"Niech to nie będzie sen" - fragment nr 3
W końcu musiało to nastąpić. Ewa powiedziała pas! Już nigdy więcej nie pojedzie na wioskę. Co rajcowało Adama, ją męczyło. Co męczyło Adama, dla niej było rajem. On stronił od ludzi, ona do ludzi lgnęła. Uwielbiała zakupy w tłocznych galeriach handlowych, podczas gdy on pocił się z nerwów w zwykłym spożywczym, bo stały przed nim dwie osoby. Załatwić sprawę w urzędzie — dla Adama koszmar, dla Ewy wyzwanie. Skończyło się na tym, że zaczęli oddzielnie spędzać urlopy. Ewa jeździła z dwiema przyjaciółkami na plaże Majorki, byle tylko było słońce (tu też było), ale przede wszystkim jeździła dla szpanu — Adam nie próbował nawet się domyślać, co tak naprawdę tam wyprawiały, trzy laski spuszczone z łańcucha. Później Ewa zaklinała się, że była mu wierna, choć odkąd poznała Barana, trochę żałowała, że wcześniej nie zdradzała Adama, bo teraz musiała być wierna Baranowi — tak ją wychowano, tak czuje.
Ta jej pokrętna logika, myślał Adam. Ale jak mogli tyle wytrwać w złudzeniu, że wciąż powinni być ze sobą. Co ją tyle czasu przy mnie trzymało? — Przecież ja ciebie kochałam. Ale pewnego dnia umarło to we mnie — powiedziała mu. — Tak jak strzela przepalona żarówka, przestałam do ciebie czuć coś więcej niż pogardę. Wtedy obudziło się poczucie winy. Szybko mnie z niego wyleczyłeś swoją obojętnością.
— Swoją obojętnością? Ja bym to raczej nazwał delikatnością albo subtelnością, ale obojętnością?!
— W takim razie byłeś zbyt delikatny albo subtelny, wybierz, co ci bardziej pasuje. Kobietą czasami trzeba potrząsnąć, by nie usnęła. Prawie zanudziłeś mnie na śmierć — kończyła zawsze zwycięska. A on stał przed nią i nawet nie potrafił wrzasnąć.
Ewa gdzieś na antypodach, a Adam na wsi u rodziców, czasami z Adrianem i Kamilem, jeśli chłopaki nie pojechali akurat na kolonie. Niestety, nawet jeśli byli razem, Adam nie potrafił się z nimi dogadać, nie mówiąc już o tym, by czymś im zaimponował. Byli tak podobni do matki, że przerażało go to. A może coś zaniedbał? Spieprzył całą sprawę? Gdy chłopaki mieli po siedem, osiem lat, był jeszcze czas na przytulanie ich, zabawę w zapasy, bieganie po lasach z łukami, grę w szklane kulki, spływy kajakowe — w tym wszystkim zastępował go ojciec, ukochany dziadek. Wymyślał zabawy, na które Adam nie miał czasu. Jak choćby wtedy, gdy ojciec skonstruował system szlauchów. Gumowe węże miały po kilkadziesiąt metrów i kończyły się trzema ogrodowym pistoletami. Ojciec lał się z Adrianem i Kamilem wodą. Rozpylona woda barwiła powietrze tęczami, a chłopaki wołali: „Dziadek! Dziadek!”, i strzelali w niego roziskrzonymi strumieniami. Zroszona trawa robiła się miękka i śliska. Cała trójka tarzała się po niej, celując w siebie wodnymi pociskami. Ojciec z lekką nadwagą i mięśniami zesztywniałymi przez czas stawał się tak samo młody jak jego ośmioletnie wnuki. Dotrzymywał im kroku, prychali tak samo często i tak samo głośno się śmiali. Wspólna radość przekraczała granice wieku i ciała. Adam rzadko widział tak szczęśliwego ojca, a mama, przyglądając się zabawie z werandy, powtarzała półgłosem jak zaklęcie: „Niech to nie będzie sen”.
Niech to nie będzie sen
Autor: Daniel OdijaWydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 11/2008
Liczba stron: 248
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-08-04285-4
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90 zł
Sklep
Forum