Nawet na Marsie niektórym tylko d... w głowie
Czyste science-fiction powstaje coraz rzadziej. Co rozumiem przez czyste s-f? To po prostu bardzo możliwa wizja przyszłości naszej planety w przeciągu, powiedzmy, następnych stu, może dwustu lat. Dzielni ludzie penetrujący zakątki kosmosu w swoich statkach-łupinach, przypominających pierwsze żaglowce przebywające bezmiar oceanu. Tylko że tutaj naprzeciw odkrywców staje bezmiar kosmosu i surowe warunki panujące na innych planetach. No a gdzie człowieka ciągnie najbardziej, odkąd jeden z przedstawicieli ludzkości, a potem kilku jeszcze innych postawiło nogi na najbliższym nam ciele niebieskim (choć tak naprawdę to srebrnym)? Na Marsa oczywiście. Przyjrzyjmy się zatem, jak taką podróż wyobraził sobie Ben Bova, zasłużony dla gatunku science-fiction pisarz.
Głównym bohaterem „Marsa” jest James Fox Waterman, geolog, pół-Indianin. To w głównej mierze na nim i wydarzeniach z nim związanych poznajemy historię pierwszego lądowania człowieka na czerwonej planecie. Muszę zaznaczyć, że poznajemy ją dwutorowo. W przeplatających się ze sobą w miarę równomiernie rozdziałach bierzemy udział w lądowaniu i wszystkich działaniach kosmonautów stąpających po Marsie oraz w przygotowaniach do misji, które ciągnęły się długie lata, a ich zasięg obejmował całą starą, dobrą Ziemię.
Lądowanie na czerwonym globie oraz badania prowadzone z powstałej tam bazy obejmują dość szeroki zakres naukowy. Wszyscy są skupieni na swych zadaniach i tylko główny bohater zadaje sobie wciąż pytania w rodzaju „Co ja tu robię?”, „Dlaczego akurat ja się tutaj znalazłem?”. Oczywiście nie obyłoby się bez napięć pomiędzy członkami ekspedycji, którzy najpierw przez prawie dwa lata przebywali w ciasnych pomieszczeniach statków kosmicznych, a teraz nareszcie mogą zacząć robić coś, do czego zostali wysłani tak daleko od domu.
Przygotowania do lotu to znowu opis poszczególnych faz szkolenia, jakie musiał przejść każdy. Waterman nie spodziewa się, że zostanie zakwalifikowany do lądującej drużyny, ani nawet do zespołu zapasowego, przygotowanego tak na wszelki wypadek. Nie chcąc zdradzać za bardzo fabuły powiem, że udaje się mu dostać na powierzchnię Marsa, a będzie temu towarzyszyć kilka całkiem ciekawych perypetii.
Mocną stroną powieści jest technika. Nie jest ona oderwana od rzeczywistości, raczej stanowi jej twórcze rozwinięcie i prawdopodobną wizję tego, jak miałaby ona wyglądać. Opisy przygotowań, podróży i badań planety również. Postacie zarysowane są w ciekawy sposób. Jako, że jest to misja międzynarodowa, autor pozwolił sobie na wymieszanie kilkunastu narodowości. Zrobił to tak, że przedstawiciel danej nacji odzwierciedla jej przysłowiowe cechy. Rosjanie są dumni i wyniośli, główny bohater, jak przystało na prawdziwego Indianina, małomówny i zamyślony, a anglik flegmatyczny. Spotkanie takich charakterów na niewielkiej przestrzeni podczas podróży i badań owocuje wieloma zgrzytami oraz tarciami.
W tym całym tyglu nie pasuje mi tylko Anthony Reed, lekarz wyprawy. Poza stereotypową dla mieszkańców Albionu flegmą, wykazuje niezwykłe zainteresowanie jedną z uczestniczek wyprawy. Nie byłoby to wielkim problemem, gdyby nie fakt, iż po paru razach, kiedy zastanawia się on, jak zaciągnąć ją do łóżka, zaczyna to być męczące. W każdym kolejnym fragmencie, w którym się pojawia, czytelnik z góry może przewidzieć, jakim torem będą biegły jego myśli.
Jeśli przymknie się oko na ten mały mankament, pozostanie nam solidna powieść s-f w stylu, do jakiego przyzwyczaił nas Artur C. Clarke swoimi odysejami kosmicznymi. Och! Zapomniałem powiedzieć, czy znaleziono życie na Marsie! Nie! Tego Wam nie zdradzę! Musicie przeczytać książkę!
Droga przez Układ Słoneczny: Mars #1 - Mars
Autor: Ben BovaWydawnictwo: Solaris
Miejsce wydania: Olsztyn
Wydanie polskie: 10/2003
Wydawca oryginalny: Bantam Books
Rok wydania oryginału: 1992
Seria wydawnicza: Droga przez Układ Słoneczny
Liczba stron: 497
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-88431-59-5
Wydanie: I
Cena z okładki: 39 zł
Sklep
Forum