Recenzja książki "Dominium"

Autor: Bartosz Czartoryski
Korekta: Sonia Miniewicz
1 listopada 2009

Powoli jak żółw, ociężale, ruszyła machina wydawnicza ospale. Wydaje się,  że jej tryby raz wprowadzone w ruch nie mają zamiaru się  zatrzymać. Lindqvist, Laimo, Maberry, Keene, Little – kolejne pokolenie autorów literackiej grozy przybyło do Polski dzięki wydawnictwu Amber i przypuszcza szturm na księgarskie półki. Przed dwudziestoma laty, wprowadzając u nas dzieła Grahama Mastertona czy też Jamesa Herberta, Amber zasłużył na dozgonną wdzięczność rodzimych fanów horroru, stawiających swoje pierwsze kroki w świecie zepsutego kapitalizmu. Jednak ci sami ludzie nie zapomnieli także koszmarków wydawniczych nawiedzających miejskie biblioteki, wśród regałów których buszowali maniacy spragnieni zachodnich straszydeł, a nazwiska Josepha Citro i Jamesa V. Smith Juniora wywoływały grozę nie mniejszą niż wampiry z miasteczka Salem. U schyłku pierwszej dekady XXI wieku warszawskie wydawnictwo podejmuje kolejną walkę o hegemonię na rynku literatury niesamowitej i wszystko wskazuje na to, że ma sporą szansę na zwycięstwo.

Nie oznacza to tym samym, że Dominium Bentleya Little’a to książka bez wad, przez którą mknie się jak sportowym samochodem po autostradzie. Z propozycji Amberu, do tej pory chyba tylko proza Lindqvista wykracza poza ramy konwencjonalnej powieści grozy, lecz czy zarzut niejakiej schematyczności i nieoryginalności ma jakiekolwiek zastosowanie w krytyce pisarza, który sam o sobie mówi „facet od horrorów”? Co więcej, rozwiązania fabularne zaprezentowane w Dominium wydają się być kopiowane z premedytacją przez jedną z największych stacji telewizyjnych w Stanach Zjednoczonych w ich sztandarowej produkcji wampirycznej, co mimo wszystko jest tożsame z nobilitacją prozy Little’a w kręgu kultury popularnej. 

Pojęcie kulturowego recyklingu nieco zdewaluowało się w epoce ryczącej postmoderny, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone, a stare historie można dowolnie zmieniać: Czerwony Kapturek pożera złego wilka, a anioł z diabłem są kumplami od kieliszka. Żerowanie literatury niesamowitej na dorobku kultury światowej prowadzi do wielu nadużyć, lecz wśród zalewu grafomanii można wyszperać tytuły godne uwagi, jak chociażby dzieła Gaimana, Newmana czy wspomnianego już Mastertona. Do tej swoistej mozaiki Little dorzuca swoje trzy grosze i bierze się za grecką mitologię. 

Dion, protagonista powieści, to cichy i inteligentny nastolatek, obarczony  odpowiedzialnością  za matkę, która nie stroni od alkoholu i przygodnych kochanków. Chłopak nie może nigdzie zagrzać miejsca, bowiem April zmienia pracę nader często, a wraz z nią adres. Problemy emocjonalne wynikające z jego sytuacji rodzinnej wydają się przerzucać na makabryczne sny o kazirodczym zabarwieniu.

Drugą postacią centralną jest Penelope, córka kilku kobiet, które nazywa matkami, domniemana lesbijka i szkolny outsider. Losy Diona i Penelopy są ze sobą odgórnie powiązane, a ich spotkanie od lat zaplanowane przez siły potężniejsze niż uczucie, które w sobie rozwiną.

Imię  głównego bohatera, wraz ze zdradzoną informacją na temat obecności w książce greckich mitów, nie pozostawia złudzeń, co do tego, kto będzie w Dominium głównym antagonistą. Aczkolwiek, mimo starań autora, fabuła często wydaje się pretekstowa, Little lubuje się bowiem w opisywaniu niezwykle sugestywnych scen przemocy (dziwnym trafem skupiającej się głównie na okaleczaniu genitaliów) i wydaje się, że reszta jest jedynie tłem dla niczym nieskrępowanej krwawej orgii. Użycie tego ostatniego słowa nie jest przypadkowe, gdyż powieść Amerykanina wręcz ocieka seksem i różnorakimi aberracjami. Przekrój wszelakich zboczeń napotykanych podczas lektury jest nader imponujący i może zaskoczyć, bo rzadko kiedy przystępujemy do lektury spodziewając się czytać o wykorzystywaniu seksualnym kobiet w śpiączce, okaleczaniu ciała podczas stosunku, o nekrofilii i zoofilii nie wspominając. Jednak niesprawiedliwością byłoby stwierdzić, że Dominium to tylko i wyłącznie gore łamane przez perwersję. Little z łatwością kreśli przekonujące portrety głównych bohaterów, nadając im ludzkie rysy, przez co czytelnik ma wrażenie obcowania z żywymi ludźmi, a nie papierowymi wycinankami. Co więcej, postaci drugoplanowe są równie rozbudowane, nawet jeśli pojawiają się w książce tylko po co, by zostać uśmiercone na następnej stronie. Niezaprzeczalnie widać w tym wpływ mistrza i kolegi autora Dominium, samego Stephena Kinga, który wziął Little’a pod swoje skrzydła służąc radą i, oczywiście, reklamą.

Co udowodnił  już poprzednio w wydanym u nas Instynkcie śmierci, Bentley Little umie opowiadać historię, którą czyta się jednym tchem. Niestety, równie łatwo można zapomnieć o tym, co się czytało. Autor Dominium nie ma ambicji swojego wielkiego kolegi po fachu, by wyjść poza gatunkowe ramy, wręcz przeciwnie – doskonale czuje się w klatce, którą sam dla siebie skonstruował! Pomimo zaangażowania antycznej mitologii, ciekawie zarysowanego wątku obyczajowego i sprawności warsztatowej Little’a, z Dominium zapamiętuje się głównie krew i spermę. Książka cierpi na syndrom niedbałego wyważenia składników, przez co słabsze elementy wypierają mocniejsze, ale cóż… „facet od horrorów” nie mógł przecież napisać psychologicznego thrillera czy obyczajowej powieści grozy. A szkoda. Mimo wszystko wydawnictwu Amber należą się oklaski za wprowadzenie na nasz rynek nazwiska Bentley Little, które reprezentuje lekturę stosunkowo łatwą, aczkolwiek przemyślaną i mocną. Wygląda na to, że nowe propozycje warszawskiego wydawnictwa będą godnymi następcami pamiętnej  serii Amber Horror.

Dominium

Autor: Bentley Little
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 2/2009
Tytuł oryginalny: Dominion
Rok wydania oryginału: 1995
Liczba stron: 312
Format: 150x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324132942
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,80 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus