"Opętani" - fragment 1


W westybulu obitym błękitnym aksamitem coś wyłania się z mroku na antresoli i hałaśliwie toczy się po schodach. Stopień za stopniem stuk staje się coraz głośniejszy, aż zmienia się w łoskot – okrągły, czarny kształt wypada z ciemności pierwszego piętra. Środkiem schodów podskakuje kula do gry w kręgle. Po chwili kula Siostry Strażniczki przetacza się cicho jak czerń po niebieskim dywanie, mija Corę Reynolds, który liże sobie łapy, mija Pana Whittiera, pijącego kawę rozpuszczalną na wózku inwalidzkim, i Damę Żebraczkę oraz jej diamentowego męża, a potem uderza z czarnym impetem w dwuskrzydłowe drzwi i znika w audytorium.
– Packer – Dama Żebraczka zwraca się do diamentu. – Kogoś zamknięto tu z nami. – Zniża głos prawie do szeptu i pyta: – Czy to ty?
Małe, kwadratowe okienko, które można zbić tylko w razie pożaru. Miss Ameryki już się z nim rozprawiła. Podchodzi do wszystkich okienek w metalowych, czerwonych oprawkach, przy których wisi młotek na łańcuszku. Tłucze szkło i pociąga dźwignie alarmu. Zaczyna od holu. Potem powtarza tę operację na inkrustowanej czerwoną laką promenadzie w stylu chińskiej restauracji, ozdobionej gipsowymi płaskorzeźbami z wizerunkiem Buddy. Potem w podziemnym foyer stylizowanym na świątynię Majów, w którym łypią na nas rzeźbieni wojownicy. Potem na galerii Tysiąca i Jednej Nocy za lożami na pierwszym piętrze. Potem w kabinie projekcyjnej, wygodnie umieszczonej pod sufitem.
Ale nic się nie dzieje. Nie wyją syreny. Nikt nie próbuje sforsować drzwi toporkami, żeby ją uratować.
Żeby nas uratować.
Nic się nie działo i dalej miało się nie dziać.
Pan Whittier siedzi na niebieskiej, aksamitnej sofie w westybulu – pod szklanymi liśćmi żyrandola wielkiego jak migocząca, szara chmura.
Swat już zdążył nazwać te żyrandole „drzewami”. Ich rzędy wisiały we wszystkich długich salach, galeriach i korytarzach. Swat nazywał te pomieszczenia sadami, gdzie szklane owoce zwisały na łańcuchach pośród aksamitów, a korzenie wrastały w sufit.
Każdy z nas widział w tych wielkich pomieszczeniach własną rzeczywistość, którą poznał przed przyjazdem tutaj.
Hrabia Potwarzy notuje w swoim zeszycie. Agent Kapuś kręci film wideo. Księżna Wizja paraduje w turbanie. Święty Bez Kiszki jak zwykle się obżera.
Dyrektorka Negacja bierze szeroki zamach i rzuca pluszową mysz, która ląduje w pół drogi do szerokich wrót audytorium. Drugą ręką masuje sobie nadwerężone ramię. Kocur, Cora Reynolds przynosi zabawkę z powrotem, w biegu wzbija łapami wrzące pióropusze kurzu z dywanu.
Patrząc na tę scenę, Pani Clark jedną ręką obejmuje biust, a drugą wygina do tyłu, żeby pomasować sobie kark.
– W Villi Diodati było pięć kotów – mówi.
Święty Bez Kiszki je deser błyskawiczny crêpe Suzette, wygarnia go plastikową łyżką wprost z mylarowej torby.
Dama Żebraczka poleruje paznokcie pilniczkiem i obserwuje kapiące porcje różowej papki, które wędrują między torbą a ustami Świętego.
– To na pewno niesmaczne – zauważa.
I nic więcej się nie dzieje. I dzieje się więcej niczego.
W końcu Miss Ameryki staje między nami i mówi:
– To nielegalne.
Pan Whittier dopuścił się porwania. Więzi ludzi wbrew ich woli, a to jest przestępstwo.
– Im prędzej zajmiecie się tym, do czego się zobowiązaliście – odpowiada Pan Whittier – tym szybciej wam miną te trzy miesiące.
Rzucając pluszową mysz, Dyrektorka Negacja pyta:
– Co to jest Villa Diodati?
– To taki dom nad jeziorem Como – wyjaśnia Dama Żebraczka, zwracając się do diamentu.
– Nad Jeziorem Genewskim – poprawia ją Pani Clark.
Teraz, z perspektywy czasu wiemy, że zdaniem Pana Whittiera, w każdej sytuacji mieliśmy rację.
– Nie osądzajcie, czy coś jest właściwe lub niewłaściwe – powtarzał.
Naprawdę, nic nie jest niewłaściwe. Przynajmniej w naszym przekonaniu. W naszej własnej rzeczywistości.
Nigdy nie zamierzacie zrobić nic niewłaściwego.
Nigdy nie mówicie nic niewłaściwego.
We własnym przekonaniu zawsze macie rację. Wszystkie wasze działania – to, co robicie, co mówicie albo jak chcecie być postrzegani – automatycznie stają się właściwe w chwili, gdy decydujecie się wprowadzić je w życie.
Kiedy Pan Whittier podnosi filiżankę, dygocze mu ręka.
– Nawet jeśli powiecie sobie: „Dzisiaj wypiję kawę w niewłaściwy sposób… z brudnego kalosza” – mówi. – Nawet wtedy podejmujecie właściwą decyzję, bo sami postanowiliście wypić kawę z kalosza.
Bo nie możecie się mylić. Zawsze macie rację.
Nawet kiedy mówicie: „Ależ ze mnie głupiec, tak bardzo się mylę…”, też macie rację. Macie rację, że się mylicie. Macie rację, że jesteście głupcami.
– Nieważne, jaki idiotyczny pomysł wpadnie wam do głowy – mówił Pan Whittier. – Jesteście skazani na to, że jest dobry, ponieważ jest wasz.
– Nad Jeziorem Genewskim? – dziwi się Dama Żebraczka, przymykając oczy. Szczypie się w skronie, ugniata je między palcem wskazującym i kciukiem. Dama Żebraczka mówi: – To właśnie tam Lord Byron zgwałcił Mary Shelley…
Pani Clark protestuje:
– Właśnie że nie.
Jesteśmy skazani na rację. We wszystkim, co nam przyjdzie do głowy.
Pan Whittier powtarzał, że w tym płynnym, niestałym świecie, gdzie wszyscy mają rację, a każda myśl jest właściwa, jedyną pewną rzeczą jest to, co komuś obiecacie.
– Wy obiecaliście mi trzy miesiące – głos Pana Whittiera dobiega zza kłębów pary buchającej z kubka z kawą.
Nagle coś się dzieje, chociaż nie za wiele.
Patrzysz i czujesz, że zaciska ci się zwieracz. Palce same wędrują do ust, żeby je zasłonić.
Miss Ameryki w jednej ręce trzyma nóż. Drugą ręką chwyta węzeł krawata Pana Whittiera i ciągnie go, zbliżając twarz do jego twarzy. Kawa Pana Whittiera spada na ziemię, na podłodze rozlewa się parująca kałuża. Jego ręce bezwładnie zwisają po bokach, dygoczą, mieszają powietrze pełne drobin kurzu.
Święty Bez Kiszki upuszcza srebrzyste opakowanie crêpe Suzette i na żółto-niebieski dywan wysypują się lepkie wiśnie z bitą śmietaną.
Kocur podbiega, żeby spróbować przysmaku.
Oczy Miss Ameryki prawie zderzają się z oczyma Pana Whittiera, kiedy ta pochyla się, pytając:
– A więc zabicie ciebie to nic złego?
Nóż jest częścią zestawu, który Kucharz Zabójca przywiózł w swojej aluminiowej walizce.
Pan Whittier patrzy prosto w oczy Miss Ameryki. Dzieli ich tak niewielka odległość, że kiedy mrugają, dotykają się rzęsami.
– Tyle że wtedy nadal będziecie w pułapce – mówi. Rzadkie, siwe włosy zwisają mu z tyłu czaszki. Ściśnięty krawatem głos zmienił się w skrzek.
Miss Ameryki wskazuje nożem na Panią Clark i pyta:
– A ona? Nie ma klucza?
Pani Clark kręci głową. Nie. Wytrzeszczyła oczy, aż wyskakują jej z orbit, lecz nadal wydyma nieruchome, silikonowe usta jak lalka.
Nie, klucz jest ukryty gdzieś w budynku. W miejscu, które zna tylko Pan Whittier.
Ale i tak Miss Ameryki będzie miała rację, jeśli go zabije.
Jeśli podpali budynek w nadziei, że strażacy zobaczą dym i uratują ją, zanim się zaczadzimy – też będzie miała rację.
Jeżeli wbije czubek noża w zasłonięte mętnym bielmem oko Pana Whittiera, wydłubie je i rzuci na podłogę, kotu dla zabawy – też będzie miała rację.
– W obliczu tych faktów… – mówi Pan Whittier, a Miss Ameryki nadal ciągnie za krawat, zaciskając pętlę na jego szyi. Twarz Pana Whittiera robi się purpurowa, głos cichnie do szeptu. – …zacznijmy od spełnienia swoich obietnic.
Trzy miesiące. Napiszcie arcydzieło. To wszystko.
Pan Whittier pchnięty ręką Miss Ameryki z łoskotem opada z powrotem na chromowany wózek inwalidzki. Z dywanu wzbija się tuman kurzu, a przednie kółka wózka odrywają się od podłogi. Pan Whittier unosi ręce do kołnierzyka, żeby rozluźnić pętlę krawatu. Potem pochyla się, by podnieść filiżankę. Jego siwa, starannie ułożona fryzura rozpadła się i włosy zwisają dookoła łysej, cętkowanej głowy.
Cora Reynolds nadal zlizuje wiśnie i bitą śmietanę z brudnego dywanu pod krzesłem Świętego Bez Kiszki.
Miss Ameryki ostrzega:
– Możecie być pewni, że to jeszcze nie koniec…
Wygraża nożem wszystkimi obecnym w westybulu. Szybki wymach, skurcz, szarpnięcie i po chwili ostrze już tkwi w oparciu pałacowej sofy pod drugą ścianą. Głęboko zanurzone wydaje cichy, wibrujący dźwięk, a jego rękojeść jeszcze długo drży.
Agent Kapuś mówi zza obiektywu kamery:
– Trzeba to uwiecznić.
Cora Reynolds różowym, aksamitnym języczkiem wylizuje lepki dywan.
Hrabia Potwarz zapisuje coś w notesie.
– A więc, Pani Clark… – mówi Dama Żebraczka. – Co z tą Villą Diodati?
– Mieli tam pięć kotów – przypomina Pan Whittier.
– Pięć kotów i osiem dużych psów – potakuje Pani Clark. – Trzy małpy, orła, kruka i sokoła.
W 1816 roku doszło do kilkudniowego spotkania w letnim domu – z powodu ulewnego deszczu grupa młodych ludzi przez większość czasu była uwięziona w czterech ścianach. Niektórzy byli związani małżeństwem, inni nie. Kobiety i mężczyźni. Czytają na głos opowieści o duchach, ale książki, które mają pod ręką, są okropnie nudne. Tak więc, wszyscy postanowili napisać powieść. Straszną powieść o dowolnej treści. Dla rozrywki.
– Coś jak Okrągły Stół z hotelu „Algonquin”1? – pyta Dama Żebraczka, patrząc na diament na palcu.
Po prostu grupa przyjaciół, którzy siedzą w salonie i próbują się nawzajem nastraszyć.
– I co napisali? – chce wiedzieć Panna Kichawka.
Klasa średnia, znudzone towarzystwo, które próbuje zabić czas. Ludzie skazani na własne grono w zapleśniałej, wilgotnej letniej posesji.
– Niewiele – odpowiada Pan Whittier. – Legendę o Frankensteinie.
– I Drakulę… – dodaje Pani Clark.
Siostra Strażniczka schodzi z pierwszego piętra. Idzie przez westybul, zaglądając pod stoły i za krzesła.
– Jest tam. – Pan Whittier unosi niewyraźny, rozmazany palec, żeby wskazać dwuskrzydłowe drzwi audytorium.
Dama Żebraczka spogląda z ukosa na podwoje audytorium, za którymi zniknęła Miss Ameryki i kula do kręgli.
– Razem z mężem byliśmy mistrzami nudy – mówi, potem każe nam czekać na rozwinięcie tej myśli. Stawia trzy, cztery, pięć kroków, żeby wyciągnąć nóż z oparcia sofy.
Trzyma nóż w ręce, patrzy na klingę, sprawdza palcem, jaka jest ostra, w końcu mówi dalej:
– Mogłabym wam wiele opowiedzieć o tym, jak bogaci, zblazowani ludzie zabijają czas…

(s.63-70)

1) Okrągły Stół z hotelu „Algonquin” (Algonquin Round Table) – nieformalny klub towarzyski, zrzeszający znanych pisarzy, krytyków, muzyków, aktorów i inne postaci świata kultury. Działał na początku XX wieku w hotelu „Algonquin” na Manhattanie w Nowym Jorku.

Opętani

Autor: Chuck Palahniuk
Tłumaczenie: Maciej Potulny
Wydawnictwo: Niebieska Studnia
Wydanie polskie: 4/2009
Tytuł oryginalny: Haunted
Liczba stron: 464
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-60979-10-5
Cena z okładki: 34 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus