"Śmierć w okopach"
Ze snu wyrwał mnie szyderczy rechot karabinu maszynowego. Szeregowy Brochette puścił długą serię i zaczął krzyczeć swoim piskliwym głosem kastrata: „Alarm! Alarm! Nadchodzą!”
Poderwałem się z błota. Z poziomu przemoczonej derki okop tonął w egipskich ciemnościach, na równych nogach było niewiele jaśniej. Szarpnąłem za łańcuszek i uchyliłem wieczko mojego kieszonkowego zegarka. 5:02 rano. Zdradzieckie szkopy złamały wczorajszą umowę i zaatakowały nas w święto zmarłych!
Zaraz zapłonęły lampy naftowe. W ich bladym świetle ukazała mi się wąska gardziel ścian okopu i kłębowisko pośpiesznie brodzących w błocie żołnierzy. Przez moment miałem wrażenie, że oglądam rój owadów w jakimś dziwacznym mrowisku. Szybko zacisnąłem powieki i odsunąłem od siebie myśl o obłędzie.
Sierżant na przemian dął w gwizdek i ryczał: „Bagnet na broń! Formować szyk!” Ludzie gorączkowo odprawiali modlitwy i gotowali się na przyjęcie natarcia. Przeładowałem karabin, założyłem bagnet i wymacałem przypiętą do pasa maskę przeciwgazową. Byłem gotowy. Dobyłem z wewnętrznej kieszeni płaszcza piersiówkę i pociągnąłem solidny haust. Kto wie, może ostatni w życiu.
Wyszarpnąłem nogę z objęć błota i dałem krok na szczebel stanowiska strzeleckiego. Wsparłem kolbę o bark i wycelowałem przed siebie.
I wtedy ich zobaczyłem.
Szli w kłębach białej mgły. Wolno i niezdarnie. Co raz którymś targał nasz pocisk, jednak mało który padał. Z tych co upadli żaden nie zostawał na ziemi. Wstawali i szli dalej.
Przeszył mnie lodowaty dreszcz. Coś było bardzo nie w porządku. Nie tylko mnie poruszyło to dziwne natarcie. Ludzie z kompani z niedowierzaniem pokrzykiwali przy każdym powalonym powstającym z powrotem do ataku. Dzięki Bogu po ostatnim ostrzale artyleryjskim zdążyliśmy rozciągnąć świeże zasieki…
Nagle błysk zamienił noc w dzień. Rzuciło mną w tył jak szmacianą lalką. Grzmot zamienił się w gwizd, a ten w złowrogą ciszę. Znowu zapanowała nieprzenikniona ciemność. Przez chwilę myślałem, że umarłem. Z błędu wyprowadziła mnie ziemia, którą się zakrztusiłem, i wypływające z moich uszu strużki ciepłej krwi. Chyba straciłem słuch, bo nagle zrobiło się upiornie cicho.
Odgarnąłem ziemię z twarzy i kontrolnie poruszyłem palcami u nóg. Wymacałem tors, brzuch, krocze, wreszcie kolana. Wszystko było na swoim miejscu. Wyglądało na to, że ciągle jestem w jednym kawałku. Rozejrzałem się dookoła. Wielu z moich towarzyszy nie miało tyle szczęścia co ja. Nad wielkim lejem, który rozdarł linię okopu, wisiał intensywny zapach surowego mięsa. W około leżały porozrzucane strzępy ciał. Szkopy musiały zrobić podkop i wysadzić nas w powietrze dynamitem!
Spojrzałem na wschód. Większość zasieków zmiotła eksplozja. Cholera, mieli nas teraz jak na widelcu. Luźny szereg wroga parł uparcie naprzód.
Zmienił się kierunek wiatru i poczułem ich odór. Co prawda wybuch mógł odsłonić jakąś mogiłę, ale podejrzewałem, że to oni. Po chwili byłem już pewien. To co podpowiadał mi nos, potwierdziły moje oczy. Chyba zwariowałem…
Mieli wzdęte, sczerniałe ciała, jak trupy. Byli coraz bliżej i teraz widziałem ich wyraźniej. Wiatr wypchną przed nich mgłę, w oparach której szli. Mgła była dziwna, biała jak mleko, kłębiła się w szczególności nad ziemią… Mój Boże! To nie mgła! To gaz! Natychmiast założyłem maskę. W ostatniej chwili, bo opary właśnie do mnie doleciały.
I wtedy stała się rzecz niespotykana, która utwierdziła mnie w fikcyjności całej sytuacji, i która dowiodła ponad wszelką wątpliwość, że padłem ofiarą jakiejś wyjątkowo sugestywnej choroby umysłowej. Mianowicie, szczątki ciał, które jeszcze przed chwilą składały się na żołnierzy z mojej kompanii, gdy tylko oblekły je kłęby mlecznobiałego mgło-gazu, zaczęły najpierw lekko drgać, a potem poruszać się jak żywe! Mój Boże, ta zaciskająca się na kolbie ręka była przecież urwana na wysokości łokcia. Albo głowa Brochetta. Chryste, została po nim sama głowa, a mimo to otwierał usta jak wyciągnięta z wody ryba i wodził na około gniewnym spojrzeniem!
Zakrztusiłem się histerycznym śmiechem. Napad takiego śmiechu, kiedy człowiek ma na głowie maskę przeciwgazową, może udusić, ale w zastanych okolicznościach jakoś nic a nic mnie to nie obchodziło. Prawdopodobnie nawet mnie tutaj nie ma, to wszystko to tylko zwidy, a ja albo umarłem, albo leżę gdzieś w szpitalu dla obłąkanych.
Nadeszli. Jeden z nich zatoczył się z wyciągniętą ręką w moim kierunku. Bóg mi świadkiem, spod strzępów jego twarzy widać było kości. Trup. Chodzący trup. W święto zmarłych. Cholera, co te szkopy znowu wymyśliły?! Uderzyłem go w głowę kolbą. Poleciał do tyłu i wyłożył się jak długi. Z oparów za nim wyłonił się kolejny. Strzeliłem mu z bliska w szyję. Jego łeb odskoczył do tyłu i zawisł mu na plecach. Trzymał się tylko na płacie skóry. Ale… Chryste, on szedł dalej do przodu! Coraz mocniej zanosząc się śmiechem zrobiłem dwa kroki w bok. Bezgłowy szkop polazł przed siebie wymachując rękoma w miejscu, w którym przed chwilą stałem. Ze śmiechu, co za tym idzie z barku tlenu, miałem przed oczami czarne plamy. Kolejne pary rąk wystrzeliły w moim kierunku.
Odwróciłem się na pięcie i próbowałem uciekać, ale prawie natychmiast zabrakło mi tchu. Potknąłem się o jakiś drgający korpus i upadłem twarzą w błoto. Chwilę potem poczułem na sobie ich ręce, pazury, zęby… Szalony sen, szalona iluzja!
Ten sen się nie kończy. Jest cholernie realny. Bolesny. Ciągle nic nie słyszę, chyba tamten wybuch na dobre rozerwał mi bębenki. Z wizją też nie najlepiej, ale przynajmniej odrzuciłem maskę. Nie jest mi już potrzebna. Teraz w ogóle nie oddycham. Idę na czele pochodu, póki wiatr gna podtrzymującą nas na nogach mgłę. Szczególne, dopadł mnie wielki głód żywego mięsa… Tak się składa, że wiem, gdzie są koszary pełne tłustych oficerów. Właśnie prowadzę tam moich nowych braci broni. Oni też są bardzo głodni… Ha ha. Haha ha. HahahaHAHAHAHAHAaa…
Sklep
Forum