"Kopiec zapomnianych człowieczeństw"


Droga wiła się zgrabnym, wężowym śladem to w górę, to w dół, choć przez cały czas w dal. Ponoć nie można było z niej zawrócić. Nie wiedział czy to prawda, nigdy nie próbował. Szedł, po prostu szedł, codziennie pokonując mały skrawek, mały wobec odległego horyzontu - obietnicy wiecznej tułaczki. Kresu nie mógł dojrzeć, ale wierzył. Tak, bardzo mocno wierzył, że gdzieś tam musi być. Przecież bez tej wiary nie warto było iść. Chociaż, jeśli prawdę mówią, że już nie można zawrócić, to cóż za różnica, czy jest czy go tam wcale nie ma? W końcu się o nim zapomina, stara się zapomnieć i tylko idzie. Idzie. Idzie. Więc szedł nie zważając na krople deszczu spadające na jego, skurczone  ołowianym ciężarem, ramiona.

Szukał. Pamiętał, że od szukania się ta droga zaczęła. Nie pamiętał czego, ale pewien, że sobie przypomni, gdy już to odnajdzie szedł dalej. Jak długo? Nie zadaje się pytań tego rodzaju ludziom na Drodze. Długo. Większość pokonał samotnie, choć czasem miał towarzystwo, a czasem po prostu kogoś mijał. Ale nie, nie było tłoczno.

- Coraz mniej nas na Drodze, szefie - powiedział kiedyś żebrak. I była w tym żebraczym stwierdzeniu żebracza mądrość. Bo istotnie coraz mniej było ich na Drodze. Jakimś cudem Droga na tym nie traciła. Nie był pewien, czy cokolwiek zyskiwała, ale z pewnością nie traciła.

Lubił stalowoszare ciężkie od zapowiedzi burzy, naburmuszone chmury. Czysty i przejrzysty błękit nieba był sterylnie nudny. Bał się tych chmur, bał się gniewnych burz i pewnie dlatego tak bardzo je lubił. Prawie zawsze te budzące trwogę i szacunek gazowe twory wisiały nad horyzontem, ku któremu podążał. Myślał czasem czy nie jest to jakiś złowrogi znak  z tych, które tak lubimy ignorować, a które niemal krzyczą do nas zewsząd - nie! Nie głupcze! Czy jego Droga miała wieść przez burzowe chmury, czy może właśnie nimi miała się skończyć? Szoferka ojcowskiego samochodu i burza, która go tam uwięziła. Ogromne krople deszczu spływające strugami po przedniej szybie i strach, że nigdy nie będzie mógł wrócić do domu. Bo na zewnątrz szaleją demony, niebo płonie białym ogniem, a bezpieczeństwo szoferki, niedawnego placu zabaw w dorosłość, jest tak iluzoryczne. Wiedział o tym, choć chciał wierzyć, że jest bezpieczny. Za chwilę wszystko ucichnie i spomiędzy chmur wyjdzie, raniące jego oczy i skórę, ale jakże spokojniejsze, słońce. Nic takiego jednak się nie działo, jeszcze jedna nie wysłuchana modlitwa. A potem otwarte drzwiczki i ramiona matki. Tak, w ramionach matki nic mu się nie mogło stać, może sobie grzmieć. Czy to wtedy nabrał szacunku do burzy? Nawet jeśli nie, to dobrze pamiętał ten lęk, starą szoferkę równie starej ciężarówki, rdzawe plamy wyzierające spod zielonego lakieru, strugi deszczu. Strugi deszczu.

Noce oświetlane nieśmiałym blaskiem bladych gwiazd, tych dalekich latarni, stworzonych tylko po to, by mógł je podziwiać, niedostępnych a tak upragnionych, otulały go sennym, niemal narkotycznym nimbem niezachwianej pewności, że każdy krwawy krok poświęcony Drodze ma swoje własne prywatne znaczenie, a jeśli nie ma, to je osiągnie. On nada znaczenia, rozda je i będzie nazywał. Wszystko od nowa, lepiej, sprawniej, trafniej. Nazwy go wypełnią, aż w końcu sam stanie się nazwą, znaczeniem, celem samym w sobie. Gdy już dotrwa. A póki co, krok i krok. Niespiesznie, boleśnie. Do przodu.



- Głupiec szczęśliwszy jest od mędrca.

- Już mi to mówiłeś, panie Wolterze.

- A zadałem ci pytanie?

- Tak.

- I jak brzmiała odpowiedź?

- Nie...



Dysputy z samym sobą, choć przecież nie z sobą, bo to Wolter mówił. Częste, nachalne, bezczelne, nawet jeśli nie na głos. Ale cóż pozostało tułaczowi w bezksiężycową i bezsenną noc? I niechby nawet byłKsiężyc, cotam, niechby nawet był w pełni, cóż z tego, skoro bezsenność pozostaje? Nie może ten nasz tułacz zasnąć, bo przed nim przecież Droga.

Ach, przecież były i drzewa, ci cierpliwi kapłani niewzruszonego rozsądku. Kłaniały się majestatycznie, bez cienia pogardy, na którą być może zasłużyli, wszystkim tym tułaczom, wszystkim tym szukającym, więc i jemu. I to drzewa mu właśnie powiedziały, że jest już blisko, że to już za zakrętem, może za następnym. Bo przecież pamiętał, że z początku wędrówki zieleniły się i strzelały wysoko, prężne i silne. A teraz, jakby skarlałe, szare i nagie, przygniecione cudzym, bo chyba nie własnym cierpieniem. Prawie przystanął, tak się na te drzewa zapatrzył, ale nie, nie mógł stanąć. A chmury faktycznie piętrzyły się teraz wprost nad jego głową. To prawie tu.

Las porzuconych kos. W środku tego lasu, lasu starych, rdzewiejących kos, o których nikt nie pamięta, o które nikt nie dba, była góra, której szukał. Choć nie, to nie góry szukał, a czegoś na jej zboczu.

- Co się dzieje z tymi wszystkimi śmierciami? Rodzą się z nami, ale przecież nie umierają. Nie umierają, prawda? Śmierć nie może umrzeć.

Tak, osnuty mroczną mgłą i wilgocią ściszonych głosów, las kos wyłaniał się zza ostatniej meandry Drogi. Nie tylko nasze śmierci tu przychodziły. My też. Czasami. Góra - niebotyczna sterta przyniesionych przez przygnębionych włóczęgów serc, szeptów, sumień, kamieni, dusz, słów, wspomnień, najróżniejszego wszystkiego, czego tylko człowiek może nie chcieć. Znosili to ci nieliczni, którzy dość mieli w sobie bólu, by się na to poważyć. Zostawiali na stercie i nie odwracając się za siebie wracali, by na zawsze zapomnieć o tym miejscu. Ale to miejsce pamiętało o samym sobie.

Rzucił się na kopiec z nieopisanym głodem w oczach i na ustach i w każdym skurczu mięśni. Szarpał niczym szponami, kopał, grzebał. Szukał. Oddech przestał być oddechem, by stać się sapaniem. Zmęczenie podróży musiało poczekać. On czekał cierpliwie. Teraz już dość czekania, musiał to znaleźć. Tak, znaleźć, bo on właśnie szukać tu przyszedł, a nie gubić. Krew już nie tylko na stopach, teraz i dłonie stały się jej domeną. Ale co tam krew, on musiał znaleźć. I niech sobie będzie burza.

- Co gotowi jesteśmy poświęcić dla zachowania kruchej równowagi naszych czarno - białych wyobrażeń? - nie zadał sobie trudu by odpowiedzieć. Nie odpowiedzi szukał. Inni przed nim przychodzili by odpowiedzi na podobne pytania zostawiać. Klęczał, przestał kopać. Płakał. Blaszany samochodzik ściskany w drżących dłoniach. Pogięty, ze zdartą farbą. Brakowało mu jednego gumowego kółka.

Wiatr wzmógł się, z głębin nieba przyniósł pierwszy leniwy pomruk. Znów zabębniły krople, jeszcze niemrawo, ale wkrótce będzie ich więcej. Odchodził tą samą drogą, którą tu przybył, ale bogatszy.

- Więc tego szukałeś? A cóż to takiego?

- Niewinność...



blog comments powered by Disqus