"L O R E L E I"
- Moje życie jest nudne, szare i kompletnie nic mi się nie udaje - powiedziała Halina Kowalska, patrząc na kolejny odcinek jakiegoś nudnego serialu.
Dopiero po chwili dotarł do niej sens tych słów.
" Ja to powiedziałam ? - zdziwiła się w myślach - przecież nigdy dotąd..."
Tak, nigdy dotąd nie sprzeciwiała się losowi. Przyjmowała to, co jej niósł, niczego nie próbując zmienić .Zawsze pod kierunkiem rodziców, którzy wybierali jej szkoły i próbowali urzeczywistnić swoje ambicje za pomocą jej skromnej osoby.
"- Musisz się uczyć, Halinko - mawiała jej babcia, kiedy jeszcze żyła - nauka jest najważniejsza w życiu człowieka. Bez tego nigdy nie wyjdziesz na ludzi. "
- Co za pieprzenie ! - Wkurzyłasię Halina głośno. Znała przecież wiele osób, które bez specjalnie wysokiego wykształcenia zaszły dość wysoko, a przynajmniej dobrze zarabiały.
"- Założyłabyś wreszcie rodzinę - mówiła matka, kiedy Halina mieszkała jeszcze z rodzicami - wszystkie twoje koleżanki mają mężów i dzieci. Ludzie pytają mnie, czy zamierzasz zostać starą panną. "
Haliny nie obchodziło akurat, co ludzie mówią, ale mama zadręczała ją opiniami pani X, pani Y i niewiadomo kogo jeszcze. Poza tym, Haliną nikt się specjalnie nie interesował. A koleżanki, które miały mężów i dzieci, wyeliminowały ją ze swojego towarzystwa.
- Ta dziewczyna powinna studiować medycynę - mawiał ojciec, kiedy Halina kończyła liceum - zawsze chciałem być lekarzem, ale sami wiecie... Jakoś tak wyszło...
Ponieważ "jakoś tak wyszło", Halina musiała urzeczywistnić te marzenia. Niestety, jakoś tak wyszło, że trzy razy próbowała dostać się na medycynę i trzy razy jej się nie udało. Poza tym, medycyna zupełnie jej nie interesowała. Halina chciała zostać pisarką, sądziła, że pisze całkiem dobrze, ale rodzina szybko wyperswadowała jej te "pierdoły".
- Moja córka ma być porządnym człowiekiem, a nie jakimś darmozjadem ! - Darł się ojciec. - O czym ta dziewczyna w ogóle myśli ? Wzięłabyś się za szkołę, pracę, założyłabyś rodzinę !
- Tak, Halinko - powiedziała mama ze łzami w oczach, które miała na zawołanie ( łzy oczywiście ) - dlaczego musisz nas tak martwić ? Tak trudno nam cię wychowywać... tata ma rację, powinnaś pracować, mieć dzieci.
Jedno albo drugie do cholery !
" Nie, co się ze mną dzieje ? - pomyślała przerażona - nigdy w ten sposób nie myślałam."
Halina poszła na filologię niemiecką. Nie znosiła niemieckiego, ale tego akurat uczyła się w liceum. Uczyła się też co prawda francuskiego, ale rodzice stwierdzili, że francuski jest niemodny i studiowanie go nic Halinie nie da.
Na studiach wytrzymała trzy lata. Potem ojciec załatwił jej pracę w międzynarodowej chemicznej spółce. Dostała się tam tylko dlatego, że naprawdę miała talent do języków i niemiecki opanowała świetnie. Zarobki pozwoliły jej na wynajęcie mieszkania z dala od rodziców.
Atmosfera w pracy była taka sobie. To znaczy wszyscy byli fajni, ładni i zabawni. Modnie się ubierali, opowiadali kawały o blondynkach, bywali tu i tam. Nie pasowała do nich, zresztą nie starała się im przypodobać. Była sama, jak wszędzie.
Na nieszczęście kierownik spółki był kolegą jej ojca. Ojciec wiedział o wszystkich jej "obciachach". Raz po raz dzwonił do niej z pretensjami.
- Dlaczego nie zgodziłaś się zostać po godzinach ? Dlaczego odizolowałaś się od grupy tych miłych ludzi ? Dlaczego jesteś taka nieśmiała ?
Tych "dlaczego" było tak wiele, że przestała zwracać na nie uwagę. A w pracy nie zmieniło się nic. Przychodziła, odwalała swoje, wychodziła. Wiedziała, że patrzą na nią jak na dziwoląga, ale nie dbała o to.
Halina miała jeszcze siostrę, 11 - letnią Madzię. Madzia "zdarzyła się" rodzicom przez przypadek. Halina miała już wtedy 17 lat. W przeciwieństwie do Haliny, Madzia była oczkiem w głowie rodziców. Śliczna, zdolna, miła - wszyscy, którzy odwiedzali rodziców Haliny musieli słuchać tego do znudzenia, aż wreszcie sami zaczynali w to wierzyć. W rzeczywistości Madzia była złośliwym bachorem, ale tą prawdę znała tylko Halina.
Halina wyłączyła telewizor.
- Dość mam już tych cholernych bzdur ! - Powiedziała i poszła do kuchni, żeby zrobić sobie kawę.
- Nie powinnaś pić kawy później, niż o 16:00 - przypomniały jej się słowa matki.
Halina z premedytacją wsypała do garnuszka ze swoim imieniem trzy łyżeczki kawy. Była 20:00.
Z lustra w otwartych drzwiach szafy w przedpokoju patrzyła na nią druga Halina.
- Jak ja wyglądam ! - Jęknęła.
Właściwie to Halina nie była ani ładna, ani brzydka. Włosy w kolorze blond sięgały ramion, a nad czołem obcięte były w grzywkę. Dość ładne, gęste. Oczy niebieskie, pełne usta. Nigdy nie robiła makijażu, chociaż w łazience na półce zalegały kosmetyki.
- Nie maluj się Halinko - mawiała babcia -przyzwyczaisz się jeszcze do tego a potem nie będziesz mogła wyjść z domu bez tych okropnych mazideł na twarzy...
Jej strój... Różowa bluzka i czarna spódnica przed kolana. Wyglądała w tym okropnie. Wiedziała, że ma niezłą figurę, ale w czymś takim...
- Ubieraj się skromnie - mówiła babcia - każda kobieta powinna tak robić. Patrz jak okropnie wyglądają te wszystkie młode dziewczyny w swoich krótkich spódnicach i śmiesznych bluzeczkach !.
Halina chciała właśnie tak wyglądać. Chciała mnóstwa rzeczy, które kiedyś zostały jej zabronione, a teraz nawet nie odważyłaby się zrobić czegoś, co mogłoby nie podobać się jej rodzinie. Tak już została wychowana.
- Popatrz na siebie - powiedziała do lustra. - Masz 28 lat i nie osiągnęłaś w życiu niczego. Jesteś żałosna...
Nie, tak też źle ! Znowu zacznie płakać, a potem kilkudniowa depresja i wszystko wróci do poprzedniego, beznadziejnego stanu rzeczy. Zdjęła z siebie bluzkę, odrywając przy tym dwa guziki. Resztki bluzki wyrzuciła do kosza na śmieci. Niemal jednocześnie zabrzęczał telefon. Niechętnie podniosła słuchawkę.
- Halo ?
- To ja, mama - usłyszała. - Jutro sobota, masz wolne ?
Halina domyśliła się już w czym rzecz.
- Taaak - odparła przeciągle - a o co chodzi ?
- Przyjdź tutaj - głos matki zabrzmiał przymilnie - muszę wyjść około 13:00 i Madzia zostanie sama...
- To bardzo dobrze - powiedziała Halina chłodno - niech wreszcie zacznie się usamodzielniać.
- No wiesz ! - Oburzyła się matka. - Przecież to jeszcze dziecko !
- Piję kawę, mamo -oznajmiła Halina.
- Co mówisz ?
- Mówię, że piję kawę. Bardzo mocną.
- Och, przecież mówiłam ci coś na ten temat! Nigdy po 16:00 ! Z tobą zawsze były problemy, dziewczyno !
- Wyrzuciłam też tą różową bluzkę, którą dostałam od cioci Basi na imieniny - dodała.
- Och ! - jęknęła matka ze zgrozą. - Dlaczego to zrobiłaś?
- Dlatego, że bluzka była ohydna. Nie mogłam na nią patrzeć.
- Porozmawiamy o tym innym razem, dobrze ? No to jak z jutrem ? Przyjdziesz ?
- Nie.
- Dlaczego ?
- Mam swoje własne plany. Ja też mam prawo do odpoczynku.
- Ty masz plany ? - Roześmiała się matka. - Jakie ? Umówiłaś się z kimś, czy co ?
- Tak. Z kimś młodym i bardzo przystojnym - skłamała Halina. - Widzisz więc, że przyjść nie mogę.
- Ale... a kto odgrzeje Madzi obiad ? Ona sama nie umie.
- Więc naucz ją wreszcie czegoś, do cholery ! - Halina rzuciła słuchawkę, ale pomimo zdenerwowania chciało jej się śmiać.
Wyobraziła sobie zgorszoną, obrażoną minę matki. Pewnie zaraz zadzwoni ojciec, żeby przywołać ją do porządku. Dobrze, niech dzwoni.
Zajęła się tym, czym zwykle zajmowała się w piątek wieczorem, czyli trochę sprzątała, nastawiła pralkę, próbowała ugotować obiad na samotny weekend. Wzięła szybką kąpiel. Akurat wycierała się już, kiedy zadzwonił telefon.
" Tato " - pomyślała i pobiegła odebrać.
W słuchawce coś trzeszczało strasznie. Minęła chwila, zanim Halina usłyszała głos, a i wtedy brzmiał on jakby dobiegał z daleka, bardzo daleka. Trzaski w słuchawce przycichły trochę.
- Halina ? - Zapytał głos. - To ty ?
- Tak - przyznała. - A kto mówi ?
- Musisz przyjść dzisiaj w nasze dawne miejsce, musisz koniecznie, inaczej wszystko będzie stracone...
- Halo, kto mówi ? - Zaniepokoiła się Halina, gdyż głos ten zupełnie nie był jej znany.
- Zajrzyj na środkową półkę w szafie po lewej stronie, zapamiętaj - poinstruował ją kobiecy głos. - Znajdziesz tam coś.
- Kim pani jest ?
Trzaski ucichły zupełnie i Halina już przestraszyła się, że kobieta przerwała połączenie.
- Musisz przyjść dzisiaj w nasze dawne miejsce - powtórzyła znowu - twój instynkt cię zaprowadzi. Nie zwlekaj ! I zrób wreszcie coś z tym, co leży na środkowej półce. Za długo czeka.
Rozległ się dźwięk odkładanej słuchawki. Halina, w najwyższym stopniu zdumiona, machinalnie podeszła do szafy i otworzyła ją szeroko. Środkową półkę po lewej stronie zajmowały rzeczy, których prawie nie używała. Eleganckie obrusy, serwetki, dwie sztuki ubrań, kupionych pół roku temu (do tej pory nie ośmieliła się ich założyć ). Wszystko to wyrzuciła bezceremonialnie na podłogę. Jest !
- Myślałam już, że cię wyrzuciłam - powiedziała z lekkim wzruszeniem.
Trzymała w dłoniach swoją własną książkę, a raczej maszynopis, którego nigdy nigdzie nie wysłała. Przyjaciele wyperswadowali jej to. Książka ta była powieścią o czarownicach, a raczej o dziewczynie, która pewnego dnia spotyka prawdziwą czarownicę, zmarłą trzysta lat temu. W dodatku okazuje się, że obydwie - i dziewczyna i czarownica - są ze sobą spokrewnione w prostej linii. Potem następuje odkrywanie w sobie niezwykłych zdolności itd, itp.
Halina pożyczyła tą książkę swojej Najlepszej Przyjaciółce, Która Życzyła Jej Bardzo Dobrze. Po kilku dniach Przyjaciółka oddała jej książkę.
- Dawno nie czytałam takich bzdur - oznajmiła. - Nie wygłupiaj się Halina, nikt ci takiej książki nie wyda. To taki niemodny temat ! Weź się lepiej za życie, znajdź sobie kogoś...
Jednak Halina jakoś nie potrafiła "znaleźć sobie kogoś". W dziwny sposób ta czynność przerastała jej możliwości. Nie przysparzały jej też popularności zainteresowania. Kiedy zaczynała rozmawiać z potencjalnym kandydatem na "kogoś" na temat parapsychologii, magii, itp., kandydat ten szybko się zmywał. Próbowała udawać słodką idiotkę, ale wtedy samaźle się czuła, szybko więc przestała.
Może trudno w to uwierzyć, ale Halina w wieku 28 lat wciąż była dziewicą.
A propos książek... Najlepsza Przyjaciółka, Która Życzyła Jej Bardzo Dobrze, podarowała Halinie na imieniny ładnie wydaną książkę na temat ( między innymi ) pozytywnego myślenia.
- Przeczytaj to - doradziła - to książka napisana przez kobietę dla kobiet. Mogłabyś próbować napisać coś w tym stylu, choć nie sądzę, byś zrozumiała z niej cokolwiek...
Książka zawierała rady, typu : "powtarzaj sobie co rano, że jesteś młoda, piękna i bogata", lub opisy czynności ,mających doprowadzić każdą kobietę do superorgazmu. Nadal stała na półce...
Halina ze złością przetargała książkę na pół i wrzuciła ją do kosza na śmieci.
- Dość już mam tych pierdół ! - Powiedziała ze złością.
Pieszczotliwie pogłaskała swoją własną książkę. Musi spróbować wydać ją w jakiś sposób.
Przypomniały jej się słowa kobiety, nakazujące jej iść w "dawne miejsce". Dawne miejsce... Cóż to mogło być ? Dawne Miejsce...
Jej wzrok padł na książkę. Ależ tak ! Sama przecież opisała wzgórze za miastem jako "dawne miejsce", ale w takim razie... Poczuła coś w rodzaju nieprzyjemnego lęku. Przecież oprócz niej i Najlepszej Przyjaciółki, nikt nie czytał jej książki. Strach i dziwne podniecenie splotły się w jedno. Już wiedziała, dokąd powinna pójść. Nie wiedziała tylko, czy starczy jej odwagi.
Sama nie bardzo zdając sobie sprawę z tego, co robi, wzięła prysznic i zaczęła ubierać się pośpiesznie. Te dwie części garderoby, których nigdy nie śmiała ubrać. Wąskie czarne spodnie ( zbyt wąskie w niektórych miejscach) i tegoż koloru równie obcisła bluzka.
Przejrzała się pośpiesznie w lustrze, a efekt zadziwił ją bardzo. Potem przyniosła z łazienki wszystkie kosmetyki i zrobiła sobie makijaż godny Egipcjanki.
- Właściwie to jestem całkiem, całkiem - powiedziała, przeglądając się w małym lusterku.
Tylko paznokcie wyglądały beznadziejnie. Połamane, kruche... Ale na szczęście przypomniała sobie, że niedawno kupiła tipsy z okazji zaproszenia ( nadziei na zaproszenie ) na imieniny Najlepszej Przyjaciółki. Najlepsza Przyjaciółka zaprosiła wszystkich, tylko nie ją. Na samą myśl zrobiło jej się niebezpiecznie przykro.
- Nie mogę się przecież rozpłakać - powiedziała - mam makijaż.
Telefon zadzwonił akurat w tej chwili, kiedy kończyła kłaść ostatnią warstwę czerwonego lakieru na sztucznych, długich paznokciach. Ledwo podniosła słuchawkę, już usłyszała głos ojca.
- Właśnie wróciłem do domu ! - Wrzeszczał prawie. - I dowiedziałem się od mamy, co zrobiłaś!
- Naprawdę ? - Udała zdziwienie. - A co zrobiłam ?
- Nie bądź bezczelna ! Odmówiłaś mamie pomocy i powiedziałaś coś nieuprzejmego !
- Odczep się tato - zdenerwowała się - powiedziałam tylko prawdę. Nie mam czasu. Teraz też nie, ponieważmaluję paznokcie.
- Dowiedziałem się, że Iwonka nie zaprosiła cię na swoje imieniny ! To twoja wina dziewczyno, że ludzie cię nie lubią !
Iwonka - czyli Najlepsza Przyjaciółka.
- Co do Iwony, to ktoś nagadał ci głupot - powiedziała Halina spokojnie - wręcz błagała mnie, bym do niej przyszła, ale odmówiłam. Dość już mam towarzystwa kabotynów z Iwonką na czele. Poza tym, wychodzę za chwilę i nie mam czasu na rozmowy.
- Dokąd ?! Przecież jest 22:00 !
- No właśnie - podchwyciła. - Gdzie się włóczyłeś do tej pory ? Pracę, jak mi się zdaje, kończysz o 17:00 - po tych słowach rzuciła słuchawką i wróciła do malowania paznokci. Telefon dzwonił jak opętany, ale zignorowała go.
Samotnie wyszła w noc. Był koniec maja, wiał lekki wiatr, ciepły zwiastun lata. Nie oglądając się za siebie szła, coraz dalej i dalej. Mieszkanie na obrzeżach miasta w tym wypadku okazało się plusem. Wzgórze znajdowało się za lasem, kawałek za miastem. Droga przednią nie była długa, raczej dość... nieprzyjemna. Halina wolno weszła za gęstą zasłonę drzew na skraju lasu. I od tej chwili, zaczęła dziać się najdziwniejsza przygoda jej życia...
Nie pamiętała swojej podróży na wzgórze. Chwilami zdawało jej się, że biegnąc, pada na ziemię, przemienia się w wilka i przemierza las na czterech łapach. Widziała leśne ścieżki i rozkołysaną wiatrem, bujną roślinność, przybierającą dziwne kształty. Cudownie było widzieć to wszystko z perspektywy drapieżnika, nie mniej dzikiego, niż te leśne ostępy, niż roślinność, przybierająca kształty... Były chwile, kiedy wilk stawał się tylko jej przewodnikiem, a ona biegła za nim niedostępnymi dla ludzi ścieżkami. Widziała siebie jako dziwną postać, jakby namalowaną szybkimi pociągnięciami pędzla. Tak, jakby oglądała animowany film, zresztą... Wszystko było takie nieprawdopodobne, dziwne...
Namalowane miasto oddalało się ze swoimi światłami, namalowany las cofałsię i rozstępował przed namalowaną kobietą.
Ktoś złapał ją za ramię.
- Nie śpiesz się tak - usłyszała głos za sobą.
Odwróciła się gwałtownie. Tuż za nią stała kobieta mniej więcej w jej wieku.
"Miała na sobie długą, ciemną suknię, której wygląd oceniłam na początek XVII wieku. Była bardzo drobna, jej śniada twarz o drobnych, ostrych rysach sprawiała dość dziwne i niesamowite wrażenie. Czarne oczy połyskiwały pod długimi rzęsami. Ale najwspanialsze były jej włosy, kruczoczarne, lśniące, sięgały jej do ud, opadając obfitymi falami na twarz, szyję i ubranie. Kobieta odgarnęła włosy z twarzy i uśmiechnęła się do mnie. Pierwszą moją myślą było >>jakże chciałabym wyglądać, tak, jak ty".
- To zupełnie tak, jak w mojej książce ! - Halina nie była świadoma, że mówi to głośno.
Kobieta przyjrzała się jej dokładnie.
- No widzisz - powiedziała z uznaniem - teraz jest całkiem nieźle. Powinnaś wcześniej to zrobić.
Halina niepewnie pogłaskała opuszkami palców swoją twarz.
- Tak, o tobie mówię - uśmiechnęła się kobieta. - Widzisz tu kogoś innego ?
- Ciebie.
- Daj spokój ! - machnęła ręką.
Niemal siłą prowadziła Halinę na wzgórze.
- Kiedyś to wzgórze było o wiele wyższe - powiedziała z nutą żalu w głosie - miasto też nie stało tak blisko. Wszystko się zmienia. Na gorsze, niestety.
Po dziesięciu minutach dość forsownego marszu znalazły się na szczycie wzgórza, skąd był doskonały widok na miasto, rozjarzone teraz światłami, na las ( z biegiem czasu coraz mniejszy ) i małe jezioro na południe od ich punktu obserwacyjnego. Wiatr rozwiewał długie włosy kobiety.
"- Mam na imię Luba - powiedziała".
- Tak, wiem - przyznała Halina - przecież napisałam tą książkę. Znam dobrze jej treść.
- Niezupełnie - odparła Luba. - Przecież mimo wszystko, nie rozumiesz tego, co się dzieje, prawda ?
- Nie rozumiem - przyznała Halina.
- To książka o tobie - powiedziała Luba - nieświadomie stworzyłaś postać, która tak bardzo przypominała ciebie... Dokładnie oddałaś swą postać i to wszystko stało się tak żałosne, że postanowiłyśmy ci pomóc.
- My, to znaczy, kto ?
- Och, wiesz doskonale. Przecież o nas napisałaś, moja droga. Na razie jest jeszcze za wcześnie, byśmy mogły spotkać się wszystkie razem. Ale ten czas nadejdzie, zobaczysz.
- Jak postanowiłyście mi pomóc ?
- Przypomnij sobie, ile razy ostatnio miałaś okazję zbuntować się przeciw temu, co dzieje się w twoim życiu. Zrobiłaś to dopiero dzisiaj, no cóż, lepiej późno, niż wcale, choć w twoim przypadku jest za późno o jakieś dwadzieścia lat.
Halina zastanowiła się i musiała przyznać Lubie rację.
- No dobrze, zachowywałam się beznadziejnie. Byłam bezwolna, bezsilna, masz rację. Nie wykorzystałam żadnej szansy. Nigdy się nie zbuntowałam, nie przeciwstawiłam nawet najgłupszym pomysłom rodziców albo znajomych. Jak posłuszne cielę robiłam to, co mi kazano. Tak zostałam wychowana.
- To nie jest wytłumaczenie - odparła Luba - dużo w tym twojej winy. Pozwoliłaś się tak wychować.
- Przypuśćmy, że masz rację. Powiedz mi jednak : dlaczego wam, czarownicom tak zależy na mnie ?
Luba uśmiechnęła się tajemniczo.
- Jesteś jedną z nas, moja droga - powiedziała po chwili. - Jesteśmy spokrewnione ze sobą w prostej linii. Nie masz pojęcia, jak długo czekałam na kogoś, kto miałby taki talent i wyobraźnię, jak ty.
- To ja mam jakiś talent i wyobraźnię ?
- Świetnie piszesz. Tak świetnie, że postanowiłam ci trochę pomóc i podpowiedzieć parę pomysłów. Na ogół przychodziły we śnie, prawda ?
Halinie całkiem już opadły ręce.
- To byłaś ty ?
- Wyobraź sobie. Ale książka to twoja zasługa. Jesteś naprawdę dobra.
- Dlaczego nie przyszłaś do mnie wcześniej ? Potrzebowałam paru dobrych słów.
- Czekałam, aż zrobisz wreszcie coś ze sobą, zamiast tylko na okrągło się użalać. To niegodne czarownicy. Czarownica powinna być dumna i silna, mieć niezmąconą poczuciem winy i niepewnością wolę, dzięki której może dokonywać rzeczy ,dla zwykłego człowieka niemożliwych. Musisz być silna i pewna siebie, jeżeli chcesz wydobyć na zewnątrz to, co w tobie najlepsze.
- Luba, nie rozumiem cię... Przecież ja nie jestem czarownicą.
- Skąd wiesz ? Próbowałaś pokierować swoim życiem według swojej woli ? Nie sądzę. Przyjmowałaś to, co ci podawali jak na dłoni twoi rodzice, rodzina i przyjaciele. Odkryj w sobie wiedźmę, tak, jak ja zrobiłam to kiedyś. Ty jesteś w lepszej sytuacji. Ja, kiedy miałam 28 lat, właśnie zakończyłam swoje ziemskie życie. Czas na ciebie. Wszystko zależy teraz od ciebie, droga Lorelei.
- Lorelei ?
- Tak cię nazywamy. Na cześć jednej z nas. Udowodnij, że jesteś godna tego imienia.
- Wiesz dobrze, że brakuje mi czegoś istotnego, by być do końca pewną siebie i... szczęśliwą - powiedziała Halina. - Lorelei.
- Tak - przyznała Luba - brakuje ci miłości, w każdym tego słowa znaczeniu. Ona przyjdzie już wkrótce i olśni cię swoją wspaniałością. Wiem, co mówię. To, czego potrzebujesz, zjawi się.
- Pewnie znowu zakocham się bez wzajemności, jak rok temu.
- Teraz ja czuwam nad tobą i będę dbała o wszystko -odparła Luba z diabelskim błyskiem w oczach - nie pożałujesz, że się tobą zajęłam.
Usiadły na trawie i parzyły na śpiące miasto.
- Ten świat był kiedyś piękniejszy - powiedziała Luba ze smutkiem. - Co się z nim dzieje ? Nazywacie lasami kilka nędznych drzew, budujecie paskudne domy, ubieracie się okropnie ! - Wzdrygnęła się. - Z tobą namęczyłam się strasznie. Ilekroć próbowałam nawiązać jakiś kontakt, ty siedziałaś i gapiłaś się w ten twój... jak mu tam... telewizor, obserwując wymyślone problemy wymyślonych ludzi.
- Książka często jest przecież tym samym.
- Nie, moja droga. Książka ma swoją wartość. Sama doskonale to wiesz. Kiedy ostatnio przeczytałaś cokolwiek ?
Lorelei musiała przyznać ze wstydem, że dość dawno temu.
- Trzeba to zmienić. Widzę, że przede mną ciężka praca - westchnęła Luba. - No cóż, miło przynajmniej zająć się czymś innym, niż tylko straszenie gówniarzy palących ogniska na NASZYM wzgórzu.
Lorelei roześmiała się.
- Naprawdę to robisz ? Słyszałam kilka historii o tym, że to wzgórze jest nawiedzone, ale nie sądziłam...
- Ani ja, ani żadna z moich sióstr czarownic nie pozwoli na profanowanie naszego świętego miejsca. Nie zniesiemy tu wstrętnej obecności ludzi, tym bardziej, jeżeli niektórym z nich wydaje się, że potrafią czarować.
- Gdybyś jeszcze mogła nastraszyć moją... Najlepszą Przyjaciółkę !
Luba spojrzała na nią surowo, a potem uśmiechnęła się.
- Zobaczę, co da się zrobić - obiecała.
Chwilę jeszcze rozmawiały, potem Luba wstała.
- Muszę już iść - powiedziała - zostań tu do świtu i nie bój się, nic ci nie grozi.
- Mam nadzieję, że zobaczymy się jeszcze...
- Owszem, pewnie nie jeden raz. Tylko błagam cię, nie zmień się znowu w Halinkę, która wszystkim daje się wykorzystywać.
Luba odwróciła się i zaczęła schodzić w dół, południowym zboczem wzgórza. Jej włosy wirowały na wietrze.
Lorelei w milczeniu patrzyła na miasto, teraz takie jej obce. Nie myślała właściwie o niczym. Nie było przecież sensu myśleć o tym, co zdarzyło się w przeszłości, skoro nie było to nic dobrego, ani ciekawego. Jedyne, co mogło wypełnić jej myśli, to to, co stało się dzisiejszej nocy. Gdyby odważyła się opowiedzieć komuś o tym, pewnie uznałby ją za wariatkę. Kończył się przecież XX wiek, a ona...
Zanim nastał świt, obiecała sobie, że coś zrobi ze swoją książką... albo przynajmniej spróbuje coś zrobić.
Kiedy wzeszło słońce, podniosła się z ziemi, zmarznięta nieco, zeszła ze wzgórza i ruszyła przez las, ku miastu. Teraz, za dnia, las nie wydawał jej się taki gęsty i dziki. Szybko dotarła do bardziej "cywilizowanych" okolic. Na terenie swojego osiedla spotkała kilka osób wracających skądś, lub dopiero idących. Wszyscy patrzyli na nią ze zdziwieniem. Tym jednak razem miała to głęboko gdzieś.
Drżącymi dłońmi otworzyła drzwi i weszła do mieszkania. Co za noc !Teraz marzyła tylko o śnie. Weszła do łazienki i popatrzyła w lustro. Patrzyła na nią zupełnie inna twarz. Nie była to może twarz piękna w sposób, w jaki większość ludzi pojmowała piękno. Było w niej jednak coś fascynującego, coś dzikiego. Coś, co sprawiało, że przy tej niezwykłej twarzy bledną inne, nawet te piękne. Z żalem zmyła swój wspaniały makijaż, ale jednak... pierwszy krok już został uczyniony. Teraz patrzyła na siebie, zupełnie innymi oczami.
Zanim zdążyła pomyśleć o czymkolwiek, już leżała na niepościelonym łóżku i spała głębokim snem.
Obudził ją ostry dźwięk dzwonka telefonu. Bardzo niechętnie zwlokła się z łóżka i podniosła słuchawkę.
- Tak ?
- Halina ! - To głos ojca. - Musimy porozmawiae o tym, co stało się wczoraj ! To nie może zostać pominięte milczeniem.
- Ale co takiego ? - Zdziwiła się szczerze, jeszcze na pół śpiąca.
- Jak to, co ? Twoje wczorajsze zachowanie...
- Jesteś taki monotematyczny, tato - jęknęła - przecież jest środek nocy, nie moglibyśmy odłożyć tej rozmowy do rana ?
- Jaki środek nocy ? Jakie rano ? Dziewczyno, ty sama nie wiesz, co wygadujesz ! Jest dwunasta.
- No właśnie, dwunasta, dopiero dwunasta ! - zaakcentowała wyraźnie - w wolny dzień to jest dla mnie środek nocy. To na razie, odezwij się później. Pa !
Odłożyła słuchawkę, dla pewności odłączyła telefon i od nowa położyła się spać.
Ostatecznie wstała o 15:00. Posiliła się jedynie gorącą herbatą, zresztą na nic innego nie miała ochoty. Telefonu nie włączyła, nie miała zamiaru wysłuchiwać głupiego gadania. Przejrzała swoją książkę, tu i ówdzie wprowadzając poprawki. Telewizor starała się obchodzić z daleka.
Wieczorem usiadła w fotelu z zamiarem obejrzenia sobie filmu. Nie mogła znieść ciszy w domu. Kiedy film się zaczął, wyłożyła wygodnie nogi na stół, lecz jej wzrok padł nie na ekran, tylko na pustą szklankę po drinku, którego wypiła przed chwilą.
- Odkryć w sobie wiedźmę - szepnęła Lorelei do siebie. - Spróbujmy najpierw w ten sposób.
Kucnęła na podłodze i utkwiła skupiony wzrok na szklance, stojącej po drugiej stronie stołu. Wytężyła wszystkie swoje siły i do bólu wpatrywała się w nią. Oczywiście nic się nie stało.
Lorelei nie zrezygnowała jednak. Znowu wpatrzyła się w szklankę. Przypomniała sobie, że powinna oczyścić wcześniej swoje myśli. Przynajmniej takie rady dawały zawsze gazety i książki.
To okazało się trudne. Niemniej jednak, w końcu udało jej się skoncentrować tylko i wyłącznie na szklance. I stało się. Szklanka szybko pomknęła po śliskim, różowym obrusie i roztrzaskała się, upadając na podłogę.
Lorelei z radości zaczęła podskakiwać i wykrzykiwać jakieś nieartykułowane słowa. Pobiegła do kuchni i przyniosła kolejną szklankę. Zrobiła z nią to samo, co z pierwszą, ale tym razem szybciej. Potem przyniosła następną i następną. W ten sposób straciła dziewię szklanek. Jakoś nie umiała ich zatrzymać, ale to jej na razie nie przeszkadzało. Pobiegła po dziesiątą szklankę, ale wtedy przypomniała sobie, że ma akurat dziesięć, więc zrezygnowała. Mniej więcej godzinę zajęło jej wydłubywanie drobnych szkiełek z dywanu, ale i tak była szczęśliwa.
- Będę czarownicą - powiedziała sobie, kiedy już leżała w łóżku - a kiedy wreszcie się nią stanę, spełni się reszta moich marzeń.
Niedzielę świeżo upieczona czarownica postanowiła spędzić z rodzicami. Teraz nie bała się już ich wiecznych docinków i złośliwości. Uważała, że powinni poznać ją taką, jaką jest teraz. Tak bardzo chciała ich zaszokować, wręcz przerazić.
Wyciągnęła z szafy całkiem niemodną, czarną sukienkę do kostek. Kupiła ją jakieś 2-3 lata temu, ale nigdy nie ubrała. Zrobiła to właśnie dziś. Wyszła z domu i zamiast na pętlę autobusową, udała się na postój taksówek. Dzisiaj nie chciało jej się czekać.
Już na parterze klatki schodowej słyszała gwar rozmowy. A przede wszystkim afektowany, wysoki głos cioci Basi, tej od różowej bluzki. Powoli, nie śpiesząc się, wyszła na drugie piętro i zapukała do drzwi. Niemal natychmiast otworzyły się. Po drugiej stronie stała mama z obrażoną miną.
- A, to ty - powiedziała obojętnie.
- Oczywiście ! Jak miło, że to zauważyłaś mamo - w przelocie cmoknęła ją w policzek i jak burza wpadła do pokoju "gościnnego", pozostawiając zdumioną matkę samą sobie.
W pokoju siedziały trzy osoby : Magda, grzebiąca łyżką w talerzu ( jak zwykle zresztą ), naburmuszony ojciec i ciocia Basia w obcisłym, białym kompleciku z nową ohydną trwałą na głowie.
- No, przyszłaś wreszcie ! - Powiedział ojciec. - Siadaj, porozmawiamy sobie !
- Na razie muszę zjeść - odparła. - Nigdy nie zaczynam rozmowy na pusty żołądek, no chyba, że to coś ważnego. Czyżbyś nie znał mojego starego przyzwyczajenia ?
- Nigdy nie miałaś takiego przyzwyczajenia.
- Naprawdę ? - Zdziwiła się. - W takim razie to moje nowe przyzwyczajenie - i nie czekając na odpowiedź wyszła do kuchni.
Wróciła po chwili z talerzem, który ledwie mógł pomieścić lwią porcję. Usiadła i nie zwracając uwagi na nikogo, zaczęła jeść.
- Nie przywitasz się nawet z ciocią Basią ? - Nie wytrzymał ojciec.
- Przecieű powiedziałam dzień dobry - odparła - głusi jesteście, czy co ?
- Nie bądź bezczelna ! Czy ty wiesz, Basiu, jak ona wczoraj ze mną rozmawiała ? Pamiętasz to, bezczelna dziewczyno ?!
- Pewnie, że pamiętam - odparła z pełnymi ustami - poza tym, to było przedwczoraj.
- Czy na pewno to pamiętasz ?
- Ojej, przecież mówię ! - Zniecierpliwiła się. - Mam ci przeliterować tą rozmowę, czy jak ? Ludzie, dajcie mi zjeść !
- Zachowanie tej dziewczyny przechodzi ludzkie pojęcie ! Słyszałaś Basiu ?
Ciocia Basia uśmiechnęła się obojętnie.
- Wiem tylko, że Agniesia nigdy by się tak nie zachowała - odparła.
Osoba o denerwującym zdrobnieniu imienia Agnieszka była córką cioci Basi. O tej dziewczynie mówiło się w samych superlatywach. Matka stale stawiała ją Lorelei za wzór.
"- Patrz na Agnieszkę - mówiła - jaka to mądra i ładna dziewczyna."
Niedobrze mogło się od tego zrobić.
Tym razem jednak to Lorelei spojrzała na ciocię Basię i uśmiechnęła się chłodno.
- A co, przeszła już okres dojrzewania ? - Zapytała.
- Agnieszka ma już 19 lat ! - Oburzyła się ciocia Basia. - I nigdy nie miałam z nią problemów. Twoi rodzice też by ich z tobą nie mieli, gdybyś znalazła sobie kogoś, jak każda dziewczyna.
- Mam już kogoś - skłamała Lorelei i postanowiła w jakiś sposób zemścić się na cioci Basi. Skoncentrowała się na szklance ciepłej kawy, stojącej przed ciotką.
- Co się stało z różową bluzką, którą dostałaś ode mnie na imieniny ? - Zapytała nagle ciotka.
- Psuła mój image, więc ją wyrzuciłam - odparła spokojnie Lorelei.
Ojciec i ciotka pomijali Lorelei wyniosłym milczeniem, co zresztą było jej na rękę. Skupiła się na szklance, w myślach życząc ciotce jak najgorzej. Szklanka przesunęła się o parę milimetrów. Jeszcze trochę... jeszcze odrobina wysiłku i...
- Och, jak to się stało ?! - Rozpaczliwy głos ciotki zadźwięczał piskliwie - moja spódnica ! Nie macie pojęcia ile to kosztowało !
- To niech ciocia kupuje na drugi raz w Taniej Odzieży - powiedziała Lorelei, patrząc z nieukrywaną radością na paskudne brązowe plamy na nieskazitelnej bieli bluzki i spódnicy.
- To ona zrobiła ! - Zawołała Magda. - To Halina ! Widziałam, jak wpatruje się w szklankę ! To czarownica, tato !
- Przestań pieprzyć bzdury ! - Krzyknęła Lorelei. - Jak można w ogóle coś takiego wymyślić ?! Ja miałabym przewracać szklanki z kawą na odległość ? Muszę do ubikacji, wybaczcie.
Z prawdziwą ulgą wyszła z pokoju. Przechodząc przez przedpokój rzuciła przypadkowe spojrzenie na wiszące w nim lustro. W srebrnej tafli mignęły jej fale czarnych włosów. Lorelei przystanęła i doznała dziwnego uczucia... Zamiast niej w lustrze była Luba. Patrzyła na nią i uśmiechała się z aprobatą. Lorelei uśmiechnęła się także.
Wracając z łazienki spojrzała znowu, ale zobaczyła tam tylko swoje odbicie.
Atmosfera nie zmieniła się wcale. Ojciec dalej siedział obrażony, Magda grzebała w talerzu, a ciocia miała niemal łzy w oczach z powodu kompleciku. Lorelei stanęła w drzwiach.
- Idę już - powiedziała - trochę tu nudno.
Weszła jeszcze do kuchni, by pożegnać się z matką.
- Mamo...
Matka zawzięcie mieszała coś w garnku i nie odwróciła się.
- Dość mam twoich humorów - powiedziała Lorelei i wyszła bez pożegnania.
Wracając do domu z trudem powstrzymywała się od śmiechu na samo wspomnienie niedzielnego obiadu.
Wieczorem postanowiła znowu spróbować swych nowo odkrytych magicznych sił. Potrafiła przesuwać przedmioty ( co prawda na razie tylko szklanki, ale to zawsze jakiś plus ), może teraz nauczyć się je podnosić ?
Na środku dużego pokoju, Lorelei postawiła krzesło, a na nim położyła książkę. Trzeba zacząć od lekkich przedmiotów, po co się przemęczać ? Usiadła na podłodze i skupiła się na książce. Wytężała wszystkie siły, ale nic nie chciało się stać. Ponowiła wysiłki, czując nadchodzący ból głowy. Tak... Teraz coś wreszcie się zaczęło ! Przez chwilę czuła się tak, jakby wkraczała w inny wymiar, jakby jej ciało przestało cokolwiek ważyć. A potem zrobiło się ciemno.
Lorelei klnąc i potykając się znalazła jakieś resztki świec i zapaliła je. Wyjrzała przez okno. Na całym osiedlu nie było prądu.
- Cholera ! - westchnęła. - Ale się urządziłam. Jaka ze mnie idiotka.
Około północy usiadła przy oknie i patrzyła na oświetlone płomieniami świec okna wieżowców.
- I pomyśleć, że to wszystko przeze mnie - westchnęła z lekką dumą.
Rano, na szczęście, pojawił się prąd. Lorelei obudziła się w oświetlonym pokoju. Na środku wciąż stało krzesło z nieszczęsną książką. Za oknem było całkiem jasno. Budzik, którego zapomniała wczoraj nastawie wskazywał 7:55. O 8:00 zaczynała pracę.
Makijaż zajął jej 20 minut. Cóż, była nieprzyzwyczajona... Z braku lepszych pomysłów ubrała się tak, jak na wzgórze, w nocy z piątku na sobotę.
W pracy zjawiła się jako ostatnia i wzubdziła swoim wejściem niemal furorę. Wszyscy gapili się na nią, jakby widzieli ją pierwszy raz. I to nie tylko mężczyźni. Lorelei usiadła spokojnie przy biurku i przeglądała ( mało uważnie ) teksty jakichś przemówień. Niespodziewanie przysiadła się do niej Beata, największa plotkara, jaką Lorelei znała.
- Coś ty z sobą zrobiła, Halina ? - Zapytała. - Wyglądasz tak...tak...
- Jak ?
- No, tak inaczej. Całkiem ładnie. Nie sądziłam...
- To może zacznij wreszcie sądzić - odparła chłodno Lorelei. - Myślałaś, że zawsze będę taka beznadziejna ? Nie ma już tła, na którym można by się wybijać ?
- No co ty ? - Oburzyła się Beata. - Nigdy tak o tobie nie myślałam. Szkoda, że nie było cię na imprezie u Iwony.
- A co, było aż tak fajnie ? - Zapytała Lorelei z przekąsem.
- Było co najmniej...dziwnie.
- O ! - Lorelei zaciekawiła się. - Sziwnie ? A co było tam takiego dziwnego ? Ktoś miał głupią fryzurę, albo przyszedł bez majtek?
- Nic z tych rzeczy. To, co się działo, było co najmniej niesamowite. Muzyka wyłączała się sama, szklanki z napojami przewracały. Niektórzy mówią nawet, że kiedy chcieli coś zjeść, talerze odsuwały się spod ich rąk.
- Wstydź się, Beata - przerwała Lorelei karcąco. - W dzisiejszych czasach wierzyć w takie pierdoły !
- Nie uwierzyłabym, gdybym sama tego nie widziała ! - ciągnęła niezrażona Beata. - Przysięgam, e to wszystko prawda ! Ale najgorsze stało się dopiero później. Z Iwoną...
- No właśnie. Dlaczego jej dzisiaj nie ma ? Dopiero teraz zauważyłam - dodała niedbale.
- Wiesz, jaki Iwona ma dom. Ma chyba ze dwa piętra. No więc Iwona w trakcie imprezy poszła po coś na górę. Za chwilę usłyszeliśmy jej krzyk. Zaczęła zbiegać po schodach, wyraźnie przerażona i wtedy przewróciła się i złamała rękę. Wiem, że zabrzmi to głupio ale to wyglądało tak, jakby ktoś niewidzialny po prostu ją popchnął !
- Ach tak ! - Mruknęła Lorelei i z trudem powstrzymała śmiech, gdyż domyśliła się udziału Luby w tym zdarzeniu. - Może po prostu byliście bardzo pijani i ulegliście zbiorowej halucynacji ?
- Wszyscy powiedzą ci to samo ! - Odparła Beata. - Ale tak swoją drogą to strasznie było nam cię żal. Iwona postąpiła okropnie, nie zapraszając cię na imieniny. Przecież jesteś jej przyjaciółką.
- Byłam - poprawiła Lorelei - teraz nie potrzebuję takich "przyjaciół". Waszej litości też nie. Spędziłam ten weekend ciekawiej, niż większość z was spędziła ostatnie pół roku !
- Tak ? Opowiedz! - Beata omal nie umarła z ciekawości. - Za tym musi kryć się jakiś mężczyzna...
- Dlaczego musi ? Ludzie inteligentni potrafią bawie się w każdym towarzystwie, a nawet zupełnie sami. Zresztą nie mam czasu, tyle mi się nazbierało roboty - z niechęcią odrzuciła stertę papierów. - Porozmawiamy kiedy indziej.
- Wiesz, kto jeszcze był na imprezie ? - Beata nie dawała za wygraną .
- Nie mam pojęcia.
- Marek - odparła tajemniczo - ten, w którym się kiedyś zakochałaś. Pamiętasz na pewno. Oczywiście on potraktował cię okropnie, kiedy przeczytał nam twój list...
- Marek ? - Przerwała Lorelei. - Czy to przypadkiem nie ten niedorobieniec, który przyłaził tu jakiś rok temu ?
- No tak - odparła Beata zbita z tropu - przecież mówię. Byłaś w nim zakochana.
- Coś ciężkiego musiało spaść mi na głowę - westchnęła Lorelei. - Wprawił sobie wreszcie tego zęba ?
- Nie, chyba nie.
- Pewnie dalej opowiada wam bzdury, że przewrócił się na schodach - zauważyła tajemniczo Lorelei - tymczasem było zupełnie inaczej...
Beata przysunęła się bliżej, zaciekawiona.
- Jak ?
- Jakiś facet nakładł mu po gębie. Marek dobierał się do jego żony, no i dostało mu się, ale do tego nigdy się nie przyzna. A teraz przepraszam cię, Beata, naprawdę mam dużo pracy.
Beata odeszła, pragnąc, jak najszybciej podzielić się zasłyszaną wieścią. Lorelei zadowolona, że się jej pozbyła i przy okazji zemściła na Marku, zabrała się za pracę, której wcale nie było aż tak wiele.
W pewnej chwili podniosła głowę i zobaczyła dziwny widok. Przy jednym z komputerów siedział Tomek, największy przystojniak w firmie. Zdenerwowany przepisywał coś, a za jego plecami stała niewidzialna dla wszystkich ( prócz Lorelei ) Luba i wyciągając rękę ponad jego ramieniem, przyciskała coś bez przerwy.
- Co się do cholery dzieje z tym komputerem ! - Nie wytrzymał wreszcie.
Lorelei uśmiechnęła się szeroko do Luby.
- Z czego się śmiejesz ? - Zapytał Tomek, który akurat odwrócił się w tym momencie. - Ze mnie ?
- Pewnie, űe z ciebie - przyznała. - Chyba nie myślałeś, że do ciebie.
Obrażony takim traktowaniem odwrócił się, karając Lorelei swą niewzruszoną obojętnością.
Lorelei wróciła do domu po południu. Weszła do pokoju i zobaczyła Lubę siedzącą na fotelu, w nie najlepszym humorze.
- Przestraszyłaś mnie.
- A ty mnie wkurzyłaś ! - Odparła Luba. - Myślałaś, że będę czekać na ciebie w nieskończoność ?
- Nie wiedziałam, że zamierzasz mnie odwiedzić.
- Na swoje nieszczęście zaczęłam lubić twoje towarzystwo. No dobrze - powiedziała Luba niechętnie - ja nauczę cię kilku sztuczek, a ty pokażesz mi jak się włącza to - wskazała na telewizor.
Tak zaczęła się ich współpraca. Lorelei po powrocie z pracy często zastawała Lubę leżącą na łóżku albo dywanie i oglądającą telewizor. Czasami czarownica potrafiła nieźle nastraszyć, pojawiając się niespodziewanie w przedziwnych miejscach. Wkrótce Lorelei przyzwyczaiła się do jej obecności. Wieczorami Luba uczyła ją dziwnych rzeczy, które Lorelei przyswajała sobie z niezmierną łatwością.
Rodzice, obrażeni, milczeli, a Lorelei nie próbowała ich milczenia przerywać.
Nie omieszkała także powiadomić Najlepszej Przyjaciółki, że wyrzuciła do kosza książkę o pozytywnym myśleniu.
- Wybacz, ale nie mogłam znieść tych idiotyzmów - powiedziała. - Sama się ogłupiaj, jeśli masz na to ochotę.
Wszystko szło doskonale i prawie zupełnie tak, jak w książce, którą wysłała do kilku wydawnictw ( jak na razie nikt nie był zainteresowany ). Jedno tylko nie chciało się sprawdzić. Wielka miłość.
Lorelei, czy to w domu, czy w pracy, ciągle rozglądała się za tym jednym jedynym. Kiedyś nawet zadzwoniła do telefonoswatki ale szybko tego pożałowała. Jakiś typ nie chciał się od niej odczepić, wydzwaniał dniem i nocą, opowiadając bzdury nie z tej ziemi.
W drodze do pracy, przyglądała się wszystkim mężczyznom w autobusie. Przeglądała stare zdjęcia ze znajomymi, którzy dawno zerwali z nią kontakt. Nikt nie pasował do jej ideału, z którym mogłaby przeżyć wspaniałe uczucie.
Któregoś dnia pojawił się niespodziewanie. Lorelei wróciła właśnie z łazienki i siadała przy swoim biurku, kiedy wszedł On. Przystojny, elegancki. Okazało się, że jest znajomym Beaty. Cały czas gapił się na Lorelei, dość natrętnie, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Wreszcie Beata zlitowała się i zawołała ją pod jakimś pretekstem.
- A to jest mój kolega Paweł - powiedziała od niechcenia. - Poznajcie się.
Paweł popatrzył na Lorelei z wyrażnym zainteresowaniem...
Wpadał dość często, by pod byle pretekstem pogadać z Lorelei. Wydawał się być nią poważnie zainteresowany. A ona ? Promieniała ze szczęścia. Ktoś interesował się nią wreszcie, nią, zawsze taką beznadziejną !
Tylko Lubie nie podobała się ta znajomość.
- Spotykaj się dalej z tym idiotą, a przestanę ci pomagać - groziła - nie wiem, co cię w nim tak zauroczyło ! Założę się, że jest żonaty.
Lorelei była jednak głucha na wszelkie perswazje. W końcu stało się to, o czym marzyła. Umówił się z nią. Miał przyjść do niej w sobotę. Wstała wcześnie rano, wysprzątała dokładnie, wykąpała się trzy razy ( nigdy nie wiadomo, co się wydarzy ). Ugotowała wspaniały obiad. Ubrała się i czekała. Nagle w pokoju tuż przy oknie, pojawił się ktoś.
- Luba ! - Zawołała Lorelei ze złością. - Co ty tu robisz?!
- Moja obecność bardzo ci się przyda - stwierdziła Luba. - Oczywiście ten twój laluś mnie nie zobaczy, ale...
- Żadnych sztuczek ! - Zastrzegła Lorelei stanowczo. - Przecież sama mówiłaś, że tego właśnie potrzebuję. Dlaczego mi przeszkadzasz ?
- Wiem coś, o czym ty nie wiesz - odparła Luba tajemniczo.
Lorelei chciała coś powiedzieć, ale wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. Był to oczywiście Paweł z kwiatami, czekoladkami i winem. Przywitali się szybkim pocałunkiem.
- Wyglądasz ślicznie - rzekł. - Jak to się stało, że nie zauważyłem cię wcześniej ?
- Może byłam mniej śliczna ? - Odparła, nieco ochłodzona tym stwierdzeniem. - Wejdź.
Zaprowadziła go do pokoju i wyszła na chwilę do kuchni. Kiedy zalewała kawę wrzątkiem, rozległ się trzask. Poszła do pokoju. Wino, a raczej to, co z niego zostało ( czyli mnóstwo szkieł i kałuża ) leżało na podłodze.
- Jak to zrobiłeś ? - Zdziwiła się Lorelei. - Przecież stało na stole.
- To nie ja - odparł Paweł bezradnie. - Nagle... samo się przewróciło i spadło ze stołu.
Luba siedziała z niewinną miną koło Pawła. Lorelei posłała jej takie spojrzenie, jakby chciała ją zabić.
- Coś nie tak ? - Zapytał Paweł zdziwiony.
- Nie, wszystko w porządku - roześmiała się sztucznie. - Dlaczego pytasz ?
- Poczułem się nagle tak, jakby ktoś siedział obok mnie. To nie było zbyt przyjemne.
- Jesteś przemęczony - stwierdziła - tam przecież nikogo nie ma.
- No, prawie - powiedziała Luba samymi ustami.
Lorelei posprzątała szkła i doprowadziła pokój do porządku. Przyniosła kawę i usiedli obok siebie. Zaczęli rozmawiać o tym i owym. Paweł przybliżał się do niej coraz bardziej, a Lorelei, choć przedtem sądziła, że taka chwila będzie jedną z najpiękniejszych w jej życiu, ze zdumieniem stwierdziła, że nie czuje nic.
"To pewnie dlatego, űe nic o tym nie wiem" - pocieszała się w myślach.
Tymczasem Paweł powiedział coś, co całkowicie ochłodziło jej zapędy.
- Beata mówiła mi o tobie coś - rzekł. - Podobno interesowałaś się kiedyś magią...
- Owszem. Nadal się nią interesuję - stwierdziła Lorelei.
- Jeśli chcesz być ze mną, musisz dać sobie spokój z tymi głupotami - rzekł nagle. - Nie wierzę w magię i tym podobne brednie.
- Tak ? A skąd wiesz, że chcę być z tobą ?
Nie czekając na odpowiedź zerwała się z fotela.
- Dam ci obiad - powiedziała obojętnie i wyszła.
Podczas, gdy Lorelei wściekła na siebie i na Pawła, mieszała energicznie w garnku, on siedział w fotelu i patrzył przerażony, jak szklanka z
kawą unosi się w powietrze i wylewana obrus. Czekoladki, jedna po drugiej wypadały z pudełka i przelatywały przez cały pokój, uderzając w okno.
Lorelei weszła do pokoju z półmiskiem z pieczenią.
- Co tu się dzieje ? - Zapytała.
Luba, która zdążyła już zająć miejsce na oparciu fotela trzęsła się od tłumionego śmiechu.
- Wylałem... kawę - rzekł osłupiały.
- Tak i z tego, co widzę rzucałeś czekoladkami do celu - zauważyła. - Jesteś jakiś niepoważny ?
- Ja... wybacz.
Zanim zabrali się do jedzenia w przedpokoju dało się słyszeć dziwny odgłos. Lorelei nie zwlekając wyszła z pokoju. Marynarka Pawła leżała na podłodze, wywrócona na lewą stronę, a dokumenty z włożonym do środka zdjęciem, znajdowały się nieopodal. Lorelei powiesiła marynarkę. Wzięła do rąk dokumenty, z których wypadło zdjęcie. Podniosła je zaciekawiona. Na zdjęciu był Paweł z jakąś kobietą i dzieckiem. Lorelei weszła do pokoju i położyła je przed nim.
- Kto to jest ? - Zapytała. - Twoja żona ?
Paweł zaczerwienił się, a potem zbladł.
- Ja ci to wytłumaczę, Halinko - rzekł. - Ja to wszystko wytłumaczę...
- Czy to jest twoja żona ?
- Tak.
- W takim razie nie sądzę, byśmy mieli sobie coś do powiedzenia - rzekła zimno Lorelei. - Odejdź.
- Wyjdę chętnie ! - zerwał się z fotela - w tym domu dzieją się nienormalne rzeczy ! Jakieś czary...
- Ejże ! Przecieu nie wierzysz w magię i tym podobne brednie - przypomniała Lorelei. - Skąd ta zmiana frontu ?
Paweł potknął się o niewidzialną przeszkodę i wyłożył jak długi w przedpokoju. Zerwał się szybko i ubierając marynarkę na lewą stronę, wybiegł z mieszkania. Lorelei cisnęła za nim nieszczęsnym zdjęciem. Potem stanęła w oknie i patrzyła ze śmiechem, jak wykrzywia się w wyjątkowo głupich minach w jej stronę, a potem wsiada do samochodu i odjeżdża szybko. Luba pojawiła się tuż za nią i położyła dłoń na jej ramieniu.
- Nie przejmuj się - powiedziała. - Nie byłciebie wart. Na co ci ktoś taki, jak on ? Poza tym żonaty.
- Dla większości moich koleżanek to nie stanowi przeszkody - powiedziała Lorelei.
- Może i tak, ale my mamy swoje zasady - odparła Luba. - Wszystkie moje Siostry przestrzegają ich surowo. Ty też powinnaś, jeśli chcesz być jedną z nas.
- Zaczynasz stawiać żądania...
- Ja chcę tylko pokierować tobą tak, żebyś wyszła na ludzi - stwierdziła Luba - i najlepiej zrobisz, jeśli nie będziesz się w to wtrącać. A teraz chodź.
Luba prowadząc Lorelei za rękę weszła do kuchni i wskazała na kalendarz ścienny.
- To kalendarz, mówiłam ci przecieu - rzekła Lorelei.
- Nie jestem głupia. Nie chodzi mi o kalendarz tylko o datę. Tutaj.
- Piętnasty czerwca - odczytała Lorelei - i co z tego ? Dzień jak co dzień.
- W nocy z 15/16 czerwca odbędzie się nasze spotkanie. Przybędą wszystkie moje Siostry. Chcę zabrać cię ze sobą. Poznacie się wreszcie, one bardzo tego chcą.
Lorelei poczuła, żez wrażenia serce bije jej dwa razy szybciej niż zwykle.
- Naprawdę ? - Zapytała. - Zapraszasz mnie ? Naprawdę ktoś chce mnie poznać ?
- Nie mówiłabym ci o tym, gdyby tak nie było - Luba uśmiechnęła się wyrozumiale. - To już za tydzień, Lorelei. Nie zobaczymy się do tej pory. Musisz przemyśleć sobie to wszystko w samotności. Drogę znasz.
- Znowu zamienię się w wilka ?
- Nie masz wilczej duszy, Lorelei, ale...kto wie ?
Lorelei chciała zapytać jeszcze o coś, ale Luba rozpłynęła się w powietrzu, jakby nigdy jej tu nie było.
Wyczekiwany dzień nadszedł szybko. Lorelei właściwie wcale nie musiała zastanawiać się, czy chce pójść na wzgórze, nie wyobrażała sobie sytuacji, w której zrobiłaby inaczej. Wszystko toczyło się tak zwyczajnie, normalnie. Tylko sny miała dziwne. Sny, w których wszystkie postaci i miejsca wyglądały jak wyjęte z kreskówek. Ona sama była tam. Szła przez las, albo jak czarownica z bajki leciała na miotle przez nocną ciszę. We śnie tańczyła ze swymi przybranymi siostrami i czuła się tak niebezpiecznie lekko, jakby zaraz miała oderwać się od ziemi i ulecieć gdzieś.
Zawsze pojawiał się On. Wyglądał za każdym razem inaczej, raz był piękny, raz brzydki.Za każdym razem pchała ją ku niemu straszliwa siła pożądania, ale nie wiedzieć czemu, do niczego nie dochodziło. Albo budziła się żałośnie niezaspokojona, albo akcja snu przenosiła się niespodziewanie w inne miejsce. Powoli przyzwyczaiła się do myśli, iż nigdy tego nie zazna. Trudno, widać nie było jej pisane.
Tej nocy wszystko było inne.
Księżyc był inny. Las był inny. Nawet powietrze. Po kilku gorących dniach, nadeszła ta noc, również gorąca.
"Całe szczęście - pomyślała Lorelei - te wariatki gotowe są kazać mi się rozebrać".
Tym razem nie nastąpiło niezwykłe przeistoczenie. Lorelei musiała uzbroić się w odwagę i przejść przez ciemny las o własnych siłach, bez czarodziejskiej pomocy Luby. Jednak cel, jaki przyświecał tej wędrówce, odsuwał na bok wszystko inne, tak, że Lorelei nie zwracała uwagi na tajemnicze odgłosy, jakich nocny las zawsze jest pełen. Szła cicho, starając się nie zwabić do siebie kogoś niepowołanego. Omal nie natknęła się na takich niepowołanych i to bardzo blisko wzgórza. Jacyś dość podpici młodzieńcy urządzili sobie w lesie ognisko.
Przekradła się niepostrzeżenie, choć serce waliło mocno ze strachu. Bez przeszkód dotarła na wzgórze. A tam zobaczyła dziwny widok. Ognisko płonęło, a jakże. Wokół ognia ułożone były dziwne przedmioty, których przeznaczenia Lorelei nie znała. Na wzgórzu, wraz z Lorelei obecnych było siedem kobiet. Luba podeszła do niej i uścisnęła ją. Była tak samo materialna i dotykalna, jak ona sama !
- Zupełnie tak, jakbyś była żywa ! - Zawołała Lorelei. - Jak to zrobiłaś ?
- Kilka dni, a raczej nocy w roku jest to możliwe - powiedziała Luba. - Wszystkie moje siostry mają ten sam przywilej. Tylko niestety... Nie wszystko poszło zgodnie z planem.
- Ja też ledwo przeszłam obok ogniska jakichś pijanych gówniarzy w lesie - westchnęła Lorelei. - Tego by jeszcze brakowało, żeby się tu przywlekli i zawracali nam głowy.
Lubie oczy zaświeciły się na jakąś tajemną myśl, ale właśnie wtedy podeszły inne Czarownice. Witały się z Lorelei, mówiły swoje imiona, ale Lorelei z nerwów żadnego nie zapamiętała. Kiedy kobiety odeszły, by zająć się swoimi ( bardzo dziwnymi ) sprawami, Lorelei zapytała :
- Dlaczego nie wszystko poszło zgodnie z planem ?
- To wielki problem - westchnęła Luba. - Nie udało nam się przywołać nikogo nieziemskiego. Próbowałyśmy, ale nie udało się. Po raz pierwszy - dodała zdziwiona.
- Po co wam ktoś nieziemski ? - Zdziwiła się Lorelei.
- No jak to, po co ?! - Luba popatrzyła na nią z politowaniem. - Tęskno nam za... mężczyznami. Od czasu do czasu chcemy sobie trochę poswawolić.
- Och ! - Lorelei zaczerwieniła się gwałtownie. - No wiesz ! A ja myślałam...
- Źle myślałaś - uśmiechnęła się Luba. - A tak swoją drogą, żałuj. Tobie też coś przypadłoby w udziale. Coś mi się zdaje - rozjaśniła się nagle - że mówiłaś o jakichś przemiłych chłopcach przy ognisku.
- O, nie ! Tylko nie ci gówniarze. Na pewno nie są mili. Poza tym są od nas młodsi !
- Po pierwsze, ode mnie wszyscy są młodsi, po drugie młodzi są najlepsi, rozumiesz chyba...
- Nie, nie rozumiem.
- A tak, zapomniałam. W każdym razie, ja zamierzam się zabawić.
- Myślałam, że będziemy robić coś magicznego, coś dziwnego - westchnęła Lorelei.
- Przestań nudzić. To możemy robić codziennie, a tak rzadko zdarza się człowiekowi porządnie zabawić !
Podeszła do Sióstr i dyskutowała z nimi o czymś zawzięcie. One wykrzykiwały coś podniecone. Luba podeszła do Lorelei z uśmiechem.
- Zgadzają się. Idę po nich.
- Ale oni są kompletnie pijani ! - Próbowała jeszcze Lorelei.
- Tym lepiej. Nie uwierzą nawet sobie, kiedy obudzą się rano na wzgórzu.
Siedmiu młodych mężczyzn, którzy zdążyli się już kompletnie upić, nie wierzyło własnym oczom, kiedy tuż przed nimi pojawiła się naga kobieta o długich, czarnych włosach. Niektórzy wytrzeźwieli niemal od razu, inni trochę przestraszeni cofnęli się od ogniska.
- Nie udawajcie, że się mnie boicie - mruknęła Luba. - Pewnie nie takie rzeczy już widzieliście. Co to jest ? - Wskazała na książkę leżącą obok jednego z nich.
- To... książka - odparł tenże, cofając się do tyłu.
Luba podniosła ją i oglądała chwilę.
- Interesujemy się czarną magią, co ? - Mruknęła. - Kogo próbowaliście wezwać ? Demona wielkiego pijaństwa ? W takim razie gratuluję, udało wam się. My nie miałyśmy aż takiego szczęścia.
- Wy, to znaczy kto ? - zapytał jeden wyglądający na najodważniejszego.
- Czarownice. Nie widzieliście naszego ogniska ? - Wskazała dłonią na niezbyt odległe wzgórze.
Pokiwali przecząco głowami.
- To zrozumiałe - powiedziała. - Otoczyłam to miejsce czarem niewidzialności. Nie chciałam, by ktoś przeszkadzał mnie, albo moim siostrom. Teraz jednak mam dla was propozycję. Każdemu przypadnie w udziale jedna z nas. Na całą noc - dodała - tylko musicie iść ze mną na wzgórze. No to jak będzie ?
- Ja mogę iść choćby zaraz ! - Zerwał się któryś. - Chętnie zawrę z tobą bliższą znajomość !
- To miło. A reszta ?
Wstali wszyscy, oprócz jednego.
- A ty ?
- No właśnie, co z tobą ?
- Nie wierzę, że to tak... za darmo - powiedział.
- Nie bój się, twoja kieszeń na tym nie ucierpi. Jedynie coś innego, ale nie będziesz żałował.
Wkrótce i ten oporny wstał i przyłączył się do innych. Właściciel książki o magii chciał zabrać ją ze sobą, ale Luba cisnęła ją do ognia i bez wyjaśnień ruszyła w stronę wzgórza.
"Siostry" bawiły się, a orgia przyjemności, jej widok i odgłosy drażniły Lorelei, która stała po drugiej stronie ogniska.
" Po co ja tu przyszłam ? - Pomyślała. - Przecież nie szukam takiej zabawy. Nie pasuję nawet do towarzystwa czarownic. "
Chciała odejść ze wzgórza i już skierowała się ku zboczu, gdy nagle drogę zastąpił jej ktoś. Podniosła głowę. Tuż przed nią stał mężczyzna, wysoki o lśniących, czarnych włosach, wspaniale zbudowany. Miał na sobie tylko spodnie, a paznokcie którejś z Sióstr zostawiły długie ślady na jego piersi. Najpierw pomyślała, że chyba rzeczywiście Czarownicom udało się przyzwać kogoś nieziemskiego. Potem zrozumiała, że to tylko noc i ogień nadają jego rysom demonizmu. Zatrzymali się naprzeciw siebie. Mierzyli się spojrzeniami. Żadne z nich nie zauważyło dziwnego, wręcz diabelskiego spojrzenia Luby, która obserwowała Lorelei sponad ramienia kolejnego kochanka.
I nagle... Lorelei zapłonęła pożądaniem silniejszym, niż wszystko inne. Wiedziała już, że nie będzie w stanie przejść koło tego mężczyzny. A on ? Chyba czuł to samo. Zbliżył się do niej.
- Czarownice chciały, bym wziął udział w ich orgii - rzekł - ale nie chciałem tego.
- Ja także nie - wyszeptała.
- Teraz wiem, że się nie powstrzymam. Wybacz mi.
Nie czekając na odpowiedź, chwycił ją za przeguby rąk i pociągnął na trawę. Poddała się temu, dziwnie osłabiona, oszołomiona, niezdolna działać przeciw swemu ciału. Nie wiedziała, że można pragnąć aż tak.
- Jestem jeszcze dziewicą - westchnęła.
Nic na to nie powiedział. Oboje rozbierali się gorączkowo, nie mogąc się na siebie doczekać. To nie był czas na pieszczoty, bez wstępów zjednoczyli się, choć sprawiło im to niemało bólu. Zwłaszcza Lorelei. Nie zwracając uwagi na ból i pokrwawione uda, Lorelei raz po raz godziła się służyć nieznajomemu swym ciałem. Jego doświadczenie pozwoliło jej przeżyć rozkosze o jakich jej się nie śniło.
Przed świtem jej kochanek położył się na gołej ziemi i zupełnie jakby ktoś rzucił na niego czar, zasnął w jednej chwili. To samo stało się z innymi. Czarownice znikały jedna po drugiej i Lorelei została sama na wzgórzu, jeśli nie liczyć śpiących. Dopiero teraz dotarło do niej, co może jej grozić : ciąża, choroby...
Czarownice nie żyjące od kilku wieków nie musiały się tym przejmować, ale ona ? Zrezygnowana, powlokła się do domu. We włosach pełno miała jakiegoś zielska. Po powrocie do domu od razu wskoczyła do wanny i próbowała zmyć z siebie ślady nocy, co udało jej się niestety tylko zewnętrznie. Przez resztę dnia robiła jeszcze różne rzeczy. Oczywiście rozpłakała się. Potem oglądała telewizję, czytała gazety. Pod wieczór rozpłakała się jeszcze raz, gdyż stwierdziła, że jeżeli można stracić dziewictwo w najgłupszy na świecie sposób, to jej właśnie to się przydarzyło. Jednak - rzecz dziwna, tak naprawdę wcale nie straciła z tego powodu humoru. Wręcz przeciwnie. Doszła do wniosku, że to było najlepsze, co w życiu przeżyła. I choć nie przyznawała się sama przed sobą, bardzo chciała raz jeszcze spotkać swojego kochanka i zrobię z nim to samo. Robić to bez przerwy. Chciała nawet iść na wzgórze, może znowu spotkałaby go tam ? Nie, bzdura,całkowita bzdura. Na pewno
już zapomniał o tym, co działo się w nocy. Ta myśl naraz wydała jej si
Sklep
Forum