"B-side" - fragment opowiadania


- Mamy za mało dowodów - stwierdził komendant, kiwając smętnie głową. - Nóż bez odcisków palców? Żaden sąd tego nie kupi.

Simon czuł się tak, jakby w jego żołądku składowano tonę cegieł. Miał mdłości i kręciło mu się w głowie. Wiedział, że zaraz puści gigantycznego pawia.

- Potrzebny nam jakiś mocniejszy dowód - ciągnął dalej inspektor. - Ofiary pozbawiono oczu, więc najlepiej byłoby, gdyby w nasze ręce trafiło narzędzie, którego sprawca użył do ich wyjęcia. Łyżeczka? Byłoby świetnie, gdyby znalazły się na niej odciski palców. A jeszcze lepiej, gdybyś znalazł materiał nadający się do przeprowadzenia badań genetycznych - jakąś krew, włosy, spermę...

- Szefie, chyba mam pański niezbity dowód - wysapał Simon. - Jest teraz gdzieś w moim brzuchu. Ma spore rozmiary, bo czuję jego ciężar i to, jak mnie wypełnia. Zaraz go wyrzygam, już mnie mdli.

Komendant najwyraźniej czekał na te słowa - szybko wyjął spod biurka pogiętą miednicę i podał ją Simonowi, który ukląkł jak do modlitwy.

- Kurwa, czuję się, jakbym miał rodzić przez usta - jęknął detektyw. - Chrrrrrrrrrr... Ech-ch... Yrrrrrrrr...

Szyja policjanta wyglądała teraz jak wąż, który połknął coś większego od siebie. Simon klęczał i trząsł się cały niczym w ataku febry. Pot wystąpił mu na czoło, na skroniach nabrzmiały żyły. Jego usta rozszerzyły się nienaturalnie, ich kąciki zaczęły pękać i krwawić. Po chwili na wargach Simona pojawiły się palce, zgięte niczym szpony. Torując sobie drogę na zewnątrz rozdarły głowę detektywa jak kartkę papieru.

Z bezgłowego kadłuba z ohydnym mlaśnięciem wychynęła pokryta śluzem i posoką głowa z twarzą dorosłego mężczyzny... z twarzą Simona.

Nie minęła minuta, a zaskoczonemu komendantowi i innym zebranym wokół policjantom ukazała się naga, pokryta krwią i śliską błoną sylwetka Simona. Nowego Simona, bowiem ten stary, serdeczny kumpel większości zgromadzonych tu osób, leżał rozszarpany,

  bardziej przypominając przebity balon niż istotę ludzką.

Wszyscy patrzyli na nowego Simona w osłupieniu. On również przyglądał się im zaskoczony, zupełnie jak dziecko, które po narodzinach dopiero odkrywa nieznany sobie, niepojęty świat.

Inspektor pierwszy otrząsnął się z szoku.

- Detektyw dostarczył nam dowodu, którego potrzebowaliśmy! - krzyknął do zgromadzonych. - Wyrzygał sprawcę!

- Simonie Hyde - rzekł do stojącego przed nim nagiego mężczyzny. - Jesteś aresztowany pod zarzutem dokonania wielokrotnych morderstw!

Gdy zakładano mu kajdanki, Simon obudził się.

Kurwa, znów te chore, pojebane sny... Czy to za sprawą zbyt wysokiego stężenia alkoholu w mojej krwi? A może to praca do szczętu spierdoliła mi szare komórki? Tak czy siak, mój osobisty Morfeusz powinien nazywać się Clive Barker.

Znów poczułem w ustach ten ohydny smak. Jak kawa z automatu na komendzie, jak psie gówno roztopione na słońcu...

- Gleeeeee - rzygnąłem obficie. Podłoga u mych stóp pokryła się gęstą ciemną mazią.

Równocześnie z nadejściem kolejnej fali mdłości, pokój zawirował rojem czerwonych i czarnych plam.

Jedną ręką złapałem się za brzuch, a drugą za gardło. W kałuży wymiocin pływała kulka wielkości piłeczki pingpongowej.

Przyjrzałem jej się.

Dwa słowa - "kurwa, niemożliwe" - natychmiast pojawiły się w moim mózgu. Przede mną - tak po prostu, jak kaczka na jeziorze - w kałuży wymiocin pływało ludzkie oko. Co oznaczało... że wcześniej musiałem je połknąć!...

Piknik w Piekle

Autor: Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr
Wydawnictwo: Szerg
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 6/2004
Liczba stron: 140
Format: 145x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-919969-4-8
Wydanie: I
Cena z okładki: 18 zł


blog comments powered by Disqus