"Banita"


1

     Przebudzenie nie było zbyt przyjemne, ale i zarazem nie tak straszne, jak mi to przepowiadano przed odlotem, a nie znana mi, tajemnicza i obca planeta, która miała się wkrótce stać mym zadziwiającym przeznaczeniem, zbliżała się i rosła na ekranach. Z trudem wydostałem się z cicho szumiącego hibernatora, dziwiąc się, że jeszcze żyję. Orbitowała wokół żółtawej gwiazdy wraz z ośmioma innymi planetami, nie licząc pasma asteroidów, i była piątą co do wielkości. Zdecydowanie różniła się od pozostałych. O jej unikalności decydowało posiadanie bogatej w tlen i azot atmosfery oraz ogromów wody. Oglądana z przestrzeni kosmicznej wydawała się być pokryta wyłącznie błękitnymi oceanami i spowijała się w kłęby białych chmur. Tu i ówdzie przezierały jednak kuszące lądy, stanowiące około jednej czwartej jej powierzchni. Kontrastowała z czernią nieba, pokrytego miliardami gwiazd. Dostałem się do mego pokładowego komputera, usiłując określić me położenie. Ten badał ją już od dłuższego czasu. Ocenił jej wiek na 4 - 5 miliardów aoriańskich lat. Pod niezmiernie cienką skorupą i gorącym płaszczem krył się zwarty rdzeń o bardzo wysokiej temperaturze, złożony głównie z żelaza, niklu oraz krzemu. Posiadała naturalnego satelitę, pozbawionego jednak atmosfery.
     Oglądając ją na fluoryzujących ekranach, to z cicha zżymałem się, po glotrymeńsku cmokając i starając się utrzymać na wodzy rozszalałe po przebudzeniu nerwy, to gwizdałem przez szczeliny węchowe, ciesząc się jak młokos. Inni nie mieli takiego szczęścia. Komputer nie pozwolił mi jednak na złudzenia. Byłem bardzo daleko od rodzinnego domu. Rzuciło mnie w jedno ze spiralnych ramion macierzystej Galaktyki, na jej odległe i nie zbadane peryferia. Nikt z Aorian nie wybrałby się tutaj, jeśli pozostawałby przy zdrowych zmysłach. Dziw mnie brał, zważywszy moją wiedzę o kosmosie, że mogłosię tu pojawić życie i to w tak niewyobrażalnej obfitości. Dobrze zniosłem hibernację, trwającą około 960 aoriańskich lat, co również napawało mnie nadzieją, a mój koszmarnie długi pobyt w lodowatych próżniach zmierzał ku nieoczekiwanemu końcowi. W zwariowanej loterii, w której zmuszony byłem wziąć udział, wodzony za nos przez szczerzącego kły rogatego demiurga z eonu ciemności i nocy, trafiła mi się główna wygrana. Los potrafi płatać figle!
     Rzadko kiedy zesłańcom, wyrzuconym wbrew ich woli ku obrzeżom Galaktyki i budzącym się ze stanu przymusowego uśpienia dopiero wtedy, kiedy kończyło się paliwo, udawało się znaleźć znośny punkt zaczepienia. Szukali go rozpaczliwie, ale na próżno. Najczęściej z przerażeniem oglądali bezbrzeżne mroźne pustki, a od najbliższych układów solarnych dzieliło ich wiele lat świetlnych. Nie mieli więc wyboru. Pozbawiony zapasu paliwa i zasilania krążownik stawał się bezużytecznym wrakiem, uniemożliwiającym przetrwanie. Pozostawało rozwiązanie, znane rozbitkom z centrum Galaktyki już od początku nieudanej podróży - anihilacja. Niewielka eksplozja, krótki jak mgnienie rozbłysk światła i po skazańcu nie pozostawał żaden ślad, a zimna i mroczna pustka stawała się jego grobem. Nikt im jednak nie współczuł. W ten okrutny i wyrafinowany sposób karano tylko najbardziej zwyrodniałych Aorian i mieszkańców innych planet, zesłanie w kosmos orzekając za wyjątkowo ciężkie zbrodnie. Sam do nich należałem, wyklęty przez społeczność, która wydala mnie na świat i wykołysała pod ciepłymi promieniami Archei.
     Snuła mi się po głowie myśl, że mimo wszystko czymś się różniłem od innych więźniów wieloplanetarnego imperium, i że trafiła mi się podwójna wygrana. W odróżnieniu bowiem od skazańców, którzy złamani psychicznie kornie chylili karki przed oprawcami, sam zdobyłem się na maksimum inwencji, przemycając przezlabirynt więzienny w Oro mały zestaw afilogenny, rodzaj przetwornika, umożliwiającego odtworzenie paliwa. Kto był w posiadaniu tego ostatniego krzyku mody aoriańskiej techniki, stawał się w kosmosie panem sytuacji. Udało mi się ominąć wszystkie przeszkody - i mogłem teraz śmiać się w duchu z sędziów z Aorii, ferujących wyroki, a także z autokratów, sprawujących rządy w układzie słonecznym Archei. Ci ostatni uważali siebie za zbawców, jednak tacy jak ja byli zdania, iż są tylko żałosnymi renegatami. Idea przyspieszonego rozwoju, do której z dumą się odwoływali, wymagała rezygnacji z wielu szlachetnych przywilejów, utrwalonych od stuleci na naszych planetach, zwłaszcza na Eaorii i Daorii, a w tym z polowań na elaoploriony. Wspomniany przywilej utraciła glotrymeńska rasa, którą z dumą reprezentowałem. Pomyślałem z tęsknotą o mych pobratymcach, którym zakazano myśliwskich wypraw na drugą planetę Archei, Faorię. Zapewne zachowali mnie pamięci jako prawdziwegobohatera, który odważnie przeciwstawił się zasadom dwunastej księgi prawa uniwersalnego, by pozostać wiernym kodeksowi moralnemu przodków. Poleciałem na Faorię, skrupulatnie omijając wyznaczone szlaki komunikacyjne, i dokonałem spustoszenia, wyrzynając całe stada elaoplorionów. Za to mnie potępiono. Autokraci z Aorii wylewali łzy, trąbiąc na cały układ słoneczny, że poważnie przetrzebiłem pozostający pod ochroną gatunek, który miał się wkrótce stać zalążkiem nowej rasy rozumnej. Ogłosili mnie największym przestępcą stulecia i nazwali kanalią, nie zasługującą na łaskę i wybaczenie. Nim mnie zatrzaśnięto we wnętrzu wahadłowca i uśpiono, przeszedłem przez prawdziwe piekło, a jego pamięć sprawiała, że jeszcze teraz moim pokrytym chitynowym płaszczem ciałem targały dreszcze.
     Komputer dzielił się ze mną kolejnymi danymi o planecie, na której wkrótce miałem się znaleźć. Wyznaczał hipotetyczne miejsca lądowania. Poleciało kilkaset sond, które systematycznie przekazywały szczegółowe informacje. Zarysy kontynentów stawały się wyraźniejsze, a lądy, góryi równiny i jeziora przezierały zza kłębowisk chmur. Byłem na orbicie stacjonarnej. Zamieszkiwały glob istoty rozumne, jednak osiągnięty przez nie poziom rozwoju technologicznego nie był wysoki i przypominał epokę preancefalną na Daorii.
     - Priorytet długofalowy: pełna adaptacja i porozumienie z tubylcami! - rzuciłem do komputera jak żółtodziób, wkraczający bez przygotowania i specjalistycznego treningu do bujnej dżungli na Baorii, najbliższej Archei planecie, gdzie królowały drapieżne mięsożerne rośliny, bez trudu przemieszczające się po bagnistym podłożu. Wyrzekłem to i przestraszyłem się nie na żarty. Wiedziałem bowiem aż nadto dobrze, co taki rozkaz znaczy. Wiązał się on - miedzy innymi - z utratą solidnego, masywnego ciała glotrymeńskiego wojownika. Ale cóż, byłem w gorącej nuriikąpany i prawie wszystkie decyzje podejmowałem bez namysłu, nie zastanawiając się nad ich skutkami. To było ode mnie silniejsze.


     Pieliła grządki w ogródku, zbierającwyrywane chwasty na podwinięty fartuszek i zerkając za siebie na poletko, z którym musiała się uporać. Marzyła o chwili, w której będzie już u zaufanej przyjaciółki, Małgorzaty, mieszkającej za Maciejową Górką, a wraz z nią, śmigając bosymi stopami, pobiegnie na pola, by przyjrzeć się żeńcom z sąsiedniej wioski, wynajętym do żniw przez najbogatszego gospodarza. Chłopcy byli ponoć bardzo urodziwi i przez wieś szła fama, że niejedna z dziewcząt może sobie upatrzyć kandydata na męża. Do płotu było coraz bliżej, chwastów na kupce przybywało, a Agata, zaprzątnięta myślami o młodych kawalerach z kosami i osełkami na polach, tak dalece stała się nieobecna, że nie przyuważyła obcego, który od lasów i łąk podchodził do domostwa.
Wzdrygnęła sięipoderwała, gdy stanął przy płocie i zagadał.
     - Panienka sama? - zapytał ciekawie obcy, zdejmując czapkę i witając się pobożnie jak nakazywał obyczaj.
     Poprawiła włosy, które zawiązała rankiem w duży węzeł i przytrzymała koszulę, której nie zapięła pod szyją, by jej nie przeszkadzała w robocie. Wzięła go za spóźnionego żeńca i serce mocniej jej zabiło.
     - Ano, sama - odrzekła, skromnie spuszczając oczy. - A wyście nie przy żniwach?
     Obcy był urodziwy, nawet bardziej urodziwy od samego dziedzica, który niekiedy przejeżdżał przez wieś konno albo w bryczce, zaprzężonej w dwie klacze. Czuła to, nawet na niego nie patrząc, i nieco się rumieniąc. Mimo że był zgrzebnie odziany, biło od niego jakimś dostojeństwem i siłą
     Roześmiał się, a usta miał krasne, żywcem do całowania. Stał, pewny siebieiwyprostowany.
     - Jam z daleka, z odległych stron, zza wielu lasów i rzek. Wędruję, gdzie mnie poniesie, zaglądając jak wiatr to tu, to tam! Podoba mi się ta... planeta!
     Przemogła się i spojrzała na przybysza. Wydawało się jej, że wpadła w głęboką toń. Reszty zmieszania i wstydu znikły. Już nie miała ochoty na to, by z najlepszą przyjaciółką pobiec na pola do żeńców. Oczy jej zabłysły i coś z nieodpartą mocą pociągnęło ją do stojącego za płotem mężczyzny. Ścieżyną między zagonami podeszła bliżej, rozszerzonymi źrenicami chłonąc jego postać. Czas nagle się zatrzymał. Trwała tak długą chwilę, omal nie oddychając, dopóki obcy się nie poruszył. Zlękła się, że odejdzie, a niespodziewane spotkanie skończy się tak prędko jak się zaczęło. Instynktownie dotknęła dłonią muskularnego ramienia. Wędrowiec był prawdziwy, z krwi i kości.
     - Wyście pewnie spragnieni? - zapytała, wskazując na studnię z żurawiem.
     Obcy pojął, że nie jest intruzem. Obejrzał się z mimowolnym zdziwieniem na studnię, jakby podobne urządzenie, zwykłe przecież w wiejskim gospodarstwie, oglądał pierwszy raz w życiu. Zawahał się nad odpowiedzią.
     - Czym spragniony? Ano, tak. Przeciem z drogi!..
     Skrzypnęła otwierana furtka. Agata ze skrywanym pośpiechem otarła się o przybysza, jakby chcąc się do końca upewnić, że nie jest zjawą, i że nie przyśnił się jej, gdy utrudzona przysnęła na gęstej trawie pod krzewami porzeczki.
     Stanęli przy studni. Obcy wzdrygnął się, kiedy bury kocur, goniący nocami po obejściu i stodole za myszami, prześlizgnął mu się pieszczotliwie po nogach. Omal nie podskoczył z wrażenia.
     Bardzo ją to rozśmieszyło, ale nie wypadało chichotać, by nie zrazić przybysza. Pogłaskała go delikatnie po ramieniu, zdumiona czułością, którą ten gest w niej wyzwolił. Tak zachowywała się dziewczyna wobec kochanka, którego od dawna znała, a nie wobec przypadkowego wędrowca.
     - Co, kota się boicie?!
     Przybysz powoli się uspokajał.
     - Ano, nie - skłamał. - Domowych zwierząt się nie lękam. Są przecież oswojone i nawykłe do ludzi.
     Agata wyciągnęła wiadro wody. Pochylając się nad studnią, odsłoniła przed młodym mężczyzną piersi, kryjące się pod koszulą, której zapomniała z wrażenia zapiąć pod szyją. Włosy ciężko opadały jej na kark.
     Pił wodę z metalowego kubka, powoli, nie spiesząc się, łyk po łyku, i nie tając tego, że wiejska dziewczyna, którą poznał przy pierwszej napotkanej krytej strzechą chacie, budzi w nim niekłamane zainteresowanie. Trwali tak, twarz przy twarzy, spoglądając ciekawie na siebie, dopóki kogut nie wskoczył na płot i nie zapiał.
     - Ku-ku-ry-ku!..
     Przybysz znowu się przeląkł. Drgnął tak silnie, że woda polała mu się z kubka. Źrenice mu się zwęziły.
     - Co to za dziwny sygnał? - zapytał z głupia frant. Wydawało się, że rzucił to pytanie nie do Agaty, ale do kogoś innego, kto był gdzieś obok, ale zupełnie niewidoczny. Wiejska dziewka nie mogła wiedzieć, że po egzodermalnej obróbce organizm Glotrymena został wyposażony w mikroprocesory. Jeden z nich miał obcy w uchu, kontaktując się z komputerem pokładowym. Zaraz też się poprawił: - A, to kur! Daje znak kurom!..
     Tym razem Agata nie mogła się powstrzymać. Zachichotała, przytrzymując dłonią długą spódnicę.
     - Dziwnie jakoś gadacie - rzekła ciepło, odbierając pusty kubek. Ich ręce na krótką chwilę się spotkały.
     Omal nie wpadł w panikę. Wreszcie rzucił, opanowując wewnętrzne drżenie.
     - Jam nie stąd, ale z dalekiego miasta. A tam inaczej gadają i inaczej się pozdrawiają; odmiennie wołają na ludzi.
     Odchodził i odprowadzała go pełnym żalu spojrzeniem do furtki. Było jej przykro, że to niespodziewane spotkanie, dar losu, tak szybko się kończy.
     - Pozostaniecie tu, w naszej wiosce? - zapytała.
     Stał już za płotem. Obejrzał się i wzruszył ramionami. Zarzucił podróżną sakwę. Znowu zdawał się wsłuchiwać w wypowiadane szeptem słowa kogoś, kogo nie było słychać i widać.
     - Tu nie ma gdzie. Nie ma noclegu, żadnej karczmy ani gospody!
     Nie zgodziła się, podeszła za obcym do furtki. Jej oczy wyrażały błaganie. Zacisnęła aż dobólu palce na sztachetach.
     - U nas podróżni zatrzymują się, aby przenocować. Wszak gość w dom, Bóg w dom. Przecie jest duża stodoła, a w niej sporo siana i słomy. Zajrzyjcie tu wieczorem, przed zmierzchem albo i później, poproście ojców, gdy wrócą z pola. Dostaniecie i strawę, i nocleg!
     W głosie dziewczyny zabrzmiały nuty nie tylko żalu, ale i groźby. Jeżeli obcy by odmówił, ściągnąłby niechybnie na siebie zemstę niebios. Tamten chwilę się jeszcze wahał, a potem odrzekł:
     - Ano, dobrze. Zajrzę tu znowu, kiedy słońce pochyli się ku zachodowi!..
     Odszedł, a ścieżyna poprowadziła go między wyrośniętymi śliwami i gruszami, lecz nie kierował się ku wsi, tylko z powrotem ku lasom. Pozostała z rzuconą jej obietnicą. Wybiegła potem za przybyszem na starą miedzę, aby go pożegnać wzrokiem, ale nigdzie go nie dostrzegła. Rozpłynąłsię jak duch, mimo że nie był duchem. Omiotła spojrzeniem łąki, przysłaniając dłonią oczy. Następnie wróciła do ogródka i zabrała się do pielenia.


     Obrzuciłem w myślach komputer stekiem najgorszych przekleństw. Byłem wściekły, wściekły, wściekły! Te aoriańskie maszyny zaskakiwały swą doskonałością i wywiązywały się ze stawianych przed nimi zadań w sposób, który zdumiewał ich posiadaczy. Szlag mnie trafiał, bo mój pokładowy pomocnik zbyt dosłownie pojął program adaptacji. Zewnętrznie się upodobniłem do istot rozumnych na tej planecie, pal to licho! I o to nie mogłem mieć do niego pretensji. Gorsze było to, że psychicznie stałem się nieomal tubylcem. Pierwsze kontakty z ludźmi przeżywałem tak, jak bym się urodził na Ziemi i był od niej całkowicie zależny. Zasiadłem znowu przed translatorem, świadomy tego, że operuję lokalnym dialektem wciąż jeszcze na zbyt ubogim poziomie strukturalizacji, ale po chwili zrezygnowałem z tego zajęcia, czując, że muszę natychmiast pomówić z mózgiem elektronowym.
     - Czy to się często zdarza? - zacząłem ostrożnie. - Chodzi mi o tak silne nasycenie kontaktu erotyzmem - wyrażałem me wątpliwości. - Czy tak będę reagować na każdego tubylca odmiennej płci?!
     Pokładowy perfekcjonista gładko odpowiedział na mimochodem rzucone pytania. Był wolny od bolesnych przeżyć i traumatycznych doświadczeń, które stawały się udziałem istot rozumnych, dramatycznie zależnych od biologicznej strony ich natury.
     - Przed kilkoma milionami ziemskich lat jakiś czynnik sprawił, że człowiek, czy też raczej jego praprzodek, gwałtownie utracił naturalną ochronę w postaci gęstego futra, sierści, owłosienia... - cichym głosem objaśniał, dzieląc się zdobytą wiedzą. - To był bardzo silny wstrząs, który powinien był doprowadzić do zagłady gatunku. Ewolucyjnareakcja obronna poszła w dwóch kierunkach. Nastąpił szybki rozwój płatów czołowych, który spowodował wyrugowanie mało przydatnego w nowych okolicznościach instynktu zwierzęcego. A jednocześnie gwałtownie wzmógł się popęd gatunkowy, który zniósł ograniczenie w postaci okresowych rui. W gruncie rzeczy nie było to niczym dziwnym w sytuacji totalnego zagrożenia - rozwodził się komputer. - W rezultacie gatunek się uratował, człowiek wymyślił odzienie i nauczył się ogrzewać swoje ciało, posługując się ogniem. Wyrażająca się przerostem popędu rozrodczego anomalia jednakże pozostała. Coś podobnego przydarzyło się - ciągnął - arrantom na Faorii po nieumiejętnej interwencji pierwotnych Aorian około tysiąca lat przed nową erą. Tam reakcja obronna gatunku była zbliżona i poszła również w dwu wspomnianych kierunkach. Natura jednak nie zdążyła!..
     Siedziałem naburmuszony, wsłuchując się w wywód maszyny. Narastał we mnie gwałtowny bunt.
     - Muszę ją mieć tutaj! - warknąłem. - Muszę posiąść tę tubylczą kobietę!
     Wyrzuciłem to z siebie i natychmiast poczułem ulgę.
     - Obawiam się, że nie są konieczne żadne zabiegi o jakimś szczególnym charakterze, z tym związane - wycedziła maszyna, dostosowując się do zmiany tematu. - Wystarczy jedna noc w stodole!..
     Miałem ochotę dać w mordę aoriańskiemu cudowi techniki, lecz komputer - na szczęście dla siebie - był pozbawiony twarzy.
     - Bredzisz! - odszczeknąłem. - Nie sądzę, by to coś dało!..
     Mimo to w głębi duszy poczułem, że pomysł mego doradcy mi się podoba. Opuściłem statek. Winda grawitacyjna zniosła mnie na polanę, nad którą nieruchomo tkwił krążownik, wyglądający jak kapelusz dużego grzyba. Opanował mnie romantyczny nastrój i zacząłem nucićcoś pod nosem. Brodziłem między paprociami, zrywałem drobne rośliny o delikatnych kwiatach i przyglądałem się motylom, pszczołom i osom.


     Obcy wrócił przed zmierzchem. Porykiwały krowy, które przygnano z pastwiska. Oczekująca niecierpliwie Agata dostrzegła go przez ozdobione pelargoniami okienko w kuchni. Wybiegła przed pobieloną chatę niby to ponaglona obowiązkiem. Pod ścianą leżały równo ułożone szczapy na opał. Nabrała ich, a potem zdjęła gliniany garniec, suszący się na płocie.
     - Jesteście! - powitała go. Oddychała szybko i z radością, a jej policzki się zaróżowiły. Włosy miała starannie umyte, wysuszone i uczesane. Przewiązała je z tyłu czerwoną wstążką. - Ojcowie są w stajni - rzekła prawie konspiracyjnie. - Dopiero co wrócili z pola!
     Przybysz blado się uśmiechnął i zdjął sakwę z pleców. Był spokojny i opanowany.
     - Ano, jestem - powiedział. - Zmęczony i głodny. A i spragniony noclegu!
     Dziewczyna nie wracała do chałupy. Jej spojrzenia wyrażały zachwyt i gdyby nie naręcze szczap do pieca, zapewne ogarnęłaby młodego mężczyznę ramionami. Syciła się jego bliskością.
     - Jakoś wam było po drodze? - rzuciła.
     Obcy przytaknął. Zlustrował wzrokiem jej sylwetkę. Do białej, czystej koszuli z haftowaną krajką założyła suto marszczoną, kolorową spódnicę, ściągniętą paskiem w wąskiej talii.
     - Mówcie mi: Antoni! - szepnął. - A wam jak po chrzcie?
     Pogłaskał delikatnie jej włosy i dziewczyna się zapłoniła. Odwróciła się, aby poprowadzić go do domostwa.
     - Wołają na mnie Agata - rzuciła w przelocie.
     Z zaciekawieniem obejrzał kuchnię. Ścianybyłypomalowane na jasnoniebiesko i wisiały na nich obrazy świętych. Zamiast podłogi była twardo ubita ziemia. Sporo miejsca zajmował piec, a ogień wesoło buzował pod rozgrzaną płytą. Kręciła się tu młodsza siostra Agaty, jednak przybysz nie zwrócił uwagi na urodziwego podlotka. Przysiadł przy stole, wodząc wzrokiem za dziewczyną, która go radośnie powitała, a teraz podsuwała mu różne wiejskie specjały. Postawiła przed nim misę z jajecznicą, kubek mleka, a z okrągłego bochenka chleba odkroiła sporą pajdę. Przyniosła mu masło na małym talerzyku.
     - Posilajcie się! - zachęciła.
     Nie jadł, lecz przyglądał się Agacie. Wyglądała o wiele ponętniej niż przed południem, kiedy ujrzał ją w ogródku przy pieleniu. Na chwilę zostali sam na sam, bowiem kręcący się po kuchni podlotek wybiegł z chałupy.
     - Śliczna jesteś i urodziwa, że aż dech zapiera - wyszeptał,gdy stała tak nad nim. - Widziałem wiele miastowych, ale się do ciebie nie umywają!
     Roześmiała się, uradowana. Ujął ją za rękę i przyciągnął do siebie. Nie broniła się i przysiadła mu na kolanach. Poczuł krągłe biodra i jędrne piersi. Ogarnęło go z nagła podniecenie. Ich usta się zetknęły. Musnął je, a potem wbił się w nie z mocą. Zerwała mu się z kolan i zerknęła z przestrachem przez kuchenne okno.
     - Jeszcze nie czas na to - w zaufaniu mu zdradziła. Oddech miała przyspieszony. - Lada chwila ojcowie wejdą i będą wieczerzać. Trza, byście byli spokojni i niczego nie okazali!..
     Potulnie się zgodził, przysunął się do stołu i wbił wzrok w misę z jajecznicą. Sięgnął po drewnianą łyżkę. Znów był przybyszem, obcym, który zatrzymał się w napotkanej wiejskiej chacie, by pokornie prosić o strawę i nocleg. Wielu takich wędrowało, dzieląc się w podzięceza jadło i napitek opowieściami o odległych krainach i o dziwach, które widzieli. Agata pozostawiła go samego w kuchni, wychodząc do ogródka, skąd przyniosła główkę młodej kapusty i kilka marchewek.
     Starzy wkrótce weszli, witając go po chrześcijańsku, a ruchy mieli powolne i ciężkie. Podeszły wiek rysował się na ich twarzach licznymi zmarszczkami. Ojciec Agaty przyjął obecność obcego z widocznym zadowoleniem. Oczy mu zabłysły, bowiem lubił słuchać wieczorami ciągnących się bajd o nieprawdopodobnych zdarzeniach, które miały miejsce za wieloma morzami, lasami, rzekami i górami, a szczególnie mrożących krew w żyłach historii o walecznych rycerzach, wilkołakach, wampirach i demonach. Gdy więc w chałupie uprzątnięto po wieczerzy, Antoni, chcąc nie chcąc, musiał rozpocząć gawędę.
     Do stodoły poprowadziła go matka Agaty, usłużnie zapraszając do przepastnego wnętrza. Przystawiła mu leżącą na klepisku drabinę, aby mógł wspiąć się na rzucone wysoko siano. Znalazł tam derkę i jaśka, wypchanego szmatami i gałganami. Stodoła łączyła się ze stajnią, więc gdy się wygodnie ułożył, słyszał dobiegające z dołu porykiwania krów.


     Agata długo nie nadchodziła i byłem niemal pewny tego, że stwarzający wrażenie wszechwiedzącego komputer pokładowy tym razem poważnie się pomylił. Nawet jeżeli okrągłą dobę, dzień po dniu, zbierał dane o planecie, korzystając z wyrzuconych wcześniej sond, nie mógł w tak krótkim czasie dowiedzieć się wszystkiego o naturze, zwyczajach i kulturze tubylców, a nadto o ich złożonej psychice. Na rozgwieżdżonym niebie królował nieodłączny towarzysz globu, martwy i zimny księżyc, bez atmosfery i bez życia, niemniej wyglądający przesympatycznie w ciepłą, letnią noc. W jego bladym świetle było coś zarazem zmysłowego i podniecającego. Wydawało się, że woła do kochanków, meczących się w samotności na swych łożach i spragnionych wzajemności, gorących pocałunków i czułych pieszczot. Przez szpary w deskach stodoły przyglądałem się skalistej i poznaczonej kraterami powierzchni, wyobrażając sobie, że buduję tam bazę dla siebie i wybranych tubylców, oraz przetwarzam i upiększam niegościnne otoczenie. Leżało to w granicach moich możliwości technologicznych. Mając zestaw afilogenny, sprzężony z komputerem i innymi urządzeniami pokładowymi, mogłem bez trudu wyposażyć naturalnego satelitę Ziemi nawet w atmosferę. Wymagało to jedynie pewnych korekt w obrębie sił ciążenia.
     Psy w wiosce przestały ujadać i zapadła cisza. Ustał również rechot żab. Wyjrzałem przez szczelinę w kiepskim dachu, rozsuwając strzechę. Wspiąłem się wcześniej na najwyższą kopę siana. Pożegnałem się już z myślą o tym, że dziewczyna przyjdzie do stodoły. W chałupach pogasły światła, a zmęczeni praca na roli chłopi posnęli. Oświetlano domostwa naftą, używając do tego celu zmyślnych lamp z przesuwanym knotem. Wahałem się, nie wiedząc, co począć, a pragnienie rozkoszy walczyło we mnie ze zdrowym rozsądkiem. Miałem już zamiar zrezygnować z noclegu i wrócić do mego krążownika, gdy wtem zabiło mi znienacka mocniej serce. Od płotu, okalającego ogródek, oderwała się niby duch biało odziana postać. Rzuciłem się ku drabinie, chcąc podać ukochanej rękę, gdy nadejdzie, zaraz jednak coś mnie powstrzymało. Cofnąłem się niezgrabnie, zapadając się w pachnące siano. Przykryłem się po szyję derką, udając, że śpię.
     Cicho skrzypnęły wysokie wrota. Biała postać wślizgnęła się po ciemku do stodoły, nie potrącając po drodze żadnego z pozostawionych tam sprzętów, przydatnych w gospodarstwie. Potem nocny gość, szczebel za szczeblem, zaczął wspinać się ostrożnie po drabinie. Podniosłem głowę dopiero wówczas, gdy zachrzęściło siano. Nie miałem ani cienia wątpliwości - nikt inny nie mógł przybyć do mnie w nocy i na nikogo innego nie czekałem. Agata przytuliła się i przywarła do mnie, obsypując namiętnie moją twarz i piersi gorącymi pocałunkami. Obudziło się we mnie słodkie pożądanie. Zdarłem z niej długą koszulę, pod którą kryło się cudowne, nagie i pachnące ciało, pełne zakamarków i wypukłości, podniecających wyobraźnię i rozpalających zmysły. Kochaliśmy się raz, a potem drugi, sycąc się rozkoszą upojnego tańca i doświadczając głębokiego ukojenia.
     Kiedy zasnąłem, dziewczyna cicho odeszła, wracając do chałupy. Lękała się, że ktoś przyuważy jej długą nieobecność. Nie potrafiłaby wyjaśnić tego, czego szukała późną nocą poza sypialnią i poza domem. Wcześniej snuła plany. Święcie wierzyła, że zabiorę ją ze wsi do wielkiego miasta, z wieloma ulicami, skwerami i kamienicami, a tam pojmę ją za żonę i wyprawię wesele. I że potem będziemy długo żyli w szczęściu i zdrowiu, niańcząc mnóstwo dzieci. Kochała mnie całym sercem i tego nie kryła, a jej oczy spoglądały ufnie w moje. Pojąłem, że byłbym ostatnią szują w Galaktyce, gdybym ja zawiódł.

2

     Przywitał mnie spokojny ranek. Piały koguty, a przez szpary w strzelistym dachu przeświecały promyki słońca. Wykopałem się z siana, próbując doprowadzić do porządku zmierzwione włosy. Spałem dobrze, bez sensacji i zmór. Przeciągnąłem się z rozkoszą, uzmysławiając sobie, że oprawcy z Aorii nieźle się nacięli, wysyłając mnie nie na poniewierkę, ale na wspaniałe wakacje. Los banity na zielonej planecie, na której przypadkiem się znalazłem, wcale nie przedstawiał się opłakanie. Wróżyłem sobie raczej radosną przyszłość i na taką liczyłem.
     Do przykrych niespodzianek może wszakże dojść w każdym miejscu w kosmosie - i mój poranny dobry humor nie na wiele się zdał. Wrota stodoły drgnęły, usłyszałem dziewczęcy płacz, i ktoś zaczął szybko wdrapywać się do mnie po drabinie. Ledwo rozpoznałem Agatę, z którą spędziłem cudowne chwile. Włosy miała w nieładzie, ana jej policzkach rysowały się czerwone pręgi. Z nosa spływała jej krew, zakrwawione miała też jedno ucho.
     - Uciekaj, miły, uciekaj! Da Bóg, jeszcze się spotkamy!.. Uciekaj, bo chcą cię zabić, zatłuc na śmierć! - zawołała.
     Nie weszła na siano, cofnęła się i zeszła z powrotem na klepisko.
     Czar prysł jak bańka mydlana. Oto jak się skończyła cudowna noc! Jej płacz dowodził, że stało się coś strasznego. To nie były przelewki.
     - Co się stało?! - krzyknąłem za nią w dół, usiłując pozbierać myśli. - I za co cię tak pokarano?!
     Szlochała, spoglądając w górę.
     - Za to, żeśmy się w nocy kochali, za to! Moja siostra przyuważyła, żem wyszła z chałupy - mówiła przez łzy - a po cichu przylazła tu za mną. Stała na drabinie i wszystko widziała, zaraza! I poskarżyła. Ojcowie rzekli, żeś mnie zhańbił. I żem sama siebie pohańbiła. Cóż ja teraz, nieszczęsna, pocznę? - łkała, usiłując nieporadnie doprowadzić siebie do porządku.
     Zamurowało mnie na amen, bowiem takiego przebiegu zdarzeń, niestety, nie przewidziałem.
     Wyzwoliły się we mnie krwiożercze instynkty. Mignął mi przed oczyma obraz mojego krążownika, który płynie nad wioską i wznieca pożary, obracając dorobek tubylców w popiół.
     - O, zgrozo! - jęknąłem, czując, że nie pohamuję narastającej we mnie wściekłości. Budził się we mnie wojowniczy Glotrymen.
     Wrota stodoły szeroko się rozwarły, a do wnętrza wpadło więcej światła. Usłyszałem złowróżbne okrzyki. Odruchowo się cofnąłem, ulegając na krótką chwilę panice. Miałem przeciw sobie niemal całą tubylczą społeczność, która upominała się o swoją własność. Przed stodołą stała grupa podnieconych mężczyzn, którzy chcieli ujrzeć sprawcę nieszczęścia i z nim się rozprawić. Przywrócił mi poczucie rzeczywistości spazmatyczny płacz Agaty. Trzasnął bykowiec i pojąłem, że dziewczyna jest na granicy wytrzymałości. Tego nie mogłem zmóc.
     Zeskoczyłem bez trudu z wysokości. Ojciec Agaty wyglądał jak opętany. Oczy wychodziły mu z orbit, a na ustach miał pianę. Cały dygotał. Podniósł bykowiec, bowiem zamierzał przyłożyć jej kolejny raz. Nie pozwoliłem mu na to. Wyrwałem mu go z ręki i odrzuciłem precz.
     - Opamiętaj się, starcze! - warknąłem.
     Zapomniał na chwilę o córce, która podnosiła się z klepiska. Rozdarta koszula odsłaniała jej śliczne plecy, na których znaczyła się czerwona pręga.
     - Na powróz z nim! - wybełkotał, wymachując rękoma. Usiłował złapać mnie za szyję. W niczym nie przypominał spokojnego, spracowanego chłopa, który poprzedniego wieczora z zapartym tchem słuchał barwnych historii o odległych krainach. - Na topolę!..
     Agata zdobyła się na nadludzki wysiłek. Nie myślała o sobie, ani o bólu i poniżeniach, które ją jeszcze czekały.
     - Uciekaj, miły! - wątle krzyknęła, pokazując mi maleńką bramkę po drugiej stronie klepiska. - Tamtędy!..
     Posłuchałem jej, chociaż nie powinienem był tego uczynić. W te pędy wyrwałem się przez furtkę, szukając panicznie otwartej przestrzeni, jakby to w niej krył się prawdziwy ratunek. Był to mój oczywisty i widoczny błąd, którego przyszło mi natychmiast żałować. Nie wziąłem bowiem pod uwagę strategii przemyślnych tubylców, przygotowanych na ten krok.
     Chłopi z wioski czekali tu już z cepami. Ledwo się wychyliłem ze stodoły, dostałem kilka razy po głowie. Parobki byłymocarne - i gdybym był faktycznie wędrowcem, krążącym letnią porą po wioskach, a na zimę powracającym do miasta, leżałbym już nieprzytomny nieopodal gnojowiska. Ja jednak nie byłem tubylcem, a moje ciało - z pozoru kruche i wątłe - było masywniejsze i kilka razy silniejsze od ludzkiego. Nie zwalili mnie więc z nóg, choć ujrzałem wszystkie gwiazdy.
     Ból podziałał na mnie jak czerwona płachta na byka. Trzasnąłem jednego pięścią, łamiąc mu zapewne szczękę, a drugiemu wymierzyłem kopniaka, po którym już nie powstał z ziemi. Chłopów było sześciu. Uruchomiłem grawitrony, nie bawiąc się już w udawanie tubylca, i niby anioł albo czart odpłynąłem na bezpieczną odległość. Chyba nie zdążyli sobie uzmysłowić, z kim mają do czynienia. Wykonałem nagły zwrot w powietrzu i ruszyłem, niosąc zniszczenie. Padali jak dojrzałe łany zboża pod kosa żeńca i żaden nawet nie jęknął.
     Podniesiony na duchu pierwszymi sukcesami na polu walki, wróciłem przez bramkę do stodoły. Agaty już tam nie było i przeszył moje serce bolesny skurcz. Skoczyłem na drugą stronę, nie pozwalając zaprzeć wrót. Wchodziła do ogródka, potulna, przygarbiona i przegrana. Od tej pamiętnej, upojnej nocy miała być zakałą wioski, personą, którą wytyka się palcami przy akompaniamencie urągliwego, szyderczego śmiechu. Słyszałem w uszach ten śmiech. Dwaj parobcy, którzy śmiali się, spoglądając za dziewczyną, legli pokotem, już się nie podnosząc. Trzej inni zdążyli czmychnąć za róg stodoły.
     Oczyściwszy sobie teren, poszedłem za Agatą, poganianą przez ojca. Nawiązałem kontakt z moim komputerem pokładowym, który dotej pory milczał jak zaklęty. Sygnał w uchu, a właściwie w mózgu, stanowił ostrzeżenie.
     - Wejście do domostwa ryzykowne - mówił głos. - Złamane zostało prawo gościnności, jedno z najstarszych i najbardziej szanowanych tu praw. Jesteś intruzem i przestępcą, który nadużył zaufania gospodarzy. Z punktu widzenia przyjętej przez tubylców obyczajowości, ukaranie ciebie, nawet śmiercią, jest najświętszym obowiązkiem!..
     Nie miałem nastroju do wysłuchiwania pouczeń - tym bardziej, że były mocno spóźnione. To nie ja, lecz komputer wpadł na pomysł, bym nocował w stodole, aby odbyć gody z Agatą.
     - Wiesz dobrze, gdzie mam tutejsze prawa i obyczaje! - warknąłem przez zaciśnięte zęby. Skumulowana agresja szukała ujścia i nabrałem nagle ochoty, by natychmiast wrócić do krążownika i rozbić cepem pokładowego doradcę.
     Bezzwłocznie się dostosował. Cóż, był maszyną i miał szybki refleks. Usłyszałem w uchu:
     - Użyj gazu usypiającego!..
     Zatrzymałem się, lustrując otoczenie. Od strony wioski nikt mi nie zagrażał. Z namysłem zmarszczyłem brwi, po chwili godząc się z tą propozycją.
     - To jest myśl! - rozstrzygnąłem. - Chyba tak zrobię!..
     Obejrzałem me dłonie, przyglądając się z uwagą ledwo widocznym otworkom, ukrytym pod paznokciami. Rannych było już dość na polu bitwy i wypadało teraz odwołać się do bardziej humanitarnych metod postępowania. Poprawiło mi się raptownie samopoczucie. Dotarło do mnie, że w pełni panuję nad rozwojem sytuacji. Jednym susem pokonałem płot, leniwym krokiem podchodząc do drzwi chaty. Ojciec dziewczyny, niby władyka, mający absolutną władzę nad poddanymi, wyszedł na próg i zastąpił mi drogę. Uśmiech miał podły, zarozumiały i pełen pogardy. Nie zdawał sobie sprawy, że śmiesznie i głupio wygląda, mierząc się z mocą, o której nie ma zielonego pojęcia. Z błazeńskim uśmieszkiem osunął się przede mną, gdy tylko syknął gaz spod paznokcia.
     Odsunąłem go nogą, gdyż tamował mi przejście. Spał jak osesek, utulony przez troskliwą mamkę, a miał się obudzić za kilka godzin. Dokładnie go sobie obejrzałem, szukając w nim podobieństwa do Agaty, a potem zerknąłem do kuchni, w której panował półmrok. Młodsza siostra Agaty, widocznie świadoma nieuchronności nadchodzącej kary, próbowała ukryć się pod stojącym w kącie kuchni łóżkiem, nakrytym piernatami. Uśmiechnąłem się w duchu, skoczyłem i złapałem ją za wystające nogi. Choć się opierała wydobyłem ją stamtąd i podciągnąłem jej przy okazji spódnicę, wystawiając na widok publiczny zgrabne uda i pośladki. Była szczuplejsza od Agaty, lecz podobnie jak siostra nie nosiła pod spodem bielizny. Minę miałanadąsaną i wcale mnie się nie bała. Poprawiła odzienie, kryjąc pod nim starannie swe dziewczęce skarby i stając kornie przy drzwiach do komory. Była obrażona. Przytrzymałem ją za ramię, kładąc znacząco palec na ustach. Kiwnęła głową, dając do zrozumienia, że będzie cicho. Usiadła na łóżku. Skierowałem w jej stronę dłoń, chcąc ją uśpić, aby mi nie przeszkadzała w uprowadzaniu Agaty, ale wtrącił się nagle komputer.
     - Wypadało by nauczyć ją moresu! - wysylabizował spokojnie. Mimo chłodnego tonu, w jego głosie znaczyły się nutki oburzenia, bowiem nie tylko mnie, ale i jemu siostra Agaty pomieszała szyki.
     Przez krótką chwilę stałem jak zblazowany, nie wiedząc, co począć. Jak można zajść za skórę urodziwej dzierlatce, której kobiece kształty jeszcze się w pełni nie zarysowały? Przyszła mi szybko do głowy diabelska myśl. Powinienem był wymierzyć jej dotkliwą chłostę, ale lepsza od cielesnej była inna kara. Jednym ruchem zdarłem z niej koszulę. O dziwo, młode pisklę wcale się nie broniło, a przewidując, co uczynię, łagodnie się poddało. To, na co się zdecydowałem, wydawało się dziewczynie sprawiać przyjemność. Ujrzałem rozkwitające piersi. Mimo, że były drobne, prowokowały do pieszczot. W lot pojęła me intencje i ku memu zdziwieniu sama zaczęła się dalej rozbierać. Przypomniałem sobie, co powiedziała Agata. Jej siostra cicho jak duch wdrapała się na drabinę, by przyglądać się lekcji miłości na sianie. Wnet odsłoniła przede mną kuszące kształty. Zostawiłem ją samą, zaglądając do sąsiedniej izby. Stara matka ułożyła Agatę na szerokim łożu, głaszcząc ją delikatnie po policzku. Współczuła córce, ale niewiele mogła jej pomóc. Panujące w wiosce prawo było bowiem bardzo surowe. Nie zwróciły na mnie uwagi, przejęte bólem, który stał się ich udziałem. Uśpiłem je gazem, pozostawiając przy mojej kochance automed, który rzuciłem na łoże. Wiedziałem, że gdy moja luba się obudzi, po razach bykowcem nie zostanie śladu.
     Wróciłem do kuchni, przyglądając się nagiej dziewczynie, która śmiało sobie poczynała. Zaparła drzwi drzewcem od siekiery i spuściła żółte zasłonki na okno.
     - Jak masz na imię? - zapytałem, biorąc ją w objęcia. W kuchni panował półmrok. Piersi miała jędrne, twarde. Dopiero teraz pojąłem, że od samego początku pragnęła tego samego, co jej starsza siostra, lecz ze względu na swój wiek nie umiała tego wyrazić w sposób zrozumiały dla mężczyzny. Zdarłem z łóżka pierzynę, rzucając ją na polepę. Dziewczyna legła pode mną i dostała, czego chciała. Oddawała mi się w milczeniu, z lekka przygryzając wargi. Ruchy miała powolne i nie skoordynowane, lecz pod zasłoną nieśmiałych, ostrożnych gestów i pieszczot zaznaczała się już przyszła kobieca drapieżność. Budził się w niej głód mężczyzny silniejszy niż u Agaty. Głaskała mnie po twarzy, głęboko oddychała i dopiero w ostatniej chwili, gdy ekstaza sięgała szczytu, wyrwał się z jej gardła krótki jęk.
     Kazałem jej założyć koszulę i spódnicę. Uczyniła to spokojnie, bez pośpiechu, jakby to, co się właśnie stało, było całkowicie naturalne. Robiła wrażenie osoby w pełni usatysfakcjonowanej biegiem zdarzeń. Uśmiechnęła się do mnie, czyniąc to po raz pierwszy, a w jej oczach dostrzegłem wesołe błyski. Próbowałem odwzajemnić uśmiech, lecz wyszło mi to mdło. Jeżeli zamierzałem ją ukarać, to rozminąłem się zupełnie z celem.
     - No, więc jak masz na imię?! - znowu zapytałem. Czułem potrzebę porozmawiania z tą młodą, zaskakującą mnie istotką.
     - Katarzyna! - odpowiedziała. - Wołają na mnie Kaśka!
     Przyglądałem się, jak zapina guziki przy rękawach koszuli i zaciąga pasek przy spódnicy.
     - A ile masz lat? - rzuciłem kolejne pytanie.
     Poprawiła włosy. Wzięła do ręki rogowy grzebień i zaczęła je czesać. Miała je krótsze niż starsza siostra i nieco ciemniejsze.
     - Czternaście! - odrzekła, przy tym się rumieniąc. Wstydziła się swego wieku, uważając widocznie, że jest znacznie dojrzalsza niż by to wynikało z metryki.
     Zrobiło mi się jej żal. Nie chciałem dzielić łoża więcej niż z jedną tubylczą kobietą, przewidując, że może to pociągnąć za sobą zrozumiale komplikacje.
     - Wrócę po ciebie - szepnąłem obiecująco. - Tylko: cicho, sza! - przyłożyłem palec do ust. - Nikomu ani słowa!
     Nie wiem, czy mi uwierzyła. Chyba nie, gdyż nie okazała radości. Stanęła smutna przy kuchennym piecu, zaglądając do garnka, w którym gotował się rosół z kury. Odwróciła się do mnie plecami, jakby mnie w ogóle nie było.


     Zabrałem uśpioną Agatę z chaty, wziąłem ją na ręce, wpatrując się z rozczuleniem w jej buzię. Ślady porazach nikły. Znalazłem się przed chałupą, którą w myślach pożegnałem na zawsze. Nie było tu miejsca dla mojej ukochanej - ani w rodzinnym domu, w którym wyrosła i się wychowała, ani w tubylczej wiosce, gdzie zyskała opinię rozpustnicy. Włączyłem grawitrony i pognałem w stronę lasu, unosząc się nad łąkami i trącając korony samotnych drzew. Rychło dotarłem do krążownika, a winda grawitacyjna wniosła mnie na górę. Mój cenny skarb ułożyłem w hibernatorze.
     Dziewczyna nadal spała, więc mogłem oddać się rozmyślaniom nad jej i moim losem. Spoglądałem na aparaturę, cicho pracującą nad danymi o odkrytej planecie. Tych ostatnich nigdy nie było za wiele. Decydując się na związek z tutejsząkobietą oraz wdając się w awanturę i bójkę z chłopami, przeżyłem głęboki wstrząs, a drogi mi obraz Daorii zaczynał rozmazywać się przed moimi oczami. Tarłem w zamyśleniu czoło, nie wiedząc, czy dobrze postąpiłem, przedwcześnieujawniając się na obcym globie. Dałem plamę! Nie tak przecież powinien był wyglądać pierwszy kontakt z nowo poznaną cywilizacją. Pocieszało mnie jedynie to, że nie przybyłem w te strony kosmosu jako oficjalny reprezentant mej rasy, stojącej wyżej na drabinie ewolucji, ale jako wygnaniec, bezwzględny złoczyńca i okrutny przestępca. Nie obowiązywały mnie zatem zasady dyplomacji i taktu. To ostatnie odkrycie zdecydowanie mnie pokrzepiło. Cichutko się roześmiałem, uzmysławiając sobie, że więcej zyskuję jako nieulękły pionier i bojowy zdobywca niż jako nadęty polityk, goniący za uznaniem i sławą.
     Ziewnąłem, dochodząc do wniosku, że i mnie należy się sen. Komputer wykreował dla mnie dostosowanedo mych kształtów prowizoryczne łoże i wygodnie się na nim ułożyłem. Jednakże upragniony sen nie nadchodził. Zdecydowałem się więc na spacer po lesie. Zjechałem windą w dół, by zająć się cichym podglądaniem matecznika. Szczególnie zaintrygowały mnie ptaki. Odgłosy lasu dowodziły, że rozległa knieja naprawdę tętni życiem. Poszerzyłem zakres percepcji wzrokowo-słuchowej, a potem próbowałem podregulować w sobie system odbioru bodźców psychicznych. Te ostatnie były bowiem na zielonej planecie jak na mój gust nieco za silne.
     Gdy wróciłem do krążownika, dziewczyna jeszcze spała. Trochę się nudziłem, zatem pomyślałem sobie, że pogawędzę nieco z moim pokładowym doradcą. Usiadłem przed ekranami, które pokazywały akurat potężny i ośnieżony masyw górski, znaczący się gdzieś w centrum kontynentu.
     - I co dalej? - zapytałem jak rozkapryszony aoriański brzdąc, szukający nowej zabawy.
     Komputer milczał. Obrazy się zmieniały. Widziałem teraz zieleniące się hale, na których wypasano stada owiec.
     - To zależy od tego, czy pragniesz ziszczać własne marzenia, czy planytej tubylczej kobiety!..
     Przeszło mi nagle przez myśl, że mój doradca jest najzwyczajniej w świecie zazdrosny.
     - Moje własne marzenia?! - przesylabizowałem. Krążyły mi po głowie niejasne wspomnienia tego, czego chciałem, lądując na obcej planecie po 960 latach lotu w kosmicznej próżni. Z orbity stacjonarnej wyglądała zachęcająco, lecz nie było na niej niczego swojskiego. Teraz zaś stwarzała wrażenie bliskiej i pociągającej.
     - Chciałeś wrócić do centrum Galaktyki - podpowiedziała maszyna. - Tęskniłeś za Glotrymenami i ciepłym światłem Archei!
     Roześmiałem się, ale nieszczerze, a przy tym omal się nie zarumieniłem. Komputer miał niewątpliwie rację - tyle tylko, że w ciągu ostatniej doby wiele się wydarzyło. Nie miałem jakoś ochoty skracać mych wakacji na dziewiczej planecie, która stopniowo odsłaniała przede mną źródła niepowtarzalnych przeżyć i rozkoszy.
     - A ona?! - zapytałem, wskazując na słodko śpiącą dziewczynę. Westchnęła głęboko przez sen, jakby czuła, że o niej mowa.
     - Agata pragnie wyjść za ciebie i osiedlić się w wielkim mieście, z dala od rodzinnej wioski, starych i zmęczonych życiem rodziców i parobków, spoglądających na nią pożądliwie, lecz niewiele mających do zaoferowania. Szuka dróg odmiany swego losu!..
     - Hm! - zadumałem się, trąc ręką brodę. - A to ci dopiero heca. Faktycznie, nawiązywała do tego w nocy!
     Dziewczyna poruszyła się i szepnęła coś przez sen. Pogładziłem delikatnie jej policzek,ciesząc się z postępów procesu regeneracji.
     - To jeszcze nie wszystko! - dorzucił tajemniczo mój doradca, zaprogramowany widocznie w taki sposób, by rozmowa z nim była zajmująca i ciekawa.
     - Nie wszystko?! - zdziwiłem się i leniwie przeciągnąłem, dumając nad projektami i planami Agaty oraz zastanawiając nad tym, jak je urzeczywistnić.
     - Jest jeszcze ta druga, młodsza, jej siostra!
     Omal nie krzyknąłem, by zamanifestować me niezadowolenie. Nie chciałem mieć dwóch kobiet, co było dla mnie jasne jak słońce.
     - A co ona ma do tego? - wybąkałem, wzruszając obojętnie ramionami.
     Odniosłem wrażenie, że komputer się waha. Wreszcie się zdecydował.
     - Katarzyna przejrzała cię na wylot. Jest inteligentniejsza od starszej siostry i domyśla się, że przybyłeś z gwiazd. Co więcej, pragnie tego, byś zbudował dla niej potężne państwo, nieomal imperium. Chce zostać prawdziwą królową, być u steru i władać poddanymi. Choć jest bardzo młoda, ma niewątpliwie w sobie coś z wybitnych monarchiń, znanych na tym globie. Jedna z głośniejszych w dziejach władała Egiptem i miała na imię... bodajże Kleopatra!..
     Niepewnie podrapałem się po głowie. Omal nie zakląłem. Wyrwało mi się z ust jakieś tubylcze słowo, które na pewno nie należało do szczególnie kurtuazyjnych. Pomyślałem ze zgrozą, że nie minie wiele czasu, a nabędę manier tutejszych wieśniaków, by potem wybrać się z kosą na pola. Należało temu zdecydowanie przeciwdziałać.
     - Cóż zatem, twoim zdaniem, powinienem uczynić? - zapytałem, zniecierpliwiony tak przedstawionym rozwojem sytuacji.
     - Wszystko zależy od ciebie - kusiła podła maszyna. - Masz przed sobą dwieście, trzysta lat życia, licząc według kalendarza, przyjętego na tej planecie. Możesz w tym czasie przyczynić się do jej rozwoju, na przykład sprawić, że biała rasa, która obecnie poznajesz, stanie najwyżej pod względem technologicznym, wyprzedzając inne rasy tej planety, czarną czy żółtą. O ile się orientuję, nie śpieszy ci się przecież z powrotem na Daorię!
     Faktycznie, nie śpieszyło mi się już do gwiazd, a i droga była odległa, lecz obudziło się we mnie zrozumiałe podejrzenie, że ktoś próbuje mnie oszukać i wykorzystać. Przemknęły mi szybko przed oczyma dziwne obrazy z Oro. Czyżby wszystko, łącznie z tym, że udało mi się zabrać na pokład zestaw afilogenny, było przez kogoś przewidziane i starannie wyreżyserowane? Czułem się na zielonej planecie jak w uwitym gnieździe, ale nie chciałem, by mną manipulowano. A zwłaszcza, by czynili to oprawcy z Aorii. Niestety, na to jednakże wyglądało. Nie w smak mi była rola animatora prymitywnych kultur z obrzeży Galaktyki - i to w perfidny sposób narzucona. Pojąłem, że muszę się zabrać za przeprogramowanie mego pokładowego doradcy. Odłożyłem to kłopotliwe zadanie wszakże na później.
     - Sądzę, że przede wszystkim powinienem pomyśleć o Agacie - ostrożnie wydukałem. - O niej! - pogłaskałem ją znowu po policzku. - Niedługo się obudzi.
     Komputer usłużnie zaproponował:
     - Zbuduj tu, w pobliżu, w lesie, chatę. I tam ją umieść!
     Zmarszczyłem brwi w wyrazie zdziwienia, ale nie mogłem odmówić mu racji. Nie wiem, jak wytłumaczyłbym jej złożoną kwestię mojego pochodzenia. Zapewne nie miała pojęcia, biorąc pod uwagę tubylczą wiedzę, o możliwości istnienia innych cywilizacji w kosmosie. Wszak tu, na Ziemi, przez wiele stuleci uważano, że ludzie są jedynymi rozumnymi istotami we wszechświecie.
     - Zgoda - rzekłem. - A więc do dzieła! - ukontentowany zatarłem dłonie. - Nareszcie przyda się do czegoś ten rewelacyjny zestaw afilogenny!
     Zabrałem ostrożnie Agatę z hibernatora i wyniosłem z krążownika na leśną polanę. Nieopodal unosiła się i kłębiła srebrzysta mgła - dowód tego, że mój komputer nie próżnował. Pognałem tam na grawitronach, ścinając czubki sosen i świerków. Chata była jak prawdziwa. Cud aoriańskiej techniki znakomicie się sprawdzał, a przy jego pomocy można było kreować, co się żywcem chciało.
     Ułożyłem dziewczynę na łóżku, zastanawiając się nad tym, co powinienem teraz uczynić. Z tej odległości nie było widać krążownika. Zasłaniała go ściana lasu. Chodziła mi po głowie myśl, że powinienem - mimo to - zastosować jakieś maskowanie.
     - Zioła są w kuchni! - usłyszałem w uchu znajomy głos, uwalniający mnie od zgryzot.
     - Jakie znowu zioła?! - warknąłem, w pierwszej chwili nie pojmując, czego może chcieć pokładowa maszyna.
     - Wyleczyłeś ją, usuwając ślady po razach bykowcem - cierpliwie tłumaczył mi komputer. - Przecież nie powiesz jej, że stało się to dzięki automatowi medycznemu. Uwierzy w działanie tajemnych leśnych ziół, zbieranych przy pełni księżyca.
     Przyniosłem zioła z kuchni. Część z nich sproszkowałem, sypiąc jej na piersi, a część podpaliłem. Płomyk dawał słodki dym, a wnętrze wypełniło się odurzającym zapachem.
     - To wszystko - podsumowała me prace maszyna, rezygnując z dalszych instrukcji i poleceń.
     Zostałem sam na sam z własnymi myślami. Usiadłem przy mej śpiącej kochance, pieszcząc ją i całując. Przeciągnęła się i westchnęła. Otworzyła oczy - i w jednej chwili pamięć porannych zdarzeńwróciła. Krzyknęła, poderwała się i bezradnie rozejrzała, ale gdy skupiła uwagę na mnie, natychmiast się uspokoiła.
     Objęła mnie i ufnie się przytuliła. Przy mnie była bezpieczna. Poczułem podniecające zakamarki jej ciała i obudził się we mnie znowu demon miłości. W jej chabrowych oczach ujrzałem me przeznaczenie. Czekała teraz na kolejną upojną noc, przepełnioną miłosnymi zaklęciami i pasmami rozkosznych uniesień, dla których trudno było znaleźć odpowiednie słowa. Była stworzona do tego, by uszczęśliwiać wybranego mężczyznę i przy nim doznawać głębokiego szczęścia. Nic innego się nie liczyło.

3

     Stała na starym, chybocącym się stole, wyniesionym przed wrota stodoły, wspierając ręce na biodrach i dumnie spoglądając na zebrany tłum. Nie odczuwała lęku. Zbiegło się tutaj pewnie z pół wioski. Ranni byli opatrzeni i doglądał ich młody medyk, sprowadzony aż ze dworu. Szło o to, aby ukarać winnego, przybłędę, który krył się gdzieś po lasach. Raz dopuszczona do głosu, nie dała go już sobie odebrać. Perorowała, tłumaczyła i groziła. Nie brakowało jej energii i sił - wszak obcy nie tylko uprowadził jej starszą siostrę, ale i ją samą zhańbił. Została skrzywdzona, jak twierdziła, i to jej dawało prawo do tego, by domagać się, ba, nawet żądać od chłopów ze wsi, aby jej słuchali.
     - Hańba, hańba! - co rusz pokrzykiwał ktoś z tłumu, przerywając jej barwne wywody. Umiała gadać, mimo że miała dopiero niespełna czternaście wiosen. - Zabić gada. Pojmać i ukatrupić. Albo przytroczyć kamień młyński do szyi i utopić!..
     Podsycała te nastroje, świadoma tego, że lęk zagościł w wielu sercach. Obcy był mocarny, radził sobie z kilkoma parobkami na raz, więc nie każdy miał ochotę, by się z nim mierzyć. A przecież nie brakowało w ich sadybie wyrośniętych, muskularnych młokosów, gotowych dla pozyskania dziewczęcych względów do zwariowanych popisów.
     - Nie uszedł daleko - mówiła. - Siostra źle się czuje, jest słaba. Z pewnością zatrzymał się gdzieś nieopodal, wiem to. Nie ciągnąłby jej na koniec świata - przekonywała. - Możecie go znaleźć, pójść z psami, wytropić i wypłoszyć z kryjówki. Cóż to dla was, krzepkich chłopów! Uporacie się z nim raz-dwa! Tam się udał, tam! - wskazywała dłonią kierunek. Spoglądali niektórzy ku łąkom i dalej, ku linii lasu. - Stamtąd nadszedł i tam wrócił.
     Nie dodawała, że popłynął w powietrzu niby jakiś wojak z zaświatów, aby nie przerazić przeciwnych jej zamiarom. Chciała, aby go odszukali. Nie przyszedł po nią, choć to obiecał, mimo że upłynęło wiele godzin - czuła więc, że musi napuścić na niego wiejską zgraję. Szło o coś więcej niż tylko o zemstę; pragnęła przybysza aż do bólu, o wiele bardziej niż jej starsza siostra Agata. Nie mogła dopuścić do tego, żeby zniknął bez śladu.
     Napięcie sięgało zenitu. Zapadał zmierzch, czerwona kula słońca dotykała już linii horyzontu i było łatwo odwołać się do najniższych instynktów. Jeden z młodych żeńców z sąsiedniej wsi, pewnie liczący na to, że podczas żniw znajdzie ładną dziewczynę na żonę, zdjął kosę z drzewca i nałożył ją na sztorc.
     - Zbereźnik otrzyma należną karę! - wrzasnęła gruba baba w kraciastej chuście na głowie. - Pomścimy Kachnę, pomścimy Agatę!
     Okrzyk podchwycono. Iskra padła na suchą ściółkę i lada chwila miał zapłonąć ogień. Najbogatszy we wsi gospodarz podniósł rękę i na krótką chwilę zapadła cisza. Miał tylko jedno do powiedzenia:
     - Trzeba nam się zbroić - rzekł z powagą - i ruszać w las!..
     Czy należało czekać na inną komendę? Katarzyna, świadoma tego, że dopięła swego, zlazła ze stołu.
     - Widły i siekiery! - wołano, wzajem się przekrzykując. - Co kto ma! Szable i długie noże!
     Mężczyźni zacierali ręce i podwijali rękawy u koszul. Spoglądali złowrogo w stronę lasów, gdzie krył się wędrowiec, który narobił w wiosce szkód. Niezwykły przybysz splamił honor wsi, a można było zmyć tę haniebną plamę tylko w jeden sposób - jego własną krwią. Kto jednakże przyjrzałby się w tej chwili przenikliwie Kachnie, mógłby mieć wątpliwości, czy zależy jej faktycznie nazemście. Chłodno spoglądała na gromadę chłopów, sceptycznie oceniając ich przygotowania. Nie wierzyła, że pokonają obcego. Miała jednak cichą nadzieję, że ich wyprawa sprowokuje go do powrotu. O to naprawdę jej chodziło.


     Noc była upojna, choć - jak muszę przyznać - nie czekaliśmy zmroku. Gdy na ciemnym rozgwieżdżonym niebie, ze znaczącą się wyraźnie Drogą Mleczną, pojawił się księżyc, byliśmy już zmęczeni miłością. Poznałem każdy zakamarek cudownego ciała mej ukochanej, wypieściłem jej włosy pachnące ziołami, piersi i ramiona, i wysłuchałem zaklęć, których nie wymyśliłby mój komputer pokładowy, nawet gdyby zbierał dane o zielonej planecie przez sto lub więcej lat.
     Około północy dziewczyna zasnęła, sam zaś wyszedłem przed chałupę, przyglądając się gwiazdom. Moja Archea była stąd ledwo widocznym punktem na niebie. Chłodne powietrze wypełniały głosy lasu. Słuchałem cykad, stąpając bosymi stopami po zroszonej murawie, po miękkich mchach i ostrym igliwiu. Ocierałem się o paprocie. Po omacku szukałem szyszek i rzucałem nimi przed siebie. Cieszyłem się jak sztubak, jeżeli udawało mi się trafić w pień drzewa albo w wystający konar. Głuchy odgłos był nagrodą. Oddaliłem się w głąb kniei, szukając natchnienia. Chwilami miałem wrażenie, że jestem jednym ze zwierząt, które wyruszały po zmierzchu na łowy. Odzywały się sowy, wypatrujące zdobyczy. Gdzieś tam zawył wilk. Uczyłem się nocnych dźwięków i próbowałem je powtarzać.
     Coraz bardziej podobał mi się pomysł, by wraz z Agatą przenieść się do miasta, a tam zatrzymać się na dłużej. Miasto kusiło. Bezkolizyjne poruszanie się i lawirowanie w dużym skupisku tubylców mogło być znakomitym potwierdzeniem moich zdolności przystosowawczych. Na pewno bym się tam nie nudził, a wręcz przeciwnie - zyskiwałbym nowe pola do popisu. Klasnąłemwięc z zadowoleniem w dłonie, aprobując przygodę z miastem i czyniąc z niej część planu, który stopniowo krystalizował się w mojej głowie. Postanowiłem, że o ile nie będzie to konieczne, nie ujawnię przed Agatą mojego prawdziwego pochodzenia. Miłowała mnie jako tubylczego mężczyznę, a niejako przybysza z odległego układu słonecznego, który przypadkiem trafił na obrzeża Galaktyki.
     Głos w uchu zabrzmiał złowieszczo.
     - Chłopi z wioski są w pobliżu chaty, w której śpi Agata - posłyszałem. - Przybyli z cepami, młotami i kosami. Szukają tam ciebie. Lepiej, żebyś wrócił!
     Siarczyście zakląłem w duchu, nie godząc się z tym, co tam się działo. Nie znosiłem istot, które mieszały mi szyki. Księżyc na niebie, jeszcze przed chwilą niemal boski lampion i patron zakochanych, wydawał mi się szyderczo urągać.
     - Poradzę sobie i z tobą,martwy satelito! - żachnąłem się, grożąc mu zaciśniętą pięścią. Zachowywałem się z gruntu irracjonalnie. Nie był przecież winny tego, że na planecie, wokół której krążył od wieków, doszło do czegoś, co było nie po mojej myśli.
     Włączyłem grawitrony, wzniosłem się ponad drzewa - i popłynąłem w stronę leśnej polany, na której stała moja chata. Cicho osiadłem przed gankiem. Tamci byli faktycznie już blisko i dostrzegłem ich na podczerwieni. Wiodła ich żądza odwetu. Było ich około dwudziestu i mieli ze sobą, oprócz broni, kilka wiejskich psów.
     - Zabierz tę chałupę! - warknąłem. - Tylko tak, żeby Agata się nie obudziła. Przenieś ją na polanę pod krążownikiem!
     Otuliła mnie gęsta srebrzysta mgła. Zestaw afilogenny był niezawodny. Przez chwilę nie mogłem się poruszyć i czułem się jak sparaliżowany. Zaraz jednak to wrażenie minęło. Mgła znikła, a na niebie pojawił się blady świecący krążek. Wsparty na stałym polu grawitacyjnym krążownik tworzył spore sklepienie nad sadybą.
     - Włącz pole siłowe - rozkazałem. - I maskowanie!
     Komputer wykonał polecenia.
     - Gotowe! - usłyszałem w uchu.
     Teraz mogłem z ulgą odetchnąć. Moja luba była już bezpieczna, dużo bezpieczniejsza niż wcześniej. Zajrzałem do wnętrza chaty i z rozczuleniem pogłaskałem ją po policzku. Spała jak niemowlę, oddychając głęboko. Pomyślałem, że nawet ułożone do polowań psy nie odnalazłyby mojej sadyby, a gdyby ją nawet odnalazły, to i tak powstrzymało by je pole siłowe. Chłopi wszakże takich psów nie mieli, a zabrali jedynie ze sobą wiejskie kundle, nawykłe do ujadania na łańcuchu.



blog comments powered by Disqus