Recenzja książki "Upadek Hyperiona"
Rozpoczęło się wielkie starcie. Nie tylko dla ludzkości, lecz także ich dawnych stworzeń – Sztucznych Inteligencji z TechnoCentrum oraz Intruzów spoza Sieci. Wszystko ogniskuje się wokół na wpół zapomnianej planety – Hyperiona – która nagle staje się centrum wszechświata. To tutaj prowadzą, niczym do starożytnego Rzymu, wszystkie drogi oraz zeń wychodzą, tkając nową przyszłość kosmosu. Albo mówiąc precyzyjniej – wydarzenia na Hyperionie wybiorą ścieżkę spośród chaosu lub dokumentnego zniszczenia. Ścieżkę, która w tajemniczy sposób wije się w przyszłości, zapuszczając pędy wstecz czasu. To na mitycznej planecie Smutnego Króla Billy’ego zapadnie wyrok decydujący, którą z dróg podążyć. A wtedy już nic nie będzie takie, jak było dotychczas.
„Upadek Hyperiona” zaczyna się dokładnie tuż po zakończeniu powieści otwierającej cykl pióra Dana Simmonsa. Pielgrzymi opuszczają Basztę Chronosa, aby wyjść naprzeciw przeznaczeniu w otwierających się Grobowcach Czasu. Gdzieś tam czai się także osławiony Władca Bólu, Chyżwar, ale bohaterowie idą ramię w ramię na spotkanie nieznanego. Wystrojona najlepiej jak tylko się da kompania ludzi przyduszonych doświadczeniami, lecz nimi nie złamanych, wspaniały korowód determinacji, nadziei, obłędu, zemsty, woli walki. Kto czytał „Hyperiona” ten wie, z kim ma do czynienia. Jak z nikim innym, właśnie z Pielgrzymami czytelnik potrafił zżyć się, autentycznie przeżywać ich dzieje, piękne wzloty i nieuchronne upadki. Ale nade wszystko walkę pomimo wszystkich przeciwności losu, zawziętość i hart ducha. Ich pielgrzymka zasłużyła na miano tej prawdziwej – oczyszczającej niczym ogień trawiący trzewia i ograniczenia w umyśle, i hartującej na podobieństwo nagłego ostudzenia w kadzi lodowatej wody. Choćby za to „Hyperionowi” należy się miejsce w annałach klasyki literatury fantastycznej i nie tylko.
„Upadek Hyperiona” stanął przed wielkim wyzwaniem. Z jednej strony miał przewagę w postaci odziedziczonych po „Hyperionie” wspaniale wykreowanego świata, fabuły pełnej tajemnic oraz nietuzinkowych bohaterów. Kończył się niby w pół zdania, lecz trudno było mieć mu to za złe, skoro dostarczył tak wielu godzin przedniej lektury. Z drugiej strony drzemało nad nim widmo „klątwy Diuny”, czyli spadku świetności każdej z następnych części, gdyż pierwsza wspięła się na wyżyny, a stamtąd o wiele łatwiej spaść, aniżeli w blasku chwały piąć się wzwyż.
Podstawowe pytanie, które rodzi się w takiej sytuacji: jak poradził sobie z tym autor, Dan Simmons? „Upadek Hyperiona” jest inny od pierwszej części – to fakt. Jako istotę „Hyperiona” uważam intymność opowieści, którą zgodzili się podzielić z nami Pielgrzymi. Naturalnie, ich historie były misternie wplątane w tło narastającego konfliktu, poczucia schyłku pewnej epoki oraz sieci intryg i kłamstw. Niemniej to opowieści odgrywały największą rolę, słusznie zachwycając rzesze czytelników. „Hyperiona” smakowało się niczym wyborne wino. Natomiast w „Upadku...” jest więcej ze space opery. Oczywiście nadal mamy kontakt z Pielgrzymami. Teraz śledzimy ich dalsze losy i doświadczamy wraz z nimi kontaktu z tym, co w pewnym sensie oczekiwane, a zarazem tak niebywale obce, wręcz tajemnicze. I właśnie tajemnicę wskazałbym jako – rzecz jasna nie jedyny – wybijający się mianownik drugiej części cyklu Simmonsa. Autor dawkuje ją w nieprzerwanym strumieniu niemal przez całą książkę. Z początku tylko skąpo serwuje strzępy odpowiedzi, zostawiając rozwikłanie zagadki w gestii domysłów czytelników. Lecz na koniec następuje grande finale uchylający wiele z odpowiedzi, na które tak bardzo się czekało, ale Simmons zostawia sporo w zanadrzu, aby mieć czym karmić umysły odbiorców w następnej części.
Inaczej też czyta się „Upadek...”. Część pierwsza składała się z paru wielkich rozdziałów, które w głównej mierze skupiały się na opowieściach Pielgrzymów. Odbierały mowę, przez co trudno było ogarnąć więcej niż jeden dziennie. Natomiast na drugą część przypada bardzo wiele rozdziałów, czasami niezwykle krótkich, w których jesteśmy rzucani z jednego krańca galaktyki na drugi, co z kolei skutkowało tym, że „Upadek Hyperiona” przeczytałem o wiele szybciej, pochłaniając średnio dwa razy więcej stron niż w przypadku „Hyperiona”. Tutaj także znajdziemy momenty wstrząsające – najlepsze z najlepszych – jak np. pierwsze i jednocześnie ostatnie urodziny córeczki Sola. Po prostu w „Upadku…” jest więcej akcji. Czy to źle? Według mnie bynajmniej, bo przygoda jest pierwszego gatunku, dająca wiele do myślenia (szczególnie przez wątki związane z SI i chwile rozważań o Bogu) i sycąca rozwiązaniami. Dodajmy do tego wspaniałych bohaterów, atmosferę fin de sieclu, aurę tajemniczości i garść odpowiedzi na nurtujące pytania, a wyjdzie coś przedniego. Cieszą również liczne – ba! Wręcz czerpane garściami – odwołania do twórczości Johna Keatsa, co nadaje całości ciekawego posmaku poetyckości. Nie wypada nie wspomnieć o koncepcji filozoficznej Teilharda de Chardin (postać faktyczna, a nie wymysł Simmonsa!), nad którą głowienie się w samo w sobie przynosi wiele satysfakcji w trakcie lektury.
Czy „Upadek Hyperiona” dotknęła „klątwa Diuny”? Trochę trudno odpowiedzieć na to pytanie. Zależy, kto i czego spodziewał się po kontynuacji. Myślę, że powtórka z „Hyperiona” – zaserwowanie tego samego, czyli czegoś na kształt ponownych opowieści Pielgrzymów – byłaby trudna do przełknięcia, choćby z prostego faktu wtórności. A tak dostajemy coś tak świeżego, zarazem odmiennego, jak i znajomego, że śmiało stawiam „Upadek…” obok części pierwszej. Po prostu jest to innego typu doznanie, przez co wachlarz doświadczeń staje się bogatszy. Bo kto powiedział, że obie książki mają ze sobą rywalizować, a nie uzupełniać się? Gorąco polecam! Po stokroć warto!
Hyperion #2 - Upadek Hyperiona
Autor: Dan SimmonsTłumaczenie: Wojciech Szypuła
Wydawnictwo: Mag
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 6/2008
Tytuł oryginalny: The Fall of Hyperion
Rok wydania oryginału: 1990
Liczba stron: 656
Format: 135x205 mm
Oprawa: twarda z obwolutą
ISBN-13: 978-83-7480-087-7
Wydanie: I
Cena z okładki: 55 zł
Sklep
Forum