"Fast food nation" - fragment opowiadania
...Pan Kowalski zaparkował jakieś dwieście metrów od Szit'n'Szmelca.
- Co tak daleko?! - zawyły dzieci.
- Przymknąć jadaczki, gnoje! - wrzasnął Jan. - Ostrożności nigdy za wiele!
Małolaty ucichły niechętnie. Kiedy cała familia wydostała się z samochodu, Kowalski zastrzygł swymi przerośniętymi uszami i spytał: - Pamiętacie jaki mamy plan?
- Kon-su-mować! Kon-su-mować! Kon-su-mować!!! - Kowalska, Magdunia i Czaruś byli tym razem wyjątkowo zgodni.
- OK! Wchodzimy od zaplecza. Ja biorę na siebie ochronę, ty - wskazał na Helę - zajmiesz się głównym wejściem, a wy, maluchy, załatwicie kamery.
Dalej akcja rozegrała się błyskawicznie niczym w Szklanej pułapce. Kowalska załomotała w obite blachą drzwi, prowadzące do magazynu. Pracownik, który je otworzył, nie miał czasu na wyrażenie niezadowolenia, bowiem dołączył do swoich przodków, powalony celnym ciosem siekiery, która rozpłatała go nieomal na dwoje. Podobny los spotkał kierownika i dwóch znudzonych ochroniarzy zajętych paleniem w toalecie jointa.
Kowalska wyprzedziła męża i pognała do głównego wejścia, które unieruchomiła przygotowanym zawczasu drewnianym klinem. Potem do szyby przykleiła kartkę z napisem: ZE WZGLĘDU NA PLANOWANE DALSZE OBNIŻKI OTWARCIE SUPERMARKETU PRZESUNIĘTO NA JUTRO.
Bez sensu, ale potencjalnym klientom powinno wystarczyć takie wyjaśnienie. Tych natomiast, którzy mieli tego pecha i byli już wewnątrz, Hela informowała usłużnie, że, ze względu na awarię mechanizmu otwierającego drzwi frontowe, muszą opuścić sklep drogą ewakuacyjną, przez magazyn.
A tam już czekał na nich Jan.
Tymczasem dzieci państwa Kowalskich także nie próżnowały. Zapłakana Magdunia, udając, że się zgubiła, weszła do pomieszczenia monitoringu. Połykając łzy poprosiła siedzącego tam ochroniarza, by pomógł jej odszukać mamusię. Gdy oboje zniknęli w czeluściach coraz bardziej wyludniającego się supermarketu, przyczajony za szafą Czaruś wśliznął się do pokoju, zastawionego umieszczonymi wzdłuż jednej ze ścian monitorami. Zapis obrazu z kamer dla oszczędności wczytywano bezpośrednio do stojącego pod biurkiem komputera. Ściągnięcie jego obudowy i rozbicie w drobny mak wszystkich elementów peceta zajęło Czarusiowi niecałą minutę.
Wyłapywanie pozostałych przy życiu kasjerek przypominało popularną w pewnych kręgach zabawę w kotka i myszkę.
Gdy cała akcja dobiegła końca, rodzina Kowalskich spotkała się w dziale mrożonek.
- Tatusiu, teren oczyszczony - zameldował Czaruś.
- No to na co czekamy? Konsumujmy! - zarządził Kowalski.
Magdunia rzuciła się na leżące nieopodal parówki. W ciągu paru minut zjadła szesnaście opakowań, nawet ich nie rozpakowując. Później wzięła się za mrożone kurczaki i indyki z ekologicznej fermy.
Czaruś pognał natomiast do działu z chipsami i chrupkami, gdzie pochłonął około dwudziestu torebek tych produktów.
Jan i Hela także nie tracili czasu. Kowalski zajmował się połykaniem w całości arbuzów, a jego żona żarła banany, pomarańcze i cytryny. Od tych ostatnich co chwilę wykrzywiała jej się twarz, jakby targana nieznośnym tikiem nerwowym, ale Hela nawet nie zwróciła na to uwagi. Była w siódmym niebie: jedzenie od zawsze było jej pasją. Tę cechę rodzina Kowalskich miała zapisaną w genach. Już pradziadek Eugeniusz zasłynął tym, że podczas pierwszej wojny światowej zjadł kilku żołnierzy armii rosyjskiej oraz ich konie. Dziadek Ildefons pochłonął ponoć paru hitlerówców wraz z uzbrojeniem. W tym czasie jego żona, babcia Maryla, chowała się w piwnicy wraz z piętnastoma innymi osobami. Gdy po ustaniu nalotów prowizoryczny schron został otwarty, okazało się, że Maryla była jedyną, która przetrwała. Ważyła dwieście dwadzieścia kilo. Skąd wzięła się ta nadwaga, pozostało już na zawsze jej słodką tajemnicą...
Po paru godzinach konsumpcji większa część półek działu spożywczego została opróżniona. Następnie Kowalscy zainteresowali się kolejno: sprzętem AGD, działem radiowo-telewizyjnym, konfekcją, obuwiem, produktami higieny osobistej... i tak dalej, i tak dalej. Gdy centrum handlowe było już niemal puste i lśniło niczym wylizany talerz, Kowalscy zaczęli jeść trupy pracowników Szit'n'Szmelcu.
- Mmmmmm... smaczny ten kierownik - pochwaliła Magdunia.
- A kasjerki - odparł Czaruś. - Palce lizać!
- Ja osobiście wolę obsługę techniczną - powiedziała Hela. - Jest bardziej... soczysta. I ma mniej tłuszczu, bo ciężej pracuje. A ty co o tym sądzisz, Janku?
- Jestem na diecie i dlatego uważam, że powinienem się ograniczać. Nie więcej niż miliard kalorii na jeden posiłek. Dlatego staram się jeść tylko najwyborniejsze kawałki - uda, mózgi. No i to kwaśne wzdłuż kręgosłupa.
- Taaaak. To jest najlepsze.
Po zjedzeniu wszystkich pracowników, Kowalscy wybrali się do działu z napojami, gdzie wypili łącznie: 3000 litrów soków, 2000 litrów piwa, 500 litrów wódki i ponad 4000 litrów wód gazowanych. Gdy beknęli sobie po tym wszystkim, ziemia pod Krakowem zadrżała. Sejsmolodzy odnotowali niespotykane w tym rejonie wstrząsy o sile siedmiu stopni w skali Richtera. Efekty? Zawaliły się dwie zabytkowe kamienice w Rynku. Dwadzieścia osób odniosło obrażenia...
Piknik w Piekle
Autor: Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz JrWydawnictwo: Szerg
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 6/2004
Liczba stron: 140
Format: 145x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-919969-4-8
Wydanie: I
Cena z okładki: 18 zł
Sklep
Forum