delikatnej talii. Wreszcie uciskał sprężyste piersi, odsłonięte przez duży dekolt czerwonej sukienki, obnażający soczystą, mleczną skórę i ciemne, wiśniowe sutki.

Czuła się wspaniale. Po prostu cudownie. Zapomniała gdzie się znajduje i z kim. Nie myślała już o jego pieniądzach. Oczyściła się ze wszystkich myśli, całkowicie mu oddając i pogrążając w rozkoszy nadzwyczajnych pieszczot. Pozwoliła, by fala ekstazy rosła coraz bardziej, pochłaniając ją i wciągając w serce tego głębokiego cyklonu namiętności.

Poczuła, że jego usta odrywają się od niej i westchnęła lekko, gdy silne dłonie zanurzyły się w jej brązowych włosach. Delikatnie odchylił jej głowę do tyłu i zaczął składać pocałunek za pocałunkiem na smukłym atłasie jej nagiej szyi.

Prąd rozkoszy przebiegł po plecach Beatlice i wśród przyspieszonego oddechu dało się słyszeć damskie westchnienie oraz delikatny jęk przyjemności.

Usta nieznajomego całowały każdy punkt szyi bursztynookiej, pobudzając dziewczynę coraz bardziej i przynosząc jej coraz większe uniesienie. W pewnym momencie ujął delikatny kark mocniej i złożył pocałunek tak namiętny, tak głęboki i tak niewiarygodnie przenikający, że poczuła jak jej ciało tężeje i wygina się do tyłu w sztywny, napięty łuk. Gwałtownie nabrała powietrza i aż krzyknęła z rozkoszy. Przeszywający orgazm był najwspanialszą rzeczą, jakiej kiedykolwiek doświadczyła. To było coś, co nie każdemu się zdarza. Coś, co wprawia w namiętne drżenie nie tylko ciało, lecz przenika całą ludzką istotę, owładając myślami i sięgając aż do serca duszy. Ekstaza eksplodowała od samej szyi, prosto od ust, kurczowo do niej przyciśniętych, i rozlewała się po całym delikatnym i ponętnym ciele Beatlice, bezbronnym teraz i całkowicie poddanym woli nieznajomego. Jej rozkosz była przeolbrzymia i nie słabła nawet pomimo stopniowo ubywającej krwi.

Powoli zaczęła odczuwać rosnący chłód w nogach, lecz to nie miało żadnego znaczenia, bo szyja aż tryskała błogim zaspokojeniem.

Głowa Beatlice z wolna zaczęła opadać w tył, wraz z sennie przymykającymi się, szybko drgającymi powiekami. Mrowiejący bezwład ogarnął całe jej kształtne i atrakcyjne ciało, ostatecznie odbierając jakąkolwiek możliwość ruchu i przypieczętowując los przesądzony od chwili, gdy wyszła z Sarą do toalety.

Nieznajomy wciąż trwał z ustami kurczowo przyciśniętymi do szyi Beatlice, spijając jej młodość i rozbrajając tę wyjątkowo niebezpieczną pułapkę, która podczas jednego wieczoru potrafiła zranić co najmniej cztery osoby.

Niezdolna do świadomego myślenia, nie odczuwająca już żadnej części swego odrętwiałego ciała, zgubiona przez własną pychę i bezwzględność, Beatlice zapadła się w wieczne omdlenie, a delikatne, ledwo uchwytne ssanie było ostatnią rzeczą jaką słyszała.

 

*  *  *

 

Limuzyna zatrzymała się przy krawężniku i powoli otworzyły się tylne drzwi. Na moment spokój sennie padających płatków śniegu naruszyło bezwładne ciało, wyrzucone z samochodu z nadludzką siłą. Z luźno przekrzywioną głową i swobodnie rozrzuconymi kończynami przeleciało prawie 10 metrów, wpadając między stare kamienice, i wylądowało na górze czarnych worków na śmieci.

Drzwi zatrzasnęły się cicho i limuzyna ruszyła pustą ulicą, zostawiając za sobą ciało młodej dziewczyny, z bursztynowo-złotymi, anielskimi oczami, pusto wpatrującymi się w niebo, przesłoniętymi przez siwą mgłę śmierci.

Byczeń
sierpień 2002



blog comments powered by Disqus