"Pokój"
W tym pokoju wszystko zdychało.
To nie mógł być przypadek, że każdy owad, jaki wleciał przez okno, zaraz padał martwy na parapet albo podłogę, krzyżując odnóża w ostatnim podrygu życia. To żaden zbieg okoliczności, że każda kupiona roślina więdła w przeciągu kilku dni, obojętne jak często bym jej nie podlewał, stawiając doniczkę w choćby najlepiej oświetlonym miejscu.
To samo ze zwierzętami. Trzy chomiki, dwie świnki morskie, żółw, kanarek, przygarnięty kot-dachowiec, kundel wzięty ze schroniska w dziwnym porywie współczucia… Żadne nie przeżyło w moim pokoju dłużej niż dwa tygodnie. Biedne stworzonka sztywniały w najmniej spodziewanych momentach, w osobliwych pozach, niczym uliczni artyści-performerzy albo katatonicy.
Pies na przykład wydał ostatnie tchnienie w połowie posiłku, wpadając pyskiem w michę pełną smacznego żarcia, z tylnimi łapami wyciągniętymi jak do skoku w wieczność. Po chwili wydawał mi się już znacznie starszy niż rzeczywiście był: sierść posiwiała, a ślepia zaszły czymś w rodzaju żółtej mgiełki.
- Fafik, draniu, nie mów, że ty też! - krzyknąłem tylko, mając świadomość, że psie truchło nie odpowie mi ani szczeknięciem, ani nawet najcichszym skowytem.
Weterynarz też był zdrowo zbity z tropu:
- Ile lat miał ten pański pies?
- Znaczy: psich lat, czy zwykłych lat? - spytałem, bo zawsze miałem problemy z obliczaniem tych pierwszych. W ogóle matematyka nigdy nie była moją mocną stroną, sama wiesz najlepiej.
- Zwykłych.
- Podobno nie miał nawet roku, jak brałem go ze schroniska.
- A kiedy to było?
- W zeszły… W zeszły czwartek.
Żebyś widziała wyraz jego twarzy! Facet był przekonany, że Fafik dobiegał co najmniej dwudziestki. O nie, nie, proszę pana, do dwudziestki to ja się zbliżałem! Nie kłamię. Na drugim roku studiów byłem w tamtym czasie. A czułem się, jakbym w niejednej wojnie odniósł dotkliwe rany…
Z resztą zwierzątek - identyczna sprawa. Żadnych wyjątków. Miałaś kiedyś okazję widzieć chomika siwego jak włosy twojej prababci? Nie? A ja aż trzy razy!
Tak, w tym pokoju wszystko zdychało.
Wyjęte z lodówki jedzenie w przeciągu godziny pokrywało się grubą warstwą „pleśni”. Tyle że prawdziwa pleśń to przecież coś żywego, a ta ohydna rzecz, która pojawiała się na moim żarciu, w dotyku bardziej przypominała wełnę mineralną.
Soki fermentowały, by po jakimś czasie kompletnie stracić i barwę, i smak. Raz zrobiłem eksperyment: zostawiłem na noc szklankę grejpfrutowego napoju, normalnie, na stoliku. Rano znalazłem w niej tylko doskonale przezroczystą ciecz, która nie smakowała w żaden możliwy do nazwania sposób.
Mówisz teraz, że wody mineralne też z reguły nie mają smaku? Mają, uwierzyłabyś, gdybyś łyknęła choć kroplę tamtego dziadostwa.
Gdzie wtedy mieszkałem, pytasz? W takiej jednej klitce. To ogólnie była stara kamienica, jeszcze przedwojenna. W tak zwanej „zabytkowej” dzielnicy. Studia zacząłem, musiałem gdzieś przetrzymać te pięć lat, a tam było najtaniej. Jeden jedyny pokój, połączony z mini-kuchnią i mikro-toaletą. Tak, wiem, że bezsens, ale starsi nie mieli aż tyle kaszany, żebym się rozbijał po stancjach czy akademikach. Myślałem: pięć lat nie wyrok, jakoś się swoje odsiedzi i zaraz po obronie weźmie nogi za pas.
Jeden jedyny pokój, z kuchnią jak naparstek i kiblem niczym atom. I fakt faktem, że wszystko tam zdychało.
Ale ja jakoś nie, sama widzisz, bo przecież teraz z tobą gadam, najzupełniej materialny, bez śladów rozkładu. Wszystko umierało, a ja żyłem, choć nie czułem się jakoś fantastycznie. Po tym jak zdechł kot, poszedłem nawet na badania, bo sam już nie wiedziałem, czy to nie jakaś zaraza, jakaś epidemia, którą i człowiek może złapać. Standardowe rzeczy, rozumiesz: krew, proszę podciągnąć koszulkę, oddychać głęboko, a teraz kaszlnąć. Jedyny kłopot był z tą całą krwią, bo jak mi wbili igłę w przedramię, to polało się takie czarne coś, jakby smoła. Lekarz aż podskoczył, a żyłę to prawie wypruł mi z ręki.
Ostra jazda. A potem jeszcze w wynikach wyszło, że jestem zdrowy jak mało kto, ale chyba komputer coś nawalił, bo na wydruku widniało, że stuknęło mi równo dwieście lat. Pewnie z zerami namieszali, ja wtedy okrągłe dwadzieścia miałem.
Dawne czasy... Choć będę pamiętał do końca życia. Ten pokój, w tej starej jak świat kamienicy. Równe dziesięć semestrów tam wysiedziałem. Mimo że nieraz nie było łatwo. Łamał się człowiek jak wykałaczka.
Tam było w ogóle takie ciężkie powietrze, nawet jeżeli się otworzyło wszystkie okna. Powietrze jak rtęć. Często miałem zawroty głowy, niekiedy halucynacje. Bo tam trzeba było oddychać powoli i głęboko, jakby się wciągało w płuca ciało stałe. I czasem brakowało tchu. Stąd te zwidy. I stąd pewnie mi się kilka razy przywidziało, że ze ścian wyłaniają się długie na parę metrów glizdy czy pijawki. Wciskały mi się pod skórę. Czułem, jak wiją się wewnątrz moich kończyn, brnąc powoli w stronę serca, ale zaraz potem mijało i patrzyłem tylko, co ja, do diabła, robię, klęcząc na środku pokoju, przygarbiony. I nagle nie było już żadnych zwidów. Tylko ja sam, w tym pokoju, gdzie ze wszystkiego tak prędko dusza ulatywała.
Nie ukrywam, to był trudny okres. Często płakałem. Mówię ci to, choć ogólnie dla faceta przyznać się, że płakał, to jednak obciach. Wiadomo… Ale wtedy było ciężko, nieraz łzy same płynęły z oczu, a w gardle robiło się takie coś, że aż brakowało głosu.
Ze łzami w tamtym pokoju też ciekawa sprawa. Nie kapały normalnie na podłogę, tylko wznosiły się powoli, dryfując ku sufitowi, gdzie nie postawał po nich żaden ślad, nawet najmniejsza plama.
Zupełnie jakby pokój się nimi żywił…
Najgorzej to było nocami. Ciągle miałem głupią, ale strasznie uporczywą myśl, że ten pokój to jakby przejście, jakby pierścień pośrodku gigantycznej klepsydry. Że przez to miejsce przesypują się rzeczy żywe do świata martwych, a martwe do świata żywych. Idiotyczny pomysł, sama widzisz, ale nie mogłem wyrzucić go z głowy ani na moment. Nawet słyszałem szelest, z jakim to wszystko przeciskało się przez ten mój pokój, jak odgłos rosnących trupom włosów i paznokci, albo dźwięk, jaki wydaje foliowy worek, gdy wsuwa się w niego zwłoki.
Ale to tylko pięć lat, a przecież inni mieli gorzej. Ci w obozach koncentracyjnych. Albo ci, co ich wywieziono na Syberię, by pracowali, aż pękną im żyły w skroniach. W Polsce ciągle się o tym nawija, chociaż minęło tyle, że już mało który świadek dożył naszych czasów. Ale teraz wcale nie jest lepiej… No na przykład ta dziewczyna, co o niej ostatnio mówili w telewizji. Ojciec zamknął ją w piwnicy na ćwierć wieku, ciągle bił i gwałcił, a ona rodziła to jego genetycznie popieprzone potomstwo. Albo te dzieci, co je rodzice zamknęli na długie miesiące w jednym pokoju z kundlami i karmili psim żarciem. I dawali stare gazety, żeby było na co srać.
Nie ma rady, tak to się kręci, już od wieków.
Ja chociaż miałem dach nad głową i co do garnka włożyć. I gdyby nie te zawroty głowy, te halucynacje, byłoby naprawdę w porządku. Bo tak to niekiedy człowiek szajby dostawał. W czasie nauki robiło się też nieraz coś dziwnego z książkami. No że wiesz, że niby jest normalna treść, normalne zdania i słowa, ale zaraz patrzę, i nie ma już na kartce żadnych ludzkich liter, tylko jakieś inne znaki w ich miejsce, jakby piktogramy, ale też nie do końca, bo tego za nic w świecie nie szło zrozumieć, jakby to napisał czy wyrył nie człowiek, tylko coś innego, obcego, być może nawet sam Bóg, czy jak Go tam nazwać. No i kartki marszczyły się, żółkły, chwilami, w porywach starości, jakbym miał przed sobą nie zwykły podręcznik, a jakieś starodruki, wygrzebane przez archeologów spod ziemi.
W tym pokoju „stare” i „nowe” bardzo często zamieniało się miejscami.
Nawet był taki okres, że ja to chciałem jakoś wyjaśnić, czy tam się coś kiedyś stało, czy jak. Bo, wiesz, są te niby różne historie o nawiedzonych domach i tak dalej. Ale nie o to chodziło.
A o co? - pytasz.
Nie wiem. Raz taka sąsiadka, już emerytka, powiedziała, że wszyscy, którzy mieszkali tam przede mną, zawsze dużo płakali. Ona nawet nazwała to miejsce „pokojem płaczu”. I nikt tam nigdy, przenigdy nie był szczęśliwy. Radziła, żebym się czym prędzej wyniósł, póki nie zwariowałem. Ale coś myślę, że ona sama chciała się tam wprowadzić, bo ze swojego mieszkanka miała widok tylko na zasyfione podwórko, a ja na ulicę, przechodniów i samochody, co ją pewnie nieziemsko wkurzało.
Tyle wiem, że raczej nikt tam nigdy nikogo nie zabił, ani samobójstw też żadnych nie było. Tylko ciągły smutek, jeśli wierzyć emerytce. Całe dekady wypełnione łzami po brzegi.
Zresztą co tu gadać, było - minęło. Od dawna już tam nie mieszkam. Chociaż w pamięci to wszystko zostawiło ślad. Pięć cholernych lat. Prawie dwa tysiące dni. A wydawało się, jakby z dziesięć razy dłużej. Jakby mnie na tysiąclecia wsadzono w tryby jakiegoś gigantycznego mechanizmu. Toczyło się życie, toczyły się planety, galaktyki wirowały, a ja tkwiłem w tym martwym punkcie, gdzie wszystko umierało.
Nie chcesz już tego słuchać, mówisz? No dobra, możemy zmienić temat. To jak ci się podoba moje nowe mieszkanie? Mówisz, że ładne? Zgadzam się. Nawet bardzo ładne. No i wreszcie dwa pokoje, duża kuchnia, spora łazienka. Mówisz, że jakieś kwiatki by się przydały na parapet? Może i racja. Choć powiem ci, że coś się chyba nie przyjmują. Dwie doniczki musiałem wyrzucić ostatnio. Czy żartuję? Nie, ja nigdy nie żartuję. Są rzeczy, które w człowieku zostają. Historie, których ciężko się pozbyć. Niby to było tylko pięć lat, ale dla mnie nigdy się nie skończyło. Być może też nigdy się nie zaczęło, bo coraz trudniej mi przypomnieć sobie jakikolwiek początek, który nie byłby tylko wymysłem, kolejną opowiastką.
Znów pytasz, czy żartuję.
Nie.
Pytasz, czy przyprowadziłem cię tu tylko po to, żeby cię nastraszyć?
Też nie.
Bo, widzisz, trochę dziś nazmyślałem. Przyznaję. Ale tylko z tym, że już nie mieszkam tam, gdzie kiedyś. Dawniej to był wprawdzie jeden skromny pokój, ale trzeba się rozrastać, unowocześniać, prawda? Trzeba iść z duchem czasu.
Ja i on tworzymy zespół. Potrafisz to pojąć? Jesteśmy jednym miejscem, a przestrzeń nie stanowi już dla nas żadnych granic.
A mówię ci to tylko dlatego, żebyś wiedziała, że to coś większego od ciebie czy mnie. Bo „ty” i „ja” to tylko puste słowa, dźwięki przypominające echo, które wobec wieczności nic nie znaczą. Chcę, żebyś wiedziała, teraz, gdy twoje włosy robią się coraz bielsze, a na twojej twarzy pokój żłobi setki nowych zmarszczek, gdy twoje tęczówki blakną, a kości stają się coraz bardziej kruche, coraz słabsze, że tu nic nie umiera na darmo, że to wszystko tylko napędza ten nienazwany, prehistoryczny mechanizm.
Jeśli nie chcesz umierać dla Niego, zrób to dla mnie.
Sklep
Forum