"Nie wierz nigdy kobiecie..."


Mężczyzna pochylił się nad stołem. Jego twarz zanurzyła się w mgle cygarowego dymu, który pracowicie wydmuchiwał przez ostatnie pół godziny, a który unosił się przed nim niczym tarcza chroniąca jego intymność w morzu ludzkich ciał.
Zakasłał, ale nie z powodu dymu. Taki palacz jak on nie miał prawa reagować na dym kaszlem. Niedbale sięgnął po szklaneczkę whisky i razem z nią odchylił się do tyłu, jakby uciekając ze strefy śmiercionośnych oparów. Odrobina dymu utknęła w naczyniu i teraz uciekała z niego, wspinając się po czerwonej, pełnej bruzd twarzy mężczyzny, co wyglądało jakby przepalił mu się jakiś obwód bezpieczeństwa.
Porcja mocnego alkoholu trafiła do ust. Mężczyzna przez krótką chwilę delektował się smakiem trunku, który przyniósł zagładę prawowitym władcom północnoamerykańskich ziem, po czym go połknął, ani przez chwilę się nie krzywiąc. W zasadzie, whisky nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Kubki smakowe przywykły już do gorszych trucizn.
Mężczyzna pokiwał głową w zamyśleniu i przerwał ciszę, gęstniejącą wokół niego na podobieństwo oparów tytoniu.
O czym to ja mówiłem...? Aha... No więc... Było coś takiego w jej oczach. Coś...

Było coś takiego w jej oczach. Coś, czego nie potrafiłem określić wtedy a i dzisiaj choć jestem mądrzejszy o kilka solidnych i bolesnych upadków, nie potrafię tego uczynić tak, aby zadość uczynić potrzebie prawdy.
Bo musicie wiedzieć, że prawda jest dla mnie wszystkim. Jej poświęciłem swoje życie. Jej szukałem w dzieciństwie, odbijając się od ścian kolejnych szkół. Jej poszukiwałem w swoim małżeństwie i w towarzystwie tych wszystkich kobiet, które mogę zwać swoimi partnerkami. A później... później moja żona odkryła pewną wersję prawdy i zostawiła mnie bez domu, samochodu, odtwarzacza dvd i naszego syna, ale w zamian za to ze stertą wolno żółkniejących papierków, z których każdy był zapisem jakiegoś długu do spłacenia. Cóż... można powiedzieć, że poległem od broni, w którą wierzyłem i o którą walczyłem.
Wtedy jednak nie byłem jeszcze detektywem. To znaczy, nie byłem nim wtedy kiedy odeszła moja stara. Prywatnym okiem, jak profesję tą zwą anglosasi, zostałem wkrótce potem. Oczywiście przede wszystkim dlatego, aby móc dociekać prawdy. To jeden z detektywów w końcu nagrał na tanią cyfrową kamerę zapis prawdy, którą wyczyniałem z uroczą i nie do końca konserwatywną dziewczyną w pewnym mało uroczym i zdecydowanie mało konserwatywnym hotelu. Kiedy wtedy, w sądzie oglądałem na wielkim plazmowym ekranie skaczące, nieostre i kiepsko nasycone obrazy, doznałem olśnienia. Mała karta pamięci, która stała się ostatnim gwoździem do mojej trumny, podpowiedziała mi co dalej czynić.
Szukać prawdy.
Zostałem detektywem i szukałem jej ze zmiennym szczęściem przez kolejne pięć lat. W międzyczasie kupiłem sobie trzy samochody i wynajmowałem pięć mieszkań. Nie. Nie jednocześnie. Jedno po drugim. Samochody sprzedawałem kiedy zaczynało być bardzo źle z moimi finansami a mniej więcej w tych samych okolicznościach wyrzucano mnie z najmowanych lokali. Nikt nie mówił, że robota detektywa jest lekka. Może więc ktoś powinien powiedzieć, że jest nie tylko cholernie ciężka i niewdzięczna ale i zdecydowanie mało profitogenna.
Wiedzcie, że detektyw to w pewnym sensie współczesny odpowiednik kata. Tak, takiego gościa w czerwonej bądź czarnej pelerynie, którego mniej lub bardziej ostry topór był przez setki lat synonimem szybkiej i widowiskowej śmierci dla tysięcy złodziei, morderców, gwałcicieli oraz niewygodnych przeciwników politycznych. Kata przyzywano wtedy, kiedy ktoś musiał ubrudzić dłonie posoką ludzi niepotrzebnych a kiedy ich głowy poleciały na ziemię, sam się stawał niepotrzebny, choć przez wzgląd na pewien szacunek do jego profesji, katów rzadko eliminowano fizycznie. O nie, oni po prostu szli w odstawkę. Tłumy się przed nimi rozstępowały, nie obmawiano ich, nie wyśmiewano. A przynajmniej nie w ich towarzystwie. Nie rzucano w nich kamieniami ani nie próbowano podbierać ich sakiewek. Ale i nie zapraszano do stołów, nie stawiano piwa czy wina. Kaci żyli na uboczu swoich społeczności i wiedli życie ludzi tolerowanych choć pewnie nie do końca akceptowanych.
O czym to ja właściwie mówię? Ah... chciałem powiedzieć, że tacy właśnie są detektywi. Tolerowani choć nie akceptowani. Musicie wiedzieć, że żona szukająca haka na niewiernego męża czy też facio próbujący nakryć na gorącym uczynku swoją dupkę lubią nas tak długo, jak długo wydaje im się, że okazywana nam sympatia – starannie wyreżyserowana i równie głęboka jak wczesny jesienny śnieg, może pomóc w doprowadzeniu do szczęśliwego końca ich spraw. A kiedy taki małżonek trzyma w końcu w ręku płytę z nagranymi figlami swojej drugiej połówki, opada maska i w ich oczach widać pogardę. Pogardę dla ludzi, którzy upadli tak nisko, by podstępnie wykradać intymną prawdę o innych ludziach – pracowitych ojcach i matkach średnich i wyższych warstw społecznych. Ale to nie ma znaczenia. Nam wcale sympatia nie jest potrzebna. Jedyny dowód uznania jaki się liczy, to czek wypisany na taką sumę jaka się należy. Oraz pokrycie na niego w banku. Reszta to kwestia filozofii a my, detektywi nie zajmujemy się filozofią a prawdą. Musicie bowiem wiedzieć, że prawda jest o tyle lepsza od filozofii, że wystarczy jej do szczęścia sam fakt, że istnieje, podczas kiedy filozofia służy traceniu czasu na zastanawianie się czemu oraz czemu dlaczego. Po co wiedzieć czemu pięćdziesięcioletni facet z brzuszkiem, na co dzień wiceprezes średniej wielkości firmy informatycznej, wręcza grube zwitki banknotów młodym dziewczynom o długich nogach i odwrotnie proporcjonalnie długich spódniczkach? Przecież nie dają tych pieniędzy z samej tylko chęci wspomożenia młodych ludzi na życiowym starcie. O nie. Przyczyna rozgrywa się w sypialniach tanich moteli i na siedzeniach samochodów. Innych przyczyn nam nie trzeba. Przecież każdy głupi wie, że deszcz pada bo tak jest, tak było i tak będzie, póki na tym świecie pozostaje choć kropla wody.
Ale... o czym to ja? Aha... A więc po kilku latach roboty detektywa, wydawało mi się, że wiem już wszystko. I że dostałem już każdy możliwy rodzaj ciosu. Wtedy pojawiła się ona.
Wkroczyła do mojego gabinetu w samo południe pewnego pochmurnego dnia. Pamiętam, że był to czwartek, choć sam nie wiem czemu ten szczegół utkwił mi w pamięci. Godzinę utrwaliłem sobie z innego powodu, gdyż w momencie kiedy kobieta przekroczyła próg mojego biura rozległ się hejnał miejski, zapewniając jej efektowne entre.
Inna sprawa, że żaden hejnał nie był potrzebny. Była to kobieta z gatunku tych, które nie potrzebują niczego aby podkreślać swoje znaczenie. Hmm... nawet ubrań nie potrzebują, jeśli rozumiecie o co mi chodzi. Była wysoka, długonoga a po jej ramionach spływały kaskady czarnych jak smoła włosów. Na nosie – uroczo zadartym i godnym samej Kleopatry, tkwiły eleganckie okulary przeciwsłoneczne, co było o tyle zastanawiające że słońca nie widziałem wtedy od paru dni. Miała na sobie prosty, dwuczęściowy brązowy żakiet. Spódnica sięgała dyskretnie tuż za kolana, była więc trochę zbyt długa jak na mój gust ale i tak nie była w stanie zakryć nóg, które robiłyby wrażenie, choćby owinąć je bandażami. Musicie wiedzieć, że są kobiece nogi i kobiece nogi. Jedne służą do chodzenia, drugie zaś są skończonym dziełem boga (dowolnego, ale właściwego) i nie służą do niczego innego, poza kontemplacją... choć prawdę mówiąc, posiadaczki korzystają z nich w szerszym zakresie. Ona miała takie właśnie nogi, które w głowie każdego samca rodzą myśli o ich dotykaniu i całowaniu. Tak, takie nogi sprawiają, że zapominamy o czymś innym, równie słodkim a przy tym nie tak odległym, jeśli rozumiecie co mam na myśli.
Ah... znowu ta dygresja. Trudno mi trzymać się jednej myśli, gdyż jestem człowiekiem, który zbyt bardzo kocha prawdę a porzucanie w nieodkrytym mroku zbyt wielu szczegółów jest jawnym i obrzydłym kłamstwem. Musicie wiedzieć, że jej nogi, znaczy nogi tej kobiety są ważne w tej historii. Okryte były delikatnymi, czarnymi rajstopami a stopy schowane były w pantofelkach na wysokim obcasie, takich z wiązaniem nad kostką i odkrytym środkiem stopy. Te miały jeszcze czerwone spody i była to jedyna kolorowa rzecz, jaką ta kobieta nosiła na sobie.
Tak. Nogi były ważne, bo żaden mężczyzna nie wyrzuci ze swojego życia czy biura kobiety o takich nogach, nawet jeśli powinien to uczynić. Ale ważniejsze od nóg były jej oczy. To jednak było kwestią przyszłości, gdyż wtedy kiedy się pojawiła, okryte były okularami.
Była piękna, gustownie ubrana, bogata i miała na imię Maria, przy czym tylko imienia dowiedziałem się od niej, resztę wniosków oparłem na podstawie własnych obserwacji. Zresztą, z tym jestem w stanie się zgodzić nawet dzisiaj. Była na pewno bogata, gustownie ubrana i autentycznie piękna. Była też niewłaściwą kobietą w niewłaściwym miejscu, ale wtedy tego jeszcze nie wiedziałem.
Była też mężatką, co wybitnie jej nie pasowało, w przeciwieństwie do majątku męża. Czy była chciwa? Tak, była ale pod tym względem nie wybijała się szczególnie ponad przeciętność. Życie nas uczy chciwości, bo promuje i nagradza tych, którzy nigdy nie przestają widzieć rachunku zysków i strat. Ona go widziała dobrze. Była młoda i cholernie atrakcyjna. Była bogata dzięki mężowi i chciała się zabezpieczyć. Eliminując swojego staruszka z równania. Proste. I czyste. Maria nie chciała zabić swojego faceta. Potrzebowała tylko potwierdzenia znanego jej faktu, że mężulo ją zdradza. Czyli na dobrą sprawę, sam się pochlastał a ja miałem tylko nagrać jego samobójstwo na taką samą kasetę, jaka zakończyła moje małżeństwo. Proste i czyste.

Robota też była prosta. Jeszcze tego samego dnia siedziałem za kierownicą swojego lekko już rdzewiejącego opla i zastawiałem wnyki na niewiernego samca.
Mój cel był zadziwiająco naiwny. Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego piękniejsza i jak wynikało z moich przemyśleń - także mądrzejsza połówka, może wpaść na pomysł aby go wykiwać z małżeńskiego biznesu. Albo o to nie dbał. Nie taił i nie maskował swoich działań.
O godzinie osiemnastej czterdzieści pięć, jak głosiła notatka głosowa, którą nagrałem na swoim dyktafonie, wyszedł z wysokiego biurowca pokrytego ciemnym, matowym szkłem, którego kilka pięter należało do jego firmy. Tacy ludzie nie korzystają z taksówek. Wszystkie te zera na kontach poprzedzone jedynkami, dwójkami i jeszcze wyższymi cyframi, nakazują im posiadanie własnych maybachów czy choćby lexusów, dyskretnie parkowanych na podziemnych parkingach, do których właściciele dostać się mogą za pomocą szybkich i wygodnych wind. Te nowoczesne biurowce są prawdziwymi szklanymi górami, na które wejść można jedynie znając odpowiednie zaklęcie. Magicznej przepustki nie posiadałem – te mieli tylko zatrudnieni tutaj ludzie, starannie legitymowani przez wysokich i mocno rozrośniętych w barkach ochroniarzy. Wiedziałem jednak, że nie muszę się wcale dostawać do środka. Wystarczy bym kontrolował wychodzących.
Na wstępie odrzuciłem wersję najbardziej prawdopodobną, to znaczy śledzenie samochodu mojego celu. Biurowiec dysponował jednym wjazdem i jednym wyjazdem z parkingu – oba monitorowane baterią kamer, których nie powstydziłby się NORAD i pilnowane przez komando strażników, uzbrojonych w srogie miny, pałki i pistolety. Jeśli gdzieś jest trudno wejść, to niewykluczone że jest też trudno się wydostać. Każdy wjeżdżający i wyjeżdżający samochód był kontrolowany – mniej lub bardziej pobieżnie. Rejestrowano jego numery rejestracyjne i personalia kierowcy, choć prawo wstępu mieli i tak tylko wybrańcy. Mój cel – będę go od tej pory zwał Romeo aby sprawić satysfakcję swojemu romantycznemu usposobieniu, wiedział że każdy kto by go chciał kontrolować musiał tylko pilnować wyjazdu. Jedno miejsce, wąskie gardło, na którym swoje jaja zostawił niejeden wierny inaczej prezes.
Ten był ciutkę mądrzejszy i ja to przewidziałem. Do gmachu prowadziło jedno wejście główne i dwa boczne, przeznaczone do celów ewakuacyjnych. Uznałem, że Romeo będzie miał dość zapobiegliwości aby zostawić swoją limuzynę na strzeżonym parkingu, ale zabraknie mu tegoż aby skorzystać z drogi ewakuacyjnej i rzeczywiście: bez problemu rozpoznałem go w świetle silnych lamp, rozstawionych na szerokich, monumentalnych schodach prowadzących do biurowca. Mocna lornetka pomogła mi potwierdzić jego rysy twarzy, których nie mógł skryć nawet o północy w tak doskonale zalanym światłem miejscu. Nie potrzebowałem jednak lornetki aby domyślić się, że to on, kiedy tylko przekroczył wielkie, wysokie i koniecznie szklane drzwi. W tym miejscu nie pracowali biedacy, nie licząc może sprzątaczy i paru plutonów drobnych pomocników, ale bogatsi i tak odróżniali się od jeszcze bogatszych. Romeo ubrany był w perfekcyjnie skrojony płaszcz z kaszmiru a nade wszystko poruszał się, jakby właśnie się obudził. Tak rześkim krokiem nie miał prawa chodzić nikt, po morderczym dniu pracy. Chyba że ten ktoś był właścicielem i stał nad nim jedynie cierpliwy i małomówny Bóg.
Kwadrans później zostawiliśmy oświetlony biurowiec daleko za sobą. Ja w moim oplu a Romeo w złapanej bez żadnego trudu taksówce. Mówiłem coś o tym, że bogacze nie poruszają się taryfami? Owszem, nie czynią tego, chyba że ich ograniczony zmysł poczucia rzeczywistości podpowie im, że to doskonały sposób na skryte przemieszczanie się. No cóż... ten osobnik miał się wkrótce rozczarować co do własnej błyskotliwości.
Ciągle jeszcze byłem czujny. Mógł spróbować jakiegoś fortelu. Wyskoczyć z taksówki obok stacji metra lub wysiąść w jakimś wielkim centrum handlowym, wypełnionym o tej porze mrowiem ludzików kupujących i patrzących jak kupują inni. To by trochę mi skomplikowało życie. Śledzenie w tłumie jest trudne. Śledzenie w makabrycznym tłumie jest makabrycznie trudne. Inna sprawa, że śledzenie generalnie nie bywa łatwe, chyba że nasz cel decyduje się jechać świetnie oznakowaną taksówką na samo miejsce zbrodni.
Tak jak wtedy.
Taksa nie zatrzymała się ani przy żadnym przystanku metra ani przy żadnym centrum handlowym. Spokojnie, zgodnie z przepisami przedzierała się przez eszelony sobie podobnych pojazdów aż w końcu dotarła na przedmieścia, gdzie stanęła przed małym, niezbyt miło wyglądającym domkiem jednorodzinnym. Na zagraconym podjeździe stał wysłużony i trudny do zidentyfikowania samochód. Okna na parterze zasłonięte były okiennicami, choć zauważyłem, że niektóre z nich trzymały się tylko dzięki sile woli właściciela posesji.
Romeo zadzwonił do drzwi. Zapaliło się światło na piętrze. Chwilę później dostrzegłem blask na parterze a w następnej kolejności drzwi się otworzyły i wessały dzielnego Romeo do środka niewielkiego i zaniedbanego domku jednorodzinnego, wartego pewnie mniej niż bielizna jego asystentek.
Tego dnia a raczej wieczora nie miałem już nic więcej do zrobienia. Spisałem adres domku i numery rejestracyjne wraka stojącego przed nim, po czym pojechałem do własnego mieszkania.

Tydzień później byłem gotowy do następnego etapu działania. Przez cały ten czas nie śledziłem już Romea, choć codziennie wieczorem zasadzałem się przed tamtym domkiem. Dwukrotnie jeszcze moje oczekiwanie zostało zwieńczone sukcesem, tyleż bowiem razy dostrzegłem taksówkę, z której wysiadał odziany w kaszmirowy płaszcz prezes. To mi wystarczyło aby utwierdzić się w przekonaniu, że Romeo skacze na bok i co gorsza dla siebie – ciągle w to samo miejsce. Mnie to w zasadzie urządzało – mniej roboty, mniej ryzyka, mniej stresu. A musicie wiedzieć, że stres jest chorobą zawodową wszystkich tych, którzy służą prawdzie bądź też rozmaitym jej odłamom. To właśnie na stres najczęściej umierają detektywi. Często jest to stres wywołany strzałem w serce w wykonaniu człowieka, któremu na własne życzenie właśnie zdruzgotaliśmy życie. Ale czymże byłaby nasza egzystencja bez odrobiny ryzyka?
Jak już rzekłem, po tygodniu rozpocząłem kolejny etap mojej działalności. Uzbrojony w prawdę – wiedziałem bowiem co się święci i kim jest odskocznia naszego Romea, sięgnąłem po zestaw środków elektronicznych. Kamera z teleobiektywem, kilka małych mikrofonów z własnym zasilaniem, silny mikrofon kierunkowy i trzy małe kamery pracujące w niskiej rozdzielczości, również zaopatrzone we własne akumulatorki.
Pluskwy, czyli mikrofony, podrzuciłem tam, gdzie uznałem, że się najbardziej przydadzą – pierwszy schowałem w szparze przy drzwiach wejściowych, wykonując tym samym najłatwiejszą część pracy. Cztery kolejne ustawiłem na terenie wroga – w środku domu, do którego dostałem się udając pracownika telekomunikacji. Stary trik, wykorzystany przez tak wielu reżyserów a nadal działał. Ludzie patrzą na zbyt mało filmów. Albo... oglądają ich zbyt dużo i przestają w nie wierzyć. Zainscenizowałem drobną awarię, pojawiłem się w odpowiednim miejscu w odpowiednim stroju i zostałem wpuszczony do środka, gdzie pod surowym okiem gospodyni sprawdziłem wszystkie trzy aparaty telefoniczne, wykorzystując tą okazję do pozbycia się ciężaru moich mikrofonów. Jeden wylądował w dużym pokoju na dole, jeden skrył się w szparze na schodach, na których przypadkowo rozwiązał mi się but. Dwa kolejne zasiałem na górze – tutaj już byłem mniej wybredny. Jeden w sypialni a drugi tuż przed nią.
Małe kamerki umieściłem za domem – ich zadaniem było ostrzegać mnie o nieprzewidzianych sytuacjach. Na przykład o próbie ucieczki obserwowanych ptaszków. Oglądacie filmy, prawda? Pamiętacie tą scenę w ulubionym filmie sensacyjnym, w której bohaterowie zajmują się zwyczajną rozmową dla odwrócenia uwagi a w rzeczywistości szykują się do dania dyla? Ja pamiętam i się przed tym zabezpieczam, choć do tej pory wyobraźnia moich ofiar nigdy nie sięgnęła aż tak daleko.
Mikrofon kierunkowy i dużą kamerę miałem ze sobą – na posterunku założonym na płaskim dachu przeciwległego domostwa. Nie, nie pytałem właścicieli o zdanie. Wystarczył mi fakt, że nie mieli ani psa, ani alarmu, co świadczyło o zdrowym podejściu do życia. Ze swojego punktu dobrze widziałem cały front budynku i mogłem też zajrzeć do okien na piętrze.
Jak się okazało, to wystarczyło. Dokładnie o dziewiętnastej dwadzieścia osiem, taksówka pojawiła się przed paskudnym domkiem i chwilę później zniknęła, wypluwając z siebie prezesa. Trzy minuty później obserwowałem na ekranie swojej kamery starcie rozgrywające się we wrażej sypialni. Mężczyzna i kobieta walczyli o swoje przetrwanie. Bez ubrań ale za to wzbogacając walkę seriami ciętych zwrotów, takich jak: „rżnij mnie jeszcze”. No cóż, nikt nie mówił, że jest to opowiadanie dla dzieci, prawda? Choć, nikt też nie mówił że nie jest...
Nie wiem kto wygrał, ale po odgłosach sądząc, oboje byli usatysfakcjonowani. Ja też, gdyż po tygodniu roboty byłem po robocie.

Dwa dni później do mojego biura wkroczyła ona. Tym razem na stopach miała granatowe pantofle na wysokich obcasach, które pewnie w żadnym innym wypadku nie pasowałyby do zielonej garsonki. W tym jednak tworzyły świetne uzupełnienie, pewnie dzięki urokowi samej właścicielki, która każdy dzień mogła uczynić dobrym lub złym w zależności od swoich potrzeb.
Oddałem jej płytę dvd z nagranym fikaniem jej męża, ale najpierw poprosiłem aby obejrzała ze mną choć fragment przeboju. Było mi to potrzebne do celów formalnych – klientka musiała podpisać papierek, że zapoznała się z materiałem dowodowym i potwierdza, że przedstawia on osobę, której śledzenie zleciła. Dziwi was to? Bardziej by was zdziwiły sposoby, których imają się bogaci ludzie aby nie rozstawać się ze swoim szmalem, bo w tej branży zator płatniczy jest równie bolesny jak w każdej innej. Może nawet boleśniejszy, gdyż służba prawdzie jest służbą, którą zaszczytnie pełnimy na krawędzi prawa a często wręcz otuleni bezpiecznym mrokiem bezprawia.
Pamiętam jej reakcję na film. Wtedy po raz pierwszy zdjęła okulary przeciwsłoneczne. Kiedy wyjmowałem płytę z odtwarzacza, na jej ustach zagościł uśmiech. Podpisała papierki i od razu zostawiła czek.
A później na mnie spojrzała i moim ciałem przebiegły dreszcze. Nie, nie zakochałem się, choć pewnie dobry scenarzysta właśnie tak by wykorzystał tą okazję – aby zasiać ziarenko romantycznej przygody. To, co dostrzegłem w oczach tej kobiety nie miało jednak w sobie nic romantycznego. Nadal nie potrafię tego opisać. Ludzkość ciągle jeszcze nie opanowała sztuki operowania słowem dość biegle by relacjonować zjawiska ponadludzkie. To co się działo w źrenicach doskonale pięknej kobiety i mojej klientki, było ponadludzkie. Dostrzegłem błysk zdradzający silne emocje. Nienawiść uderzyła mnie tak silnie, że prawie straciłem dech w piersiach. To nie była nienawiść, jaką odczuwa zdradzana kobieta do swojego sponsora. To było coś więcej – nienawiść zwierzęca, wręcz boska. Doskonała tak jak jej uroda. I równie skończona.
Za nienawiścią kryły się inne tajemnice. Patrzyłem jej w oczy jedynie przez krótką sekundę, więc dojrzałem tylko wierzchołek góry lodowej, ale dla mnie i tak było tego zbyt wiele. Nie będę wam tego tutaj opisywał, bo pomyślicie że gadam od rzeczy, lub co gorsza – że jestem poetą.
Powiem krótko i dosadnie: jej oczy powiedziały mi, że prawdopodobnie popełniłem największy błąd swojego życia i że będę tego bardzo żałował.

Potem ona wyszła, zostawiając czek i ulatniający się zapach kobiecej skóry. A także tlące się w mojej głowie przeświadczenie, że coś poszło cholernie nie tak.

Tego samego dnia zrealizowałem czek. Miał pokrycie. Wyszedłem z banku bogatszy o całkiem niezłą sumę, ale jeszcze bardziej niespokojny niż parę godzin wcześniej. Choć zabrzmi to dziwnie, miałem nadzieję, że moje przeczucie dotyczy pieniędzy. Że ich nie będzie. Że czek nie ma pokrycia. To byłaby tragedia ale wyszedłbym z tego. W sumie, miałem i takie doświadczenia. Mogłem sprzedać opla i przeczekać.
Ale... pieniądze były. A zatem wydarzyć miało się coś innego.

Coś gorszego od fałszywego czeku.

Fałszywa żona na przykład.
Dwa tygodnie po realizacji czeku, moje spojrzenie padło na artykuł umieszczony na pierwszej stronie jakiegoś beznadziejnego szmatławca. Nie czytuję takich niby gazet, traktując to jako prywatny ukłon w stronę naszej matki ziemi i przyrody. Choć pewnie jeden egzemplarz szmatławca nie robi wielkiego wrażenia na lasach ścinanych na papier...
Tym razem zmieniłem swoje przyzwyczajenia. Kupiłem ten numer. Po namyśle, cofnąłem się do kiosku i nabyłem jeszcze trzy egzemplarze, ignorując ostrzeżenia umysłu, generującego w mojej głowie dźwięki przypominające uderzenia siekiery w pień drzewa.
Na okładce wydrukowano zdjęcie żony pewnego prezesa i jego samego. To był człowiek, którego śledziłem. Romeo. Natomiast żona z okładki nie przypominała tej, którą pamiętałem ze swojego biura. Znacie to twierdzenie, że aparat przekłamuje? Kobieta na fotografii wygląda zawsze inaczej niż ta, którą możemy spotkać w świecie realnym. Też to znam, ale to nie była kwestia tej różnicy. Ona nie wyglądała inaczej. Ona była zupełnie kimś innym!
Połówka Romea była blondynką i to dość niewysoką. O ile mogłem się zorientować, była lekko przy kości choć w sposób, który nie szkodzi kobiecości. Wydrukowane w niskiej rozdzielczości zdjęcie nie oddawało zbyt wielu szczegółów, ale wydawało mi się, że widzę jej oczy i twarz. Nie dostrzegam natomiast tego demonicznego błysku, który zwalił mnie z nóg, podczas ostatniej wizyty domniemanej zdradzanej żony.
Cholera. To nie była ona.
Ale... o co w tym wszystkim chodzi?
Nie miałem dość cierpliwości aby dojść do biura. Usiadłem na ławeczce w parku, nie przejmując się ptasimi odchodami, których było tak dużo, że drewniana ławka wyglądała jakby była futurystyczną rzeźbą. Rozgorączkowanym wzrokiem przebiegałem linijki tekstu, próbując w nadętym dziennikarskim pustosłowie odkryć jądro mojego niepokoju. I czułem, że krew odpływa mi z twarzy...
Okazało się bowiem, że rzeczywista żona Romea była kobietą dość dobrze ustosunkowaną. Jej ojcem był szef tutejszej mafii. Tego typu stwierdzenia nie mogły się znaleźć w normalnej gazecie a przynajmniej bez dupochronów typu „domniemany” czy „prawdopodobnie”, ale w szmatławcu można było wyczytać czarno na białym, że właśnie kroił się rozwód nie tylko pomiędzy prezesem pewnej silnej spółki giełdowej i jego słodką żoną, ale wręcz między dwiema rodzinami mafijnymi, gdyż Romeo był ponoć przybranym synem innego wielkiego mafiosa. Co gorsza, spółka Romea ledwo trzy tygodnie temu podpisała lukratywny kontrakt na budowę nikomu niepotrzebnej sieci internetowej, gdzieś w amazońskiej dżungli. Były z tym związane wielkie pieniądze, które miały trafić do mafijnej kasy. Okazało się jednak, że ktoś upublicznił w sieci nagranie przedstawiające Romea zabawiającego się z dość brzydką dziwką, która na dodatek okazała się siostrą pewnego prominentnego polityka.
W tym momencie szczęka opadła mi już prosto w wielką kupę ptasich odchodów, ale czytałem dalej. Nie zdziwiło mnie, że prominentny polityk kiedyś molestował swoją siostrę, teraz zaś kiedy to wyszło na jaw, będzie musiał się zrzec swojej pozycji. A był nie byle kim, gdyż odpowiadał za działania służb specjalnych. Jego dymisja oznaczał ni mniej ni więcej tylko zachwianie kruchej równowagi politycznej w kraju. Dziennikarze z ponurą satysfakcją przepowiadali kolejne sejmowe przepychanki i blokady drogowe.
W kolejnym artykule zapoznałem się z tezą, że dymisja ministra koordynatora służb specjalnych może zagrozić pozycji naszego kraju w NATO oraz... Nie! Dość tego. Przestałem czytać i wyrzuciłem gazetę do kosza. Tego było zbyt wiele.
Wszystko wskazywało na to, że pociągnąłem za łańcuszek, który przewracał gdzieś tam wysoko, całą wielką beczkę gówna. I to gówno teraz ściekało, brudząc kolejnych ludzi.

Cholera. Przecież w tym wszystkim nadal tkwiłem ja. Każdy zainteresowany mógł łatwo ustalić kto nagrał filmik porno z udziałem Romea i brzydkiej siostry ministra a zarazem dziwki. Niemal biegłem do swojego biura, pozwalając moim myślom bić się i rozgrywać dalej ten wielki dramat.
Każdy kto dotarłby do mnie, liczyłby na coś więcej – mafia, agenci specjalni, policja, moherowe kapelusze... oni wszyscy chcieliby wiedzieć kim jest ten, kto stoi za mną. Albo... jeśli takiego nie ma, będą chcieli powiesić mnie. Zbyt wiele gówna płynęło pozłacanymi kanałami naszego światka, by źli ludzie darowali taką zniewagę.
Byłem na cholernym celowniku!

Drżącymi rękami pakowałem najpotrzebniejsze rzeczy. Na dno dużej teczki schowałem pieniądze – na szczęście było ich na tyle niedużo, że nie potrzebowałem dodatkowej walizki. Trochę sprzętu. Jakieś dokumenty. Kolekcję płyt dvd z seksualnymi wyczynami moich celów – trzymałem aby móc później szantażować tych, którzy zawarli ugody ze swoimi małżonkami oraz aby mieć co oglądać nocami, gdyż nasza telewizja jest bardzo słaba jeśli chodzi o dobór ramówki. Teczka była pełna i zamknąłem ją z dużym trudem.

I właśnie wtedy pojawiła się ona. Po raz trzeci. Tym razem miała na sobie krótką spódniczkę w kolorze ecru i o dwa tony ciemniejszą, cienką marynarkę. Usta podkreśliła zmysłową czerwienią pomadki a na głowę założyła kapelusz z fantazyjnie przypiętą czarną siateczką. Jasne buciki na wysokich obcasach zastukały swój uwodzący rytm, kiedy szła w kierunku biurka, za którym stałem nie wiedząc co robić. Tym razem jej spódniczka sięgała do połowy ud i przy każdym ruchu pięknie wyrzeźbionych nóg odkrywała koronkowe opaski pończoch samonośnych. Gdybym nie był przerażony, byłbym podniecony.
Cholera... i tak byłem podniecony, przecież jestem facetem.
Podeszła do mnie. Przypomniałem sobie jej imię. Maria. Ale to już chyba nie miało znaczenia.
Czemu przyszłaś? - zapytałem.
Wcale nie czekałem na odpowiedź, gdyż ta była oczywista. Maria była ważna. Ktoś mógł ją rozpoznać na podstawie moich zeznań. Dla mnie mogła być tajemniczym zleceniodawcom, ale ktoś spośród najbardziej wkurzonych przeze mnie ludzi, pewnie ją znał.
Przyszłam podziękować.
Uśmiechnęła się zmysłowo i pocałowała mnie w usta. Wierzcie lub nie, ale w tym momencie przeszło mi całe podniecenie. Poczułem chłód jej pocałunku i zdobyłem kolejny szczyt z niekończącej się serii pod zbiorczym tytułem „rekordy przerażenia”.
Nic nie powiem... Nikomu – wydukałem.
Oczywiście – odparła a w jej oczach zamigotała figlarna pewność siebie.
Wtedy sięgnęła do torebki i wyciągnęła drobnego, kobiecego walthera ppk. Takiego samego jakiego używał zdecydowanie mało kobiecy James Bond. Skierowała na mnie lufę, prosto w moje serce i... spokojnie nacisnęła spust.
Tak. Wtedy mnie zabiła. Hmm... nie wierzycie? No cóż... Musicie wiedzieć, że...

Zamykamy lokal. Koniec picia, dziadku – kelner potrząsnął barkiem mężczyzny, który zareagował na to atakiem kaszlu.
Jeszcze jednego, kolego. Postaw jeszcze jedno whisky na stole. Nie dokończyłem opowieści.
Dokończysz ją innym razem. Nie mam ochoty siedzieć tutaj do pierwszej nad ranem. A od dwóch godzin jesteś jedynym klientem. Nie licząc pary, która przyszła tutaj nie po to aby się napić. No już! Zmywaj się! Dziewczyna na mnie czeka a mam wobec niej pewne plany...
Eh... Idę, idę.
Mężczyzna odstawił pustą szklankę whisky na stolik i rozejrzał się po pustym lokalu. W trakcie opowieści zgasło jego cygaro a kiepsko ale konsekwentnie pracująca klimatyzacja rozwiała dym, którym się okrywał.
Wstał z krzesła i walcząc z silnym sztormem, który akurat rozszalał się w pubie, pobrnął do drzwi.
Barman przyniósł tacę, na której zaczął ustawiać puste szklanki. Wzruszył ramionami, kiedy usłyszał głos mężczyzny, który już na ulicy odezwał się do ciemności:
- A mówiłem wam już o tym jak to...



blog comments powered by Disqus