Recenzja książki "Wichry archipelagu"

Autor: Sir Alexander
Korekta: Zunia
28 stycznia 2012

www.sklep.gildia.pl
Bradley P. Beaulieu. Wichry archipelagu.
Dostępność: 24h
Cena: 37,80 zł  42,00
dodaj do koszyka

Teoretycznie, wszyscy wiemy jak wygląda – i jak wyglądać powinien – żaglowiec, prawda? Stępka „na dole”, solidne burty wokół i kilka masztów po przeciwnej stronie wody, na nich zaś rozpięte „pranie”, a więc żagle. Proste i skuteczne, od tysięcy lat nie wymyślono nic szczególnie rewolucyjnego w tej dziedzinie. Owszem, próbowano: a to deski zastąpiono jakimiś paskudnymi kompozytami, a to rozmnożono kadłub, a to silnik dodano… Wszystko to proch i pył w porównaniu z wizją Bradleya P. Beaulieu. Pan ten bowiem kazał żaglowcom latać! Jasne, powiecie, było i to, przynajmniej w literaturze. Ale czy rzeczywiście zdarzyło się Wam czytać o statkach mających po kilkanaście masztów sterczących nie tylko – jak Bóg przykazał – ku niebu, lecz i w boki czy nawet w… dół? No właśnie: jak mawiają, to w detalach diabeł jest pogrzebany. „Wichry archipelagu” jawią się jako bardzo nietuzinkowa fantastyka, a fruwające żaglowce stanowią zaledwie jeden z kilku wyznaczników owej niezwykłości. Wszystko już było, acz Beaulieu jakimś cudem wpadł na pomysł, który pozwolił mu z banalnych składowych stworzyć bardzo niebanalne dzieło.

Młody Nikandr Jarosław Kałakow nie ma wielu powodów do zadowolenia. Lada chwila zawrze małżeństwo sprokurowane przez jego ojca, księcia Kałakowa i będzie musiał zerwać ze swoją wieloletnią kochanką, Rehadą, kobietą w której jest szczerze zakochany. Na domiar złego… umiera. W jego organizmie zalęgła się tajemnicza choroba, zwana wyniszczeniem,  która konsekwentnie, dzień po dniu, odbiera mu siły i czyni z niego cień człowieka. Wszystko to jednak nic wobec kłopotów, które czekają na niego w najbliższej przyszłości. Wraz z przybyciem narzeczonej, Atiany Wostroma i jej ojca, Żabina, nakręcony zostaje mechanizm, którego uruchomienie doprowadzić może do zagłady całego świata. Przeciwko książętom panującym na wyspach wystąpili Maharraci, potomkowie dawnych mieszkańców archipelagu. Wewnętrzne, dworskie machinacje i podstępy nałożą się na rozpalające się powstanie. W walce wszystkich ze wszystkimi skrzyżuje się pradawna magia, ogień muszkietów i dział, a niebo będą pruły skrzydlate żaglowce i polujące na nie żywiołaki, przyzwane z równoległego świata.
 
Latające statki – od tego warto rozpocząć, ale polski Czytelnik bardzo szybko dostrzeże kolejne fenomeny, których na kartach „Wichrów archipelagu” nie brakuje. Weźmy choćby kwestie językowe. Przyzwyczajeni jesteśmy do anglicyzmów, ewentualnie do kuriozów lingwistycznych wydartych prosto z krtani umierającego potwora (naczelna zasada: dużo apostrofów oraz liter „h” i „s”, czasami także „v”, byle stawianych wbrew logice), natomiast Beaulieu sięgnął ku dziewiczym zasobom… lingua russa. Tak, tak, w tej powieści rządzi język rosyjski, choć bywają momenty, że określenie „rządzi” stanowczo nie ma pokrycia. Zapewne dla przeciętnego Amerykanina kontakt z mową Puszkina i Gogola stanowi unikatową przyjemność, a przez to tym cenniejszą. Tyle, że Amerykanin zapewne nie będzie zbyt dobrze znał potencjalnych znaczeń poszczególnych wyrazów. I tutaj pojawia się zgryz, bowiem miejscowość „Wołogród” można przełknąć, ale czy imię potężnego i nieco demonicznego księcia (jednego z głównych bohaterów książki) powinno brzmieć… „Żabin”?
 
Zabawne rusycyzmy stanowią pewną barierę w lekturze, lecz oddać należy hołd pisarzowi, który bardzo odważnie wykroczył poza sztywne i stosunkowo ciasne szablony językowe gatunku. To warto docenić, a i gwoli prawdy, nawet ów „Żabin” w pewnym momencie przestaje przeszkadzać, kiedy już wtopi się w doskonałą narrację i porywające tempo powieści. Bezsprzecznie, zalety przeważają nad wadami, jak nie przymierzając, rosyjscy żołdacy nad obrońcami Reduty Ordona. Historia opowiedziana przez Beaulieu wciąga i hipnotyzuje, wprost nie można się nią nasycić! Satysfakcja gwarantowana (aczkolwiek, zwrotu pieniędzy nie obiecuję). To jedna z tych pozycji, które z dużą dozą prawdopodobieństwa zapadną w pamięć czytającego, może nawet odświeżą miłość do fantastyki. Sprawny warsztat, garść genialnych pomysłów i zaklęty w słowach strumień dynamicznej akcji, a wszystko to w książce, która jest debiutem twórcy. Czego chcieć więcej?
 
Może ideału? Albo czegoś bardziej do niego zbliżonego. „Wichry archipelagu”, choć zasłużyły sobie na wysoką ocenę i niejedno klaśniecie w dłonie, zaliczyły także kilka wpadek, które choć nie deprecjonują wartości książki, to należy o nich wspomnieć. Niektóre z tych błędów mają swoje źródło – zapewne – w błędnym tłumaczeniu (na przykład wyrażenie „nie pochodzi znikąd” użyte w okolicznościach właściwych dla „pochodzi znikąd”), przyczyn innych można upatrywać w niestarannej redakcji (ulubiona fraza: „I oto ujrzała obsadzony wojskami zbliżający się szybko tętent kopyt”). Początkujący autor pogubił się także nieco w konstrukcji bohaterów – Nikandr, choć chłopina z niego sympatyczny, tkwi w cieniu swoich kobiet. To Atiana i Rehada są najjaśniejszymi postaciami w tym panteonie, a i kilku herosów drugiego planu przykuwa więcej uwagi niż młody arystokrata. Wszystko to jednak detale – choćby ich było dwa razy więcej, żaden nie powinien zniechęcić do lektury „Wichrów archipelagu”. A zatem, książka w dłoń i niechaj strielcy, hezany i eter ogarną Was na dobre…
 

Wichry archipelagu

Autor: Bradley P. Beaulieu
Tłumaczenie: Marek Pawelec
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 9/2011
Tytuł oryginalny: The Winds of Khalakovo
Seria wydawnicza: Prawdopodobnie najlepsze książki na świecie
Liczba stron: 640
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788376489186
Wydanie: I
Cena z okładki: 42 zł


blog comments powered by Disqus