"Niezidentyfikowany łobiekt latajoncy"
Tera cisza, bo jo bede godoł! Stulta pyski i słuchajta, bo to, co mi sie przydarzyło, na pewno sie co dzień ludziom nie przydarza. Mówie Wam - historia jakby rodem z filmu sajens-fikszyn mejd in USA, cyli takiego najwyzsej klasy, z efektami specjalnymi za miliony dolarów.
A zaceło sie niepozornie. Siedziałem na kamieniu, zaledwie rzut ciupagom od mojej bacówki. Wiecór był. Pilnowałem stadka, mych cydziestu łowiecek. Tuż łobok spocywał wierny druh mój - Bacuś, psina rasy zwycajnej, to jest łowcarek podhalański, zwierz budowy tengiej, ac we wnentrzu swym spokojny, ludzi nie gryzoncy, łowiec dobrze pilnujoncy. Bacuś to patrzył na stadko, to spozierał w niebo, wznoszonc łeb do ksienżyca i wyjonc cicho nicym jakiś co najmniej wilk. Znajdowaliśmy sie na małej polance, a wokół nas las sie roztacał nieprzenikniony, tajemnicy, pod wiatru westchnieniami gałenziami sksypioncy.
W dłoni dzierżyłem standardowe wyposażenie każdego bacy - butelke mocnego piwa, uprzednio w potoku schłodzonom. Popijałem i marzyłem o cymś mocniejsym, bardziej na nogi stawiajoncym, stenżenie alkoholu we krwi do słusznych rozmiarów zwienksajoncym. Bimber mi sie marzył. Bimber taki, co by mi od niego końcyny aż podrentwiały, a głowa sie zrobiła lekka nicym chmurka.
Ech, ale ino to piwo miałem, i trza sie było cieszyć, że choć tym sie uracyć mogłem w ten wiecór zimny, jesienny.
Łowce spokojne były. Becały, srały, trawe skubały... to co zwykle. Gdy sie jakaś niebezpiecnie od resty łoddaliła, w strone lasu zmierzajonc, gdzie by jom niechybnie wilcy rozszarpali, to na niom od razu Bacuś scekał, co by wracała i żadnych jajów wiencej nie robiła.
Spokój i porzondek był, ogólnie mówionc, okres dobry na rozmyślania o tym, jakie to cienżkie casy nastały, kiedy to turyści łoscypków prawie wcale kupować nie kcom, a z łowiec to jesce cienżej sie utrzymać, bo mało kogo wełna interesuje tera. Psia mać! Taki to góralski los, los ludzi na ceperskom łaske i niełaske wydanych.
I wtedy nagle - jebut! - cosik sie z nieba zwaliło, przerywajonc moje filozofowania. Zupełnie jakby z carnego przestworu gwiazda jakaś spadła, tuż łobok polany, na którejśmy z Bacusiem łodpocywali, stada doglondajonc.
- Kurna chata koniec świata - szepnołem, widzonc co sie dzieje. Było to tak, że takie potenżne światło w kstałcie bez mała puszki do konserw, zawisło nieopodal, o cóbki rosnoncych tam świerków prawie zahacajonc. I to coś, ta rzec latajonca, zaceła schodzić jesce barziej w dół, tak jakby kciała na jednej z sonsiednich polan wylondować.
Bacuś zawył.
- Cicho, psina, nie widzis, że amerykańce, albo jakieś inne bolszewiki, ze swojom haj-tek maszyneriom robiom najazd na Polske, od Podhala swom inwazje rozpocynajonc? - powiedziałem.
Bacek sceknoł cicho, jakby potwierdzajonc moje słowa.
- Ty stój tutaj i łowiec pilnuj - rzekłem do mojego wiernego druha - A ja sie pójde rozejrzeć co i jak, łokej?
I poszedłem. W strone światła ruszyłem, jak bez mała ci, którzy w TiWi wystempujom, co to przeżyli śmierć klinicnom i wtedy tunel ujrzeli oraz światełko na jego końcu. Ja również coś takiego widziołem, tyle że tunela żadnego nie było, ino las ciemny i głuchy jak murzyńska niemota. A spomiendzy drzew cosik błyskało i jakby mnie do siebie przyzywało.
Wyszedłem na skraj polany.
Cokolwiek przed sobom uwidziołem, duże to było i lśnionce jak monstrancja, co to jom ksionc pokazuje na mszy. Okrongłe, lekko spłascone, dziwne, jakby nie z tej planety było.
- Ty sie w łeb puknij - szepnołem sam do siebie. - To nie żaden samolot amerykański cy bolszewicki, ino niezidentyfikowany łobiekt latajoncy, taki, co to o nim kiedyś w TiWi mówili, że nawiedza nasom planete, i że w nim kosmici siedzom.
Kurna, aż sie sam swoich słów przestraszyłem. Ciarki mi po plecach nicym małe pajoncki przebiegły, i ciepło sie w łepetyne zrobiło, jak po jakimś trunku mocniejszym.
Wychyliłem łeb spomiendzy sosen, co by sie dokładniej całemu zajściu przyglondnońć. A był to widok zaskakujoncy. Kosmicna puszka łotwarła sie i na polane wypadło z niej kilku kurduplów w błysconcych kombinezonach, z głowami tak dużymi, jakby zaawansowane wodogłowie mieli.
Ci sie pewnie na jakieś dicho do remizy wybierajom -myślałem, paczonc na ich świeconce na srebrno stroje.
Przybysów było trzech. Rusali sie pokracnie jak bez mała paralitycy. I tym swoim niezgrabnym krokiem weszli w las i oddalili sie od swojego statku.
Poszli, wienc droga wolna, żeby zajrzeć do tej ichniej puski, którom tu przybyli. Taka okazja może sie już nigdy nie powtórzyć - pomyślałem. Bałem sie troche, ale wzmocniony ostatnim, pociongnientym z trzymanej w dłoni butelki łykiem piwa przezwycienżyłem strach i zdecydowałem, że to zrobie, że zbadam wnentrze niezidentyfikowanego łobiektu.
Przedarłem sie przez zarośla, przebiegłem przez polane i wszedłem do statku. Jasno tam było, migajonce jaskrawe światła biły po łocach jak te na dyskotece. Wokół dostrzegłem pełno sprzentów rozmaitego rodzaju, wiencej ich było niż w supermarkiecie w dziale AGD. Tak wyglondało pierwse pomiescenie. Bo było jesce drugie, oddzielone od tamtego wonskim korytarzem. A w tym drugim znajdowało sie całe laboratorium chemicno-komputerowe, z probówkami, mikroskopami, monitorami i całom masom urzondzeń, których przeznacenia mogłem sie tylko domyślać.
Gdybym ja miał takie laboratorium, to...
Nie było casu na rozmyślania, kosmici mogli wrócić w każdej chwili. Wybiegłem z latajoncego łobiektu i cym prendzej gwizdnołem na Bacusia, co by do mnie przybył. Przybiegł po kilku sekundach, sapionc jak nieboskie stworzenie. Na skraju polany błysneły srebrne skafandry przybysów. Wracali...
- Dalej Bacuś! Pokaż tym kosmicnym ceprom gdzie raki zimujom!!!
Mojemu psiemu druhowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Rzucił sie w strone ufoludków, ujadajonc, a tamci widzonc to, zaceli uciekać gdzie pieprz rośnie. Gonił ich przez jakieś kilkaset metrów, a potem gwizdnołem na niego, co by wracał, bo wystarcajoncego stracha im już napendził. Widziołem przerażenie w ich łocach, wiedziołem, że bendom sie bali tu wrócić. Pewnie pomyśleli, że poscułem ich jakomś krwiożercom bestiom, chłe, chłe...
Bez wontpienia zastanawiacie sie, cemu to zrobiłem. No cóż, już śpiese z wyjaśnieniami. Kciałem, aby niezidentyfikowany łobiekt latajoncy stał sie mojom własnościom. I dopiołem swego. A dlacego?... Barzo zainteresowało mnie jedno z pomiesceń wewnontrz statku, konkretnie laboratorium chemicne, było mi ono niezmiernie potrzebne do realizacji moich marzeń...
Tera, majonc na wyposażeniu "pożycone" od kosmitów laboratorium, produkuje najlepsy bimber na całym Podhalu...
Sklep
Forum