"Przypadek Eustachego, syna Edwarda" - opowiadanie interaktywne
I
Ze wszystkich stworzeń żyjących na naszej planecie Eustachy najbardziej przypominał amebę. Podobnie jak ona brnął ślepo, bezrefleksyjnie przez życie. I podobnie jak ona był bardzo podatny na wpływy otoczenia. Jego osobowość stanowiła miękką, galaretowatą i – nie ukrywajmy – oślizgłą masę kształtowaną dłońmi napotykanych przez niego ludzi, ugniataną przez sploty przypadkowych zdarzeń, formowaną za pomocą rozmaitych mód i opinii, jednego dnia panujących niepodzielnie, a drugiego całkowicie zapomnianych. Rzeczywistość przepływała przez Eustachego gładko jak gówienko przez rurę kanalizacyjną. Aż do momentu, kiedy w rurę jego umysłu wpadło coś na tyle dużego, by ją na dobre zapchać.
- Eustachy, jest taka sprawa – zagadnął go pewnego piątkowego wieczoru Michał, kumpel z dawnych, licealnych czasów.
Gdzie obaj panowie spędzali ten mroźny, grudniowy dzień?
W knajpie.
Co pili?
Grzańca.
Trzy pięćdziesiąt za kufelek.
Po cenie trunku łatwo wywnioskować, że zarówno Eustachy jak i Michał byli studentami. Prócz tego pierwszy z nich był jeszcze rzecz jasna ludzkim odpowiednikiem ameby, ale o tym już wspominałem.
- Jaka sprawa? - spytał Eustachy, zaciągając się trzynastym tego dnia mentolowym eLeMem. Nie lubił palić, jednak starał się robić dobrą minę do złej gry. Wszyscy jego znajomi palili, dlatego i on postanowił popłynąć z prądem. Spisana historia jego naśladownictw stanowiłaby grubą księgę. Znajomi poszli na studia, więc i on poszedł. Znajomi zaczęli słuchać The Strokes, i on zaczął. Znajomi przyznali się do bacznego śledzenia każdego odcinka serialu Lost, przyklasnął im. Gdyby człowiek-ameba ujrzał tłum samobójców skaczących z dachu Jubilata, ustawiłby się w kolejce i zaczął ćwiczyć odbicie.
- Nie chciałbyś zarobić paru złotych?
Piękna propozycja. Piękna propozycja w piękny, grudniowy dzień.
- Ano, chciałbym.
- Słuchaj, skoczyłbyś do takiego jednego kolegi i zaniósł mu ode mnie małą paczuszkę.
- Czemu akurat ja?
- No bo ja mam dziś jeszcze kilka spraw do załatwienia. I nie zdążę. A to musi być u niego najpóźniej za godzinę – odparł Michał, dyskretnie wyjmując z kieszeni foliowe zawiniątko.
- Eee. Sam nie wiem.
- Ech, stary, jesteś kumpel czy nie? Chcesz zarobić dwie dyszki za mały kursik na Karmelicką, czy mam poszukać kogoś innego.
W momencie wyboru w myślach Eustachego pojawiało się coś na kształt dawnych wag. Nieodłączny artefakt Pani Temidy, która obecnie dorabia sobie jako prostytutka. Na jednej szali leżały pieniądze - w tym przypadku dwie dyszki - a na drugiej zawiniątko. Zawiniątko było tak ciężkie, jak ciężkie będą nogi Eustachego po wykonaniu tego zadania. Eustachy szybko obliczył, że tym razem jego poświęcenie nie będzie zbyt wielkie. Kasa, choć licha, przeważyła.
- Dobra, zgadzam się – odparł, odbierając foliową paczuszkę. Na początku był niemal pewien, że chodzi tu o dragi. Jakże wielkie było jego zdziwienie, gdy pod ciemną folią wyczuł twardy, okrągły kształt.
- A cóż to takiego? – spytał, krzywiąc się. Gdyby dostał magiczny proszek, mógłby chociaż przywalić sobie trochę po kablach, bez większego uszczerbku dla klienta. Ale taki metalowy badziew? Na cholerę to komu?
- Żadnych pytań – powiedział Michał. – I nie wyjmuj tego z opakowania, bo jeszcze zgubisz.
Michał zawsze był dziwny. Taki jakiś… tajemniczy. Trzymał z podejrzanymi typkami, których nikt inny nie chciał znać, nosił się na czarno, jakby był w wiecznej żałobie, słuchał popieprzonej „muzyki”, która brzmiała jak brzęczenie gigantycznego trzmiela. Na pewno nigdy nie był modny, a cóż to za wzór do naśladowania, który sam nikogo nie naśladuje? Eustachy nie mógł go zrozumieć. Ale kumplował się z nim, bo zawsze mógł liczyć na darmowego browca. A darowanemu piwu nie zagląda się w kufel.
„Nie wyjmuj tego z opakowania” – rzekł Michał. No ale jak to? Miał iść taki kawał, nie wiedząc nawet, co niesie?
Sekundę po wyjściu z lokalu wyciągnął zawiniątko z kieszeni. Było dość lekkie, ważyło mniej więcej tyle, co pięciozłotówka. Może zresztą to była moneta, jakaś zabytkowa pewnie. A jak zabytkowa, to droga.
Ciekawość zwyciężyła, Eustachy w końcu rozpakował zawiniątko. Jego oczom ukazała się – tak jak przypuszczał – moneta, jednak zupełnie inna, niż wszystkie, które w swoim życiu widział. Ciemna i zimna niczym skroplony i zamrożony kawałek nocy. Pozbawiona żłobień z boku, jakby wyszlifowana. Dziwaczna, bardzo dziwaczna. Nieprzyjemna w dotyku. Brrrr… Zamiast zwyczajowego orzełka, z jednej strony miała odrażające oblicze, przywodzące na myśl stworzenia kryjące się w niezbadanych głębinach oceanów. Drugą stronę „zdobił” natomiast enigmatyczny i niezrozumiały napis: „Ph'nglui mglw'nafh Cthulhu R'lyeh wgah'nagl fhtagn”…
II
Po prostu pójdę na Karmelicką i zaniosę ten kawałek złomu tamtemu kolesiowi - zawyrokował Eustachy. - Lepiej jak najszybciej się tego pozbyć i mieć problem z głowy.
Moneta była bardzo osobliwa i Eustachy zaczął podejrzewać, że może być - tfu, tfu, tfu! - przeklęta. Przecież nie dalej jak tydzień temu oglądał specjalne wydanie programu "Nie do wiary" poświęcone kultowi Chucka Norrisa, z którego dowiedział się, że w USA kilka osób, rozsyłających przez Internet teksty o tym zacnym gwiazdorze kina akcji, zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach. Sekcje zwłok wykazały, że stracili oni życie w wyniku mocnego uderzenia w twarz, które spowodowało uszkodzenie podstawy czaszki. W amerykańskich serwisach informacyjnych szeptano o klątwie i... kopie z półobrotu.
Wizerunek na monecie wprawdzie w żaden sposób nie przypominał szlachetnego oblicza Chucka N., ale również mógł być związany z jakimś tajemniczym kultem, pradawną magią czy czymś w tym rodzaju, a Eustachy nie miał zamiaru umierać nie doczekawszy drugiej serii "Lost", nie poznawszy nawet jednej z odpowiedzi na zadane w tej wysokobudżetowej produkcji pytania.
Nasz bohater poprawił ułożenie słuchawek na uszach - The Strokes śpiewali właśnie: "Nobody is waiting for me on the other siiideee!" - po czym szybkim krokiem ruszył w kierunku ulicy Karmelickiej...
Pani Janina miała ponad siedemdziesiąt lat, ale w duchu czuła się młodo. Gdy ktoś pytał ją o zdrowie, odpowiadała zgodnie z prawdą, że jest takie, jak przed wojną. Swoją dobrą kondycję - zarówno fizyczną jak i psychiczną - zawdzięczała trzem rzeczom:
Po pierwsze: regularnemu słuchaniu audycji nadawanych przez rozgłośnię księdza Ireneusza Maślaka. Bo gdyby nie jej duchowy przewodnik - Ojciec Maślak - na pewno już dawno zwariowałaby we współczesnym, nie znającym żadnych wyższych wartości świecie.
Po drugie: zbilansowanej diecie, dzięki której nigdy nie miała problemów z trawieniem.
I po trzecie: noszeniu jednego z jej dwudziestu moherowych beretów. Czy słońce czy deszcz, czy śnieżyca czy grad, czy odwilż czy mróz - zawsze warto mieć jakieś nakrycie głowy. Ono ochroni cię przed wyziębieniem bądź przegrzaniem i zawsze będziesz zdrowy jak rydz. Albo zając - hyc, hyc, hyc...
Janina zerknęła na wiszący na ścianie zegar. Ojej! Nadchodziła już pora audycji "Ciekawostki dnia" w jej ulubionej rozgłośni, a ona jeszcze nawet nie włączyła radia! Szybko podbiegła do odbiornika i nacisnęła przycisk "On". Początkowe szumy już po kilku sekundach ustąpiły miejsca spokojnemu głosowi Ojca Prowadzącego:
- ...Dzisiejszego wieczoru, moi drodzy słuchacze, chciałbym zaprezentować wam kilka ciekawostek z życia patrona naszej stacji - słynnego Cienia Z Providence, autora niezliczonych natchnionych tekstów, świętej pamięci Howarda Philipsa Lovecrafta...
Janina aż jęknęła z zachwytu. Wprawdzie o Lovim wiedziała właściwie wszystko, znała na pamięć większość Jego opowiadań, ale i tak z niekłamaną przyjemnością chłonęła każdą opowieść o swoim wielkim mentorze.
W dziękczynnym odruchu spojrzała na stojący na komodzie, otoczony świecami i kadzidełkami obrazek, przedstawiający jednego z Wielkich Przedwiecznych. Zielonkawe, ośmiornicopodobne stworzenie zdawało się na nią patrzeć, gdy szeptała: "Nie jest umarłym, kto może spoczywać wiekami... Nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami."
W sąsiednim pokoju jej wnuk, Mariuszek, poświęcał czas nauce. Sesja zbliżała się wielkimi krokami, a on dopiero trzynaście razy przeczytał książkę do prawa ustrojowego Unii Europejskiej. To zdecydowanie za mało by zapamiętał cokolwiek! Na dodatek był rozkojarzony, bo jego babcia miała dziś urodziny, a prezent dla niej jeszcze nie dodarł. Kobieta, która go wychowała, zasługiwała na coś wyjątkowego i on postanowił jej taką wyjątkową rzecz dać. Przypadkiem podsłuchał kiedyś jedną z audycji księdza Maślaka i dowiedział się o pamiątkowych monetach, które Ojciec Prowadzący przygotował dla setki wybranych słuchaczy. Mariuszek wiedział, jak mała jest szansa na zdobycie jednego z tych unikatowych cudeniek. Postanowił więc dopomóc szczęściu. Zadzwonił do swojego znajomego, Michała, i poprosił o sprowadzenie monety. Michał był jednym z największych krakowskich okultystów i zarazem jednym z największych fanów Ireneusza Maślaka. Poza tym wisiał Mariuszowi piwo. Obiecał więc, że sprawę załatwi możliwie szybko. Jednak czas płynął nieubłaganie, a prezent...
Wtem zabrzmiał dzwonek do drzwi! Mariuszek rzucił książkę w kąt i zerwał się z miejsca.
- Może to nareszcie on - powiedział sam do siebie.
Eustachy stał w ponurym, śmierdzącym szczynami korytarzu i chrząkał cicho dla dodania sobie odwagi. To miejsce sprawiało, że ciarki przebiegały mu po plecach. Zdawał sobie sprawę, że w Krakowie są setki podobnych kamienic. Wszystkie one zdawały się należeć do jakiejś innej, dawno zapomnianej rzeczywistości. Eustachy zdecydowanie bardziej lubił budowlaną współczesność: chronione osiedla, supermarkety, multikina. Nie znosił starych budynków. Uważał je za niepotrzebne i mało... trendy.
Raz jeszcze nacisnął przycisk dzwonka. Może by ktoś wreszcie otworzył te cholerne drzwi!
- Już idę! - dobiegło z wnętrza mieszkania.
Po chwili drzwi otwarły się. W progu stanął niski, pryszczaty okularnik. Ubrany był w bluzę z serii "Little Psychos", co oznaczało, że trochę znał się na modzie. To nieco pocieszyło Eustachego, który już bał się, że będzie musiał rozmawiać z jakimś nieobeznanym we współczesnych trendach typkiem.
- Pan do kogo? - spytał chłopak.
- Wydaje mi się, że do ciebie... Jestem Eustachy.
- A ja Mariuszek - odrzekł tamten, uśmiechając się.
Wymienili uścisk dłoni.
- Pewnie ty jesteś tym chłopakiem, który miał mi przynieść monetę od Michała.
- Tak, to ja - odparł Eustachy wyjmując z kieszeni zawiniątko. Już miał je podać Mariuszkowi, gdy z głębi mieszkania odezwał się czyjś zachrypnięty głos:
- Kto przyszedł, Mariuszku?!
Chłopak przez moment zastanawiał się, co odpowiedzieć.
- K-kolega - powiedział w końcu.
- Kolega? No to zaprośże go na kawę albo herbatę - zacharczała kobieta. - Taki ziąb na dworze, niechże się ten twój znajomy tu u nas trochę ogrzeje.
Mariuszek przewrócił oczami nie gorzej niż żywe trupy z filmów Romero. Widać nie w smak mu była wizyta Eustachego. Nie śmiał jednak sprzeciwiać się babci. Otworzył szerzej drzwi i wykonał zapraszający gest.
Eustachy zaczął się zastanawiać, czy powinien wejść. Stara kobieta brzmiała dość rozpaczliwie. Może lepiej zgodzić się na poczęstunek i niech się babulinka cieszy? W telewizji mówili ostatnio, że wśród młodzieży coraz modniejsze jest robienie drobnych przyjemności starszym osobom, uświadamianie im, że są wartościowe i potrzebne. Eustachy czuł się wartościowy tylko wtedy, gdy robił to, co było w modzie, więc jeśli bycie życzliwym dla starców było w tej chwili na topie, to już chyba pora, by i Eustachy zrobił coś dobrego dla tej charczącej miłej pani.
On i Mariuszek weszli do pokoju, gdzie Janina słuchała radia. Widząc ich, kobieta ściszyła odbiornik. Głos Ojca Maślaka zrobił się niewyraźny jak brzęczenie muchy.
- Witam panią - powiedział Eustachy, omiatając wzrokiem pokój. To miejsce wyglądało dość upiornie. Ściany zdobiły wizerunki ponurych twarzy i tajemnicze oblicza rodem z niskobudżetowych filmów grozy. W powietrzu unosiła się mdląca woń kadzidełek. Było tu jednak coś jeszcze. Coś trudnego do określenia. Coś plugawego, nienazwanego. Pełzającego jak chaos, przyczajonego jak groza... Coś, co zadomowiło się w tych czterech ścianach i od dawna czekało na przebudzenie.
Brrrr...
- Dzień dobry, chłopcze - zaskrzeczała Janina. - Usiądź sobie, zaraz ci przyniosę jakieś jedzenie i picie. Ale co wolisz: kawę i wczorajszego pączka, czy herbatę i paluszki? Czy może: kawę i paluszki albo herbatę i wczorajszego pączka?
Słowa staruszki tak namieszały Eustachemu w głowie, że mimowolnie spuścił wzrok. Namyślając się nad wyborem "zestawu poczęstunkowego", popatrzył na zegarek. I co zobaczył?! Co zobaczył?!!!...
Dochodziła godzina dwudziesta pierwsza! A dziś był przecież piątek! Dzień powtórek w telewizji AXN! Czyli - innymi słowy - nieuchronnie zbliżała się kolejna powtórka serialu Lost. Nie powinien tego przegapić!
III
- Macie telewizor? Zaraz będzie nowy odcinek Lost! Pewnie też to oglądacie, prawda?
Pani Janina otwarła szeroko usta, przywodząc na myśl autystyczne dziecko. Nie powiedziała jednak ani słowa. Kropelka śliny ściekła jej po brodzie, w kropli tej odbiły się ponure oblicza, które wisiały na ścianach, uwiecznione lata temu przez jakiegoś nawiedzonego artystę.
- Ale… paluszki… ale… herbatka... - wyszeptała w końcu z wyraźnym trudem staruszka.
Ta kobieta na pewno nawet nie wie, co to jest Lost – pomyślał ze smutkiem Eustachy. Zawsze robiło mu się ciężko na duszy, gdy uświadamiał sobie, jak wielu niemodnych ludzi żyje jeszcze na tej planecie.
- Za paluszki i inne pierdółki serdecznie dziękuję. Czy wy naprawdę nie znacie Zagubionych?! – nie na żarty zaniepokoił się Eustachy. Zrobiło mu się sucho w gardle, przeraźliwy dreszcz wstrząsnął jego ciałem. To nie do pomyślenia, żeby przegapił dzisiejszy odcinek! Potem nie byłby w stanie spojrzeć w lustro, nie paląc się przy tym ze wstydu!
- Ja też lubię ten serial – powiedział Mariuszek, uśmiechając się i zarazem ratując sytuację. - Możemy obejrzeć u mnie w pokoju, jeśli chcesz.
„Lubię ten serial”? - zdziwił się nasz bohater. - Co to ma w ogóle znaczyć?! Jak to?! Lost się nie lubi... Lubić to można topienie marzanny w rzece albo smutków w wódce, ale Lost... to… przecież jest poezja... jęk, kwik... wzwód i zachwyt... To jest życiowy przewodnik każdego telewidza, nowa Biblia, ósmy cud świata, dzieło twórcy natchnionego chyba przez samego Ducha Świętego!
- Bardzo chętnie – odparł Eustachy głosem Johna Wayne'a, lokalnego szeryfa, oświadczającego bandziorowi: „Spróbowałbyś się tylko nie zgodzić, prostytutkosynu jeden!”.
Poszli razem do pokoju Mariuszka.
Gdy tylko Mariuszek zamknął za sobą drzwi, Eustachy wręczył mu monetę. Pragnął jak najszybciej się jej pozbyć, ciążyła mu już w kieszeni niczym kowadło.
Chłopak podziękował i zaczął oglądać monetę ze wszystkich stron. Eustachy tymczasem siedział fotelu i przebierał nogami ze zniecierpliwienia. Wyglądał trochę jak dzieciak, któremu bardzo się chce do toalety, ale nie wie, jak to powiedzieć. Jemu się po prostu bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo ale to bardzo chciało… oglądać Lost. Chrząkał nawet co kilka sekund, byleby tylko odwrócić uwagę Mariuszka od tego przeklętego kawałka metalu.
- Ach, racja, miałem włączyć telewizor – zauważył wreszcie chłopak i sięgnął po pilota.
Na Eustachego spłynęła z ekranu niesamowita wręcz jasność…
Pani Janina przekręciła do oporu gałkę głośności w swoim radioodbiorniku i usiadła w bujanym fotelu. Teraz mogła już w spokoju przysłuchiwać się audycji Ojca Maślaka. Ale zaraz, zaraz. Czy aby o czymś nie zapomniała?
Zza kanapy dobiegło ją donośne syknięcie.
Ojej, czyżby nie pamiętała, że ma karmić swojego pupilka?... Hmmm… Nie. To niemożliwe... Przecież niecałą godzinę temu napełniała mu miseczkę. O co więc mogło chodzić? Czemu jej maleństwo było niespokojne?
- Kici-kici – powiedziała, nachylając się nad starą kanapą. Zwierzaczek nie chciał jednak wyleźć ze swojego ukrycia. Pewnie był zdenerwowany, że mają w domu gościa. No cóż, trudno. Posyczy trochę, poprycha parę razy i pewnie mu przejdzie.
Janina wróciła w końcu na swój ukochany bujany fotel, by z uwagą słuchać, jakie też niespodzianki przygotował dzisiaj dla słuchaczy Ojciec Prowadzący.
Głos z radia przestał już opowiadać o życiu Lovecrafta i z pełną powagą oświadczył:
IV
- Jak zapewne niektórzy z was pamiętają, dzisiejszy dzień jest Dniem Gościny dla istot z innych wymiarów. Ci z was, którzy dysponują ciałem MNGDP - czyli Młodego Niewiernego Gotowego Do Poświęceń, powinni czym prędzej rozpocząć rytuał przygotowawczy, w wyniku którego jedna z istot starszych niż nasza galaktyka będzie mogła na pewien okres zamieszkać tu, u nas, w ludzkiej powłoce, gdy tymczasem dusza właściciela tej powłoki - czyli MNGDP - zostanie przeniesiona w obszary nienazwanej grozy i pełzających koszmarów...
O matulu - pomyślała Janina. - Zupełnie wyleciało mi z głowy, że właśnie dziś jest to wielkie święto! Cholibka! Zawsze marzyłam, by ugościć jednego z Przedwiecznych, pokazać mu Kraków, a przede wszystkim nasze piękne zabytki: Wawel, Kościół Mariacki, osiedla w Nowej Hucie.
Znów usłyszała donośne syknięcie, które przerwało jej rozmyślania.
Pupilek Pani Janiny wyszedł już zza kanapy. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Całe futerko aż mu się zjeżyło. W oczach miał groźne błyski, popularnie zwane kurwikami. Przypominał przerośniętego szczura po terapii elektrowstrząsowej.
- Are you retarded, old witch?! - krzyknął zwierzak. - Dziś jest Dzień Gościny, a ty jeszcze nawet nie rozpoczęłaś obrzędu! Scheisse! Że też ja muszę tu wszystkiego pilnować osobiście, bo inaczej od razu robi się burdel jak w sejmie...
- Przepraszam Jenkinku. Znów mi to wypadło z głowy. Widzisz, ja...
- Wypadło, wypadło! Zawsze zapominasz! Całe szczęście, że ciało niewiernego samo dziś do nas przyszło.
- O czym ty mó...?
- A ten gnojek, który siedzi z Mariuszkiem w pokoju, to niby co? Święty Mikołaj, Wróżka Zębuszka?
Janina jęknęła.
- Myślisz, że będzie się nadawał?
- Jasna sprawa. Shit, ty chyba nigdy nie słuchasz uważnie. Przed chwilą przecież Maślak tłumaczył, że trzeba nam Młodego Niewiernego Zdolnego Do Poświęceń. Ten jest młody, z całą pewnością niewierny - jak większość gówniażerii, która nie nosi oficjalnych koszulek Młodzieży Wszechpolskiej - i na dodatek gotowy do poświęceń. A nawet bardzo gotowy, skoro przyszedł do nas w porze nadawania Lost, zamiast zostać w domu jak Pan Bóg przykazał. Don't you know anything, bitch?
- Dobrze, dobrze, mój Jenkinku, już się nie musisz gorączkować. Skoro tak mówisz, to rytuał przemiany nie będzie stanowił dla nas żadnego problemu. Zaraz przygotuję wszystkie rekwizyty... Jakich zaklęć powinnam użyć? Tego zaczynającego się od "Qwerty! Groooall, Ninnghizhidda! Cthulhu fhtagn..." czy może...?
- Użyj tego samego, które zastosowaliśmy kilka lat temu do przeistoczenia Romana.
- Romana? Romana Biertycha?
- Sure thing! A niby kogo?! - odparł Jenkin, kiwając łebkiem. Na podłogę posypały się wszy i pchły.
- Czy to aby na pewno dobry pomysł?
- Oczywiście. Nikt jak dotąd nie zauważył, że Roman to tak naprawdę Aphoom Zhah, syn Cthugha, protoplasta rasy Gnophekh, więc i tym razem nie powinniśmy mieć najmniejszych kłopotów. Chill out, hoe! A mówiąc prościej: relax, just relax.
- Może teraz napiłbyś się herbatki, chłopcze? - spytała Pani Janina, gdy Eustachy wyszedł z pokoju Mariusza, kontent jak po udanym seksie. Rzecz jasna on i Mariuszek nie zrobili niczego niewłaściwego. Tu jest Kraków, a nie Brokeback Mountain! Po prostu byli obaj po... udanym seansie. Se-an-sie. Jednak nie żadnym spirytystycznym, tylko telewizyjnym. Ten odcinek Lost był wyjątkowo dobry. Jego fabuła wciągała niczym tornado, by pod koniec epizodu zostawić widzów z całym rojem nowych wątpliwości.
- Bardzo chętnie - odparł Eustachy, myśląc: Niech będzie, niech się stara wiedźma cieszy. Mnie od tego neczego nie ubędzie.
Na podłodze pokoju Janiny zauważył dziwaczny krąg, nakreślony kredą na parkiecie. Otaczały go zapalone, czarne świece i szkice przerażających kreatur z najdalszych zakątków wszechświata: Cthulhu, Yog-Sothota, Azathotha, Hastura, Mordiggiana, Dody-Elekthrodhy. Tylko ta ostatnia istota była Eustachemu znana. Na pozostałych spojrzał nieprzychylnym okiem, nie przypominając sobie, by brali udział w jakimkolwiek reality-show.
- Usiądź sobie, a tymczasem ja i Mariuszek idziemy na momencik do kuchni.
Spoczął na kanapie. Gdy siadał, kanapa jęknęła. A raczej jęknęło coś, co ukrywało się pod nią.
- What the fuck is going on! - krzyknęło coś, wyskakując spod starego grata niczym małpa z ukropu.
Eustachy nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Przed nim stało niewielkie, pokryte zmierzwioną sierścią, sypiące pchłami na lewo i prawo, gadające po angielsku stworzenie. Eustachy przetarł oczy. A potem stwierdził, że zwierzak nadal stoi przed nim. Znów przetarł oczy, a potem znów stwierdził, że zwierzak nadal stoi przed nim. Znów przetarł... nie! Nie przetarł. Trzeci raz nie przecierał już oczu, bohaterowie większości seriali wykonują tę czynność tylko dwa razy. Więc zamiast powtórnie dawać wyraz swemu zdziwieniu, powiedział:
- Ja pierdolę, gadający chomik!
- Proszę, tutaj masz herbatkę - powiedziała Janina, wchodząc do pokoju. Za nią podążał Mariuszek, z diabelskim uśmiechem na ustach.
- Proszę pani, skąd pani wzięła tego wyczesanego chomika?! - spytał Eustachy, pokazując siedzące w kącie zwierzę.
- Chodzi ci o Brązowego Jenkinka?
Co to za dziwaczne imię? - pomyślał Eustachy.
- Za chwilkę ci o nim opowiem, ale najpierw napij... napij się chłopcze herbaty, póki ciepła, tutaj masz....
Eustachy koniecznie chciał się dowiedzieć jak najwięcej o tym nowym stworzeniu. Podejrzewał, że jest to coś, co wcześniej podbiło rynek japoński, a dopiero teraz zostało sprowadzone do Europy. Jakiś modyfikowany genetycznie pokemon. Zrobotyzowany chomik napędzany dwoma paluszkami wtykanymi w tyłek.
Upił łyk herbaty. Miała bardzo dziwny smak. Coś pomiędzy winem marki Goliat, rocznik bieżący, a przeterminowanym o kilka lat olejem do frytek, stosowanym powszechnie w barach fast-food. Eustachy poczuł, że zaczyna dziać się z nim coś niedobrego, jakby za moment miał mu się urwać film...
Gdy Eustachy otworzył oczy, nie był już w pokoju Janiny. Nie był nawet w Krakowie. Nie był nawet w Polsce. Nie był nawet w Europie. Do diabła, on już nie był nawet na Ziemi. Wokół siebie ujrzał porażający swą obcością krajobraz. Lasy nieznanych ludzkiemu oku, powykręcanych, wielobarwnych drzew, których gigantyczne konary pięły się wysoko w stalowoszare niebo, po którym płynęły aż cztery księżyce. Czarne skały, niczym korony na łysych wzgórzach. W oddali osobliwe miasta, pełne koszmarnych budowli, stworzonych w oparciu o jakąś nieludzką geometrię.
- Albo mnie ktoś wywiózł na Bieszczady, albo śnię teraz najdziwniejszy sen mojego życia - próbował powiedzieć Eustachy, jednak żaden głos nie wydostał się z jego gardła. Było to rzecz jasna spowodowane tym, że nasz bohater nie miał już gardła. Szerzej sprawę ujmując - nie był teraz człowiekiem, nie miał w swoim oślizgłym, galaretowatym, uformowanym w kształt stożka ciele żadnych ludzkich organów.
Podejrzana sprawa - pomyślał. - Ale nic to. Nie takie rzeczy się na kacu widziało.
Raz jeszcze spojrzał na odległe miasta, dochodząc do wniosku, że właśnie tam powinien szukać rozwiązania tej zagadki, że właśnie tam spotka pokrewne dusze, ludzi, którzy - jak on - są trendy bez względu na okoliczności. Nieważne, gdzie się znajdował, nie wierzył, by nie było tu ani jednego modnego człowieka, ani jednego fana Lost, czy słuchacza The Strokes. Być może teraz zaczynała się jego wielka przygoda, może fale przeznaczenia wyrzuciły go na brzeg nieznanej, pełnej tajemnic wyspy? To by dopiero było coś!
Ruszył w dół zboczem wzgórza, w myślach śpiewając swoją ulubioną piosenkę:
"On the other siiideee
On the other siiideee
Nobody is waiting for me
On the other siiideee!".
KONIEC.
Powyższe opowiadanie powstawało jako wynik współpracy autora z czytelnikami, którzy po przeczytaniu pierwszej części mogli wybrać jedną z kilku propozycji rozwinięcia fabuły. Propozycje te spływały do autora i na podstawie tej posiadającej największą liczbę głosów kontynuowane było opowiadanie. Mamy nadzieję, że podoba się naszym czytelnikom ta zabawa, bo wkrótce powinno pojawić sie trzecie (pierwszym był Mnożownik Łukasza Orbitowskiego) opowiadanie interaktywne.
Redakcja
Sklep
Forum