Recenzja książki "Hellequin. Jeźdźcy z piekieł"

Autor: Fenris
Korekta: Bool
30 lipca 2009

XIV wiek, południowe rubieże Anglii. Niewielka i zapyziała wioska rybacka Hookton, zbyt mała, aby choćby zainteresować piratów z Francji. W jej malutkim kościele podobno znajduje się jedna z najświętszych relikwii chrześcijaństwa – włócznia świętego Jerzego. Niewielu o tym wie, a według miejscowego księdza tak jest lepiej zarówno dla wioski, jak i świata. Z tej miejscowości pochodzi główny bohater, Thomas, syn duchownego, który zamiast iść śladami ojca i uczyć się w Oxfordzie, wolałby dzierżyć w ręku ukochany łuk… i Jane, dziewczynę z pobliskiej tawerny. Wszystkie marzenia i plany Thomasa obracają się w perzynę w święta wielkanocne, kiedy ktoś jednak postanawia przeprowadzić rajd na wioskę. Nie jest to zwykła grabież, lecz celowy atak z zamiarem wykradnięcia świętej włóczni. Cała mieścina zostaje utopiona we krwi, giną bliscy Thomasa, a on, poczuwszy buzowanie krwi w żyłach po posłaniu paru kuszników na tamten świat, przysięga umierającemu ojcu, że odzyska broń świętego Jerzego. Pchany żądzą zemsty, wstępuje pod sztandary króla Anglii, Edwarda III, by szerzyć śmierć i zniszczenie w Bretanii, gdzie szybko zapomina o ojcu i przysiędze. Reszty fabuły nie zdradzę, choć napomknę, że, jak przystało na tom należący do „Trylogii świętego Graala”, pojawi się na kartach książki legenda o cudownym kielichu, osławieni katarzy i spiskowcy, chcący odzyskać dawną chwałę za pomocą relikwii. Czas ruszać na wielką przygodę!

Z tym tylko zastrzeżeniem, że przez ładny kawałek – ba! porządny kawał! – tekstu będzie trzeba zachować cierpliwość, może nie anielską, ale jakakolwiek nada się. Pierwsza część trylogii pióra Bernarda Cornwella rozkręca się z mozołem, rzucając bohatera w wir dłużących się i przewidywalnych sytuacji. Nie żebym męczył się przez owe strony, ale moje zaciekawienie utrzymywało się na poziomie letnim. Książka nabiera rozpędu gdzieś w okolicach oblężenia Caen, wtedy fabuła dostaje rumieńców, mamy zwroty akcji, a czytelnika nachodzi syndrom jeszcze jednego rozdziału, gdyż poprzedni kończy się ładnym „cliffhangerem”. Z powyższą przemianą związany jest również stosunek czytelnika do głównego bohatera. Na początku, już po tym, jak akcja przeniesie się na południe Francji, Thomas jest wyjątkowo antypatycznym typem, którego trudno polubić. Przed bitwą o Caen troszkę zmienia się i wydaje się wtedy bardziej ludzki, bliższy, coraz mniej w nim chama. Rzecz jasna, nie spodziewajmy się tutaj wielowarstwowego opisu doświadczenia przemiany bohatera, nic z tych rzeczy! Fani głębokiej psychologii postaci będą zawiedzeni. Jest to także problem całej książki, a konkretniej – postaci przewijających się na jej stronach. Sprawiają wrażenie mało żywych, nieco płaskich, wywołują mało emocji. Stawia się także kliszę przed czytelnikami – ci dobrzy są ładni, natomiast źli prezentują się szpetnie (chyba, że mowa o głównym czarnym charakterze, który również musi być piękny, choć przesiąknięty niegodziwością do szpiku kości). Bynajmniej nie przeszkadza to w lekturze, lecz autor mógł się pokusić o zboczenie z utartej drogi. Na szali minusów postawiłbym jeszcze takie sobie dialogi. Język i styl pisania są poprawne, ale nic ponadto – ot, solidna, rzemieślnicza robota, żadnych barakowych dziwactw; nie przeszkadza, ani nie zachwyca.

Trochę powieść zganiłem, nieco pochwaliłem, ale na koniec zostawię sam miód. Mottem książki jest wypowiedź Jana II Dobrego, króla Francji: „[…] stoczono wiele śmiertelnych bitew, pomordowano wielu ludzi, ograbiono kościoły, wygubiono dusze, zgwałcono młode kobiety i dziewice, pohańbiono stateczne matrony i wdowy […]”. I w tym aspekcie Cornwell przoduje. Po pierwsze, bardzo dobrze prezentuje zachowanie i mentalność pospolitych żołdaków, którzy tworzyli trzon armii angielskiej. To pospolity motłoch, banda tępych mężczyzn, mających za nic wiarę i stojące za nią przekonania, a tym bardziej zapowiedzi srogich mąk piekielnych. Dla nich liczy się pełny brzuch, obfita grabież, gwałt i broczenie we krwi wroga oraz alkoholu (kolejność dowolna). Podobnie jest z samym grabieżami – dostajemy wierny opis piekła na ziemi, gdzie dla pokonanych nie ma litości, a los kobiet w wiekach średnich jest po prostu przerażający! Zapomnijcie o dworności, kurtuazji i pojęciu honoru! Na dokładkę autor serwuje syczące opisy bitew i potyczek, z wisienką na torcie, czyli bitwą pod Crécy, która również jest zwieńczeniem książki i pewnego etapu w życiu głównego bohatera, a zarazem punktem wyjścia dla następnej przygody.

„Hellequin. Jeźdźcy z piekieł” to książka odrobinę nierówna, z mozołem rozkręcająca się, ale koniec końców obfitująca w akcję i przygody. Posiada nieco papierowych bohaterów, lecz rekompensuje to tłem historycznym i ukazaniem z dbałością o szczegóły mentalności ludzi z obu stron Kanału La Manche w XIV wieku. Ciężko mi jednoznacznie ocenić recenzowaną pozycję, widzę w niej więcej zalet niż wad. Podsumowując, ostrożnie polecam ją wszystkim miłośnikom przygód w średniowieczu, a sam optymistycznie zapatruję się na następną część, „Wagabundę”, licząc, że będzie w niej więcej tajemniczości związanej z poszukiwaniem świętego Graala.

Trylogia świętego Graala #1 - Hellequin. Jeźdźcy z piekieł

Autor: Bernard Cornwell
Wydawnictwo: Erica
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 10/2008
Tytuł oryginalny: Grail Quest: Harlequin
Rok wydania oryginału: 2000
Liczba stron: 400
Format: 145x205 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 978-83-89700-75-9
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,90 zł


blog comments powered by Disqus