Nic lepszego
„Wojna światów” to jedna z ikon science-fiction. Temat tak eksploatowany przez pisarzy, twórców radiowych i filmowych, że, zdawałoby się, nie można już do niego w żaden sposób niczego dodać. Kolejną próbą dołożenia „trzech groszy” jest powieść Douglasa Nilesa. Autor spróbował przenieść akcję w czasy nam współczesne. Czy mu się to udało?
Nie jestem zwolennikiem poprawiania starych mistrzów. Można pisać prequele (jak choćby preludia do „Diuny” Franka Herberta w wykonaniu spółki autorskiej K. J. Anderson i Brian Herbert), można pisać sequele (cała rzesza autorów dokładających cegiełki do cyklu Gwiezdne Wojny lub K.W. Jeter i kolejne części Łowcy Androidów). Ba! Nawet można się pokusić o historie dziejące się równolegle z wydarzeniami oryginalnych utworów (Echa Wojny Światów), ale od oryginalnej treści wara! Z takim przekonaniem sięgnąłem po tę pozycję.
Po szybkim zapoznaniu się z tekstem na tylnej stronie okładki (jak zwykle wychwalającym treść książki) zajrzałem do środka. A tam poznajemy nowych głównych bohaterów oraz stare wydarzenia ubrane w szaty techniki i nowoczesności: mamy zatem emerytowanego profesora Marka De Vane, jego córkę Alex, pracującą w NASA, i jej dawną miłość. Cała historia zaczyna się od wystrzelenia sondy w stronę Marsa, która po szczęśliwym lądowaniu rozpoczyna badanie powierzchni planety. Następnie dziwna awaria przerywa przekaz. W stan gotowości zostaje postawiona NASA. W międzyczasie dowiadujemy się o upodobaniu Marka do samotności, o spotkaniu po latach jego córki z niegdysiejszym ukochanym. Wszystko to przerywa wiadomość o zaobserwowaniu błysków na czwartej planecie od słońca. Dalej akcja toczy się bardzo podobnie do tego, co znamy z tak wielu powstałych już adaptacji.
Mamy więc nośny temat, odświeżony i przeniesiony w czasy samolotów odrzutowych i bomb atomowych. Jak to wygląda? Blado, naprawdę blado. Bardzo dużo złego przyniosło umieszczenie akcji na terenie Stanów Zjednoczonych. Widzimy tym razem, jak to dzielny, amerykański naród radzi sobie z kolejnym najazdem na swe ziemie, dostaje w tyłek, ucieka z podkulonym ogonem, lecz gdzieś w trzech czwartych książki pojawia się heros, który ratuje Amerykę w patetycznych scenach, no i oczywiście kończy ze zgrabną dzierlatką wiszącą na jego ramieniu. Kolejną rzeczą, jaką muszę wytknąć autorowi, jest fakt, że w przedmowie do swej książki zarzuca H.G. Wellsowi, iż, umieszczając oryginalną „Wojnę światów” w Anglii, stworzył jej „zaściankowy charakter”. Niektórzy mogą się nawet zgodzić z tym twierdzeniem, lecz Douglas Niles nie napisał nic lepszego. Albion został zastąpiony Stanami Zjednoczonymi, a globalność tego klasycznego już konfliktu pojawiła się w około pięciu stronach, ukazujących wydarzenia mające miejsce na innych kontynentach.
W ostatecznym rozrachunku - jak się to czyta? O dziwo, całkiem nieźle, jeśli nie ma się oczywiście nic innego do przeczytania. Polecam szczególnie na długie jazdy pociągiem lub autobusem. Takie sobie czytadło. Ot, zapoznać się i zapomnieć...
Wojna światów - nowe tysiąclecie
Autor: Douglas NilesWydawnictwo: Zysk i S-ka
Wydanie polskie: 7/2006
Liczba stron: 462
Format: 125x195 m8
Oprawa: miękka
ISBN: 83-7298-887-0
Cena z okładki: 29,90 zł
Sklep
Forum