Recenzja książki "Szczęście sposobem naukowym wyłożone"

Autor: Fenris
Korekta: Bool
6 lutego 2009

Czym jest szczęście? Nad odpowiedzią na to pytanie głowili się najwięksi filozofowie na przestrzeni wieków. Hedoniści w starożytności utożsamiali je ze zmysłową namiętnością, której należy się oddawać, aby osiągnąć szczęśliwość. Z kolei stoicy twierdzili, że są dwie drogi do szczęścia: albo zapanować nad wszystkimi rzeczami (co jest niemożliwe lub skrajnie mało prawdopodobne), albo uniewrażliwić się na wywyższane przez hedonistów namiętności, żyjąc zgodnie z zasadą rozumności, która miała rządzić całą rzeczywistością. Inny z myślicieli antycznych, Arystoteles, widział szczęście w kontemplacji, w rozwijaniu naszych predyspozycji, szczególnie intelektualnych, zwanych cnotami dianoetycznymi, oraz w uzyskaniu harmonii z naturą ludzką. Chrześcijaństwo zakładało, że szczęście jest dostępne w tak zwanym życiu po życiu – poprzez oglądanie Boga w zaświatach.
Tymczasem w XVIII wieku pojawił się pewien mikry posturą, lecz wielki umysłem filozof, Immanuel Kant, który nie tyle strącił szczęście z piedestału etyki, co starał się wskazać, że jest to pojęcie tak mgliste i efemeryczne w próbie ścisłego zdefiniowania, iż błędem jest sądzić, jakoby dało się powiedzieć: „zrób to a to, a będziesz szczęśliwy”. Twierdził, że choć każdy pragnie szczęśliwości, jest to zrazu coś zindywidualizowanego – co uszczęśliwi jednego, niekoniecznie zrobi to samo z innym. Po śmierci filozofa z Królewca na nowo odrodził się eudajmonizm, tym razem w ramach utylitaryzmu. Osoby pokroju Jeremy'ego Benthama lub Johna Stuarta Milla jako kryterium osądu słuszności zachowania człowieka postulowały to, czy przyczynił się on swoim działaniem do jak największej ilości szczęścia jak najliczniejszej rzeszy ludzi. Dzisiaj rozważania nad szczęściem i eudajmonią cieszą się popularnością w nurcie tak zwanej etyki cnót, a i Polacy mają tu wkład, żeby wymienić choćby przedstawiciela filozoficznej Szkoły Lwowsko-Warszawskiej, Władysława Tatarkiewicza, który w pracy – jakżeby inaczej! – „O szczęściu” poddaje analizie obiekt pragnień nie tylko filozofów, ale także zwykłych ludzi. Oczywiście, istniało także wielu myślicieli przeklinających szczęście, szczególnie celował w tym Artur Schopenhauer. I temu typowi ludzi zaleciłbym lekturę „Szczęścia sposobem naukowym wyłożonego”, ponieważ – parafrazując założyciela wspomnianej Szkoły Lwowsko-Warszawskiej, Kazimierza Twardowskiego – zagadnienia dające wytłumaczyć się na drodze naukowej, należy w ów sposób badać, by uniknąć gadaniny i subiektywnych wynaturzeń, charakterystycznych dla modnych „uczonych”, których „boli życie”.

Po tym długim wstępie zapraszam serdecznie do zapoznania się z moimi wrażeniami a propos lektury książki autorstwa Daniela Nettle. Pozycja zaczyna się od rozróżnienia trzech znaczeń czy też aspektów terminu „szczęście”. Na poziomie pierwszym są to przelotne uczucia – radość i przyjemność; na drugim ocena emocji oraz stopień zadowolenia z życia; natomiast trzeci poziom to eudajmonia – niejako wrażenie, że życie miało sens, choć niekoniecznie było usłane różami. Nettle zajmuje się głównie aspektami pierwszym i drugim, chociaż pod koniec książki poświęca fragment – bardzo miły dla ludzi z wykształceniem filozoficznym – Ludwikowi Wittgensteinowi, który ma być reprezentantem tego, o co chodzi w poczuciu dobrze przeżytego życia, czyli szczęścia poziomu trzeciego. Za największa zaletę rozważań dokonywanych przez Nettle'a uważam stawianie pytań o charakterze empirycznym, tj. takich, na które jesteśmy w stanie odpowiedzieć, gromadząc odpowiednie dane. W pierwszej partii książki odpowiedzi udzielane są głównie na podstawie badań statystycznych. Ktoś mógłby rzecz: wielka mi rzecz, statystyka! Jakaś tam próbka badanych i wydumane wnioski naukowca w kitlu! Z tym że niekoniecznie. Statystyka, którą posługuje się Nettle, to m.in. wyniki z ogromnego przedsięwzięcia (National Child Development Study w Wielkiej Brytanii), jakim było śledzenie od roku 1958 historii ponad 11 tysięcy ludzi. Całość jest uzupełniona badaniami na temat zadowolenia z życia z innych krajów. I co z tego wynika? Że ogólnie ludzie postrzegają siebie jako szczęśliwych. W Zjednoczonym Królestwie wskaźnik zadowolenia z życia wynosi 7,39 w dziesięciopunktowej skali, a odsetek ludzi wskazujących odpowiedź poniżej 5 wynosi tylko 10%. Z innych narodów najlepiej wypadają Szwajcarzy, którzy są obrzydliwie szczęśliwi (8,39). Co więcej, zadowolenie z życia w małym stopniu zależy od państwa, w którym się żyje, dochodów czy posiadanego majątku. I tutaj dochodzimy do głównej tezy „Szczęścia…”: to ewolucja wyposażyła nas w program zawierający określone przekonania na temat rzeczy, które mogą przynieść szczęście, oraz w trwałe dyspozycje do ich osiągania. Twierdzenie kontrowersyjne – bo ktoś oburzy się: jak to, niby geny mają decydować, co uznaję za szczęście? Absurd! Ale można bronić założenia, ponownie wspierając się empirią. Jednym z ciekawszych wniosków płynących z lektury jest wskazanie, że takie kwestie, jak małżeństwo czy nagły przypływ gotówki lub innych dóbr nie powoduje trwałego wzrostu zadowolenia z życia, tzn. szczęścia. W tych aspektach podlega ono habituacji, czyli człowiek adaptuje się do zmiany, powracając do wyjściowego poziomu szczęśliwości. Można nawet pokusić się o twierdzenie, iż jest wręcz odwrotnie, co stara się udowodnić Nettle. To nie małżeństwo czy wygrana na loterii sprawiają, że człowiek jest szczęśliwy, lecz bycie zadowolonym z życia skutkuje szczęśliwym ożenkiem. Jego zdaniem szczęście jest ugruntowane – ale nie zdeterminowane! – cechami osobowymi, które generalnie są trwałe. Nettle śledzi korelację pomiędzy predyspozycją do ekstrawersji lub neurotyzmu z postrzeganiem swojego życia jako szczęśliwe. Ludzie skłonni do ekstrawersji wskazują wyższy poziom zadowolenia oraz emocji pozytywnych, z kolei neurotycy są mniej szczęśliwi i bardziej przeżywają wydarzenia negatywne (albo je wyolbrzymiają).

Moim zdaniem majstersztykiem jest „Rozdział 5. Chcenie i lubienie”, gdzie Nettle – wychodząc od „Nowego wspaniałego świata” Huxleya – zastanawia się nad neurobiologicznymi aspektami szczęścia. Prezentuje podróż przez mózg (szczególnie przypatruje się ciału migdałowatemu i jądru półleżącemu, związanym z dopaminą, odpowiedzialną za emocje, czyli m.in. pierwsze znaczenie szczęścia. Bada również system zajmujący się koordynowaniem działania serotoniny, zwanej hormonem szczęścia). Bierze również pod lupę antydepresanty i narkotyki, szukając odpowiednika somy z powieści Huxleya (na – nomen omen – szczęście nikt nie wynalazł pigułki szczęścia), jak i stara wyjaśnić stosunek pomiędzy chceniem a lubieniem, ponieważ nie zawsze chcemy tego, co lubimy, ale jednak nader często dążymy do czegoś, co nie wywołuje przyjemności.

Nettle w dalszych partiach książki zajmuje się kwestią naszego wpływu na poziom szczęścia. Skoro tak duże znaczenie ma dla niego ewolucja, struktura mózgu i trudne do zmiany cechy osobowe, to czy jesteśmy skazani na bierne poddanie się determinizmowi biologicznemu? Nie, chociaż praca nad sobą ma raczej charakter uniewrażliwienia się na nieszczęście niż wywyższania poziomu szczęścia, które i tak po etapie adaptacji wróci do wyjściowego stanu. Głównym zajęciem np. omawianej przez autora terapii poznawczo-behawioralnej jest próba pomocy ludziom, aby zrozumieli mechanizmy kryjące się za zadowoleniem z życia (szczęściem). Szczególny nacisk kładziony jest na uświadomienie sobie, że negatywne emocje i myśli prowadzą nie tylko do spadku jakości życia, ale także zagrażają zdrowiu. W myśl starożytnego epikureizmu – obrona przed nieszczęściem jest już wygraną.

Całość jest zakończona rozdziałem pod tytułem „Życiowy projekt”, w którym Nettle podsumowuje wyniki swoich dociekań. Przyznaje rację Kantowi – trudno mówić o jednym przepisie na szczęście. Dodaje także, że samo szczęście, ergo jego posiadanie, jest pewnym ideałem, do jakiego wciąż i wciąż zmierzamy, nie mogąc go osiągnąć. Jednakże ludzie z tego powodu nie stają się kopiami Schopenhauera, sarkającymi na pasmo cierpień – przeciwnie, są ogólnie zadowoleni z życia, co znajduje w dodatku empiryczne uzasadnienie. Autor zaznacza także, że pierwszy i drugi poziom szczęścia – swoisty bilans pozytywnych i negatywnych emocji czy zdarzeń – nie jest wyczerpującym wyjaśnieniem fenomenu szczęścia. Przytacza tutaj przykład Wittgensteina, który miotał się całe życie od jednego do drugiego zajęcia, cały czas rozważając zasadnicze kwestie filozoficzne, okupując to niemal fizycznym cierpieniem i irytacją w stosunku do innych ludzi. Jednakże, chociaż dużo było w jego życiu emocji negatywnych, to na łożu śmierci stwierdził, że miał wspaniałe życie. Dlaczego? Wydaje się, że szczęście to nie tylko poprawna praca układu dopaminowego czy wolność od neurotyzmu, lecz także poszukiwanie i realizacja wartości odmiennych od przyjemności i radości, czym zajmował się wspomniany Wittgenstein, poszukując prawdy o rzeczywistości. W tym miejscu szczęście łączy się z pojęciem sensu życia, które również posiada bogatą historię w literaturze filozoficznej. Mówiąc inaczej – by być szczęśliwym w trzecim aspekcie, czyli w znaczeniu eudajmonii, trzeba zabrać się za aksjologię, tzn. starać się realizować wartości, najlepiej autoteliczne, jak prawda lub dobro. Widać po tym brak zacietrzewienia autora, który nie głosi wszem i wobec, iż nauka zdemaskowała problem szczęścia jako bezsensowny albo poddający się redukcji do odpowiednich reakcji fizyczno-chemicznych w organizmie.

Na koniec pozostaje pytanie: czy warto sięgnąć po „Szczęście sposobem naukowym wyłożone”? Zdecydowanie polecam tę książkę wszystkim zainteresowanym, a szczególnie osobom zaciekawionym, co nauka ma do powiedzenia w tej materii. Można nie zgadzać się z ewolucyjno-empirycznym podejściem autora, ale rzetelność wymaga, by robić to dopiero po lekturze.

Szczęście sposobem naukowym wyłożone

Autor: Daniel Nettle
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Wydanie polskie: 3/2007
Liczba stron: 196
Format: 125 x 195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7469-469-8
Cena z okładki: 26 zł


blog comments powered by Disqus