"Bóg też jest ateistą" - opowiadanie interaktywne
Rysiek był ateistą, takim z krwi i kości, takim od urodzenia, a dla ateisty nie ma rzeczy bardziej niepojętej, niż życie po śmierci, wierzcie mi. No, może z wyjątkiem Boga, czy ogólnie mówiąc - bogów, ale ci są właściwie tylko śmieszni. Jak zresztą wszystko, czego nie doświadczysz empirycznie, co nie istnieje, co pozostaje jedynie w sferze urojeń, począwszy od Teletubisiów, a skończywszy na kręgach piekielnych czy niepokalanych poczęciach. Dajcie spokój, koleżanki i koledzy! To jedynie komiczne zwidy. Kretyńskie wymysły. Kosmiczne brednie. Delirium, w które wpada się z powodu własnej intelektualnej nędzy. Istna parada podniebnych frajerów!
Toteż wyobrazić możecie sobie zdziwienie Ryśka, gdy pewnego listopadowego poranka, podczas jazdy autobusem komunikacji miejskiej na krakowski Rynek, ze słuchawkami na uszach i książką Dawkinsa w dłoni, biblią inteligentów, usłyszał w radiu, że nadszedł "Dzień Sądu". Ale po kolei. Radia słuchał na komórce, był to chyba nawet RMF - jeśli się nie mylę - FM. Komórka oczywiście K750i, simply the best. W pierwszym momencie Rychu miał skojarzenia stricte polityczne, a konkretnie pomyślał, że PIS wraca do władzy i nie ma, że boli. Nie ma, że straszno i że co to będzie. Przez zaparowaną szybę wypatrywał na ulicach czołgów, zamieszek, krwi, płomieni, kwakania, ogólnie mówiąc - szeroko pojmowanego "Trzynastego Grudnia". Lecz nie. Tego nie zastał. Wręcz przeciwnie! Za szybami spokój, mentalna wiosna, mimo temperatury i aury wybitnie przygnębiającej, wolnorynkowy rozkwit, cud gospodarczy godny Irlandii, szeroko otwarte paszcze pubów, piwo szczerozłote, uśmiechy kioskarek, panie od precelków zyskują nagle lekko zagraniczny akcent, w kieszeniach pęcznieją wypłaty, podatek liniowy oddziela grubą kreską ciemną stronę mocy od strony jasnej.
Przygłośnił radio, gdyż chrząkania jakiegoś mohera z ciężką astmą, siedzącego rzut dosłownie beretem w tym samym środku komunikacji, utrudniały mu rozeznanie się w faktach. A te porażały:
"Przerywamy Muzyczną Superlistę, by nadać następujący komunikat: dziś rano, w okolicach godziny szóstej piętnaście, otrzymaliśmy pierwszy niepokojący telefon od człowieka, który określił się mianem "B-Bartłomiej spopod cmentarza". Wykrzyczał on do słuchawki, iż przez bramę Nekropolii Rakowickiej wytacza się na świat jakiś pochód, przemarsz, parada czy może wręcz procesja ludzi - za przeproszeniem - nadgryzionych zębem czasu. Następnie wycharczał coś w rodzaju: "jest też tutaj mój zmarły dzia-dzia-dziadek", po czym nieodwołalnie zamilkł. To był pierwszy sygnał, iż coś niedobrego zaszło. Lecz nie ostatni. Nasz reporter, Mirosław Orzechowski, nie zwlekając, wsiadł na skuter i pojechał sprawdzić, co się w istocie dzieje i czy to nie aby kawał łamane przez żart. Odezwał się do nas około..."
Jeb!
Jeb, jeb, jeb!
Rysiek przefrunął przez barierkę, jakby ktoś nagle wyłączył grawitację. Coś syknęło na prawo. O rany! Kiedy leciał, tom Dawkinsa był mu jedynym oparciem. Lecz niezbyt pewnym. Jak to książki mają w zwyczaju. Walnął głową i plecami w pasażerów stojących przy rozsuwanych drzwiach, które się rozsunąć dziwnym trafem nie chciały. O matko! Było to miękkie lądowanie dla Rycha, niekoniecznie jednak miękkie dla pozostałych. Coś syknęło na lewo. Ktoś wrzasnął. Brzdęk. Brzdęk i trach! Onomatopei natłok, w autobusie tłum poturbowanych, poprzewracanych, połamanych. Koniec, po prostu, świata! Ale co się stało, co zaszło? Kierowca drze mordę, używa słów na "S" i na "K", że mu, mówiąc wprost: Jakiś "S" się, "K", wpierdolił pod koła, "S", "K", jebany, jak lezie nie uważał!
W gąszczu kończyn rozmaitej proweniencji zastał samego siebie Rysiek. By być obrazowym, by zastosować stronę bierną i szyk przestawny. W dookolnym burdelu, chaosie, matni bezsensu, kurzu i butach, które nie były zbyt firmowe, ani nie pachniały. Pośród rozsierdzonego stada katolików, co to im krzyże na łańcuszkach lśniły, niby zapowiedź nowej krucjaty, ale z kim, ale jakiej, ale o co w ogóle chodzi? Cóż było począć? Do wątłej piersi tulił świętą księgę, nerwowym wzrokiem wodził po kroczach i kolanach, gdyż tylko to miał chwilowo w zasięgu oczu. Pasażerowie wrzeszczeli, by ktoś otworzył drzwi, bo się tu zaraz uduszą, zasłabną, pomrą. Wzywano nienadaremno imienia Matki Boskiej, Serca Jezusowego, Słupnika Szymona oraz św. Tadeusza z Torunia. Słowa te raniły Ryśka na wskroś. Bo, co jak co, plagi wierzących nigdy nie tolerował. Tej zrakowaciałej tkanki społecznej miał od dawna serdecznie dosyć. Powyżej duszy miał już ich nawiedzonego bełkotu!
Nagle drzwi otworzyły się, wszystkie naraz, jakby na złość. Ludzie dosłownie wypadli na asfalt, niczym klopsiki z przechylonej puszki. Prosto w uliczną breję, prosto w syberyjskie chłody listopadowego Krakowa. Szczękanie zębami i buchanie parą z ust zastąpiły wcześniejsze wyzwiska w kierunku kierowcy autobusu. Skończyła się wreszcie ta chora jazda.
Rychu wstał z ziemi, otrzepując się z brudu, w jaki wpadł, metaforycznie i dosłownie. Na takie przypadki niewątpliwie przydałby się Perwoll, gdyby taki środek mógł się zmieścić w kieszeni. Tak wielkich kieszeni nasz bohater jednak nie miał. A być może powinien mieć, być może powinien w to miejsce zacząć nosić nawet damską torbę... Wsunął książkę pod pachę i chwiejnym krokiem poturbowanego ateisty ruszył przed siebie, by sprawdzić, w co walnęli.
A walnęli w nie byle co. Pod kołami autobusu tkwiło jakieś ciało, nogi wykręcone pod kątami nieznanymi naszej geometrii, zupełny brak krwi na dodatek, o dziwo, twarz wyprana z jakiejkolwiek ludzkiej barwy, szarość nad szarościami. Dwóch osiłków w puchowych kurtkach popędziło z pomocą poszkodowanemu, lecz trzeba przyznać, że chyba niepotrzebnie, chyba pochopnie, bowiem tamten wyglądał, jakby od dobrych paru tygodni nie żył.
Na tyle delikatnie, na ile się dało, wywlekli go na szare światło dnia, w którym to świetle nie rzucała się aż tak w oczy szarość samej ofiary. Jeden z ochotniczych ratowników, mimo wyraźnych plam opadowych na ciele tamtego, mimo jawnie postępującego rozkładu, na zębach śladów wcześniejszego gryzienia od spodu kwiatów, przystąpił do reanimacji metodą usta-usta. Jeśliby tłumaczyć dosłownie, słowo "reanimacja" znaczy "ożywienie". I faktycznie było coś na rzeczy. Już po upływie paru sekund dało się bowiem słyszeć donośne rzężenie poszkodowanego. Lecz zarazem rozbrzmiał krzyk osiłka, któremu własna krew spływała po brodzie i szyi, niczym z fontanny.
- Mięso... Mięso - wycharczała ofiara wypadku, próbując wstać. Mówiła niewyraźnie, być może przez to, że w ustach miała teraz dwa języki: swój i kolesia, który starał się ją ocalić.
Posoki wokół było ci tutaj dostatek!
W tym momencie przestanę już używać słowa "ofiara", sorry, dziewczyny i chłopaki. Bo to by mogło wprowadzić tylko dodatkowe zamieszanie. A zamieszanie to ostatnie, czego nam trzeba przy opisach Końca Czasu, nieprawdaż?
Potrącony trup pozbierał się zaskakująco szybko, stanął na połamanych nogach, aż zatrzeszczały kości, i ruszył przed siebie wyciągając ręce w geście: "Na wino potrzebuję, mniej-więcej pięć złotych". Ludzie wpadli w popłoch. Wpadali też na siebie. Rozwrzeszczany tłum pędził, gdzie się dało, byle dalej od kolesia, który niespodziewanie powstał z martwych. Rysiek miał od razu cyniczne skojarzenia, że dawno, dawno temu inaczej to wszystko wyglądało, że wtedy do jednego takiego truposza to lgnęli jak muchy do lepu. Ale nie bądźmy wredni.
Rychu, jeśli chodzi o kwestię ucieczki, też nie zasypywał gruszek w popiele. Obrócił się na pięcie i już-już chciał gdzieś pędzić, czując na karku nieświeży oddech zombiaka, rodem jak z filmu Romero, lecz - jeb! - zamiast czmychnąć, niespodziewanie wpadł pod koła motorynki prowadzonej przez piękną dziewczynę.
O Boże, Boże, jakąż lasencją jest ona - natychmiast wyświetlił się w głowie Ryśka ten slogan - z "Jeziora Marzeń" chyba pochodzący - mimo że nasz bohater nie miał w sercu ani grama Boga, tylko różne takie mięsa, komory i płyny czerwone.
W sekundę przebaczył jej to całe potrącenie, które o włos nie skończyłoby się przetrąceniem ryśkowego karku, lecz co tam, dziewczę za sterem motorynki było niczym filmowa gwiazda, tudzież gwiazda zdjęta z nieboskłonu, oderwana z krańców Mlecznej Drogi. Albo niczym anioł... Tfu, zaraz, jaki anioł, nie ma przecież żadnych takich, cofnijmy to, backspace, chwila moment, powiedzmy sobie może, że była tak śliczna, że aż nie było po niej widać, że wyewoluowała z tych całych gorących bajor, czy cokolwiek, okej?
- Żyjesz? - usłyszał Rysiek. Słowo najwyraźniej padło z ust tej cud-dziewczyny.
A więc mówiła! No proszę, dwa w jednym: talent plus uroda. Nieczęsta to mieszanka, oj nieczęsta - pomyślał nasz bohater z przekąsem.
Rychu przeczesał włosy "Bogiem Urojonym", tym wcześniej już wspominanym Dawkinsa tomem. Grzywka, z lekka przylizana, opadała mu na czoło, oczy miał z deka podkrążone, było dobrze, był modny, ale jeszcze paznokcie na czarno byłoby se fajno pomalować...
- Żyję. Tak. Pewnie. Owszem. Jest dobrze - odparł. - Tyle że tam coś wyszło spod koła. O, tam. I zaczęło gryźć ludzi. Jakiś chyba zombie.
Mówił jakby zapowiadał pogodę. Jakby wokół nie było ani cienia paranormalności. Sam się zdziwił swoim słowom. Jaki zombie? Nie ma takich rzeczy przecież, życie kończy się śmiercią, zgonem, uwiądem pnia mózgu, cześć i czołem, a potem tylko robactwo i testamenty, próchniejące trumny i niech gleby lekkimi nam będą. Skąd mu się brały we łbie te wszystkie brednie? Zaprawdę, ten dzień wystawiał na próbę jego ateistyczną duszę już nie po raz pierwszy... Tfu! Jaką duszę? Umysł. Jego ateistyczny umysł!
- Widzę, że coś tam jest właśnie nie teges. Aż się korek zrobił.
Rzężenie truposza stawało się coraz głośniejsze, zaś krok jego - mimo że chwiejny - prowadził go nieuchronnie w stronę świeżego mięska, sztuk dwie, któremu jednemu było na imię Rysiek, a drugiemu jak, to jeszcze później powiemy.
- Chyba takie stanie tutaj to nic pożytecznego nam nie da, co nie?
- Nie bardzo - odparł Ryszard, w kolanach miał miękko, a w brzuchu istny "Butterfly effect", czyli po naszemu: "Efekt motyla".
Zombie był już w odległości pięciu wyciągniętych ramion od nich. Widać było nawet gatunek robaków, wypełzających mu z nosa. Były to czerwie - larwy dla zwłok dość standardowe, grające trzecie plany w licznych filmowych horrorach.
- To wskakujesz czy nie?
Rychu dopiero teraz połapał się, co się święci, tfu, znaczy, połapał się, jak duże i nieświeże jest zagrożenie. I jaka szansa pojawiła się przed nim, między długimi nogami mająca nawet pojazd, zdatny do ucieczki z tego miejsca zbrodni.
Szybciuteńko, prędziuteńko usiadł za dziewczyną, z uśmiechem spełnionego onanisty obejmując ją w talii - nie za słabo, ale też nie za silno, po męsku lecz też zarazem po romantycznemu. Że tak rzecz ujmę: Pudzianowski plus Werter.
Truposz był już na wyciągnięcie trzech ramion. O rety!
Wtedy ruszyli. Nie było na co czekać. Może nie z piskiem, ale ruszyli. Motorynka jakby kichnęła i popędziła ulicą z prędkością osiemnastu kilometrów na godzinę. Nie był to może pęd rozwiewający grzywki, ale lepsze to, niż spieprzać na piechotę, tudzież "z buta"- jak mawia młodzież dzisiejsza.
Rysiek, niby to przez przypadek, chciał pomacać pod kurtką piersi dziewczyny, ale miast tego natrafił na jakiś dziwny kształt, coś niewielkiego, metalowego i wiszącego na łańcuszku jakimś. Dłonie aż mu zdrętwiały.
Był to krzyżyk!
Symbol fiksacji zachodniej cywilizacji na punkcie mężczyzny z włosami do ramion i dobrymi radami na każdą okazję.
Nasz bohater westchnął.
Dziewczyna chyba odczuła grozę sytuacji, wszak widziała wcześniej w ręce Rycha tomiszcze nie bez kozery zwane biblią bezbożników.
- Jestem Marysia. To znaczy Maria Magdalenka, ale znajomi mówią na mnie Marysia - przedstawiła się, by przerwać niezręczną ciszę, która tak naprawdę nie była żadną ciszą, tylko monotonnym pomrukiem motorynki.
- Ryszard - odparł Ryszard, krótko i zwięźle, gdyż co jak co, ale nie będzie teraz wymieniał żadnych czułości z - za przeproszeniem - katoliczką.
- Słuchaj, zdążyłam zauważyć, że światopoglądowo się różnimy, ale skoro już doszło do tego, że dzielimy jedną motorynkę, to możemy się chyba traktować po ludzku, nie uważasz?
Chciał odburknąć coś niemiłego, cisnąć w grzesznicę jakimś bluźnierstwem, twardym niczym kamień, ale ładna była i miła, więc nie mógł, po prostu nie mógł, jakiś imperatyw wewnętrzny kazał mu się powstrzymać.
- Jak tam wolisz - odrzekł więc, sądząc, iż zdanie to jest kurtuazyjną wyżyną.
Dziewczyna przez moment milczała, ale w końcu znów podjęła rozmowę, nie dając tak łatwo za wygraną.
- Posłuchaj Rysiek... Jeżeli chodzi o to, co się tam stało, tam, przy autobusie, to to nie jest pierwszy taki przypadek dzisiaj.
- Ale co to w ogóle było?
- Nie "co", tylko "kto". Zmarły przywrócony do życia. W telewizji od samego rana o tym bębnią. Podobno cmentarze pustoszeją, a umarli plądrują miasta, od Bałtyku aż po Tatry. To samo jest w innych krajach...
- E tam, gadanie - powiedział Rychu, gdyż jako zatwardziały ateista wiedział, że takie gadanie to tylko gadanie i nic ponadto.
- Możesz wierzyć w co chcesz, ale...
- Ja w nic nie wierzę! - wykrzyknął, by nie zostawiać cienia wątpliwości w tej kwestii.
- Jak już chcesz, ale... to się dzieje naprawdę. I jeżeli nie chcemy skończyć tak marnie jak ten w puchówce, tam z tyłu, ten, któremu się krew lała, to proponuję, żebyśmy pojechali do kogoś, kto będzie wiedział, co robić w takiej krytycznej sytuacji.
- Czyli gdzie?
- Wybierzmy się może do...
- Wybierzmy się może do katechetki, która uczyła w moim liceum. Ona podobno wie, co robić, żeby Koniec Świata nie był jak nieudany Sylwester.
- Katechetki? - zdziwił się Ryszard. Dreszcz przebiegł mu po plecach, a ślina utknęła w gardle jak danonek łyknięty w pozycji horyzontalnej.
Naraz powróciły wszystkie te smutne wspomnienia, wszystkie perypetie, jakie musiał przejść w pojedynku z inną katechetką - tą, która kiedyś uczyła jego. Wszystkie te pogróżki, że przyjdzie Szatan, że Piekło już czeka, strasząc otwartymi szeroko paszczami demonów i diabłów, ich rogami ostrymi jak domowe porno hollywoodzkich gwiazdek. Tak, wy też to znacie, lęk przed pierwszą spowiedzią, nieświeży oddech klechy przez kratkę konfesjonału, kolana wbite w posadzkę, ból, przerażenie, paraliż, smak hostii jak źle posolony, przeterminowany krakers. Bowiem ostatnie stulecia były - ni mniej, ni więcej - okresem przymusowej katechizacji, który w Polsce na dobre zaczął się w roku 966, kiedy to po uszy wpieprzyliśmy się w niezłą kabałę, a trwał aż to dziś, z różnymi - najczęściej poronionymi - skutkami. Rychu miał stać się jedynie kolejną bezbronną ofiarą, ale postanowił, że się nie da, że z nim nie pójdzie im tak łatwo. I w postanowieniu tym trwał, choćby nie wiem, co się działo. Amen.
- Tak, dokładnie. Bez jej pomocy nie damy sobie rady, nie ma szans.
- Niech ci będzie - odparł, patrząc na pogrążający się w chaosie Kraków, gdy motorynka, którą jechali, mijała ludzi walczących z coraz to liczniejszymi truposzami, wyskakującymi tu i tam, jak dosłownie spod ziemi, co owocowało scenami, jakich nie powstydziliby się Jan Tomasz Gross ani Markiz de Sade.
Po półgodzinnej jeździe dotarli pod bramę kamienicy, gdzie ponoć mieszkała rzeczona pani. Budynek przypominał w sumie zwykłą melinę, jakich ci tutaj dostatek, jednak architektonicznie łączył wpływy wiktoriańskie z mchem, bluszczem, matowymi ślepiami niemytych okien oraz nieśmiałym skojarzeniem tego wszystkiego z prostą konstrukcją przedwojennych zakładów penitencjarnych. To dla was zrozumiałe, prawda? Jedźmy więc dalej:
- To one nie mieszkają w klasztorach jak inne pojeb... znaczy się: jak inne betanki? - zdziwił się Rysiek.
- No co ty! - odparła Marysia. - Nasza katechetka nie była nawet zakonnicą.
- E... To tak się w ogóle da? - spytał, już retorycznie, Rychu. W gruncie rzeczy to wszystko było dla niego obojętne i zaczął w tej chwili podejrzewać, że dzisiejsze kłopoty z zombiakami dałoby się wytłumaczyć dzięki Teorii Ewolucji, nawet jeśli trzeba będzie do niej dodać kapkę mechaniki kwantowej i różnych innych takich.
Zaparkowali motorynkę przy krawężniku i zadzwonili domofonem do mieszkania katechetki. W okolicy wyjątkowo nie było jeszcze żadnych trupów, co znacząco zmniejszyło poziom stresu w organizmach naszych bohaterów.
- Kto tam? - z głośniczka dobiegł mechaniczny głos.
- Proszę pani, tu Maria Magdalenka, czy mogłaby...
- O Jezu! Dziecko, wchodźże szybko, tam nie jest bezpiecznie!
Zabrzmiał brzęczyk, mogli wejść do środka.
Rysiek nie wiedział, co dla niego lepsze - bratać się z katolikami, czy spróbować nawiązać jakiś ludzki kontakt z pomiotem, który jeszcze do niedawna wąchał kwiatki od spodu. Obie te grupy miały swoje zalety i wady. Popatrzy sami. No, generalnie z trupem to nie pogadasz. A katolik z reguły będzie cię głównie chciał nawracać i odmawiać wspólne zdrowaśki, choćbyście oboje trafili w samo centrum Piekła na Ziemi, nie ma to tamto. I co było robić w takiej sytuacji? Trzeciego wyjścia nie było. Samotna ucieczka na piechotę była skazana na porażkę. Dobrze chociaż, że ta cała Magdalenka była taka ładna, bo inaczej, to by sobie chyba usiadł i dał się tamtym umarlakom pochlastać gołymi zębami.
Stanęli przed drzwiami mieszkania katechetki.
Nasz bohater miał serce w gardle, dłonie mu drżały, tom Dawkinsa znów nie był mu żadnym oparciem.
- Tylko się nie zdziw. To naprawdę... "niezwykła kobieta" - ostrzegła Marysia, po czym zapukała nieśmiało.
Drzwi się otwarły i oczom Ryszarda:
Sklep
Forum