"Winda czasu" - fragmenty
Właściwie nie miał powodu, żeby odczuwać niezadowolenie czy niesmak, gdyż wszystko poszło mu jak z płatka. Zgodnie z przyjętym wcześniej planem odwiedził jeszcze dyskretnie trzy duże elektrownie, gromadząc zapas energii dokładnie taki, jakiego potrzebował. Mógł już wracać do Paryża, gdzie na trzydziestoletniego naukowca, Yvesa Duquoca, czekały zajęcia na Sorbonie i głodni wiedzy studenci. Myślał o sympatycznej Sylvie, siedzącej zwykle w pierwszym rzędzie i wpatrującej się w niego jak w tęczę. Po wykładach ucinał sobie z nią pogawędki, zapraszając ją na kawę, o ile miał chwilę wolnego czasu. Dyskusje z tą śliczną, lecz zarazem bardzo inteligentną dziewczyną dopingowały go do wysiłku umysłowego - stawiała bowiem niebanalne pytania i dzieliła się przemyśleniami, których nie powstydziłby się żaden szanujący się naukowiec z wieloletnim stażem pracy. Gdyby wszakże wiedziała, w jakich okolicznościach jej rozmówca naprawdę pojawił się w Paryżu i trafił na Sorbonę, zapewne nie zaglądałaby zalotnie w jego poważne, chłodne oczy.
Miał zatem zamiar udać się teraz do Europy, a ściślej - do stolicy nad Sekwaną, lecz instynkt go ostrzegał, że coś mu może przeszkodzić w tym przedsięwzięciu. Incydent z obcym, który przybrał kształty olbrzymiego latającego gada, mógł się bowiem powtórzyć. Jechał pociągiem do Waszyngtonu, co rusz wyglądając przez okno i lustrując pokryte ołowianymi chmurami niebo, zaniepokojony możliwością kolejnego ataku. Ciała agentów FBI, które niby mafijny przestępca pozostawił za sobą, dowodziły, że ta nieznana mu siła była zdolna zniewalać ludzkie umysły i kierować przeciw niemu jakieś przypadkowe osoby. Powoli krystalizowała się w jego umyśle ostrożna hipoteza, dotycząca koszmarnego stwora, który z równą swobodą przemieszczał się w przestrzeni co w czasie. Na pewno nie pochodził z bliskiego Erwowi świata potomnego, ani także z obszarów kosmosu o dodatniej energii, które właśnie penetrowała starannie wyselekcjonowana grupa neogeneran. Oczyma wyobraźni ujrzał srebrzystą siatkę, narzuconą na misternie oddzieloną od reszty wszechświata cząstkę czasoprzestrzeni. Instynkt podróżnika z Bettatarii podpowiadał mu, że wpadli w tę niewidoczną dla istot z Ziemi pułapkę zupełnie przypadkowo, i że to nie na nich została ona z rozmysłem zastawiona.
- Polowanie! - mruknął ni to do siebie, ni to do siedzącego w dru-gim kącie przedziału kasłającego starca. - Kosmiczne łowy!..
Ktoś potężny, kogo Erw nawet nie umiał sobie wyobrazić, zważywszy brak jakichkolwiek danych na jego temat, beznamiętnie polował na bliżej nieznane dzikie zwierzę, które znalazło się na tej samej planecie co oni, względnie krążyło w jej pobliżu. Być może, osaczona bestia myliła podróżującego po Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej neogeneranina z prześladującymi ją myśliwymi. W takim razie ci ostatni - zastanawiał się, marszcząc z wysiłkiem brwi - musieli mieć coś wspólnego z wysłannikami z Bettatarii. Nie mógł jednak uzmysłowić sobie tego, cóż to było za podobieństwo i co takiego sprawiało, że wbrew swym intencjom zwracał na siebie uwagę prześladowanej chimery.
Starzec w kącie przedziału ponownie zakasłał, ciężko się podnosząc z siedzenia. Wyszedł na korytarz, kuśtykając w stronę toalety.
- Polowanie! - powtórzył, tym razem nieco głośniej. - A może jednak na nas, na neogeneran?! - zapytał z nabożnym lękiem, znowu marszcząc brwi.
I to podejrzenie było dosyć prawdopodobne. Nieodparcie narzucała mu się myśl, że wtargnęli w jakiś zaklęty rewir, do którego nie mieli prawa wstępu. Może byli tu intruzami, których należało stąd czym prędzej wykurzyć i przegnać gdzie pieprz rośnie? Może ten skrawek widzialnego wszechświata należał do zakamuflowanej cywilizacji, o której istnieniu nie mieli dotąd zielonego pojęcia? Głęboko westchnął, wyglądając znowu przez okno przedziału. Pociąg gnał bez przeszkód i Erw liczył na to, że złapie późnym wieczorem samolot, lecący do Europy. Jeżeli byli na Ziemi intruzami, to na pewno nie ze złej woli. Nie chcieli podbijać kosmosu, ani zakładać kolonii w Układzie Słonecznym czy w układzie potrójnym Proximy i Alfy Centauri. Martwili się o własny świat, będący obecnie dla nich prawdziwym wyzwaniem, ich cywilizacja bowiem osiągała właśnie krytyczny punkt rozwoju. Zerknął na dużą fotografię, wiszącą na ścianie przedziału. Przedstawiała wiązankę ciętych kwiatów w rękach ślicznej hostessy, która zachęcała do podróży koleją. Neogeneranie żyli inaczej niż istoty z kosmosu o dodatniej energii. Tu, na planecie, zamieszkałej przez ludzi, gęstość ciał istot żywych była dużo większa od gęstości atmosfery. W Bettatarii, z której przybyli, a którą trudno było nazwać planetą, gęstość naturalnego środowiska przewyższała znacznie gęstość organizmów żywych. Rozmnażali się i zdobywali wiedzę, tkwiąc w niby to galaretowatym oceanie, który zdawał się nie mieć granic. Ich subtelne struktury przenikały jego masę. Teraz, gdy osiągnęli wysoki poziom rozwoju i opanowali niezwykle skomplikowane technologie, mogli urządzić ten świat po swojemu i wyzwolić się ostatecznie z ciążącej zależności od niego. Prawa praoceanu, Archetanu, przestawały ich już obowiązywać. Potrzebowali jednak wzorów, mnóstwa matryc, wyrafinowanych form i kształtów, zróżnicowanych wysublimowanych okazów, całych palet właściwości i ogromu cech indywidualnych, decydujących o zmysłowych doznaniach i wrażeniach. Szary ocean miał zatętnić życiem. Arystoteles ze Stagiry uczył, że wszystko, co istnieje, składa się z materii i formy. Materia, sama w sobie, w swej najczystszej postaci, była - według greckiego filozofa - czymś bezpostaciowym i bezkształtnym, pozbawionym jakości i nie podlegającym zliczeniu. Taki też właśnie był w gruncie rzeczy Archetan, o ile dopuszczalne były podobne porównania. Erw dumał nad tym, szukając skojarzeń. Dopiero bytowe formy sprawiały, że materia pierwsza zamieniała się w rzeczy, stając się czymś określonym i zilościowanym, wpadającym w zmysły poprzez swe cechy, zwane w filozofii przypadłościami. Właśnie po formy, po kształty i wzory, przybyli na Ziemię, chcąc zaczerpnąć z bogactwa pomysłów, którymi szafowała tutaj rozrzutna natura, by następnie przenieść je do świata potomnego i tam umiejętnie skopiować.
Starzec przykuśtykał z powrotem, a wyostrzony zmysł obserwacji Erwa sprawił, że ten od razu dostrzegł drobną różnicę w jego wyglądzie zewnętrznym. Siwy mężczyzna garnitur miał ten sam, a pod szarą marynarką krył szarą kamizelkę, opinającą jego wydatny brzuch. Zamiast kokardy przy kołnierzyku koszuli świeciła się jednakże teraz świeżo założona biała koloratka. Czyżby jadący w tym samym przedziale pasażer był pastorem? Jakiś wewnętrzny sygnał ostrzegawczy nakazał skupić neogeneraninowi całą uwagę na wchodzącym do przedziału. Dopiero wszakże gdy starszy mężczyzna stanął bokiem, pochylając się nad fotelem, Erw z nieskrywanym przerażeniem odkrył oczywistą anomalię. Z pleców starca wystawał potężny kieł nosorożca. Błyskawicznie próbował sobie uzmysłowić, co się stanie, gdy wyskoczy na niego w całej okazałości ten potężny zwierz, żyjący w bagnach Afryki, ale nie zdążył. Nosorożec był szybszy. Obcy rzucił się ku Erwowi, a szyba przedziału wraz ze ścianką pędzącego wagonu z impetem wyprysła na zewnątrz, wyrzucając jego ciało. Potężny świst powietrza omal nie pozbawił go przytomności. Zmysły odmówiły mu posłuszeństwa. Przez chwilę słyszał jedynie słabnący tętent galopującego zwierzęcia, a potem wszystko ucichło.
Ocknął się, spoglądając w niebo. Świeciło ciepłe słońce, a morskie fale podpływały niemal do jego stóp. Próbował się unieść. Z niejakim zdziwieniem odkrył, że jedną nogę ma tuż przy swoich oczach, a drugą - niestety - kilka metrów dalej. Uderzenie obcej siły pokiereszowało jego ciało, odrywając kończyny. Skupił się wewnętrznie i siłą woli pościągał członki, odtwarzając wcześniej posiadane kształty. Połączyły się szybko i scaliły, więc mógł podeprzeć się i wstać, choć przez krótką chwilę niebezpiecznie balansował na granicy równowagi. Rozejrzał się po żółtej plaży. Nie umiał określić, gdzie był, więc skoncentrował swą uwagę na dostępnych danych. Z szumu radiowego wyłowił kilka częstotliwości, wchodząc w kontakt z systemem satelitarnym. W okalającym planetę kosmosie panował wzorowy porządek, co go nieco zdziwiło. Uprzytomnił sobie, że na pewno nie był już w dwudziestym wieku, a incydent z obcą bestią sprawił, że znalazł się w innej epoce. Kilka minut trwało, nim rozkodował sygnały. A potem głęboko się pochylił i nabrał powietrza. Nie mógł mieć ani cienia wątpliwości.
- Mamy 16 września 2079 roku! - powtórzył za przypadkowo złapanym spikerem radiowym. Jakaś lokalna stacja nadawała wiadomości. - Dokładnie 16 września! - roześmiał się nieco sarkastycznie. Kręcił z niedowierzaniem głową i chichotał nerwowo, rozładowując męczące go napięcie. Pojął, że przerzuciło go w czasie o sto lat.
Poszedł wzdłuż morza, znalazł wąską ścieżkę, która wyprowadziła go na skarpę, tam zlustrował okolicę, a następnie udał się w stronę widocznej szosy. Próbował bliżej określić swe położenie geograficzne. Pomogły mu w tym słupki, stojące co kilkaset metrów i mające jakiś związek z nawigacją morską. Dzięki aparaturze elektronicznej, w którą były wyposażone, dotarł do mapy tych terenów i odetchnął z ulgą. Był w okolicach Atlantic City. Spenetrował dokładniej ten rejon, tym razem odwołując się do "wiedzy" pachołków, towarzyszących asfaltowej drodze. Były sprzężone z komputerowym systemem kontroli ruchu, obejmującym niemal całe wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Dowiedział się więc, że powinien udać się do Filadelfii, a stamtąd przez Trenton do Nowego Jorku, a właściwie tylko do progów tej metropolii. W Perth Amboy znajdował się bowiem tunel wlotowy, prowadzący do linii próżniowego maglevu, łączącego pod dnem Atlantyku Nowy Jork z Europą.
- A zatem do Paryża! - zawołał wesoło, jakby chcąc okazać, ze się wcale nie lęka obcej siły, atakującej go bez uprzedzenia, a przy tym prymitywnej i brutalnej. - Do stolicy Francji, na ślimaki i na żaby, na kraby i krewetki!..
Szosą nadjeżdżał jakiś błyszczący wehikuł o ledwo widocznych kołach. Erw obejrzał krytycznie swą poszarpaną odzież, ale nie miał wyboru. Pomachał więc ręką, licząc w skrytości ducha na to, że przy końcu dwudziestego pierwszego wieku taki drobiazg nie będzie mieć specjalnego znaczenia. I wcale się nie pomylił.
Wóz zwolnił i zatrzymał się dokładnie przy nim - z precyzją, jakiej nie powstydziłby się najlepszy rajdowy kierowca.
Bezszelestnie uchyliły się drzwiczki, podnoszące się lekko do góry.
- Dokąd cię zawieźć, brachu?!..
Siedząca na jednym z dwóch foteli młoda kobieta wyglądała tak, jakby dopiero co opuściła scenę jakiegoś zwariowanego spektaklu teatralnego albo wybieg pokazu mody dla cokolwiek wynaturzonych w swych gustach odbiorców.
- A dokąd jedziesz?! - zapytał, odważnie zajmując obok niej miejsce. Kierownicy, sprzęgła i hamulca nie było. Stuknęła w jakiś przycisk na tablicy rozdzielczej, drzwiczki opadły i wehikuł ruszył, przyspieszając. - Może do Atlantic City?!
Roześmiała się gardłowo. Setnie ją rozbawił.
- Pomyliły ci się, miły brachu, kierunki! - wyjaśniła. - Lecę do Filadelfii!.. - A potem obrzuciła go wzrokiem nieco uważniej niż przedtem. - Oj, chyba się urwałeś z tej zautomatyzowanej biofabryki, w której siedzi armia! - ostrożnie zażartowała. - Tam była ponoć jakaś groźna awaria i teraz mają kwarantannę. Podobno stracili kontrolę nad kolonią wirusów, objętych piątym poziomem bezpieczeństwa!..
Wzruszył obojętnie ramionami. W lusterku widział, że ma zabrudzone policzki i czoło.
- Nie mam nic wspólnego z armią! - wyjawił zrezygnowany.
Przyjrzała się jego twarzy, szyi i dłoniom, jakby szukała jej tylko wiadomych zmian na skórze, dowodów choroby. Niczego takiego jednak nie znalazła. Na Frankensteina nie wyglądał.
- Po co się więc tutaj kręciłeś?! - zdziwiła się. Tym razem była poważna. - Przecież te strony prawie każdy omija.
Postanowił zagrać ostro, uznając, że odwołanie się do absurdu jest najlepszym lekarstwem na niezdrową babską ciekawość.
- Jechałem pociągiem z Richmond do Waszyngtonu i jakiś bałwan z kosmosu przerzucił mnie w czasie o sto lat. Wylądowałem jak głupi na tej pustej plaży!..
Zarechotała. Klepnęła go w ramię, aż zagrzechotały jej bransolety.
- To rozumiem. Mogłeś, brachu, od razu powiedzieć, że jesteś świrem!..
(...)
Znalazł się wreszcie w Paryżu, jak zamierzał, był wczesny nieco deszczowy ranek, ale tu poczuł się nagle osamotniony i dziwnie zagubiony. Niemal wszystkowokół niego było jakby bezimienne i obce. Próżniowy maglev, z wygodnymi przedziałami i segmentem restauracyjnym, do którego wsiadł w ostatniej chwili w Perth Amboy, mając tam niejakie kłopoty z uregulowaniem należności za bilet, rychło osiągnął zachodnie wybrzeża Europy, wynurzając się spod dna oceanu na styku z linią, biegnącą z północy i prowadzącą pod kanałem La Manche. Korzystając z jasno oświetlonych przejść w rozległym terminalu, przesiadł się na pociąg, udający się do stolicy Francji. W ciągu stu lat trochę się zmieniło w metropolii nad Sekwaną i potrzebował kilkunastu minut, aby się wstępnie zorientować, jak się poruszać po tym mieście, które przecież wcześniej dość dobrze znał i w którym spędził wiele miesięcy. Nie był do tych przeobrażeń przygotowany, więc trochę przypominał nie znającego języka francuskiego obcokrajowca, który za jedynego doradcę ma nieco już przestarzałe wydanie przewodnika turystycznego. Sterczał teraz jak głupi na rogu ruchliwej ulicy, nie wiedząc, jak się schodzi do stacji metra. Sto lat temu były schody w miejscu, do którego dotarł, teraz zaś wznosił się tutaj parterowy oszklony pawilon. Ostatecznie machnął na to wszystko ręką, gdy tylko dojrzał w oddali znajomy skwer, na którym zatrzymywał się czasami w drodze z Dzielnicy Łacińskiej. Pod nie zmieniającym swego wyglądu mocno zaśniedziałym pomnikiem, który postawiono w tym zakątku jeszcze w osiemnastym wieku, nie czuło się tak bardzo upływu czasu. Tam doszedł bez pośpiechu, kryjąc się następnie między obsypanymi drobnym białym kwieciem gęstymi krzewami. Chroniąc się przed ciekawskimi oczyma, lecz nadal zachowując zewnętrzne kształty Davida O'Connora, czterdziestopięcioletniego Amerykanina, dokonał błyskawicznego i nieomal rajdowego przeskoku czasoprzestrzennego, ostatecznie żegnając dwudziesty pierwszy wiek, do którego wbrew jego woli wypchnęła go dziwna bestia. Cofnął się o sto lat, powracając wreszcie do bliskich mu czasów, z którymi niefortunnie się rozstał.
Kolaps był szybki i precyzyjny, bowiem Erw dobrze wiedział, dokąd chce trafić - i trafił dokładnie tam, dokąd chciał. Przez kilka sekund czuł się nieco zamroczony i odurzony, a w głowie coś mu dziwnie gwizdało i świstało. Przysłonił ręką oczy, gdyż mocno świeciło przedpołudniowe słońce, a potem rozejrzał się dookoła. Karmiąca obok gołębie i wyglądająca jak konsjerżka starsza kobieta przyglądała mu się dość podejrzliwie. Wydawało się, że i jemu sypnie okruchów, które właśnie trzymała w dłoni.
- Skąd się pan tu wziął, monsieur?! - próbowała ostrożnie go wybadać, jakoś nie dowierzając własnym zmysłom. - Coś trzasnęło i przez chwilę sądziłam, że to spadła figura z postumentu!..
Zerknął na pokrytego śniedzią jegomościa, ale ten nadal tkwił na swoim miejscu, nieprzerwanie wpatrując się w perspektywę ulicy. Tylko on sam, Erw - w wyniku przerzutu w czasie - zmienił nagle pozycję z wygodniejszej stojącej na bardziej kłopotliwą półleżącą.
- Nic takiego! - wyjaśnił, podnosząc się z trawy i otrzepując porządne ubranie, które nabył w Perth Amboy, notabene stylizowane na dwudziesty wiek. - Wydaje mi się, że wczoraj wieczorem za wiele wypiłem! - skłamał na poczekaniu, choć przyszło mu to z pewnym trudem, a na jego twarz wypełzł nagle rumieniec. - Wie, pani, jak to jest, kiedy spotka się starych kumpli, których się dawno nie widziało!..
Widocznie mu uwierzyła, że spał całą noc w krzakach, bo już o nic więcej go nie pytała, zajmując się na powrót ptakami. Wyglądał na przyzwoitego faceta, nie na zabiedzonego kloszarda. Mógł więc odejść, tym razem bezbłędnie trafiając do stacji metra. Solidne kamienne schody były tam, gdzie powinny były być. Musiał jeszcze zmienić swoje ciało,ale to ostatnie zadanie odłożył na później, uznając, że dokona transformacji dopiero wtedy, kiedy dotrze już do własnego mieszkania, które pożegnał przed dwoma tygodniami. Akurat z tym ostatnim nie musiał się specjalnie spieszyć. Davida O'Connora nikt przecież nie znał w stolicy nad Sekwaną. Gdy wysiadł z kolejki, kupił poranną gazetę, chcąc się ostatecznie upewnić, że dobrze trafił i niczego nie pokręcił, przenosząc się w czasie. Rozłożył ją, idąc powoli, ale przede wszystkim sprawdził datę pod winietą na pierwszej stronie. Odetchnął z prawdziwą ulgą, odkrywając, że jest czternastego maja 1979 roku. Właśnie na ten dzień planował powrót zza Atlantyku.
- Jutro wracam do pracy! - mruknął pod nosem.
Następnego dnia z samego rana czekał go okolicznościowy wykład na temat średniowiecznych łacińskich przekładów dzieł Arystotelesa, a potem miał się spotkać z kilkoma studentami, pragnącymi przed przewidzianym terminem przystąpić do egzaminów, aby ustalić, kogo, kiedy i gdzie będzie mógł przepytać.
Przed wysoką kamienicą, w której wynajmował mieszkanie, zatrzymał się wyczekująco, nie chcąc, by go ujrzał i zapamiętał dociekliwy dozorca. Chwilę trwały jego telepatyczne manewry, aż wreszcie udało ma się wypłoszyć siedzącego za kontuarem koślawego Antoine'a, który zniknął gdzieś na zapleczu. Wszedł przez oszklone drzwi, a potem prawie na palcach podszedł do windy. Ta czekała akurat na parterze i nie musiał jej wzywać.
W sporym apartamencie, który zajmował, przez dwa tygodnie jego nieobecności nic się nie zmieniło. Przybyło tylko trochę kurzu. Zrzucił z siebie ubranie, przyglądając się z ciekawością szwom luźnej bluzy i dżinsowych spodni. Później obejrzał miękkie buty na elastycznych podeszwach, wykonane ze znakomitej imitacji jasnobrązowej skóry. Stanął przed dużym lustrem, z odrobiną nostalgii żegnając postać O'Connora. Twarz Amerykanina z lekka się zamazała, tracąc swe wyraziste rysy i ustępując miejsca obliczu trzydziestoletniego Yvesa Duquoca.
- Witaj w domu! - szepnął do znajomego odbicia.
Uporał się do końca z metamorfozą, wrzucił do szuflady dużej komody ciuchy z dwudziestego pierwszego wieku, a następnie przyniósł z łazienki płaszcz kąpielowy. Gdy zakładał go na siebie, usłyszał gong. Znieruchomiał, a przed oczyma stanęli mu jak żywi dwaj agenci FBI, ustawicznie żujący gumę rosły blondyn i Murzyn w garniturze w prążki, a potem udający pastora dziwny starzec z pociągu, pędzącego z Richmond do Waszyngtonu. Chwilę się wahał, nie wiedząc, co począć, aż wreszcie z duszą na ramieniu wyjrzał przez wizjer, spodziewając się najgorszego. Za drzwiami nie było jednak żadnej wynaturzonej bestii z innego wymiaru, ani jej agresywnych wysłanników. Ujrzał natomiastprzemiłą Sylvie, szczupłą i dość wysoką studentkę, za którą trochę się stęsknił. Ciepło wspominał popołudnia, spędzane w jej towarzystwie przy kawie lub przy winie na pogawędkach o sprawach naukowych. Ta jakimś cudem, kierowana widocznie kobiecą intuicją, dopadła go tuż po przyjeździe.
Otworzył szeroko drzwi, zapraszając ją z uśmiechem do mieszkania. Była odrobinę zaniepokojona, jakby wyczuwała obecność jakiejś innej jeszcze osoby, która tuż przed nią weszła do apartamentu Yvesa. Ostrożnie przekroczyła próg i rozejrzała się niepewnie po salonie.
- Nie ma tu tego mężczyzny?! - prawie konspiracyjnie zapytała, zaglądając w twarz Erwowi.
Jego oczy wyrażały bezbrzeżne zdumienie. Spoglądał na jej delikatną twarz, którą okalały starannie rozczesane włosy. Dziewczyna miała na sobie obcisłą bluzkę, podkreślającą jej kształtne piersi, i równie obcisłąspódniczkę mini. Na uczelnię przychodziła zwykle skromniej ubrana. Pod ręką trzymała dwie książki.
- Jakiego... mężczyzny?!
Znowu się zawahała, ale było widać, że mu ufa. To było dla niej najważniejsze.
- Gdy wróciłeś, Yves! - powiedziałado niego po imieniu. - To znaczy, gdy wchodził do ciebie ten mężczyzna, jakieś piętnaście minut temu, stałam akurat na półpiętrze. Zastanawiałam się, czy wypada mi przeszkadzać. Liczyłam, że zaraz wyjdzie. Chwilę czekałam, a potem się jednak zdecydowałam podejść do twych drzwi. Mam te dwa tomy z twojej biblioteczki. Chciałam ci je zwrócić!..
Umysł neogeneranina pracował na wysokich obrotach. Wreszcie przyszedł Erwowi do głowy prosty pomysł. Roześmiał się łagodnie, kręcąc z podziwem głową.
- Niechcący odkryłaś moją malutką tajemnicę! - odrzekł z ulgą. Podszedł do komody i wyjął z szuflady ubranie z dwudziestego pierwszego wieku. - Ten mężczyzna, którego ujrzałaś przy drzwiach, to byłem ja! Nikt inny, tylko ja! Po prostu udana charakteryzacja. Takie hobby zdziwaczałego naukowca - tłumaczył się - który czasami chce się oderwać od zakurzonych woluminów i spojrzeć na świat inaczej, cudzymi oczyma!..
Chyba mu uwierzyła. Odetchnęła głęboko i opadła bez zaproszenia w głęboki fotel.
- Tak właśnie myślałam! - wyjawiła. - Czułam, że to ty! Nie bój się, nikomu o tym nie powiem. A na pedała i tak nie wyglądasz!..
Rozejrzała się po salonie, zwracając uwagę na jasne tapety w kwiaty. Była u niego w mieszkaniu drugi raz, jednak poprzednio przyciągnęła ze sobą jakiegoś długowłosego młodzieńca w obciągniętym swetrze i wypchanych welwetowych spodniach - zapewne po to, by odegrał rolę przyzwoitki. Przy pryszczatym studencie nie czuła się wszakże swobodnie. Teraz, gdy się okazało, że są znowu sam na sam - jak zawsze wtedy, kiedy wybierali się razem na kawę, zaszywając się w ciemnym kącie kawiarenki - powrócił jej spokój ducha.
Schował z powrotem bluzę i spodnie, a potem przysiadł w drugim fotelu, zdejmując z niego jakieś rozłożone naukowe czasopismo.
- Wyszczuplałaś?! - rzucił, by wypełnić czymś ciszę i starając się nie przyglądać jej wyjątkowo zgrabnym nogom. Przyszła mu do głowy absurdalna myśl, że dziewczyna przychodziła codziennie pod jego okna, by sprawdzić, czy już nie powrócił. Przed wyjazdem mimochodem wspomniał, że nie będzie go jakiś czas. Nie sądził, że Sylvie to zapamięta i że tym się przejmie.
Jakaś smutna iskierka pojawiła się w jej pięknych oczach, ale zaraz zgasła.
- Ty też! - roześmiała się, pokazując białe zęby. -Musiałeś za Atlantykiem poderwać kilka zgrabnych dziewcząt! - rzekła. Na jego twarzy pojawiło się zdumienie, więc szybko dorzuciła: - Zupełnie przypadkiem wpadłam na ciebie w porcie lotniczym, tuż przed twym odlotem. Trudno, abym się nie zainteresowała, dokąd się wybierasz. Byłeś tak zaaferowany, że mnie w ogóle nie zauważyłeś. Skorzystałeś z połączenia z Waszyngtonem!
Dopiero teraz pojął, co się zmieniło w wyglądzie zewnętrznym dziewczyny. To fakt, że tego dnia ubrała się dość prowokacyjnie, jakby wybierała się na randkę, na której jej szczególnie zależało. Naprawdę jednak zmieniło ją coś innego, a mianowicie - nie miała na nosie swoich codziennych okularów. Te, które zwykle nosiła, przychodząc na wykłady, kryły jej rysy twarzy przed wzrokiem wścibskich mężczyzn. Przyjrzał się uważnie jej szczupłej dziewczęcej buzi. Wargi miała wydatne i zmysłowe, jakby stworzone do całowania, a oczy gorące. Jej spojrzenie nieomal parzyło.
- Faktycznie, byłem w Waszyngtonie. I nie tylko tam. Podróżowałem trochę po Stanach Zjednoczonych! - wyciągnął się wygodnie w fotelu. - Niestety, nie miałem czasu na podrywanie dzierlatek. Zresztą, gdzie na kuli ziemskiej znalazłbym dziewczynę równie urodziwą i inteligentną jak ty, Sylvie!..
Omal się nie zarumieniła. Podniosła się i pomyślał z lękiem, że chce go już pożegnać.
- Dziękuję za komplement! - powiedziała. Wzięła do ręki ciężkie książki, z którymi przyszła. - Gdzie ci je wstawić? - wskazała na regały, które wypełniały dwie ściany sąsiedniego pokoju. Podwójne rozsuwane drzwi były szeroko otwarte.
Pomógł jej znaleźć właściwe miejsce na półce. Mimochodem dotknął grzbietu, a potem jej szczupłej dłoni.
- Arystoteles, a jakże! Tylko, czy na pewno je przeczytałaś?
- Oczywiście! - obruszyła się nieznacznie. - To i owo już wiem o metafizyce Stagiryty...
- No to pomówmy o złożeniach bytowych! - żartobliwie zaproponował.
Znowu znaleźli się w fotelach. Jej zgrabne nogi nadal przyciągnęły jego uwagę. Przez krótką chwilę miał wrażenie, że dziewczyna zdejmie pantofle i oprze stopy na jego kolanach. Westchnął. Doszedł nagle do zdumiewającego wniosku, że zamiast przepytywać ją z poglądów starożytnych filozofów Hellady, powinien jej zaproponować jakąś podniecającą zabawę erotyczną, polegającą na szeptaniu sobie do ucha różnych świństw. Na przykład, coś w stylu: "Wyobrażam sobie, że wkładam ci rękę pod bluzkę!.."
- Mogą być złożenia bytowe! - zgodziła się potulnie, ale nie bez cienia kokieterii. - Lecz nie mogę z tobą rozmawiać, Yves, bez odpowiedniego... jeśli wypada tak rzec... stymulatora!
Zrobił wielkie oczy. Dziewczyna ciągle go zaskakiwała.
- Bez... czego?!..
Uśmiechnęła się i wyjęła pomadkę do ust, a następnie maleńkie okrągłe lusterko. Potem schowała te drobiazgi z powrotem do torebki. Wargi miała wilgotne, świeże i naturalnie błyszczące.
- Zwykle gawędzimy przy kawie! - wyjaśniła ze spokojem.
Pojął wreszcie, o co jej chodzi.
- Ach, oczywiście! - klasnął w dłonie. - Zupełnie zapomniałem. Ale zaraz zrobię!
Poszła za nim do kuchni, rozglądając się po pomieszczeniu i wyręczyła go przy ekspresie, mimochodem zaznaczając, że zajrzy tu któregoś popołudnia, aby trochę posprzątać. Panował tu typowy kawalerski bałagan. A gdy znaleźli się w salonie przy parujących filiżankach, postawiła kolejny warunek.
- Najpierw ja odpowiadam na kwestie, dotyczące Arystotelesa, a potem ty na wybrany przeze mnie temat!..
- Jaki?! - zainteresował się, lecz nieopatrznie dla siebie. Zapadał się w jej sidła.
- Mam przygotowanych dziesięć, jak w telewizyjnym turnieju! - objaśniła z powagą. - Strzelaj!..
Pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Niech będzie dziesiątka! - zaryzykował.
Skrzywiła się z udanym niezadowoleniem. Wydawało się, że powinna go natychmiast skarcić za wyjątkową frywolność.
- Temat brzmi: Czy można uprawiać miłość fizyczną w kosmosie?! - rzuciła trochę żartobliwie, a trochę zaczepnie. Z jej oczu przezierała odrobina lęku, nie była bowiem pewna tego, czy nie przeholowała.
- Ha, ha, ha!.. - był setnie ubawiony. - Czemu nie?! -wyjawił. - Możemy i o tym pomówić! - rzekł wykrętnie. - Ale to będzie przeskok od Arystotelesa do Platona. Przy takim temacie wypada przecież odwołać się - w pierwszej kolejności - do rozumienia miłości mistrza Akademii! - droczył się z dziewczyną.
Na jej twarzy rysowała się odrobina zawodu.
- Do Platona?! - skrzywiła się. - A cóż on może mieć wspólnego z lotami w kosmos?..
Panował nad sytuacją i to go cieszyło.
- Zacznijmy zatem od złożeń bytowych! - wrócił do roli wykładowcy filozofii. - Dość dobrze cię znam, Sylvie, więc zakładam, że chowasz w zanadrzu coś niezmiernie ciekawego. Już kiedyś mimowolnie wspomniałaś, że zdynamizowałabyś chętnie metafizykę Stagiryty, uzupełniając jego teorię złożeń o nowy element...
Oczy jej zabłysły. Erw odwołał się do jej intelektu i to poskutkowało. Skupiła uwagę na tym, czym chciała się z nim podzielić, zapominając na moment, że jest spragnioną uznania i miłości kobietą.
- Arystoteles sądzi, że byty są złożone z możności i aktu, z materii i formy, z substancji i przypadłości oraz z istoty i istnienia! - rzekła. - Otóż, uważam, że sztywna dwuelementowość złożeń nie wpływa korzystnie na jego ontologię, która jest przez to zbyt ciężka i statyczna. Sama wprowadziłabym jeszcze pośredni element w każdej parze złożenia. Zamiast o możności i akcie, uczyłabym więc o możności, aktualizacji i akcie; zamiast o materii i formie mówiłabym o materii, kształtowaniu i formie; i tak dalej, i tak dalej...
Napił się dobrze zaparzonej kawy, w skupieniu słuchając jej wywodu. Gdy angażowała się w jakieś teoretyczne kwestie i zagadnienia, nabierała nagle większej pewności siebie, ale i tym samym dystans między nią a młodym naukowcem gwałtownie malał. Perorowała teraz zawzięcie, odważnie modyfikując system myślowy, który dla zdecydowanej większości komentatorów Arystotelesa był czymś świętym, nietykalnym i nienaruszalnym. Przerwał jej w pewnej chwili, godząc się z nią, lecz nie do końca.
- To wszystko, o czym mówisz, jest oryginalne i piękne, tyle tylko, że kłóci się z rozumieniem ruchu u Stagiryty! - zaoponował. - Wprowadzając trzeci element do złożeń bytowych, zakwestionowałabyś zasadę, zgodnie z którą powstawanie i ginięcie bytów nie podpada pod pojęcie zmiany. Innymi słowy, nie jest ruchem!..
Wcale jej tym nie zaskoczył, a wprost przeciwnie. Wycelowała w niego palcem, nie kryjąc zadowolenia. Teraz była jeszcze bardziej podekscytowana.
- I tu się mylisz, Yves! - wycedziła.
Rzuciła z pamięci definicję ruchu, podaną w "Fizyce" Arystotelesa, a potem zabrała się za szczegółowe objaśnianie swego swoiście rewolucyjnego i zarazem światoburczego stanowiska. Złożył ręce jak do modlitwy i milcząco przytakiwał, godząc się z jej wywodem. A kiedy skończyła, oznajmił:
- Powinnaś poświęcić się, ani chybi, pracy naukowej. Jesteś naprawdę w tym dobra!
- Tak uważasz?! - zmarszczyła brwi. - Dziękuję za pochwałę! - Nagle przypomniała sobie, że i ona miała przepytać swego uczonego rozmówcę. - A propos! - zmieniła raptownie temat. - A co z tą miłością w kosmosie? Odpowiadaj! Kamery w studiu włączone!
Wyciągnął się wygodnie w fotelu. Minę miał poważną, prawie taką, jak podczas wykładów, ale było widać, że ma zamiar sobie pożartować.
- Och, to silny popęd - zawyrokował, cmokając przy tym z udawanym znawstwem. - Tłumienie go, na przykład przez wiele miesięcy lotu na Marsa, może źle wpływać na astronautówobojga płci!..
Zachichotała wstydliwie.
- Ale jak to robić w stanie nieważkości?
- No, właśnie! - wahał się przez krótką chwilę. - Przynajmniej jeden z partnerów musi być przywiązany!..
Znowu zachichotała.
- Jest pan zboczony, monsieur Duquoc! - zawyrokowała radośnie, a potem odważyła się i rzuciła w niego pokrytym aksamitną obłóczką jaśkiem z fotela. Zaraz też podniosła się i rozstrzygnęła: - Chyba już najwyższy czas, żebym sobie poszła!
(...)
Udało mu się wyrwać z sali wykładowej, w której kilku złaknionych wiedzy i nadmiernie ambitnych studentów usiłowało go zatrzymać, domagając się dodatkowych wyjaśnień, związanych ze średniowiecznymi przekładami pism Arystotelesa, zwłaszcza jego "Fizyki" i "Metafizyki". Nie miał ochoty na szczegółowe komentarze, wybiegające daleko poza treść okolicznościowego wykładu, odesłał ich więc nieco obcesowo do dostępnych w bibliotekach publikacji naukowych. Końcówka roku akademickiego okazywała się dosyć stresująca. Rozejrzał się machinalnie za Sylvie, licząc na to, że zrelaksuje się przy szklance wina w jej słodkim towarzystwie. Urocza modelka tym razem jednak gdzieś przepadła. Nie czekała na niego. Inne dziewczyny stały jeszcze przy wejściu i rozmawiały, jej jednak nie dostrzegł już w auli. Nie było jej również na korytarzu. Miał cichą nadzieję, że może pojawi się ponownie u niego w mieszkaniu późnym popołudniem lub wczesnym wieczorem. Dała mu przecież do zrozumienia, że zajmie się porządkami w kuchni, a zwykle lubiła od razu brać się do tego, co zamierzyła. W dwadzieścia minut później zajrzał od niechcenia do ich ulubionej kafejki, usiadł przy stoliczku w cichym kącie i zamówił butelkę belgijskiego piwa. Myślami pobiegł paradoksalnie ku przeszłości i zarazem ku przyszłości. W oczach Ziemian bieg zdarzeń był nieodwracalny, uzależniając całkowicie kruche istoty ludzkie od tykającego zegara i kolejnych kartek kalendarza. To, co się więc raz wydarzyło, odchodziło bezpowrotnie i traciło swą moc, przecudowną właściwość, zwaną realnością, przysługującą jedynie temu, co działo się tu i teraz, hic et nunc. Tak więc przeszłymi zdarzeniami na Ziemi zajmować się mogli już tylko dziennikarze, pisarze, a zwłaszcza autorzy wspomnień i pamiętników, czy też historycy i archeolodzy, zaś przyszłe można było jedynie mniej lub bardziej trafnie przewidywać, o ile kogoś intrygowały niezobowiązujące igraszki futurologiczne. Neogeneranie wiedzieli jednak, że przeszłość jest nie mniej realna niż teraźniejszość i że trwa nadal, oraz że podobnie jak ona bezustannie trwa przyszłość. Aby wszakże pojąć tę niezwykłą prawdę, należało porzucić typowo ludzką filozofię przemijania, wyrwać się z ograniczeń temporalnych oraz wyplątać z zależności od absolutyzowanej zwykle przestrzeni - i nauczyć się swobodnego poruszania się w czasoprzestrzennym strumieniu dziejów, pływania jak po rzece, którą można przecież pokonywać z prądem i pod prąd. Rok akademicki Erw miał już właściwie za sobą, nie licząc egzaminów końcowych, które jeszcze miał przyjąć, więc skupił uwagę na swych współbraciach, podróżujących w czasie. Był przecież jednym z nich - i to, co ich dotyczyło, miało silny związek z tym, co z nim samym się działo. Bestia zaatakowała go aż dwa razy - i nie wolno mu było o tym zapominać. Musiał nadal mieć się na baczności. Mogła przecież się czaić - na przykład - w pobliżu wieży Eiffla albo gdzieś w podziemiach Luwru.
- Czuj duch! - szepnął.
Dosięgła Festy, zabijając jej nową służącą. Napędziła ponadto strachu Olbromowi, przeganiając go z Pustyni Libijskiej do doliny Nilu. Jak dotąd, omijała dużym kołem starożytny Rzym, w którym na razie bezpiecznie gościł Ran. Erw westchnął, godząc się z tym, że czekać będą na niego na Ziemi jeszcze inne przykre niespodzianki. Czuł się odpowiedzialny za towarzyszy, a fakt, że przebywał w dwudziestym wieku, stawiał go w nieco uprzywilejowanej sytuacji. Po prostu najwięcej wiedział. Zaczynała się okrzyczana era informatyczna planety, która miała trwać - jak się domyślał - do dwudziestego czwartego lub dwudziestego piątego wieku. Świat stawał się globalną wioską, a pod koniec trzeciego tysiąclecia lub później podobna rola miała zapewne przypaść w udziale całemu Układowi Słonecznemu. Czy jego przewidywania były trafne? Skrzywił się, zastanawiając się nad perspektywą wycieczki w daleką przyszłość planety. Blokada tego wycinka czasoprzestrzeni, w którym się znaleźli, raczej ją uniemożliwiała. Mogli, oczywiście, skorzystać z dostępnych arterii windy czasu, by po przekroczeniu szczeliny, oddzielającej ich odkolejnych tysiąclecihistorii Ziemi, znowu zainstalować się, choćby na krótko, w wybranych czasomiejscach. Teoretycznie było to wykonalne, gdy jednak planowali wyprawę do innego wymiaru, wykluczyli tę możliwość ze względu na bezpieczeństwo delegacji. Neogeneranie w Bettatarii obawiali się, że jeśli ich wysłannicy znajdą się w dużo późniejszych epokach Ziemi, mogą zostać zdekonspirowani i poddani inwigilacji, a nawet w następstwie tego uwięzieni, drobiazgowo przesłuchani i straceni. Wpatrywał się w stojącą przed nim na stoliku szklanicę, a jego myśli krążyły nad nienawistnym obcym. Bestia, przenosząc się w przestrzeni i w czasie, posługiwała się sugestywnymi obrazami, wiążącymi się zapewne z okresami historycznymi, z których akurat przybywała. Olbrom ujrzał myśliwiec, wyprodukowany w dwudziestym wieku - niewątpliwy rezultat przeskoku bestii wstecz o dwa tysiąclecia. On sam dostrzegł najpierw pterozaura, a potem dużego nosorożca. Pewnie bestia powróciła zzamierzchłego okresurozwoju, porzucając park jurajski. Zadrżał, kojarząc so-bie te fakty. Czyżby śledziła Olbroma - pomyślał - a on sam nie zdawał sobie zupełnie z tego sprawy? Nosorożec również kojarzył się z Afryką, w której przebywał ten neogeneranin.
- Kilimandżaro, Tanzania, Kenia, rezerwaty przyrody!.. - mruknął do siebie z niejakim zdumieniem, przypominając sobie folder, który wpadł mu w oczy w witrynie jakiegoś biura podróży w USA. Zatarł ręce, uświadamiając sobie, że porozrzucane elementy łamigłówki zgrabnie się układają w wyrazistą całość, pozwalając na sformułowanie dość przejrzystej hipotezy. - A to, co widziała Festa?! - zapytał wreszcie samego siebie i z wrażenia zabiło mu mocniej serce. Czuł, że dokonał nowego i wprost rewelacyjnego odkrycia.
Dwoje złotych oczu krążyło wokół domu schadzek "U Samarytanina", o czym informowała go ta gorąca miłośniczka czasów LudwikaXIII. - Zgoda! - mruknął. - Ale z jaką epoką miałby się wiązać ten skrupulatnie odtworzony obraz? - zapytał. - Dwoje oczu bez ciała?! - żachnął się i poczuł, że przenika go nagły chłód. Jeżeli przeświadczenie, że w zamkniętej części czasoprzestrzeni odbywa się polowanie na grubego zwierza było trafne, to dość konsekwentnie nasuwało się również przypuszczenie, że krążące swobodnie oczy są przybliżonym, o ile nie całkiem dokładnym obrazem myśliwego.
Wstał, wstrząśnięty tym odkryciem i wyszedł z rękami w kieszeniach z kafejki. Neogeneranie nie byli zatem jedynymi gośćmi na Ziemi. Obok nich znalazł się tutaj również osobliwy wojownik z innego wymiaru, z wyrachowaniem goniący za umykającą mu i stawiającą opór przedziwną ofiarą. Kim lub czym wszakże była ta nieziemska para? Co sobą reprezentowała? I z jakich stron kosmosu naprawdę przybyła?!
Nie zdążył nad tym dłużej podumać, wpadł bowiem na Sylvie, samotnie wystającą przed wejściem do kafejki. Być może, czekała tu na niego, albo zamierzała po prostu uczynić dokładnie to samo, co on przed kilkunastoma minutami - to znaczy odetchnąć przy ulubionym stoliku w kącie sali. Wstrząśnięty dokonanym odkryciem, miał przez krótką chwilę niejakie kłopoty z powrotem do rzeczywistości. Mimowolnie przyjrzał się jej oczom, kryjącym się za szkłami okularów. Wyglądały normalnie - mniej więcej tak, jak powinny były wyglądać oczy ślicznej studentki. Czy jednak byłyby one w stanie unosić się swobodnie w powietrzu? Już był o krok od tego, by rozpaczliwie zagrać va banque i wprost zapytać ją o to, ale uzmysłowił sobie na szczęście absurdalność takiego zachowania.
Dziewczyna z uwagą mu się przyglądała.
- Jesteś zmęczony, Yves!.. - rzekła z troską, jakby do jej obowiązków należało dbać o zdrowie i dobre samopoczucie młodego naukowca, zajmującego się wybranymi zagadnieniami z historii filozofii starożytnej i średniowiecznej. - Wygląda na to, że dopiero teraz zaczyna wychodzić z ciebie ta cała podróż do USA!..
Roześmiał się, widząc jej współczucie. Udobruchała go swoją uwagą o przyczynie jego rozdrażnienia i niepokoju.
- To był ostatni wykład. Nie mam już na uczelni żadnych zajęć, nie licząc egzaminów. Nie muszę się więc niczym przejmować!.. - wyrzucił z siebie usprawiedliwiająco. - Już tylko wakacje i tylko wakacje!
Zgodziła się i przytaknęła. Znowu byli razem i nie zamierzali się rozstawać. Ruszyli powoli przed siebie.
- Ta podróż nie była wcale taka męcząca!.. - wyjawił. - Mam po prostu różne drobne kłopoty, podobnie jak każdy na tym globie!.. - wzruszył wymownie ramionami.
Czekoladowa studentka, która stała nieopodal, zdawała się wyczekiwać naSylvie. Uzmysłowił to sobie, gdy tylko wpadła mu w oczy. Spoglądała zaniepokojona, usiłując zatrzymać wzrokiem przechodzącą parę. Na pewno nie chodziła do niego na zajęcia.
- Ach, zapomniałam ci powiedzieć! - dziewczyna przystanęła. - To jest Katarzyna! - wskazała na Murzynkę, która skwapliwie podeszła do Yvesa. - Przyjdziemy razem do ciebie dziś po południu, by zrobić porządki w mieszkaniu. Wspominałam ci o tym wcześniej. Mam nadzieję, że się na to zgodzisz i że nie uznasz tego za mieszanie się do twoich spraw!..
Zgodził się bez zastrzeżeń i z odrobiną żalu pożegnał je wzrokiem. Sylvie bowiem rozstrzygnęła, że do tak odpowiedzialnego zadania muszą się obie wcześniej przygotować, a przede wszystkim odwiedzić supermarket, by zaopatrzyć się w niezbędne przybory do sprzątania i w środki czystości.
Przyszły około czwartej i zdecydowanie wyprosiły goz mieszkania, wnosząc z sobą rodzinną atmosferę domu, w którym odciskać się muszą na wszystkim kobiece ślady. Nie chciały, żeby im przeszkadzał w porządkach. Chcąc nie chcąc, wybrał się więc do kina, trafiając na komedię, zatytułowaną "Przygody rabina Jakuba" - z Luisem de Funesem w roli głównej. Sceneria żydowskiej synagogi sprawiła, że myślami pobiegł ku Ranowi, penetrującemu czasy starożytne, a następnie ku Olbromowi, wędrującemu pod gorącym słońcem wzdłuż Nilu ku ulokowanej na wybrzeżu Aleksandrii. Śledząc potem kolejne zabawne sekwencje filmu, mimowolnie zastanawiał się nad domniemanym myśliwym z innego wymiaru, który polował na umykającą mu bestię. Intuicja mu podpowiadała, że się nie myli. Jakiś cichutki, ledwo słyszalny głos zdawał się Erwowi sugerować, że ten bardzo dobrze zna owego myśliwego. Czy jednak polującym była Sylvie, sympatyczna i zakochana w nim studentka? Usiłował dociec, kątem oka śledząc sceny na ekranie, co takiego charakterystycznego pobudziło jego podświadomość do niepokojących przypuszczeń, związanych z tą przeuroczą i łagodną dziewczyną. Może to, że zdjęła okulary? Gdy wyszedł po seansie z kina, przegonił ostatnie chmurne myśli. Przyjął, że przyczyną jego wątpliwości było nagłe ocieplenie w ich wzajemnych stosunkach. Widywali się poza wykładami od kilku miesięcy, i choć trudno byłote na wpół naukowe spotkania nazywać randkami, zbliżyli się stopniowo do siebie. Wyjazd do USA i dwutygodniowe rozstanie sprawiły, że pękła nagle jakaś tama. Gdy wrócił, dziewczyna nie kryła już przed nim właściwie swego głębokiego uczucia, a on się na nie godził, akceptując je bez zastrzeżeń i bez wahania.
Mieszkanie lśniło czystością, a ławę ozdobiły nawet świeże kwiaty w kryształowym flakonie. Dziewczęta cicho rozmawiały. Na jego widok Katarzyna szybko się podniosła, szykując się do wyjścia. Próbował ją zatrzymać, ale bez skutku. Wymówiła się pilnymi zajęciami. Wybiegła, pozostawiając go sam na sam z Sylvie. Widocznie tak się wcześniej umówiły.
- Chyba będę musiała wziąć kąpiel! - rzuciła dziewczyna, poprawiając nieco zmierzwione włosy. - A jeszcze planowałam, że zrobię ci kolację!
Obejrzał wszystkie pomieszczenia i aż gwizdnął ze zdumienia.
- Jesteście czarodziejkami! - powiedział. - I to wszystko w dwie godziny?!..
Przytaknęła, badawczo mu się przyglądając. Był naprawdę zadowolony.
- Mam nadzieję, że nie obrazisz się, Yves, jeżeli skorzystam teraz z twojej łazienki! - ostrożnie podjęła poprzedni temat.
Wzruszył obojętnie ramionami. Przejechał palcami po regale z książkami.
- Cały czas z niej korzystałyście! - powiedział. - Chyba wiesz, gdzie są ręczniki!- dorzucił. - I weź sobie ten czerwony płaszcz kąpielowy, który tam wisi. Nie był używany!..
Uprzytomnił sobie, że jest zanadto zasadniczy. Próbował się uśmiechnąć do Sylvie, ale dziewczyna już znikła, zamykając za sobą drzwi. Usłyszał szum płynącej wody. Usiadł więc w swoim ulubionym fotelu, znieruchomiał, kręcąc palcami młynka i zastanawiając się nad dalszym możliwym przebiegiem zdarzeń.
- Co ta piękność jeszcze knuje?! - niepewnie półszepnął do siebie.
Odpowiedzi na to lękliwe i mało męskie pytanie nie musiał jednakże daleko szukać. W zasięgu ręki znalazł bowiem wyjęty z półki album z reprodukcjami płócien wielkich mistrzów pędzla. Zapobiegliwa dziewczyna pozostawiła tom otwarty na stronie, przedstawiającej dwoje kochanków w miłosnej pozie. Mitologiczne tło wydawało się aluzyjnie odsyłać do czaru uczuć, bliskich nieśmiertelnym bogom Olimpu.
Sylvie pojawiła się po kwadransie, poprawiając płaszcz frotte, który na siebie nałożyła. Na jej twarzy rysował się stan nie tylko jakiejś słodkiej błogości, lecz także zagubienia. Włosy miała mokre. Wydawało się, że zaczyna kroczyć wąską, chyboczącą się kładką, z której można bezpowrotnie spaść w przepaść bez dna. Zapadał już zmrok, a Erw nie zapalił światła.
- Czy możesz mi wysuszyć włosy?! - cicho zapytała.
Wziął od niej suszarkę. Nigdy nie bawił się w fryzjera, więc przez chwilę gorączkowo się zastanawiał, gdzie ją posadzić. Trafili ostatecznie na jego szeroką kanapę w sypialni. Dziewczyna usadowiła się na brzegu, wystawiając w jego stronę mokrą głowę. Włączył urządzenie i dmuchawa zaczęła prawie bezszelestnie pracować. Jej włosy przyjemnie pachniały górską łąką.
- Chyba do tego potrzebny jest jeszczegrzebień albo szczotka! - domyślił się, widząc, że sobie nie radzi. Pochyliła się w jego stronę.
- Możesz rozczesywać włosy ręką! - podpowiedziała skwapliwie.
Poddawała się jego delikatnemu dotykowi, nie kryjąc tego, że sprawia jej niezwykłą przyjemność.
- Teraz musisz się odwrócić! - zawyrokował, gdy ujrzał pierwsze efekty swej pracy. - Pewnie mogę konkurować z tym znanym paryskim fryzjerem. Jak się on nazywa? Aha! Antoine!.. - zaburczał z zażenowaniem.
Usiadła przed nim w kucki, a jej twarz znalazła się tuż przy jego piersi. Podniosła głowę i zajrzała mu w oczy. Poczuł, że powinien natychmiast odłożyć suszarkę i bezzwłocznie zająć się jej wilgotnymi zmysłowymi ustami, które rozchylone zapraszały do całowania. Poddał się temu imperatywowi, nie napotykając ku swemu zdumieniu żadnego oporu ze strony spragnionej pieszczotdziewczyny - i wkrótce jego skromna sypialnia zamieniła się niespodziewanie w prawdziwe miłosne sanktuarium.
Sklep
Forum