Recenzja książki "Pociąg upiorów"
Nieodłącznym elementem kultury popularnej z kręgu anglosaskiego są „urban legends”, zmyślone historyjki, które pewnie mają w sobie ziarnko prawdy. Jakkolwiek by nie było, słynny aligator z kanałów jeszcze nikogo nie ugryzł, morderca z hakiem nie zabił, a widmowy pociąg nie przyjechał na stację. „Miejskie legendy” powoli przyjmują się i na naszym gruncie, badane i wzbudzające zainteresowanie w coraz większym stopniu, w pozornie niepasującej do nich rzeczywistości Europy środkowowschodniej, czego dowodem jest wydanie u nas książki Marka Barbera "Legendy miejskie". Złośliwy mógłby rzec, że gdyby Bentley Little, który w swoim „Pociągu upiorów” korzysta z jednego z mniej znanych nam mitów popkultury, stał na byle jakiej stacji w Polsce, czekając godzinami na opóźniony skład Polskich Kolei Państwowych, nigdy nie napisałby tej powieści. Wszak nie może być ona straszna dla zaprawionych w bojach polskich podróżników.
Little, kokietując czytelników samozwańczą etykietką „faceta od horrorów”, w swoich publikacjach dotyka niezwykle szerokiego spektrum tematów. Wydane wcześniej, również nakładem wydawnictwa Amber, „Instynkt śmierci” i „Dominium” to, odpowiednio, mroczna opowieść kryminalna utrzymana w poetyce grozy oraz dziwaczny, wielopoziomowy twór, korzystający chyba z każdego źródła literackiego, jakie Little trzyma na półce. Oddając jednak pisarzowi sprawiedliwość, przyznać trzeba, że autor „Pociągu upiorów” przejawia talent narratorski powyżej przeciętnej, jego światy wciągają, bohaterowie mają przyjazne czytelnikowi twarze i serca, a między okładkami powieści dzieją się rzeczy niepokojące, brutalne i straszliwe.
Problem z najnowszą wydaną w Polsce powieścią Little'a jest prozaiczny: jest mniej niepokojąco, mniej brutalnie i mniej strasznie. Decydując się na wykorzystanie motywu widmowej lokomotywy, pisarz z pewnością uderzył we wrażliwą strunę Amerykanów, której dźwięk dla ucha polskiego czytelnika brzmi głucho. Straszne powiastki o nawiedzonych pociągach są domeną Wielkiej Brytanii i właśnie Stanów Zjednoczonych, gdzie kolej odegrała niebagatelną rolę w budowie nowego świata czy industrialnej rewolucji. Zbudowana za oceanem rękoma tysięcy „importowanych” Chińczyków, na swoich kołach i zwrotnicach, jest zaplamiona krwią – przynajmniej według Little'a. W Polsce nigdy nie było tak rozbudowanej sieci kolejowej, a koszmarem z nią związanym, prócz monstrualnych opóźnień, była tragedia transportów więźniów do obozów koncentracyjnych w czasie drugiej wojny światowej. Eksploatacja drażliwego tematu nie wchodzi w grę, jeśli chodzi o zabawę w horror, więc co może wystraszyć polskiego czytelnika? Widmowa lokomotywa brzmi jak nieśmieszny żart lub przepisanie na nowo i wydłużenie do niebagatelnych rozmiarów jednego ze scenariuszy do serialu animowanego o przygodach Scooby-doo. „Pociąg upiorów” trafia w naszym kraju w pustkę, brak nam kontekstu historycznego, a sam pomysł jawi się jak kuriozum z innego świata, niczym nawiedzona czarka herbaty w "Kwaidanie" Lafcadio Hearna.
Bentley Little nie decyduje się tak jak „japoński Grimm” przybliżyć nam kulturowych niuansów. Daje za to kolejną, po „Dominium”, mieszankę pomysłów – tym razem lekko kwaśną. Autor korzysta z konstrukcji fabularnej charakterystycznej dla jego kolegi i wielbiciela, Stephena Kinga. Pozornie niepowiązane są wątki świeżo upieczonej studentki, potomka chińskich emigrantów, strażnika naturalnego dziedzictwa narodowego oraz, powtarzający się w twórczości Little'a, samotnej matki i jej syna. Wspólnym mianownikiem dla nich wszystkich będzie upiorna lokomotywa, która przetacza się po Stanach Zjednoczonych, w pewnej chwili niszcząc nawet Biały Dom. Każdy z bohaterów odczuwa jej obecność w inny sposób, co jest pretekstem dla autora, by mógł popuścić wodze wyobraźni. Studentce przyjdzie powalczyć z motywem rodem z Lovecrafta – czarną pleśnią, esencją negatywnych emocji i uczuć, które obca substancja zaszczepia w ludziach. Matka i syn natrafią na zły dom, nawiedzany przez ducha bogatego dewianta, mieszkającego niegdyś w okolicy. Strażnik spotka seksualne upiory, reminiscencje sukubów, które wysysają (dosłownie!) jego siły życiowe wraz z nasieniem. Wreszcie, jak każe nam napisać polityczna poprawność, Amerykanin azjatyckiego pochodzenia umożliwi nam spojrzenie na drugą stronę barykady, jadąc jako pasażer pociągu z umarłymi.
Będący miszmaszem idei, lecz spójny stylistycznie „Pociąg upiorów” wykorzystuje topos odwiecznej zemsty zza grobu, wyciągającej łapska po dzieci i wnuki tych, którzy zawinili. Trudno jednak dywagować, czy Little jest sumieniem całego narodu, a przedstawiony w książce punkt widzenia literacką formą bicia się w pierś z okrzykiem „mea culpa”, gdyż w powieści chodzi o grozę, przynajmniej w teorii. Autor próbuje, coś tam niby tryska, dla odmiany krew częściej niż sperma, ale i jednego, i drugiego jest zbyt mało po tym, do czego autor przyzwyczaił czytelnika w „Dominium”. „Pociąg upiorów” to zminiaturyzowany Little (sic!), jakby ugrzeczniony, a przez to rozczarowujący. Rezygnując ze skrajnego bestialstwa i bezkompromisowego seksu, "facet od horrorów" nie postawił tym samym na atmosferę, stopniowo budowany nastrój narastającego niepokoju. Świeży horror z Amberu to nie strzał z moździerza, lecz kapiszon z dziecięcej zabawki. Niedoskonałości dramaturgiczne wynikające z niekonsekwentnej wizji pisarza są zbyt zauważalne, niczym szyny rozchodzące się nagle w dwie różne strony. Pewnie na nich wykoleił się „Pociąg upiorów”.
Pociąg upiorów
Autor: Bentley LittleWydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 8/2009
Liczba stron: 272
Format: 150x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324134526
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,80 zł
Sklep
Forum