"Trzy smoki"


SMOK PIERWSZY

 

Za oknem hulał wiatr, tnąc strugami deszczu o szybę. Jak zwykle o tej porze siedzieliśmy przy kominku wsłuchując się w huczenie ognia i opowieść Dziadka. Zawsze po kolacji Dziadek opowiadał nam różne historie. Dziś mówił o smokach.
-Ludzie mają bujną wyobraźnię i lubią wymyślać niestworzone rzeczy - Dziadek oparł dłonie na kolanach.- Legendy o smokach powstały w starożytności...
- Dziadku...- zacząłem, ale ten nie zwrócił na mnie uwagi.
-...kiedy to ludzkość obawiała się nieznanych zjawisk i tajemnic przyrody. Wtedy bardzo chętnie ludzie wyobrażali sobie zło pod postacią potworów.
-Ale... - przerwałem.
-Nie przeszkadzaj - Dziadek spojrzał na mnie surowo.- Smoki były właśnie takimi potworami. Wielkimi, straszliwymi istotami o tułowiu węża, skrzydłach nietoperza i paszczy, z której ziały ogniem.
-Takim gorącym jak ten?- Spytała przestraszona Arina wskazując na płomienie w kominku.
-Nawet jeszcze gorętszym. Tak mówiąlegendy - odparł dziadek z uśmiechem. Moje dwie pozostałe siostry popatrzyły z niedowierzaniem na płonące w kominku polana.
-Smoki nadlatywały nad wsie, pożerały bydło, konie a czasami nawet ludzi. Zdarzało się, że wyjątkowo odważny i bezczelny smok porywał księżniczki z zamków. Wtedy do walki z nim stawali dzielni rycerze...
-Ale dziadku... - odezwałem się ponownie, pragnąc dojść do głosu.
-Zamilcz wreszcie, papudraku zafajdany!- rozeźlił się Dziadek.- Skoro nie chcesz słuchać, marsz na górę, do łóżka!- jego dłoń wymownym gestem pokazała mi schody.
Wstając zobaczyłem, że Arina, najwyraźniej zadowolona, pokazała mi język. Głupia dziewucha. Ruszyłem skrzypiącymi schodami na górę. Wziąłem świeczkę, palącą się na stoliku i wszedłem do swej komnaty. Postawiłem świeczkę na komodzie i stanąwszy na środku pokoiku zacząłem się rozglądać. Wkrótce dostrzegłem parę żółtozłotych punkcików w najciemniejszym rogu sufitu. Siedział na krokwi. Wyciągnąłem dłoń i zacząłem go wołać.
-No nie bój się, chodź. No chodź, mały.
Po chwili zdecydował się i zeskoczył z belki. Poszybował w moją stronę i zrobiwszy dwa kółka dookoła mnie, machając szybko swymi błękitnymi skrzydełkami, usiadł na dłoni.
Smok. Malutki, nie większy od gołębia, z lśniącą, niebieską łuską na tułowiu i złotą na brzuchu. Przekrzywił lekko głowę i popatrzył na mnie swymi oczyma. Spojrzałem w jego wrzecionowate, czarne jak noc za oknem, źrenice.
-I ty masz ziać ogniem?- powiedziałem cicho.- Pożerać krowy i porywać księżniczki?
Jakby na potwierdzenie moich słów, ziewnął ukazując swój czerwony języczek, po czym zerwał się i odfrunął w swoje ulubione miejsce, na ramę starego lustra. Tam ułożył się wygodnie, ziewnął raz jeszcze i zamknął oczy.

SMOK DRUGI

 

Góry Mroku były najbardziej na zachód wysuniętym pasmem Wyspy. I chociaż ich zbocza i doliny nie były tak mroczne jak sugerowałaby nazwa, to jednak niewielu odważyłoby się zagłębić w kręte wąwozy tych gór. W tak odosobnionym miejscu, za pomocą magii, wzniósł swoją siedzibę najpotężniejszy czarodziej wyspy - Belearius. Jego zamek lśnił bielą ścian na najwyższym szczycie Gór Mroku - Czarnym Garbie.
Słońce powoli kończyło swą wędrówkę, chyląc się ku horyzontowi. W gasnących promieniach dnia, ku Czarnemu Garbowi podążało kilkudziesięciu mężczyzn. Przybywali piechotą, konno lub na grzbietach olbrzymich orłów. Belearius właśnie tego wieczora zaprosił wszystkich magów Wyspy do swego zamku. Co potężniejsi pojawiali się w obłoku dymu lub błyszczącej kuli i witali ukłonem gospodarza, który siedząc na tronie, odwzajemniał ukłon i wskazywał miejsca przy stole zajmującym dziedziniec.
Kiedy tarcza słońca dotknęła horyzontu a większość miejsc była już zajęta, Belearius wstał, gestem uciszył zebranych i rozpoczął przemowę.
-Rad jestem niezmiernie, że zechcieliście, szanowni przyjaciele, przybyć dziś w me skromne progi. Chciałbym zapoznać was z plonem moich badań i poszukiwań prowadzonych w ciągu ostatnich pięciu lat. Otóż chcę stwierdzić autorytatywnie, iż smoków nie ma.
Lekki szmer przeszedł po dziedzińcu. Magowie, nieco zdziwieni, spojrzeli na gospodarza. Ten kontynuował:
-Wywód mój poprę dowodami. Otóż...
-Przepraszam... - zebranych na dziedzińcu doszedł niski, przejmujący głos. Co niektórzy unieśli głowy i otworzyli usta ze zdziwienia. Belearius jednak mówił dalej.
-...otóż jak sami wiecie, światem rządzi prawo trzech żywiołów. Podług niego każde stworzenie zbudowane jest z dwóch substancji. Tak człowiek jest owocem połączenia wody i ziemi, podobnież pies, koń i wszelakie istoty żyjące na lądzie. Ptaki mają w sobie żywioły powietrza i ziemi, ryby powietrza i wody. A smoki? Powszechnie uważa się, że są połączeniem ziemi, powietrza i ognia. Uważam to za czysty absurd, bo czyż ogień przysypany piaskiem nie gaśnie? Można się spierać, iż powietrze jest potrzebne do istnienia ognia ale na dłuższą metę twierdzenie to nie wytrzymuje krytyki...
-Przepraszam, że przerywam ale.. ja istnieję, co więcej, od kilku chwil przysłuchuję się tym wywodom - niski głos dobiegł z wysokości murów. Belearius uniósł głowę i w żółtoczerwonym blasku zachodzącego słońca dojrzał czarny kontur siedzącego na blankach stworzenia. Stworzenia przypominającego bez wątpienia smoka.
-Co to za niewybredne dowcipy?- zagrzmiał gospodarz.- Kto cię tu zaprosił i kim ty właściwie jesteś?
-Mam na imię Silvar. Jestem smokiem - stwór rozpostarł skrzydła błyskając srebrem swych łusek.
-To niemożliwe - odparł Belearius.
-A mimo to jestem tutaj - smok uśmiechnął się z lekkim szelmostwem w oku.
Gospodarz zasępił się. Kątemoka dostrzegał pierwsze uśmieszki zgromadzonych magów. Faktycznie, na murach jego zamku siedział najprawdziwszy smok. I nagle Belearius doznał olśnienia. Spojrzał w górę i rzekł:
-No, prawie dałem się nabrać. Bardzo dobry dowcip - roześmiał się nieco sztucznie.- Ale teraz kolego bądź łaskaw wrócić do swej prawdziwej postaci, usiąść na którymś z wolnych miejsc i przyłączyć się do naszej dyskusji.
-Nie mogę. To jest moja prawdziwa postać - odparł smok.
-Och, nie wygłupiaj się - zdenerwował się gospodarz.- To przekracza granice dobrego smaku.
-Kiedy ja naprawdę jestem smokiem...
Belearius zwrócił się do jednego z najbliżej siedzących magów:
-Przyjacielu, użyj zaklęcia przywracającego prawdziwą postać i odczaruj tego dowcipnisia. Mnie się nie godzi - dodał ciszej.
Czarodziej wyszeptał kilka słów i z jego dłoni trysnęła różnokolorowa poświata. Smok jednak nadal siedział na murach.
-Panie - rzucił czarodziej do Beleariusa.- Nie dasię go odmienić. To prawdziwy smok.
-Niemożliwe. Spróbuj jeszcze raz - gospodarz powoli tracił zimną krew. Po dziedzińcu zaczęły rozchodzić się ciche szmery i śmiechy rozbawionych zajściem gości.
Mag ponowił zaklęcie. Bez skutku. Pełnym rozpaczy wzrokiem spojrzał na Beleariusa. Ten warknął tracąc panowanie nad sobą:
-Skoro to rzeczywiście smok, to do cholery zaczaruj go tak, żeby zmienił się w cokolwiek, co smoka nie przypomina!
Mag rzucił zaklęcie, które smugą magicznej energii pomknęło w kierunku zaskoczonego Silvara. Rozległ się głuchy huk i z chmury rozwiewającego się dymu wyfrunął srebrnopióry gołąb. Zatoczył krąg nad dziedzińcem i zniknął lecąc gdzieś na północ.
Uspokojony Belearius usiadł na swym tronie i odezwał się:
-Tak więc, jak nadmieniłem na samym początku, smoków nie ma...

SMOK TRZECI

 

Pogoda od samego ranka nie była najlepsza. Ciemne chmury ciągnęły się bez końca na zachód, wiał zimny, ostry wiatr. Lato kończyło się, ustępując chłodnej i słotnej jesieni. Jednak dla mnie, jednego z "wilków pogranicza" nie był to koniec roboty. Pracowaliśmy, o ile nasze zajęcie można nazwać pracą, do pierwszych śniegów, kiedy to kupcy i podróżni przestawali jeździć południowym traktem. Zaszywaliśmy się wtedy w jakimś kącie i czekaliśmy na nadejście wiosny.
Prowadziłem akurat dwa wozy kupieckie i kilku przygodnych podróżnych. Koło południa z chmur lunął deszcz. Na szczęście niedaleko był jeden z kilku rozsianych na szlaku zajazdów, dotarliśmy więc do niego przemoczeni, marząc o szklanicy grzanego piwa.
W zajeździe "Czterdziesta mila" było ciepło i przytulnie. Ulewa zagnała tutaj nie tylko nas, ale i grupę rębaczy - najemników oraz samotnego wędrowca, który wraz z pokaźnym kuflem zaszył się w kącie świetlicy i najwyraźniej unikał wszelkich rozmów.
Kiedy smażona kiełbasa i dwie kolejki piwa poprawiły nieco nasze humory, jeden z rębajłów, najstarszy wiekiem i doświadczeniem, zaczął snuć opowieści z różnych stron świata i z różnych wojen. Wkrótce otoczyła go pokaźna grupka słuchaczy. Jedynymi, którzy pozostali na swych miejscach byłem ja i nieznajomy z rogu świetlicy.
-... powiadam wam, roznieśliby nas w puch, gdyby nie kawaleria hrabiego. Przybyli w ostatniej chwili - mówił najemnik sącząc od czasu do czasu piwo - Innym razem to szliśmy na węża bagiennego, który nie dawał żyć trzem wsiom. Namęczylim się sporo aleć w końcu bydle poszło do piachu. To była zabawa!
-Tak dużo mówicie, wszędzie byliście - odezwał się jeden z kupców - ale czy kiedykolwiek widzieliście smoka?
-Smoka?- rębacz osuszył kufel i z hukiem odstawił na ławę.- Toć smoków już nie ma. Ostatniego usiekli paladyni z pół wieku temu. Od tego czasu nigdzie nie widziano tych bestii. Pewnikiem tamten był ostatni.
-To, że nikt ich nie widuje, nie znaczy, że ich nie ma - odezwałem się unosząc piwo do ust.- Te głupie to może i rzeczywiście wybili ale myślę, że mądrzejsze unikają spotkań z ludźmi.
-Aleć co tam gadacie - odparł najemnik nalewając sobie nowy kufel.- Smoki zawsze były głupie. I właśnie dlatego ludzie je wytłukli. A te opowieści o smoczej magii to między bajki włożyć.
-Myślę jednak, że nie wytłukli - rzekłem kiwając w stronę karczmarza. Przede mną pojawił się dzban grzanego piwa - Pewnie żyje ich jeszcze kilka, gdzieś w górach na północy.
-Toć smok nie trawa, żreć musi - przerwał mi najemnik. Starł sobie piwną pianę z sumiastych wąsów - Jakąś krowę czy choćby owcę musi raz na jakiś czas porwać. A przecie od dawna nie było słychać, by coś takiego się wydarzyło.
-Niech ci będzie - uśmiechnąłem się - Ale gdyby przyszło ci zmierzyć się z takowym stworem, zdzierżyłbyś?
-Ba, co miałbym nie zdzierżyć!-rębacz dumnie wypiął pierś.- No, może nie sam - zreflektował się.- Ale samotrzeć to bym łacno usiekł gada.
Rzuciłem ukradkowe spojrzenie ku mężczyźnie siedzącemu w kącie. Uśmiechał się lekko, obserwując najemnika. Zacząłem zastanawiać się, kto zacz, ale nie zdobyłem się na to, by podejść do niego. Coś zatrzymywało mnie na miejscu.
Późnym popołudniem deszcz przestał padać. Zza chmur, rozpędzanych przez wiatr wyjrzało pomarańczowe słońce. Jego promienie wpadały przez szyby do świetlicy rzucając słabe odblaski na drewniane ściany.
Nieznajomy pierwszy opuścił gospodę. Ruszyłem za nim, chcąc go zagadnąć ale zanim dotarłem do drzwi na zewnątrz rozległ się jakby trzepot wielkich skrzydeł i w gospodę uderzył podmuch wiatru.
Kiedy wyszedłem przed budynek po nieznajomym nie było śladu. Tylko jego ciemnoszary płaszcz leżał w błocie przed wejściem. Gdy jednak spojrzałem w stronę zachodzącego słońca, bez trudu dostrzegłem majestatycznąsylwetkę szybującego smoka. Jego skrzydła powoli biły powietrze. Oddalał się, z każdą chwilą malejąc coraz bardziej, aż w końcu zniknął gdzieś za horyzontem.

 

KONIEC

 

Bydgoszcz ' 95

 

 

SMOK CZWARTY (i ostatni)

 

Nad miastem kończył się dzień. Robert wrócił do domu, zdjął kurtkę, buty rzucił w kąt i ruszył do kuchni. W mikrofalówce czekał obiad, komunikator migotał czerwoną diodą.

-Starej jak zwykle nie ma - mruknął niezadowolony. Podszedł do komunikatora i wcisnął przycisk odtwarzania. Z mikrofalówki wyjął papkę, zwaną syntetycznym spaghetti i zaczął jeść, wsłuchując się w głos matki.

-Cześć, synku. Musiałam jechać do Kopenhagi na zebranie rady konsorcjum, będę jutro przed południem. Obiad czeka w mikrofali...

-Też masz refleks, stara - powiedział wypluwając na koszulkę kawałek ni to mięsa ni to papryki.- Kurwa, upaprałem się.

-... Był pan Walczak, zaprosił nas w niedzielę do siebie na działkę. Chcesz pojechać? Zrób lekcje i przypilnuj, żeby robot dokładnie sprzątnął mieszkanie. Pa, syneczku. Do jutra...

Robert wrzucił plastikowy talerzyk z resztą obiadu do zsypu. Idąc do przedpokoju krzyknął:

Robert wrzucił plastikowy talerzyk z resztą obiadu do zsypu. Idąc do przedpokoju krzyknął:

-Zocha! Posprzątać dom. Dokładnie!

Z kąta wyczłapał niewielki robot. Z głośniczka, umieszczonego na kopułce wyskrzeczał:

-Niezrozumiałe polecenie "dokładnie".

-Dwa razy, idiotko! Posprzątaj cały dom dwa razy!- chłopak nachylił się nad maszyną.

-Przyjęłam - bzyknął głośniczek i robot poczłapał do kuchni.

Robert wszedł do swojego pokoju. Drzwi zasunęły się z cichym sykiem, odtwarzacz kompaktów zalśnił masą diod, z góry popłynęło łagodne światło lampy. Chłopak zbliżył się do okna i spojrzał w niebo nad dziesiątkami wieżowców. Gdzieś tam, wśród gwiazd, był jego ojciec. Leciał w jednym z trzech statków ku Marsowi. Jedyny Polak z grupy dwudziestu jeden ludzi, wybranych z ponad setki ochotników. Miał wrócić za dwa i pół roku. Robert dostrzegł na wieczornym niebie pierwszą gwiazdę.

"Może to Mars?" pomyślał. "Nie, jeszcze za wcześnie" dodał i odszedł od okna. Siadł przy biurku, włączył komputer i skierował wzrok ku holoprojektorowi w kącie pokoju. Rozległ się huk silników odrzutowca i w półmroku pojawił się seledynowy napis: "Piątek, 16 października 2031". Zagrzmiały fanfary i poniżej błysnęły litery układające się w słowo "CZEŚĆ!".

-Cześć - mruknął Robert i dodał - Wejdź do mojego szkolnego konta i odpal zadania domowe. Zacznę od polaka.

-Spoko, szefie - odparł komputer aksamitnym głosem koleżanki z klasy Roberta. W sześcianie w kącie pokoju pojawił się cybernetyczny tunel, którym chłopak dotarł do swojego konta. Wystukał na klawiaturze kod dostępu i komputer pomknął dalej. Robert znudzonym wzrokiem śledził obraz holoprojektora. Zastanawiał się, dlaczego rodzice wysłali go do tej szkoły. Elitarna placówka oświatowa, tym tylko różniąca się od normalnych ogólniaków, że uczniowie, zamiast brać udział w lekcjach poprzez Holonet, codziennie dojeżdżali na zajęcia do jednego z biurowców w centrum miasta. Fakt, poznał przez to różnych ludzi, mógł spotykać się bezpośrednio z nimi, ale za to tracił olbrzymie ilości czasu na drogę tam i z powrotem, często wracając do domu w stanie takiego zmęczenia, że tracił ochotę na cokolwiek. Ale rodzice twardo postawili na swoim. "Masz odebrać porządne wykształcenie i pójść na studia. Potem będziesz robił to, na co będziesz miał ochotę". "O ile będę miał ochotę na cokolwiek" dodał wtedy w myślach.

Hologram nagle przygasł. Robert spojrzał zaniepokojony. Obraz zniknął. W centrum sześcianu pojawiła się mała lśniąca gwiazdka.

-Co jest? Siadło coś?- rzucił się do klawiatury. Komputer nie reagował.- Znowu jakiś wirus! - chłopak wcisnął "reset". Bez skutku. Gwiazdka nadal świeciła w środku hologramu. Powoli zaczęła się powiększać. Robert zanurkował pod biurko i wyciągnął wtyczki z kontaktu. Kontrolka w komputerze zgasła. Odetchnął. Wyczołgał się spod biurka. I zamarł. Holoprojektor nadal generował obraz. W miejscu gwiazdki wisiał w powietrzu wielki jaszczur, pokryty tęczowymi łuskami. Jego skrzydła poruszały się lekko. Stwór spojrzał na Roberta.

-Witaj, młody - głos popłynął nie z głośników pod sufitem a prosto z hologramu. Chłopak poczuł chłód na karku.

"Inwazja Obcych?" myśl, jak błyskawica, przemknęła mu przez głowę.

-Wyluzuj się - obraz powiększał się coraz bardziej, powoli przekraczając rozmiary hologramu Stworzenie uniosło głowę i przymknęło jedno oko.- Mnie nie ma naprawdę.

-Nie?- Robert odzyskał władzę w nogach.

-Dokładniej, przestałem istnieć. Ludzie zapomnieli o nas.

-Ooo... was?

-Mhm. Nie ma już smoków.

-Co? - chłopak parsknął śmiechem.- Smoków nigdy nie było!

Przybysz jakby zrobił się mniejszy. Tęczowy blask jego łusek przybladł nieco.

-No właśnie.

-Nie rozumiem - Robert zerknął na holoprojektor. Nie. Na pewno był wyłączony.

- Ludzie przestali marzyć - smok lekko opadł na wykładzinę.- A kiedy giną marzenia, giną też istoty je zamieszkujące.

-Przecież ludzie marzą! O przyszłości, o nowej chacie, o wygranej w Gigalotka...

-Nic nie rozumiesz!- oczy smoka błysnęły intensywnie.- To nie są prawdziwe marzenia! Ludzie nie potrafią już marzyć jak dawniej. Nie tworzą własnych światów, bo nie mają na to czasu. Wszędzie pogoń za forsą, informacją, forsą, pracą, forsą i jeszcze raz forsą! Nikt nie czyta książek, bo łatwiej jest obejrzeć film niż samemu wyobrazić sobie ich treść! Rozumiesz? I dlatego giniemy...

-No dobra - Robert usiadł wygodniej.- Skoro tak jest, to dlaczego... ty istniejesz?

-Bo jest jeszcze jeden człowiek, który nie stracił marzeń...- smok spojrzał w okno.

Robert powędrował za jego wzrokiem. Nad czarnymi konturami miasta wznosił się sierp księżyca, a obok niego mały, świecący punkcik. Mars. Myśl, jak ziarno zaczęła kiełkować umyśle chłopaka.

-Chcesz powiedzieć, że...

-Tak!- tęczowy stwór odwrócił się gwałtownie.- Jak myślisz, dlaczego tam się znalazł? Bo całe życie o tym marzył! Kumasz bluesa? Było to jego najskrytszym marzeniem! Bo za wszelką cenę chciał się tam znaleźć! I nie tylko tam.

-?

-Twój ojciec od małego miał bujną wyobraźnię. Zaczytywał się w różnych powieściach, wymyślał swoje światy. Wtedy ludzie jeszcze czytali normalne książki. Wymyślił mnie tak jak wiele innych istot. Wymyślali też inni. Ale to minęło... - smok spuścił głowę. Po pysku spłynęła wielka łza. Uderzyła o wykładzinę i rozprysła się na setki tęczowych iskierek.

Robert patrzył zafascynowany. Łuski smoka zmieniały barwę, od jasnej zieleni, poprzez błękit ku fioletowi i czerwieni, która przechodziła w delikatny pomarańcz, by znowu stać się żółcią i zielenią. Powoli wstał z fotela. Krok po kroku zbliżył się do smoka. Ten uniósł głowę. W jego źrenicach chłopak dojrzał światy, całe mnóstwo światów, niezliczone ilości stworzeń, smoków, ludzi. Gwiazdy, planety, ptaki, drzewa, góry, morza... Wszystko zawirowało mu przed oczyma jak szalone. Przypomniał sobie. Kiedy był mały, ojciec czytał mu przed zaśnięciem książkę. Nie pamiętał tytułu, ale wiedział dobrze o czym była. Sam układał dalszy ciąg opowieści.

-Teraz wiesz, dlaczego tu przyszedłem?- smok jakby czytał w jego myślach. Drzwi do pokoju rozsunęły się i pojawił się w nich robot.

-Wypad!- wrzasnął Robert. Maszyna posłusznie wycofała się. Chłopak spojrzał na smoka.

-Wiem. Chyba... - uniósł dłoń.- Czy... czy mogę cię dotknąć?

-Jak chcesz dotknąć coś, czego nie ma?- odparł stwór.

-Jak to... przecież... - Robert popatrzył nie rozumiejąc. I nagle wybuchnął śmiechem. Rzucił się na szyję tęczowemu smokowi. Poczuł pod swymi rękoma ciepło jak najbardziej materialnego ciała.

-Nigdy. Nigdy nie zapomnę... Nigdy nie przestanę marzyć...

Bydgoszcz, listopad ' 97



blog comments powered by Disqus