"Nieznajoma"

Autor: Dawid Kain

Siedziałem przy barze i obracałem w dłoni kufel z piwem, gapiąc się na stojące naprzeciw rzędy butelek. Sobotni wieczór, taki sam jak co tydzień. Już od kilku lat właśnie w ten sposób spędzałem sobotnie wieczory - siedząc w knajpie, upijając się prawie do nieprzytomności, a potem wracając do domu, żeby się wyrzygać i zasnąć.

Czemu to robiłem? Sam nie wiem. Być może po to, by odreagować stresy dnia powszedniego - cholernie nudną pracę w biurze... brak rodziny, znajomych... dziewczyny. Mniejsza o to. Regularnie upijałem się i było mi z tym dobrze, co wam do tego? Może wy macie swoje własne wspaniałe i szczęśliwe życia, ja muszę się porządnie urżnąć, żeby choć na chwilę pozbyć się przygnębienia.

Zamówiłem kolejnego, siódmego już dzisiaj browara. Barman postawił kufel na stole i poszedł obsługiwać jakąś mocno przypudrowaną lafiryndę, która najwyraźniej przeżyła przed momentem małe załamanie - świadczył o tym czarny tusz rozmazany na twarzy od oczu aż po samą brodę.

Łyknąłem trochę złocistego trunku.

Beznadziejnie monotonna muzyka pulsowała mi w skroniach. >Umc! - Umc! - Umc!< jednostajne i puste jak każdy dzień mojego życia. >Umc! - Umc! - Umc!<. Wokół krążyli łysi faceci w czarnych skórzanych kurtkach i ich podręczne kolorowe laleczki - wyszminkowane, posklejane lakierem do włosów zdziry, wlekące za sobą zapachy tanich perfum niczym mdłe welony. One, plus ich kolorowe paznokcie i odblaskowe drinki w kieliszkach, świecące jak płynne neony.

Kolejny łyk, by znaleźć się trochę dalej od tego wszystkiego.

"Pięć minut spóźnienia! Czy wie pan czym jest dla nas te pięć minut pańskiej nieobecności, ten rezultat pańskiej niekompetencji?". W głowie zwyczajowa scenka z biura. Oto szef i jego gęba, wyschnięte wargi plus język i zęby, tnące równo jak niszczarka do dokumentów. Tnące mój mózg i myśli na równe plasterki i wypluwające je do kosza z niepotrzebną makulaturą. "To jest nasza wspólna strata. To jest niewykonana praca, którą inni będą musieli wykonać za pana. To są stracone pieniądze..."

Następny łyczek, a głowa coraz lżejsza.

Przede mną - rzędy butelek. Moi prywatni obrońcy ze szkła. Jest Jack, jest Johnny... są przyjaciele z Francji, rodzina Chateau de cośtam... Rzędy wypełnionych trunkiem lunet z widokiem na inne światy...

Ktoś usiadł obok. Najpierw poczułem zapach. Słodki, ale nie za bardzo. I nie wyczułem lakieru. Ciemna plama, rozmyta w moich zamglonych oczach. Mrugnąłem. To była jakaś dziewczyna. Ciemne włosy, blada cera. Ładna. Niepomalowane usta. Uśmiechała się lekko. Do mnie?

- Cześć - powiedziała - Nigdy wcześniej cię tu nie widziałam. Przyjezdny?

Przez kilka sekund nie mogłem zebrać myśli.

- Nieprzyjezdny - wydusiłem w końcu - Miejscowy aż do bólu.

Zaśmiała się.

- Świetnie. Mam słabość do lokalnych mężczyzn. Może chciałbyś postawić mi drinka?

Kiwnąłem głową do barmana. Podszedł. Wzięła dla siebie Malibu z mlekiem. Przyniósł po chwili. Postawił na barze kieliszek z białym płynem, białym jak jej twarz i dłonie.

Sączyłem piwo podziwiając jej urodę. Była naprawdę piękna. Nie byłem pewien, czy to dlatego, że nosiłem teraz piwne gogle, czy może była taka zawsze, od urodzenia, stworzona by rzucać mężczyzn na kolana. Twarz, włosy, figura. Ubrana skromnie, odpowiednio, w obcisłą czarną sukienkę. Przez moment zastanawiałem się, jak można rozpiąć coś takiego.

Potem zaczęliśmy rozmawiać. Gadaliśmy długo, chyba przez kilka godzin. O wszystkim. Jej obecność działała na mnie otrzeźwiająco i byłem w stanie formułować wypowiedzi, które nie były tylko pijackim bełkotem, a nawet poruszać tematy, o których nigdy wcześniej z nikim nie rozmawiałem. Jak przygnębienie rzeczywistością. Jak samotność. Jak wyobcowanie.

Wypiłem w sumie dziesięć piw. Nienajgorzej, choć bywały dni, że dochodziłem do piętnastu. Jej kupiłem cztery drinki. Nawet trochę się wstawiła. Chichotała, gdy opowiadałem jej kawały, które przeczytałem wcześniej w jakimś magazynie, Playboyu albo Cekaemie, sam już nie pamiętam. Te dowcipy nie były znowu aż tak zabawne. Ale śmiała się. Była wstawiona. Jak nic.

Wyszliśmy razem. Razem doszliśmy do taksówki. Razem do niej wsiedliśmy, a potem razem z niej wysiedliśmy. Weszliśmy do mojego mieszkania, zrzuciliśmy ubrania, a potem pieprzyliśmy się przez jakiś czas. Nie wiem jak długo to trwało, bo w pewnym momencie albo zemdlałem, albo zasnąłem. Pamiętam tylko, że było nam dobrze.

Obudziłem się w południe i byłem sam. Przez chwilę wydawało mi się, że cała ta wczorajsza przygoda z piękną nieznajomą była jedynie halucynacją wytworzoną przez mój zapity mózg. Jej chłodne dłonie wokół mojej szyi, jej czarne włosy na białej poduszce, różowe usta, język. Czy to wszystko zrodziło się w moich myślach, czy wydarzyło naprawdę? Pościel nadal pachniała delikatnymi perfumami. Więc jednak jakaś kobieta była tutaj ze mną.

Umyłem się, ubrałem, zjadłem prowizoryczne śniadanie (na które składała się bułka z serem oraz szklanka mleka) i wyszedłem z mieszkania. Miałem zamiar iść na miasto, żeby zjeść obiad w jakiejś restauracji. Gotowanie samemu wyjątkowo mi nie pasowało, być może z powodu kaca, być może z powodu lenistwa.

Na korytarzu spotkałem sąsiada, mieszkającego piętro niżej garbatego staruszka, który wyglądał niczym Quasimodo (do tego miał jeszcze tik nerwowy - co kilka sekund mrugał prawym okiem).

- Słyszał pan, co się stało dziś w nocy? - spytał skrzeczącym głosem.

- Nie, nic nie słyszałem - odparłem, w myślach modląc się, by nie chodziło mu o hałasy, jakie prawdopodobnie były efektem moich "zabaw" z brunetką z baru.

- Umarła ta miła pani spod czternastki - powiedział mrużąc powiekę.

- Naprawdę? Jak to się stało? - spytałem, nie będąc do końca pewnym, czy puścił mi oko, bo żartował, czy może był to ten jego cholerny tik.

- Podobno miała wylew, tak mówią. Nie była aż taka stara.

- Wylew czasami zdarza się też u młodych - odparłem, przywołując z pamięci obraz nieżyjącej sąsiadki, sympatycznej pani spod czternastki, typowej "miłej babuni", tuż po sześćdziesiątce (jeżeli ona była młoda dla mojego rozmówcy, to chyba tylko dlatego, że on sam miał z osiemdziesiąt lat). Dość dobrze ją znałem. Mieszkam obok, pod trzynastką...

* * *

Nie spotkałem jej przez następny miesiąc (mówiąc "jej", myślę o nieznajomej brunetce, z którą "zaprzyjaźniłem" się tak szybko i w tak przyjemnych okolicznościach). Przez większość czasu siedziałem w robocie, starając się możliwie jak najrzadziej używać mózgownicy (uwierzcie mi, przy jednostajnym grzebaniu w papierach myślenie tylko przeszkadza). W soboty biłem prywatne rekordy w piciu (nowy rekord dla piwa - 17 kufli, dla drinków - coś koło 15 kielichów, nie jestem pewien, bo po jedenastym straciłem rachubę).

Monotonne i nudne tygodnie pracy przerywane równie nudnym obserwowaniem świata przez dno butelki sprawiały, że czułem się coraz gorzej. Od znużenia aż robiło mi się niedobrze. Aż tu nagle, pewnego sobotniego wieczoru...

Znów ją spotkałem! Zapity w trzy dupy bujałem się przy barze dyskutując z barmanem o ostatnim meczu (on mówił, a ja - w odpowiedzi - bulgotałem). Podeszła, usiadła obok, uśmiechnęła się i powiedziała:

- Dawno się nie widzieliśmy, koteczku.

Z tym koteczkiem to trochę przegięła. Obraziła całkiem sympatyczny gatunek zwierząt, porównując mnie, przesiąkniętą alkoholem ludzką szmatę, do czworonożnego (i całkiem trzeźwego) futrzaka.

- Całe lata - odparłem, starając się, by moje słowa nie brzmiały jak bełkot.

- Co robiłeś w tym czasie? Szydełkowałeś, tkałeś dywany, sadziłeś marchewki? - spytała chichocząc. Też była już troszeczkę "ten tego".

- Robiłem to - powiedziałem, pokazując trzymany w dłoni, opróżniony do połowy kufel - no i myślałem o tobie.

- Naprawdę?! - wydawała się poruszona. Jej oczy były czarne jak coca-cola i lśniły. - Widać mamy coś wspólnego. Też trochę o tobie myślałam.

- Czemu tu nie wpadłaś? Chyba ci mówiłem, że w każdą sobotę można znaleźć mnie w tym samym miejscu... i w tym samym stanie.

Spuściła wzrok i przesunęła dłonią po włosach. Nadal była strasznie blada, tak jak ostatnio... dziwne, chora jakaś, czy co?

- Byłam dość zajęta. Ale dziś mam wolny wieczór. Wolną noc - odparła, uśmiechając się tajemniczo. Aż mi ciarki przeszły po plecach.

Następna scena - leżę na niej. Jesteśmy w moim mieszkaniu, robimy "to" na podłodze. Szepcze mi do ucha słowa których nie rozumiem. Jej skóra jest niepokojąco zimna, ale od wewnątrz jest gorąca i miękka jak żadna inna. Jej nogi zaciskają się wokół moich bioder, a ręce - wokół szyi. Zaczynam mieć halucynacje. Wydaje mi się, że pode mną leży nie kobieta lecz szkielet. Patrzę na jej twarz, przypominając sobie, że nadal nie znam nawet jej imienia. Nagle czuję ucisk w skroniach i wszystko się rozmywa, cała rzeczywistość przeistacza się w jedną wielką, białą jak czaszka plamę.

Nazajutrz obudziło mnie wycie syreny. Odzyskując przytomność zerwałem się na równe nogi i wyjrzałem za okno, by zobaczyć pojazd, który tak nagle wyrwał mnie ze snu.

To była karetka stojąca pod naszą kamienicą. Lekarz i dwójka pielęgniarzy wybiegli z budynku trzymając nosze, na których leżał nieruchomo jakiś brodaty facet. Być może stało się to za sprawą resztek alkoholu pełzających gdzieś w moich żyłach i mózgu, ale w pierwszej chwili nie zwróciłem uwagi, że mężczyzna spoczywający na noszach to mój sąsiad, pan Stanisław spod dwunastki, mieszkający tuż obok. Pielęgniarze otworzyli drzwi karetki i zaczęli wkładać pacjenta do środka, a w tym samym czasie lekarz przykładał dłoń do jego szyi. Po kilku sekundach ich wcześniejszy pośpiech nagle wyparował. Lekarz tylko pokiwał głową i używając kciuka oraz palca wskazującego zamknął powieki pana Stanisława. Karetka odjechała już bez wyjącej syreny. Jechali wolno, nie musieli się spieszyć. Jak to mówią, z martwymi nie ma pośpiechu.

* * *

Odwiedziła mnie w następną sobotę. Pomalutku sączyłem trzecią z rzędu whisky z lodem i rozmyślałem, do której pójść knajpy, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Otworzyłem. Stała w progu, piękna, zniewalająca, z perfumami odurzającymi bardziej niż najlepszy Brown. Kolana ugięły się pode mną. Jej twarz, oczy, usta. Czarne włosy niemal stapiały się z tłem tonącego w mroku korytarza.

- Wejdź - powiedziałem, starając się zachować spokój, gdy w moich myślach szalały sentencje następującego kalibru: "Kocham cię! Chce się z tobą pieprzyć po wsze czasy! Chce się z tobą zapić i zapieprzyć na śmierć!"

- Dzięki - odparła zdejmując płaszcz - Pomyślałam, że cię odwiedzę. Ostatnio znikałam bez żadnego pożegnania...

Znikała, znikała - racja, ale ja przez ostatni tydzień nieźle najadłem się strachu i teraz byłem jej wdzięczny, że się pojawiła. Zaczynałem dostawać paranoi. Przecież w krótkim odstępie czasu zmarła dwójka moich sąsiadów. Oficjalna wersja brzmiała: wylew i zawał, ale ja zacząłem węszyć jakąś cholerną epidemię, bo co jak co, ale dwie osoby mieszkające na tym samym piętrze pod rząd, to dla mnie troszeczkę za wiele.

Przez następne godziny piliśmy i rozmawialiśmy. Zdecydowaliśmy, że dziś nie pójdziemy do żadnego baru, tylko zostaniemy u mnie. Najpierw "poszedł" cały Johnny Walker, a potem połówka Jacka Danielsa. W międzyczasie toczyliśmy bardzo interesującą konwersację:

- Nawet nie znam twojego imienia... nie przedstawisz mi się? - spytałem.

- Wkrótce, ale jeszcze nie teraz. Kobieta musi pozostawać tajemnicza.

- Dobra, tajemnice tajemnicami, ale chciałbym coś o tobie wiedzieć. Ty wiesz już o mnie prawdopodobnie wszystko. Pijakowi wystarczy kilka godzin ostrego chlania, by wyjawić towarzyszce wszystkie swoje żale i marzenia, całe nudne i żałosne życie.

- A czy wystarczy ci, jak powiem, że jestem tajemniczą kobietą, która jest słodka i chłodna jak dobrze zmrożony szampan, a spotkania ze mną kończą się... hmm, zabójczo?

- Z tej wypowiedzi można by zrobić fajny napis na koszulkę, duże czarne litery, o tutaj - odparłem, przesuwając dłonią po jej piersiach.

Przysunęła się do mnie i obdarzyła pocałunkiem o mocy wyładowania atmosferycznego. Jej język szalał w moich ustach, a ja w tym czasie czułem dziwaczny paraliż obejmujący całe moje ciało. Później akcja zdecydowanie nabrała tempa. Na łóżku, stole, podłodze. Jej usta, szyja, piersi, pośladki. To, plus spijanie starego dobrego Jacka Danielsa z jej chłodnego brzucha. I jej zapach, którym naćpałem się jak niczym nigdy dotąd.

Potem leżałem w łóżku odpoczywając, a ona poszła na chwilę do łazienki. Wcześniej obiecała, że zostanie na długo, do samego rana, żebyśmy mogli się teraz pieprzyć za te wszystkie lata, kiedy nie byliśmy razem, gdy byliśmy dla siebie nieznajomi i nawet nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu.

Brała prysznic, słyszałem szum wody. Ja również poszedłem do łazienki, chciałem ją zobaczyć w jasnym świetle wiszących tam jarzeniówek, chciałem patrzeć jak gorąca woda stygnie na jej zimnej skórze, jak zamarza, oblekając to piękne ciało cienką warstwą lodu, zmieniając je w zamarznięty posąg, który mógłbym pokruszyć, wrzucić do drinków, a potem lizać i ssać, wysysać z niego alkohol i kobiecy smak.

Rozsunąłem drzwi kabiny i patrzyłem jak się myje, jak masuje dłońmi włosy, ciemne jak kosmiczne otchłanie, jak delikatnie wodzi gąbką po bladoróżowych piersiach.

Zakręciła kurek i wyszła. Owinąłem ją ręcznikiem.

- Nie mogłeś się mnie doczekać, co? Masz ochotę na więcej?

Tak, miałem ochotę na więcej, nawet tu i teraz, na podłodze, w wannie czy pod prysznicem - wszystko jedno.

Ale była jedna rzecz, która sprawiła, że moje podniecenie zaczęło maleć w zastraszającym tempie. Otóż w lustrze, które było trochę zaparowane, dostrzegłem coś niepokojącego. Nie ujrzałem tam ani swojego odbicia, ani odbicia mojej partnerki. Zobaczyłem dwa przerażająco chude kształty, które z każdą sekundą stawały się coraz wyraźniejsze i coraz bardziej przerażające Para rozrzedzała się, a dziwaczne odbicia robiły się coraz bardziej realne. Postacie w lustrze nie miały ciała, tylko same białe jak marmur kości. Jedna z postaci w miejscu twarzy miała budzącą grozę czaszkę, szczękającą zębami, chichoczącą. Strach w jednej chwili ogarnął mnie i całkowicie sparaliżował, gdy uświadomiłem sobie, że to odbicie należało do mnie, staczającego się coraz głębiej w otchłań szaleństwa. Zacząłem wrzeszczeć. Na moment oderwałem wzrok od lustra i popatrzyłem na moją towarzyszkę. Ujrzałem ją toczącą biały dym z ust... jej odartą ze skóry twarz otoczoną włosami poruszającymi się jak gniazdo czarnych glist... i oczodoły, puste i straszne jak dwie czarne dziury.

- Och kochanie, jesteś zaskoczony? - powiedział kobiecym głosem szkielet - Już od dawna byłeś chodzącym trupem. A któż inny chciałby sypiać z kimś takim? Chyba tylko ja...

Przybliżyła się, na powrót oblekając swe kości delikatnym kobiecym ciałem. Wskoczyła na mnie obejmując mnie nogami i ramionami. Pocałowałem ją. Jej język wydłużył się i wpełzł przez gardło do mych wnętrzności, zmieniając się w węża i kąsając boleśnie.

Potem przewróciłem ją na podłogę. I pieprzyłem aż do końca, do utraty tchu...



blog comments powered by Disqus