Fragment książki "Miasto Słońca"


Mężczyźni zostali wprowadzeni przez zamykane elektrycznie drzwi do niewielkiego pokoju przesłuchań.

- Mamy tylko pięć minut - mruknął Behr do Paula.

Pośpiech w glosie Behra sprawił, że Paul nie czuł się gotowy. Zaczął się denerwować. Zastanawiał się, jak będzie wyglądał potwór, który niedługo wejdzie do pokoju. Po chwili otrzymał odpowiedź.
Strażnik otworzył masywne drzwi i do pokoju wszedł rudowłosy mężczyzna ubrany w wyblakłą bluzę więzienną i gumowe klapki prysznicowe. Na uszach miał słuchawki, w rękach odtwarzacz CD. Strażnik zdjął mu kajdanki i zamknął za sobą drzwi. W pokoju pozostała jedynie ich trójka.

Jest mały - to było pierwsze wrażenie Paula. Umięśniony - drugie wrażenie. Tylko tyle zdążył pomyśleć, zanim Behr podniósł się ze swojego krzesła. Uderzył mężczyznę w głowę, mocno, jego słuchawki upadły na ziemię.

- Hej! - zaprotestował mężczyzna. - Kto wy, kurwa...

- Stul pysk! - warknął Behr i chwycił go mocno za ramiona.

Odtwarzacz CD, wytrącony z rąk mężczyzny, upadł na ziemię. Kopniak Behra posłał go pod ścianę. Detektyw owinął przewód od słuchawek wokół szyi więźnia i zaczął go dusić, pozostawiając na niej czerwone i białe pasy.
W końcu kabel nie wytrzymał. Behr odrzucił zepsute słuchawki i popchnął Gartha Roostera Mintza z powrotem na krzesło. Mężczyzna roztarł gardło i wytarł łzy, które napłynęły mu do oczu.

- Wiesz, dlaczego tu jesteśmy? - zapytał Behr. Jego głos był twardy niczym diament, Paul nie spotkał się jeszcze z takim tonem, nie tylko u Behra, ale u żadnej innej osoby.

Mintz nadal rozcierał gardło. Potrząsnął głową.

- Chodzi o tę policjantkę?

- Nie o nią - Behr przesunął zdjęcie Jamiego w kierunku Mintza, który nawet nie zwrócił na nie uwagi.

- Spójrz na nie! - rozkazał Behr.

Mintz tylko przez chwilę patrzył w ścianę, po czym posłusznie opuścił wzrok i spojrzał na fotografię. Po chwili podniósł głowę. Jego twarz nie zdradzała żadnych oznak, że Mintz wie, kogo przedstawia zdjęcie.

- Dobra, spojrzałem.

- Widziałeś tego dzieciaka?

- Nie wiem - odpowiedź nie była złośliwa, raczej pełna szacunku. Jeśli Paul miałby strzelać, powiedziałby, że facet naprawdę nie wiedział.

- Wyznasz wszystko, ty sukinsynu!
Behr oddychał mężczyźnie prosto w twarz.

- Co mam powiedzieć? Fajny dzieciak.

Detektyw przycisnął Mintza do oparcia krzesła, przesunął się za niego i przyszpilił jego ramiona. Spojrzał na Paula.

- Weź się za niego!

Paul poczuł, jak kurczą mu się jądra, a pęcherz zaczyna się rozluźniać. Wiedział o co prosi go Behr, ale nie mógł w to uwierzyć.

- Chwileczkę. Mamy pewność, że on w ogóle znał Jamiego?

Paul czuł się nieswojo. Zupełnie jakby brał udział w jakiejś niedorzecznej misji, a Behr zmuszał go do wymierzenia kary komuś, kto może skrzywdził policjanta, ale nie miał nic wspólnego z jego sprawą.

(...)

- Ten gość robił straszne rzeczy. Cokolwiek mu się stanie, zasługuje na to.

Behr podniósł mniejszego mężczyznę z krzesła i przytrzymał go. Paul wstał.

Nic nie cuchnie tak jak więzienie, pomyślał Behr, kiedy weszli - pasta do podłóg, podłe żarcie ze stołówki, pot, ludzki brud i wszechobecna nienawiść. Zastanawiał się, czy przyprowadzenie ze sobą Paula nie było czasem największym błędem w jego życiu. Choć ojciec Jamiego wykazał się do tej pory dużym zaangażowaniem i wytrwałością, to jednak nie miał doświadczenia w tego typu sprawach i miejscach. Kiedy Rooster Mintz wszedł do pokoju przesłuchań, stary radar policyjny Behra zaczął mrugać, piszczeć, a w końcu wyć. Mały śmierdziel był aż radioaktywny od nagromadzenia złej energii. Wydawał się cieszyć sporym szacunkiem, jakim zazwyczaj cieszą się w pierdlu zabójcy i krzywdziciele glin. Jedno spojrzenie pozwoliło Behrowi stwierdzić, że facet żył w świecie obrzydliwej ciemności, a niemal śmiertelne pobicie policjantki wcale nie plasowało się zbyt wysoko na liście jego złych uczynków.

Detektyw miał nadzieję, że wizyta ojca jednej z jego ofiar będzie na tyle nieoczekiwana, że pomoże wyciągnąć z Mintza informacje skuteczniej niż jakakolwiek inna technika śledcza. W najgorszym razie Paul zasługiwał na chwilę zemsty. Wkrótce okaże się, czy Behr miał rację. Paul wstał z krzesła, w jego ruchach widać było niezdecydowanie, jego ramiona były sztywne. Wyprowadził niepewny cios prawą ręką, który wylądował na lewym policzku Roostera.

- Nie bij po twarzy - poinstruował go Behr.
Po chwili patrzył z rosnącym niepokojem, jak Paul kieruje swoje ataki na ciało Roostera, wszystkie ciosy były kruche i słabe. Przez chwilę młócił rękami bez żadnego skutku, po czym, dysząc, cofnął się o krok. Mintz znosił ciosy bez żadnego grymasu, zdawało się nawet, że zaczyna się uśmiechać. Paul był zdenerwowany, bał się, a Behr dobrze wiedział, co strach robi z ludźmi - odbiera im siłę. Sprawia, że stają się słabi.

(...)

Behr zaczął się martwić. Nie wyciągnęli nic z Mintza, a za chwilę kończył się czas. Poczuł pokusę, aby obrócić drania i dołożyć mu osobiście. Był wystarczająco wkurzony, żeby to zrobić skutecznie, jednak się powstrzymał. Zupełnie inaczej wyobrażał sobie ich zwycięstwo.

- Ramiona niżej... zobacz swojego syna... i uderz tego skurwiela! - wycedził Behr surowo.

Oczy Paula zaszły mgłą. Wziął głęboki wdech, podniósł ręce i podszedł bliżej. Teraz jego ciosy były dużo płynniejsze. Bił z wyraźnym zamiarem, ze starym, nagromadzonym gniewem, który nie płonął jak ogień, a raczej żarzył się jak węgle. Paul uchwycił się tego uczucia i walił, jakby chciał przebić się przez brzuch Roostera i wyrwać jego flaki, robił to dokładnie tak, jak powinno się to robić. Behr poczuł jak mężczyzna, który do tej pory aktywnie się bronił przed ciosami, zaczyna spinać się z bólu, a w końcu wiotczeć w jego rękach z powodu odniesionych obrażeń. Przez Paula zaczęła przemawiać furia i nie zamierzała pzestać.

Spokojnie to wytrzymam - przebiegło przez głowę Roostera - mogę tak cały pieprzony dzień. Miał fart, że Duży Kutas tylko go trzyma, zamiast okładać. Kurwa, ale ja mam szczęście! - pomyślał. Nędzne ciosy tego drugiego gościa nie robiły wrażenia na jego twardym jak skała brzuchu. Zawsze miałem szczęście. Przez chwilę wydawało się, że sprawy potoczą się kiepsko, zaraz po tym jak wszedł do pokoju przesłuchań, a Duży Kutas skoczył na niego.
Mintz pamiętał ich z Sebo's. Potem ten duży utkwił w nim spojrzenie pełne nienawiści, które sprawiło, że Roosterowi zrobiło się słabo. Czuł siłę tego faceta, kiedy Duży Kutas dusił go kablem od słuchawek. Poczuł ją po raz drugi, kiedy był przez niego przytrzymywany - palce jak żelazo miażdżyły bicepsy Mintza i uciskały wszystkie nerwy. Gdyby to ten gość zaczął bicie, mogłoby to oznaczać kłopoty, ale z takim nędznym gównem mógł sobie poradzić. Przez chwilę zastanawiał się, kim byli i co na niego mieli. Na początku myślał, że byli glinami, i rzeczywiście było w nich coś z glin, ale to jak zadawali pytania i sposób, w jaki go przesłuchiwali, zbiło go z tropu. A co do zdjęcia, w tym dzieciaku było coś znajomego - wyglądał dokładnie jak każdy inny, nad którym pracował. A jednocześnie nie wyglądał jak żaden z nich. Jakim cudem miał ich kurwa spamiętać? Kiedy wchodził do pokoju te dzieciaki były jedynie ciałami. Nie próbował ich zapamiętywać. A nawet gdyby pamiętał, to i tak tym dwóm gorylom by o tym nie powiedział. Nie siedział tu, aby naprawić swoje winy.
O nie! Świat postawił na niego wielkiego kloca, a Rooster Mintz uważał, że należy podać go dalej.

Pan Oferma odsunął się od niego, najwyraźniej już się zmęczył, jedynie doświadczenie powstrzymało Roostera od uśmiechnięcia się. Nie chciał ich, na litość boską, inspirować. Po chwili Duży Kutas zaczął instruować swojego kolesia i wtedy sprawy się spieprzyły. Pan Oferma podniósł ręce jak zawodnik wagi ciężkiej i podszedł do niego zawodowym krokiem zwiastującym rundę drugą. Kolejne ciosy były już inne. Facet dobrze rozłożył ciężar ciała, jego ramiona pracowały jak tłoki. Rooster poczuł, jak ulatnia się jego pewność siebie, ciosy zaczęły go pożerać, w końcu zalała go fala paniki. Poczuł, że traci oddech. Walczył tylko, aby przetrzymać. Po chwili modlił się, żeby już było po wszystkim, cicho skamlał, aby się już skończyło, po prostu, kurwa, skończyło. Ale tak się nie stało. Mięśnie brzucha zawiodły go. Ustąpiły jak miedź, w którą uderza młot kowalski. Ciosy lądowały teraz dokładnie na jego wątrobie i śledzionie. Krew odpłynęła z mózgu i zaczęło kręcić mu się w głowie. Gdyby nie to, że trzymał go Duży Kutas, latałby i obijał się po całym pokoju. Podałby im wszystko, co chcieli wiedzieć, nawet to, czego nie wiedział, gdyby tylko zapytali. No proszę, kurwa, zapytajcie! Nie pytali. Poczuł, jak spienione resztki śniadania wylewają się z kącików ust, a nogi zaczynają się pod nim uginać. Zwiotczał w rękach dużego faceta, a potem: Dzięki ci, kurwa, Jezu - skończyło się.

- Wystarczy - powiedział Behr i złożył to, co pozostało z Mintza na krześle.

Krew zmieszana z żółcią płynęła z kącików ust mężczyzny, który nawet nie próbował jej wytrzeć. Behr czuł pokusę, aby kontynuować bicie, aż do momentu, gdy nie rozlegnie się pukanie do drzwi. Niech ten gnój wyląduje w szpitalu! Zobaczył jednak, jak wycieńczony był Paul. Nie chciał, aby jego partner zasłabł w pokoju, a poza tym miał pytania, które musiał zadać.

Ciałem Mintza zaczęły wstrząsać spazmy. Wyglądało na to, że zaraz się porzyga, ale w jakiś sposób udało mu się utrzymać zawartość żołądka. Detektyw ponownie pokazał mu zdjęcie Jamiego. Mintz spojrzał na nie i słabo potrząsnął głową.

- Nikogo w ten sposób nie chronisz, rozumiesz?! Wiemy, kim jesteś. Wiemy, czym się zajmujesz.

- Ja nie... - głowa Mintza poruszyła się delikatnie w geście poddania. - Ja nie...

- Wiemy o tobie i twoim starym znajomym. Tad Ford, pamiętasz? - Behr zobaczył, że Mintz niespokojnie przełyka ślinę. Sukinsyn - pomyślał detektyw - to on ma na sumieniu zabójstwo Forda.

- Gówno nas to obchodzi. Chcemy tylko informacji o dzieciach. O tym chłopcu - Behr stuknął kilkakrotnie w zdjęcie Jamiego swoim palcem wskazującym. - Znasz go?

- Nie wiem.

- Mów albo tym razem ja się wezmę za ciebie - Behr zobaczył, że na twarzy Mintza pojawiło się czyste przerażenie.

- Czego wy kurwa ode mnie chcecie?! Co?! - pytał Mintz.

Jego głos był wysoki i piskliwy. Płakał. Łzy i smarki mieszały się z potem i żółcią na jego twarzy, wyglądał fatalnie. Zza drzwi dobiegło głośne pukanie. Czas minął.

- Paul, trzymaj drzwi! - warknął Behr. Paul natychmiast wstał z krzesła i ruszył w ich kierunku.

- Wiem kanalio, że łamiesz te dzieci, żeby nadawały się na lepszych towarzyszy. Powiedz mi coś, co może mi się przydać, albo nigdy nie opuścisz tego pokoju!

Ręka Behra wystrzeliła do przodu, złapał Roostera za gardło i zacisnął palce. Z zewnątrz dochodziły dźwięki obracającego się klucza w zamku, czyjaś dłoń próbowała nacisnąć klamkę. Paul trzymał ją mocno, nie pozwalając by się poruszyła. Behr ściskał gardło Mintza, jakby miał zamiar go udusić. Pomyślał, że być może nawet powinien to zrobić.

- Kim ja kurwa jestem? Nigdy nie zapamiętywałem tego, co robiłem. Chcecie kogoś, kto się liczy, no nie?! - wycharczał Mintz. - Chcecie Riggiego. Oscar Riggi.

Miasto Słońca

Autor: David Levien
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Wydanie polskie: 2/2009
Tytuł oryginalny: Frank Behr: City of the Sun
Rok wydania oryginału: 2008
Liczba stron: 380
Format: 145x205 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 978-83-61386-00-1
Wydanie: I
Cena z okładki: 32 zł


blog comments powered by Disqus