"Alkochochlik"

Autor: Dawid Kain

- Cholera by to wzięła!!! - krzyknął Andrzej D., 50-cio letni pracownik warsztatu samochodowego. Była to najnormalniejsza w świecie reakcja na to, co go spotkało - uderzenie kolanem w kant łóżka. Nocne wędrówki po mieszkaniu zazwyczaj kończyły się w ten sposób, lecz nagłe, wyrywające człowieka z miękkich objęć snu pragnienie sprawiało, że Andrzej nie zrażał się sińcami i kontuzjami kończyn.

- Czwarta rano, a ja znów muszę wstawać, bo w gardle i ustach mam pustynię - narzekając na swój tragiczny los pokuśtykał w kierunku kuchni.

Otworzył lodówkę i poczuł bijące z jej wnętrza zimno. Dzień wcześniej kupił sobie zgrzewkę soków i trzy wody mineralne - znał swoją przypadłość i postanowił się przed nią zabezpieczyć najlepiej jak mógł. Na samą myśl o szklance zimnego napoju aż klasnął w dłonie z zachwytu

- Co za licho?! Gdzie woda? Gdzie soki? - na wszystkich półkach lodówki stały puszki piwa. Po innych napojach nie było ani śladu.

- Jakiś głupi żart! Kto mi napchał browarów do lodówki? - Andrzej D. przez lata swej młodości zmagał się z jedną z najczęstszych i najgroźniejszych chorób, na jakie można zapaść - z alkoholizmem. Odkąd udało mu się zerwać z nałogiem, na sam widok "chmielowych puszek z procentami" ciarki przebiegały mu po plecach. Bał się uzależnienia tak, jak diabeł boi się święconej wody. Miał nudną pracę i nie miał rodziny, gdyby znów zaczął pić, nie znalazłby się nikt, kto powstrzymałby go przed stoczeniem się na samo dno.

Andrzej z niesmakiem trzasnął drzwiami lodówki i podszedł do zlewozmywaka. Odnosił wrażenie, że ma w ustach piasek. Nie mógł zwlekać ani chwili dłużej - wyjął z szafki szklankę i odkręcił kran. Napełnił szklankę chłodną, przezroczystą cieczą i zakręcił kurek. Jednym szybkim ruchem dłoni wlał sobie całą porcję wody do ust...

Napój był taki chłodny, taki kojący. Gdy spływał przełykiem, Andrzej myślał o ogromnych wodospadach i szumie rozpryskujących się na skałach hektolitrów wody. Wtedy poczuł, że coś jest nie tak. Z początku dziwne pieczenie w gardle i żołądku uznał za swój wymysł. Dopiero później, gdy w ustach poczuł gorzki smak, a jego wnętrzności zabulgotały jak piekielne jeziora wrzącej siarki, zrozumiał, co się stało.

- Matko Przenajświętsza!!! - wrzasnął, plując na lewo i prawo. Nie było najmniejszych wątpliwości, że ciecz, którą wlał sobie do szklanki i którą wypił, nie była niczym innym jak 40% czyściuteńką wódeczką.

- Jak to się mogło stać? - pytał sam siebie, spoglądając to na kran, to znów na trzymaną w dłoniach szklankę.

Alkohol, który Andrzej D. skonsumował przed chwilą, był pierwszym napojem wysokoprocentowym wypitym przez niego od 15 lat Początkowe wyrzuty sumienia zostały szybko zagłuszone przez przyjemny szum, który wypełnił jego głowę. Jego mózg najwidoczniej zaczął nasączać się wódką, gdyż po ciele Andrzeja przebiegł elektryzujący dreszcz - taki sam, jaki odczuwają niektórzy ludzie spotykając po wielu latach rozłąki swoją dawną miłość.

- Napiłem się raz, to czemu nie napić się raz jeszcze? - Andrzej poczłapał w kierunku lodówki i wyjął z niej kilka puszek piwa. Już się nawet nie zastanawiał, skąd ten cały alkohol wziął się w jego mieszkaniu.

Ciemnożółta ciecz płynęła wzburzoną rzeką przez przewód pokarmowy Andrzeja D. i rozlewała się na szerokie wody jego żołądka. Później płynęła dalej, wirując łagodnie i nasączając wyschnięte przesmyki nerek. A w mózgu wciąż hulał szalony, odurzający wiatr...

Nim nastał świt Andrzej D. z pokorą przyjął pracę w swym wyuczonym zawodzie - zawodzie alkoholika.

* * *

- Kochanie... dzwonię z biura...

- Miałeś być tutaj już pół godziny temu - Eliza mocniej ścisnęła telefon komórkowy, starając się opanować nerwowe drżenie dłoni - Co stało się tym razem?

- Obawiam się, że będziemy musieli przełożyć naszą randkę na kiedy indziej. Szef kazał mi zostać po godzinach. To jakiś nowy, duży projekt nad którym pracuje cała rzesza ludzi. Jeżeli się wykażę, to zyskam możliwość awansu. Wtedy obiecuję, że razem wyjedziemy gdzieś na wakacje.

- To samo mówiłeś przed rokiem.

- Tak, ale wtedy... sama wiesz jak było. Proszę cię tylko o odrobinę cierpliwości.

- Jak długo jeszcze mam znosić twoje wymówki?

- Czy wymagam aż tak wiele? Czy nie możesz zrozumieć, jak ważna jest dla mnie moja praca?

- Idź do diabła! - krzyknęła i wyłączyła telefon. Ludzie siedzący przy sąsiednich stolikach popatrzyli na nią z zaciekawieniem.

Pięknie Elizo! Znów robisz z siebie pośmiewisko - pomyślała.

Do jej stolika podszedł kelner - śmiesznie wyglądający, karłowaty człowieczek o pomarszczonej twarzy i piskliwym głosiku.

- Czy coś się stało, proszę pani? - zaskrzeczał.

- Nic takiego. Małe nieporozumienie.

- Tak piękna kobieta jak pani nie powinna spędzać wieczorów w samotności. Widzę panią już trzeci raz w naszej restauracji i zawsze siedzi tu pani sama.

- No cóż, taki los - odparła, z trudem przywołując na twarz uśmiech.

- Niech pani chwilkę poczeka - zapiszczał karzeł i gdzieś zniknął. Po kilku minutach wrócił z tacą pełną kieliszków szampana. Postawił je wszystkie na stoliku Elizy.

- Ależ proszę pana, ja...

- Ćśśśśś. Niech pani nic nie mówi. To wszystko na mój koszt. Niech pani chociaż spróbuje.

Eliza wzięła jeden z kieliszków i napiła się. Poczuła w ustach słodki smak. Bąbelki przyjemnie drażniły podniebienie. Nastrój momentalnie jej się poprawił.

- Wspaniałe... Nie wiem jak panu dziękować. Nie mogę jednak wypić tego wszystkiego Proszę zostawić jeden kieliszek, a będę bardzo wdzięczna.

- Myślę - powiedział karłowaty kelner - Że jednak wypije pani wszystko, co pani przyniosłem. A gdy już skończy się szampan poprosi pani o więcej.

W głowie Elizy zawirowały dziesiątki obrazów - wszystkie wieczory, które spędziła przed telewizorem czekając na telefon od NIEGO, samotne spacery nad brzegiem rzeki, podczas których zamiast dłoni ukochanego trzymała w rękach książkę lub gazetę, wszystkie te spotkania, które kończyły się za wcześnie bądź nie zaczynały się wcale, bo ON musiał pracować, wyjechać, załatwić parę spraw (niepotrzebne skreślić). W jednej sekundzie elementy tragicznej układanki, jak można było nazwać ten związek, trafiły na swoje miejsce, tworząc iście absurdalny obraz. Tyle straconego czasu, tyle wylanych łez...

- Chyba ma pan rację - szepnęła Eliza sięgając po kieliszek... a potem po następny...

i następny... i kolejny... i jeszcze jeden...

Po godzinie kelner znów wrócił do jej stolika z kolejną porcją napojów wyskokowych.

- Czy teraz czuje się pani lepiej? - spytał, a w jego głosie zabrzmiały wszystkie dźwięki, które sprawiają, że ludziom ciarki przechodzą po plecach - odgłos rozrywanego styropianu, dźwięk, jaki wydaje szkolna tablica, gdy ktoś przejedzie po niej paznokciami..

- Tak, czuje się już całkiem nieźle. Wie pan co, szczerze mówiąc, chciałabym czuć się tak każdego dnia.

- Nie widzę żadnych przeszkód - odparł kelner wciskąjąc jej do ręki kolejny kieliszek szampana.

Przez krótką chwilę Elizie wydawało się, że kelner nie jest człowiekiem, bardziej przypomina złośliwego chochlika z bajek dla dzieci - jego skóra nabrała zielonkawej barwy, karłowata sylwetka przygarbiła się jeszcze bardziej, na twarz wstąpił szyderczy uśmiech, a oczy zrobiły się zimne jak butelki szampana wyjęte z lodówki. Bardzo nie podobał jej się ten widok... postanowiła się napić...

* * *

- Ile razy ci to powtarzałem, ty mały gnojku?!

- Tatusiu... Przepraszam... Zapomniałem...

- Gdzie miałeś pójść o piątej? Pamiętasz?

- Do sklepu, po piwo dla ciebie.

- A która teraz jest godzina?! - włochata dłoń ojca uderzyła Marka tuż koło ucha. Przez chwilę chłopiec słyszał jedynie odgłos przypominający ciągły sygnał telefonu.

- Jest siódma, tato.

- A wiesz co to oznacza? Że sklep jest już zamknięty, a ja nie mam swojego piwa.

- Przepraszam. Pójdę do tego całodobowego, na rogu Chmielnej.

- Chcesz iść na Chmielną? To godzina drogi! - ojciec ponownie uderzył Marka, tym razem w policzek. Był już mocno pijany. Razem z sąsiadem urządzili sobie małą libację. Popił trochę i miał ochotę na więcej. To dlatego był taki wściekły, gdy okazało się, że w domu nie ma nic, mimo iż wcześniej kazał swojemu dwunastoletniemu synowi iść na zakupy.

- Pójdę tato, tylko błagam już mnie nie bij - w oczach chłopca pojawiły się łzy.

- To rusz się gówniarzu! - ojciec złapał Marka za włosy i wyrzucił go za drzwi.

Marek pędził przed siebie ulicami miasta, ściskając w ręce drobne na piwo. Biegł najszybciej jak mógł, gdyż wiedział, że każda minuta opóźnienia będzie go kosztowała kilka sińców na ciele. Łzy spływały po jego zaczerwienionej twarzy, ale on nie zwracał na to uwagi. Byle szybko dotrzeć na Chmielną.

- Gdzie tak pędzisz, chłopie? - jakiś niski mężczyzna złapał go za koszulę i najwyraźniej nie chciał pozwolić mu iść dalej, póki nie uzyska odpowiedzi.

- Niech mnie pan puści! Bardzo się śpieszę!

- A dokąd to, jeśli można wiedzieć?

- Do sklepu, na Chmielną.

- Po piwko dla tatusia? - Marek przestał się wyrywać i z niedowierzaniem spojrzał na nieznajomego.

- Skąd pan wie?

- Powiedzmy, że się domyśliłem. Nie musisz tam wcale iść Mareczku.

- Skąd pan wie jak mam na imię?

- Zadajesz za dużo pytań. Patrz, co mam dla ciebie - mężczyzna sięgnął do kieszeni i wyjął z niej puszkę piwa. Było to niesamowite zjawisko, gdyż jego kieszeń jeszcze przed chwilą wydawała się pusta. - Dam ci tego browara za darmo, ale pod jednym warunkiem.

- Jakim?

- Napijesz się ze mną.

- Co?! Ja mam dopiero dwanaście lat. Nie będę z panem pił. Idę na Chmielną.

- Nigdzie nie pójdziesz! Albo się ze mną napijesz, albo będę cię trzymał tak długo, aż ojciec sam wyjdzie po ciebie. Chyba wiesz, co to znaczy? Nie będziesz mógł usiąść przez parę tygodni.

- Puszczaj mnie! Pomocyyyyy!!!

- Zamknij się! Ulica jest pusta. Nikt cię nie usłyszy. Pójdziesz ze mną - złapał Marka za kark i poszedł z nim w stronę pobliskiej ławki, na której razem usiedli.

To jakiś świr - myślał Marek - Trudno, napije się z nim, bo w przeciwnym wypadku ten wariat jeszcze mnie zabije. Byle tylko być jak najszybciej z powrotem w domu.

- I jak? - spytał mężczyzna, gdy chłopak przełknął kilka łyków.

- Gorzkie i niedobre.

- A więc wypij więcej. Wkrótce smak przestanie ci przeszkadzać - Nieznajomy wyjął z pustych kieszeni dwa kolejne piwa. - Ile puszek miałeś przynieść ojcu?

- Trzy.

- Dostaniesz ode mnie trzy piwa za darmo... jeżeli oczywiście wypijesz tyle samo, ile będziesz chciał wziąć.

- Przecież będę po tym kompletnie pijany.

- Nie narzekaj. Tylko pomyśl - ja dam ci piwa, a ty zatrzymasz pieniądze, które dał ci stary i będziesz mógł z nimi zrobić co zechcesz. A poza tym, odrobina alkoholu spowoduje, że uderzenia ojca nie będą aż tak bolesne. Same korzyści.

Pijąc drugie piwo Marek nie czuł już gorzkiego smaku. Nic już nie czuł. Cała twarz mu zdrętwiała, a ręce i nogi stały się niemal zupełnie bezwładne. Alkohol sprawił, że przestał myśleć o tym, co będzie się działo w domu po jego powrocie. Takie drobnostki przestały być istotne.

- Koniec. Wypiłeś trzy piwa, a ja daje ci za to trzy puszki pełne procentów, dla twojego ojca.

- Dź-źźź-ękuję p-p-panu.

- Za każdym razem, gdy stary wyśle cię po alkohol do sklepu, przychodź do mnie. Obaj na tym skorzystamy.

Marek wziął piwa od nieznajomego i ruszył chwiejnym krokiem w kierunku domu. Po chwili odwrócił się, by ostatni raz spojrzeć na mężczyznę, który tak hojnie go obdarował.

Na ławce siedział mały, pokraczny potworek, który ani trochę nie przypominał człowieka. Jego twarz wyglądała jak zeschły liść, a oczy zdawały się być dwiema okrągłymi i przezroczystymi bryłami lodu. Spod potarganych włosów stworzenia wyłaniały się duże, szpiczaste uszy. Dziwaczna istota przez moment siedziała bez ruchu, a później zaczęła drgać, jakby całym jej ciałem wstrząsał niepowstrzymany chichot.

Gdy Marek przetarł oczy, ujrzał już tylko pustą ławkę. Nieznajomy zniknął.

* * *

Słońce wyłoniło się zza horyzontu i rozbłysnęło nad miastem niczym gigantyczna monstrancja.

Światło spłynęło na domy i ulice, kładąc ciepły dotyk na twarzach pogrążonych we śnie ludzi.

Alkochochlik stał na dachu jednego z wieżowców - szklanej fortecy górującej nad pozostałymi budynkami. Obejmował swym lodowatym spojrzeniem całą okolicę, aż po ginące we mgle zarysy widnokręgu. Każde miejsce, na które patrzył przywoływało uśmiech na zieloną twarz . Wiedział, że nie ma w tym mieście ani jednego domu, w którym nie byłoby ludzi wepchniętych przez niego w szpony nałogu. Wyobrażał sobie tych wszystkich nieszczęsnych pijaków, którzy budzili się teraz nie pamiętając, co robili wczoraj. Widział w myślach ich żałosne próby wstania z łóżek i ustania na nogach. Jakże wysoką cenę przyjdzie im zapłacić za tych kilka chwil błogiej nieświadomości.

Istota o zielonym obliczu przymknęła powieki i zaczęła myśleć o przyszłości, o tym jak rasa alkochochlików zapanuje nad całym światem. Są ich już dziesiątki tysięcy, a z każdym dniem przybywa nowych rąk do pracy. Europa środkowo-wschodnia i znaczna część Azji należą już właściwie do nich. Teraz pora na całą resztę...

Masz kłopoty mój przyjacielu? Nieporozumienia z rodziną i znajomymi? Jak ci idzie w pracy, albo w szkole? Że jak? Że ciężko? Tak, zgadzam się. Poczuj ten przyjemny dreszczyk.

Niech odrętwiające procenty popłyną w twoich żyłach. Niech twój mózg nasiąknie alkoholem jak mokra gąbka. Odurzający wiatr pod kopułą twojej czaszki. Zdrętwiałe kończyny...

Przyjmij pracę w teatrzyku Alkochochlika. Jaką pracę? Pracę marionetki!

Tak, tak. Napijmy się. Do dna, mój przyjacielu...



blog comments powered by Disqus