Recenzja książki "Metro 2034"

Autor: Fenris
Korekta: Bool
29 października 2010

W ostatnim dniu chwały ludzkości, czy też raczej jej ostatecznego upadku, kiedy jeszcze „niebo” znaczyło coś innego niż betonowe sklepienie nad głową, na Ziemię runęły głowice atomowe. Wszędzie zapanował nuklearny holocaust. Ludzie, dotychczasowi satrapowie na lądzie, morzu i w przestworzach, nieomal wyginęli, strąceni z tronu władców świata. Na powierzchni ziścił się koszmar Darwina; w przesiąkniętym promieniowaniem środowisku powstało nowe życie – równie potworne jak otaczające je pustkowia.
Ale nie wszystkim dane było zasnąć na wieczność. Garstka ludzi czystym przypadkiem w dniu zagłady znalazła się w moskiewskim metrze, gigantycznym schronie przeciwatomowym. Odcięci potężnymi zaporami od umierającego świata, na podobieństwo przodków, ponownie znaleźli się w jaskini. Platon powiedziałby, że nigdy jej nie opuścili…

Moskiewskie metro to miejsce dobrze znane wszystkim czytelnikom, którzy „odwiedzili” je w poprzedniej powieści Dmitra Glukhovskiego, „Metrze 2033”. Porażało klimatem, frapowało czającymi się na każdym odcinku nowościami, urzekało korowodem bohaterów i wykolejeńców. Jednym słowem: czarowało. A choć metro przedstawiało sobą pełen wachlarz odcieni brudu, przemawiało to raczej na korzyść powieści, trafnie mówiąc o ludziach i świecie po nieodwracalnej stracie. Niemniej, każda książka, która stanowi kontynuację lub jest osadzona w danej rzeczywistości, ma przed sobą trudne zadanie, jeśli poprzednia część była naprawdę niezgorsza.

Fabuła „Metra 2034” koncentruje się wokół niewyjaśnionych wydarzeń na jednej ze stacji. Z jednej strony stała się ona niczym czarna dziura – nic, co do niej weszło, nie wydostaje się – zaś z drugiej strony stanowi śmiertelne zagrożenie dla innej stacji, na której rozpoczyna się cała przygoda. Władze zagrożonej części metra stają przed dylematem: albo nie uporają się z tajemniczą stacją, przeto z powodu braku amunicji skończą jako karma dla mutantów, albo wysyłając ludzi uszczuplą swe siły ponad miarę, w związku z czym potworom łatwiej będzie przełamać stanowiska obronne… W momencie trudnego wyboru pojawia się jeden z bohaterów „Metra 2033”. Stawiając zwierzchników przed faktem dokonanym, nie pytając nikogo o zgodę, wyrusza ocalić stację, na której po burzliwych doświadczeniach odnalazł zapomnienie. Z sobie tylko znanych powodów jako kompana dobiera staruszka o dźwięcznym przezwisku Homer (raczej od autora „Iliady”, aniżeli Simpsona). Razem z jeszcze jednym towarzyszem wyruszają, by zidentyfikować problem, a potem poszukać remedium. Los poprzerzuca ich przez dużą część metra, nierzadko rozdzielając, znów na nowo łącząc, w dodatku z nieznanymi wcześniej bohaterami.

Niestety, największym problemem recenzowanej pozycji jest to, iż stoi okrakiem pomiędzy chęcią rozbudowania fabuły, a uczynieniem tego samego z psychologią postaci. Nie chciałbym sugerować, jakoby pomiędzy tymi elementami istniała jakaś dychotomia w rodzaju „bądź ciekawa intryga, bądź pasjonujący bohaterowie”. Oba te składniki można z powodzeniem połączyć w harmonijną całość; ewentualnie wypadałoby, żeby bodaj jeden trzymał należytą formę. Choć w „Metrze 2034” na początku można wyczuć nutkę tajemnicy, to wraz z odkryciem kart napięcie opada. Problem, który dopadł stację-czarną dziurę, nie jest błahy, ale w momencie jego poznania ciężar narracji mógł przesunąć się ku bohaterom, co byłoby chyba lepszym rozwiązaniem.
Sama idea kłopotów trapiących postaci jest ciekawa – mamy archetypiczną walkę szlachetnego rycerza z ciążeniem ku złu; starca, który wzorem antycznego ideału nieśmiertelności chciałby stworzyć dzieło, jakie przetrwa swego twórcę i zapewni następnym pokoleniom pamięć dramatycznych wydarzeń oraz piękna minionej epoki; w końcu dziewczynę odkrywającą, że świat to coś więcej niż dwie stacje metra i niewielki skrawek ziemi na powierzchni oraz że serce nie sługa, nie zna, co to pany.
W zamiarze wszystko wygląda ładnie, zdarzają się momenty, kiedy losy bohaterów autentycznie przejmują, a wtedy kartki powieści lecą w przód jak szalone, ale w wymiarze całościowym jest tego za mało. Autor najlepiej przedstawił postać Homera – ukazując zarówno jego trud dążenia do zachowania pamięci, jak i nostalgię za ludźmi i czasami, które odeszły. Szkoda jednak, że reszta nie porywa i wątpię, czy na przyszłość ktoś oprócz wymienionego staruszka zapadnie w pamięć. Minusem jest również to, że samo metro – jako bohater powieści – odeszło na dalszy plan. W „Metrze 2034” stanowi tylko tło, niczym nie zaskakuje, jest jakby pozbawione życia w porównaniu do tego z poprzedniej części.

„Metro 2034” dopadło to samo, co „egranizacje” „Pikniku na skraju drogi” braci Strugackich. Pierwszy „Stalker”, podobnie jak „Metro 2033”, powalał klimatem i nie pozwalał wyjść z Zony (nawet, kiedy się akurat nie grało). Za to „Stalker: Czyste Niebo” już nie dorósł do oczekiwań, choć grało się weń wcale przyjemnie. Tak samo jest w przypadku kontynuacji „Metra”. To niezła książka na parę dni, pozwala wrócić na dobrze znane i lubiane śmieci, pod względem językowym jest o wiele lepsza, lecz wydaje się być jak wybuch granatu w porównaniu do eksplozji bomby „Metra 2033” – nie ta siła rażenia.

Metro #2 - Metro 2034

Autor: Dmitry Glukhovsky
Wydawnictwo: Insignis
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 11/2010
Format: 140x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788361428244
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,99 zł
Materiały powiązane:

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus