"Pamiętnik przedśmiertny"

Autor: Ewa Julia Tur

24 . 07. 94
Nikt nigdy nie dowiedziałby się o tym , co przy-darzyło mi się w ostatnich miesiącach mojego życia , bo że są one ostatnimi - w to nie wątpię. Piszę te słowa bez obawy , że ktoś uzna mnie za szaloną. W chwili obecnej jest mi to obojętne. Kiedy znajdą moje ciało i ten pa-miętnik , mnie już tutaj nie będzie. Tego jestem pewna. Teraz leżę bezsilnie w łóżku , w pościeli w drobne , kolorowe kwiatki. Mojej ulubionej. To już trzeci dzień. Nie mam siły podnieść się z łóżka. Nie mam ochoty. Zresztą , nie widzę w tym sensu. Moja dłoń co chwilę wypuszcza długopis , nie wiem , kiedy dokończę dzi-siejszą notatkę. Być może nigdy.. . Wystarczy , że pró-buję unieść się do pozycji siedzącej , a przed oczyma wirują mi różnokolorowe koła , a ciało oblewa się zimnym potem. Moja skóra jest niemal przeźroczysta. Trzeci dzień nie jem. Koło łóżka stoi plastikowa butelka z wodą mineralną. To moje jedyne pożywienie. Naprzeciw łóżka , jak na ironię , wisi duże lustro. Sama już nie wiem , czy to On je powiesił , czy może ja za tamtych lepszych czasów.
Teraz tamte czasy wydają mi się takie odległe. Zdaje mi się chwilami , że nigdy nie byłam zwykłą , młodą dziewczyną , że zawsze była tylko ta druga "ja ". To , czym stałam się teraz. Tak , umieram , ale nie z włas-nej woli i choć gaśnie we mnie ta najmniejsza iskierka , mam ochotę zawołać za bohaterką książki , czytanej dawno temu : "chciałam żyć , chciałam żyć, z a w s z e " !

15 . 03 . 94 wtorek
Nadine pokazała mi Go akurat w momencie kiedy obejrzał się za siebie. Twardy , zimny wzrok przeszył mnie niemal boleśnie. Nadine parsknęła głupim śmiechem chcąc, jak sądzę, ukryć zmieszanie.
- To On - powiedziała szeptem.
- Kto ?
- No, On ! - Spojrzała na mnie z oburzeniem , jakby chciała powiedzieć : " jak śmiesz nie wiedzieć " - opowiadałam ci o naszym nowym sąsiedzie ale ty, jak zwykle, zapomniałaś ! Czym ty żyjesz ?
- Przepraszam - mruknęłam - chyba od czasu do czasu wolno mi o czymś zapomnieć , prawda ?
Odwróciła się obrażona i gapiła na las. Ko-rzystając z jej nieuwagi , rzuciłam ukradkowe spojrzenie na nowego idola Nadine. Czerń , w jaką był ubrany , pozwalała mu rozpływać się w gęstniejącym mroku , którego zdawał się być częścią. Czarne , lśniące włosy spływały mu na plecy.
" Oszołom i tyle. " - pomyślałam -" Myśli , że jest oryginalny , bo włóczy się sam wieczorempo lesie. "
Znowu ujrzałam , tym razem w wyobraźni , jego oczy , przeszywające mnie. Oczy o nieokreślonym , bursztynowo - złotym kolorze.
- Chodźmy już - powiedziałam - zimno tu jakoś.
Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

 

16 . 03 . 94 środa
Dzisiejszej nocy miałm niezwykły , osobliwy sen. Znajdowałam się w zamku. Wokół mnie panowały nieprzeniknione ciemności. Miałam na sobie białą szatę , rozchylającą się z każdym moim ruchem. Nagle znalazłam się przy wejściu do wielkiej , skalnej groty. Pogoda była koszmarna , lał deszcz , wiatr targał moją szatą. Przenikało mnie zimno.
Weszłam do wnętrza groty. Nie wiem , jak tego dokonywałam , ale z łatwością przenikałam skalne ściany , aż wreszcie znalazłam się w długim , ciemnym korytarzu. Biegłam przez ów korytarz , nie oglądając się za siebie , ani na boki , bowiem z bocznych korytarzy jakieś głosy wołały na mnie. Nagle straciłam grunt pod nogami i zaczęłam lecieć w przepaść. Zamiast na kamienie , upadłam na miękkie łoże , pełne jedwabi , koronek i atłasów , a nade mną zamknął się wspaniały baldachim. Wszystko to było w kolorze nieskazitelnej , oślepiającej bieli. Ułożyłam się na poduszkach i wtedy zaczęła ogarniać mnie jakaś senność. Trzymałam się jednak dzielnie. I dobrze , bo nagle po-jawiły się trzy postacie, otulone powiewnymi szatami. Zbliżyły się do mnie i do końca tego dziwnego snu obdarzały swymi łaskami. Zanim przebudziłam się całkowicie , ujrzałam w ciemnościach czyjeś oczy. Smutne , dalekie...

 

19 . 03 . 94 sobota
Obudziłam się wcześnie. Na zewnątrz było jeszcze całkiem ciemno. W mieszkaniu jest teraz strasznie zimno, zwłaszcza rano. Wstałam z łóżka i trzęsąc się z zi-mna , w cienkiej koszuli nocnej , podeszłam do okna. Zobaczyłam Go...
Szedł wolno przez osiedle. Ubrany jak zwykle na czarno. Patrzyłam na niego , nie mogąc oderwać się od okna. Wtedy podniósł głowę i spojrzał w górę. Moje serce na chwilę przestało bić. Patrzył chwilę. Wiedziałam , że On wie , iż stoję za firanką.
Oczywiście już nie zasnęłam. Zrobiłam sobie herbatę i siedziałam w kuchni , czytając jakieś bzdurne gazety.

 

20 . 03 . 94 niedziela

Dzisiaj znów obudziłam się wcześniej , około 3.00 - 330. Właściwie obudziło mnie coś. śniły mi się jakieś bzdury : mieszkałam w zamku i ktoś usiłował się dostać do środka , tłukąc się niemiłosiernie do bramy. Przebudziłam się. Pomyślałam , że coś jest nie tak. Pukanie do bramy. Nie ustało. Tylko , że teraz ktoś pukał do drzwi mojego dwupokojowego mieszkania na trzecim piętrze. Zdjął mnie strach. Kto może chcieć czegoś ode mnie w środku nocy ? Niepokojący, cichy stukot. A może to Nadine ? Może coś jej się stało ? Spojrzałam przez wizjer i zrobiło mi się słabo. Nie ! To niemożliwe ! Niemożliwe , a jednak On stał przed moimi drzwiami, złowrogi i zimny jak śmierć. Zakręciło mi się w głowie.
Musiałam szybko usiąść. Wtedy ogarnęła mnie złość. Miałam ochotę wyjść na zewnątrz i wykrzyczeć Mu w twarz , co o nim myślę. Rozejrzałam się gorączkowo. Nóż. Kuchenny, ubrudzony masłem nóż. Moja jedyna broń. Złapałam go i otwarłam drzwi. Półnaga wybiegłam na klatkę schodową , ale Jego nie było. Zbiegłam piętro niżej. Nic.
- Jest tam ktoś ? - Zapytałam niepewnie. Mnie samej wydało się to idiotyczne. Wróciłam więc do miesz-kania.
Stanęłam przed lustrem i chwilę patrzyłam na moją bladą twarz i podkrążone z niewyspania oczy.
- Daj spokój - powiedziałam sama do siebie - to były tylko senne omamy. To się nie zdarzyło.
Skuliłam się w łóżku, ale nie mogłam zasnąć. To z powodu dziwnych, ponurych myśli, które kłębiły się w mojej głowie.
Po południu zadzwoniłam do Nadine. Niestety, nie mogła się ze mną spotkać. Studia i tak dalej. Dopiero piątek będzie miała wolny.

 

25 . 03 . 94 piątek
Jaki ten tydzień był długi ! Codziennie wykłady, czasami wypad do knajpy na piwo ze znajomymi z roku. Nie widziałam już więcej tego intrygującego nieznajomego z osiedla. Przestałam też o nim myśleć. Chociaż... czy przestałam ? Moja podświadomość często podsuwała mi Jego obraz. Robiło mi się wtedy zimno i nieprzyjemnie. Dziś jestem umówiona z Nadine. Właściwie czuję się tro-chę głupio. Wtedy, w niedzielę byłam bardzo wzburzona. Co ja jej teraz powiem ?

 

27 . 03 . 94 niedziela
Nudna i smutna niedziela. Pada i wieje na prze-mian albo naraz. Dobrze, że z nikim się na dziś nie umawiałam.
Weekend nudny i smutny. Co ja robię w tym mieście ?
W piątek byłam u Nadine. Było ciepło , sło-necznie, więc siedziałyśmy na balkonie. Opowiedziałam jej swój sen.
- Daj spokój - roześmiała się tylko - pewnie znowu oglądałaś " Draculę " !
Nie oglądałam , ale nic nie powiedziałam. Ga-dałyśmy o różnych bzdurach, ale moje myśli krążyły wokół jednej tylko osoby. W końcu nie wytrzymałam.
- Nadine - ściszyłam głos - często Go widujesz ?
- Kogo ?
- Och, nie udawaj - westchnęłam.
- A co , wzięło cię ! - Ucieszyła się. - Wiedziałam, że tak będzie.
- Wcale mnie nie wzięło, po prostu pytam.
- Godziny, w których On egzystuje, są godzinami mojego snu. Wychodzi tylko w nocy, wraca wcześnie rano, kiedy jeszcze jest ciemno. Moja koleżanka, ta z czwartego piętra, no wiesz, Julia, ona często widuje Go wieczorem. To przedziwny facet. - Dodała. - Właściwie... trochę się Go boję.
- Wiesz - zaczęłam ostrożnie - tak sobie po-myślałam... a gdyby On był... no... nie, to niemożliwe.
- Kim ?
- Wampirem. - Omal nie spłonęłam ze wstydu.
- No wiesz - skrzywiła się - chociaż...- zaczęłyśmy jedną z naszych nie kończących się dysput na tematy dziw-ne i niesamowite. Wracałam do domu dość późno, z duszą na ramieniu. Cały czas wydawało mi się, że ktoś za mną idzie. Ostatni etap przebiegłam. Na klatce długo moco-wałam się z drzwiami, zerkając ze strachem na półpiętro.
- Tam nikogo nie ma - powiedziałam sama do siebie.
A kiedy zamknęłam drzwi, usłyszałam ciche kroki kogoś, kto schodził z czwartego piętra.

 

28 . 03 . 94 poniedziałek
Czy to ja napisałam wczoraj, że weekend jest nudny i nic się nie dzieje ? No cóż, niezupełnie tak było. To , co zobaczyłam, było zwieńczeniem wczorajszej niedzieli. Jak zwykle nie mogłam zasnąć, więc włóczyłam się po domu, wykonując różne czynności. Jadłam, czytałam książkę, myłam głowę. O 2300 zgasiłam światło, ale zamiast położyć się do łóżka, podeszłam do okna. Deszcz już nie padał, ale gwiazd też nie było widać. Pat-rzyłam chwilę w zaniesione czarnymi chmurami niebo. Potem spojrzałam w dół. Szedł wolno, otulony czarnym płaszczem. Nie sam ! Razem z Nim szła jakaś dzie-wczyna, nieznajoma mi zupełnie. śmiała się i paplała coś. No cóż, inaczej wyobrażałam sobie dziewczynę Wampira.
Uchyliłam okno i stałam wytężając słuch. Dobiegał mnie tylko śmiech dziewczyny. I nagle usłyszałam Jego głos głęboki, mocny. Usłyszałam Go poraz pierwszy. Nie wiem czemu miałam wrażenie, że słowa przeznaczone są dla mnie.
- Miłość, którą przyjmę, musi być wierna śmierci i zaślubiona ze strachem.
Dziewczyna zaśmiała się tylko w odpowiedzi. Zamknęłam okno i skuliłam się w pościeli. Kolejna bez-senna noc.

 

01 . 04 . 94 piątek
Bezmyślnie przeglądam gazety, nie mogę się na niczym skupić. Teraz jest dzień, świeci słońce, ale co będzie nocy ? Boję się nocy. Tych kilka dni, kiedy nie pisałam, było naprawdę spokojnych. Udało mi się być na wszystkich wykładach. O Nim nie myślałam. Traktowałam to jak zwykłe zauroczenie, zobaczyłam, że obiekt jest za-jęty, więc dałam spokój. Tak sobie tłumaczyłam. Do dzisiejszej nocy. Ale po kolei.
Wczoraj rano poszłam jak zwykle na wykłady. Okazało się, że profesora nie ma, więc poszłam z grupą znajomych na piwo. To okazało się za mało, więc jeden z kumpli zaprosił nas do siebie na działkę. Siedzieliśmy w krzakach na tej jego działce i piliśmy wódkę jak jacyś gówniarze. Co prawda mogłam zaprosić ich do siebie, ale gdyby zobaczyli czarne ściany i reprodukcje obrazów na nich wiszących, pewnie zwątpiliby w moje zdrowie psychiczne.
Dość że - wstyd przyznać - urwał mi się film. Nie wiem, kto zawiózł mnie do domu, w każdym razie obu-dziłam się w łóżku z potwornym kacem. Parę minut przed północą. Pierwsza moja myśl : sklep całodobowy. Nie-stety, znajdował się on na innym osiedlu. Wzięłam tak-sówkę i pojechałam.
Właśnie płaciłam w kasie za moje zakupy, gdy poczułam chłód. Ktoś stał za mną. Obejrzałam się powoli. Nie, nie zdziwiłam się, tylko zamarłam ze strachu. Dzieliło nas kilka centymetrów. Teraz mogłam z bliska spoj-rzeć mu w twarz. Nie był piękny jakąś naturalną, okreś-loną kanonami urodą. Jego skóra była dziwnie blada, oczy bardzo jasne... Mimo wszystko, była to twarz fascynująca, nieprzyzwoicie fascynująca.
- Wreszcie się spotykamy - wyrzekł tym swoim grobowym głosem - moje serce raduje się na tę chwilę, droga nieznajoma.
Wtedy dopiero odzyskałam władzę w nogach. Wypadłam ze sklepu, rozsypując drobne i wskoczyłam do taksówki. Dopiero tam mogłam dopuścić do myśli to, co zobaczyłam. Jego zęby. Wydłużonejak kły dzikiego zwierzęcia i... choć to może była gra mojej wyobraźni, zdawało mi się, że widziałam na nich ślady krwi.

 

02 . 04 . 94 sobota
Nie mam co robić. Nadine złapała dodatkową pracę w jakiejś firmie komputerowej. Nie ma dla mnie czasu. Poszłam na zakupy ( oczywiście połowy rzeczy zapomniałam ) i przy okazji zajrzałam do wypożyczalni video. Skoro wieczór ma być nudny, to obejrzę sobie coś. Wzięłam Draculę".

 

05 . 04 . 94 wtorek
Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie śpię już od trzech dni. Po prostu nie mogę zmrużyć oka.
Staram się spać na siłę, ale nic z tego nie wychodzi. Jestem rozdrażniona całą tą sprawą. Nie mogę patrzeć na moje odbicie w lustrze.
Blada twarz, przekrwione oczy. Nie widziałam Go od kilku dni. To dobrze. Ośmieszyłam się tylko wtedy w sklepie. Uciekłam jak jakaś wariatka. To, co widziałam, było złudzeniem, na pewno. Przede mną stoi herbata. Na stole pięć czy też sześć pigułek nasennych. Może to coś da?

 

07. 04 . 94 czwartek
Dało i to jeszcze jak ! Gdybym jednak wiedziała, co stanie się po przebudzeniu, zażyłabym całe opakowanie.
Zasnęłam około szóstej po południu 5 kwietnia, a wstałam o 15.00 szóstego. Dręczyły mnie koszmarne sny. Cały czas przed kimś uciekałam. Ktoś przyciskał mnie z całej siły do łóżka. A w końcu zobaczyłam mojego Wampira ze strzykawką w dłoni. Wbił igłę w żyłę na mojej szyi. Potem akcja snu przeniosła się w inne miejsce, nie pamiętam już gdzie. Obudziłam się, jak wspomniałam o 1500 i przy pierwszej próbie wstania z łóżka, czekała mnie przykra niespodzianka.
Ciemność przed oczyma i taka niesamowita sła-bość. Mimo to wstałam. Ból, który umiejscowił się w szyi, promieniował niemal na połowę ciała. Podeszłam do lustra i odgarnęłam włosy. Mały ślad, jakby po ukłuciu, ale ja zauważyłam go od razu. Ogarnęła mnie kolejna fala słabości.
Podniosłam słuchawkę telefonu i wykręciłam numer.
- Nadine - szepnęłam - muszę się z tobą dziś spotkać. Proszę...
- Jasne - odparła po chwili - przyjdę zaraz. Stało się coś ?
Odłożyłam słuchawkę i szybko zebrałam się do Nadine. Całą drogę myślałam o tym, co jej powiem.
Siedziałyśmy w jej pokoju. Uważnie przyglądała się śladom na mojej szyi.
- Sorry, nic nie widzę - powiedziała wreszcie - mogłaś sama się czymś ukłuć. To taki mały ślad, że ledwie go widać.
- Nie wierzysz mi - westchnęłam. - Cóż, mogłam się tego spodziewać.
- Nie wierzę, że odwiedza cię jakiś tam wampir. Tak samo nie wierzę w to, że On ma kły jak bestia. Przywidziało ci się.
- Jasne, przywidziało mi się - mruknęłam z przekąsem - jak widzę, stałaś się trzeźwą realistką. A gdybym ci powiedziała, że naprawdę zaczęłam wierzyć w wampiry?
- Za dużo czytasz, za dużo oglądasz, za dużo słuchasz tej okropnej muzyki - zawyrokowała. - Chodź ze mną na spacer, patrz, jest taka ładna pogoda. Powinnaś wyjść do słońca. Jesteś taka blada...
Wyszłyśmy więc, jak zwykle do lasu. Miałyśmy tam swoje ukochane miejsce. Bez przerwy potykałam się o wystające gałęzie, nieprzytomnie rozglądałam wokół. Czułam coś obcego, nieprzyjaznego. Jednak nic nie powiedziałam. Rozmawiałyśmy o czymś w najlepsze, gdy nagle Nadine potknęła się i wyłożyła na ziemi.
- Cholera, moje nowe spodnie - Zbladła nagle. - Nie, to niemożliwe, nie ! Nie podchodź tutaj ! - Wyciągnęła rękę.
Po chwili zaczęła wymiotować. Podeszłam tam i zobaczyłam, co ją tak bardzo wzburzyło. Były to zwłoki. Zwłoki młodej dziewczyny o rudych włosach. To była ta sama dziewczyna, którą widziałam z Nim parę dni temu. Jej gardło było jedną, wielką raną. Patrzyła na korony drzew przerażonym, niewidzącym wzrokiem.
Jakoś wróciłyśmy na osiedle, zadzwoniłyśmy na policję. Potem musiałyśmy wrócić z nimi na to miejsce.
" Czy znała pani tą dziewczynę? " -" Nie. "
" Czy widziała ją pani kiedykolwiek ? " -"Nie. "
Stałam z Nadine koło jej boku.
- Ja skłamałam, Nadine. - Powiedziałam.
- Kiedy ?
- Widziałam tę dziewczynę. Widziałam ją z Nim.
- Nie mów o tym ! - Zatkała uszy rękoma. - Nie mów, nie chcę o tym słyszeć, nigdy, nigdy !
Odeszła, zostawiając mnie samą. Bo teraz zrozumiałam, że zostałam sama. Sama ze swoim strachem.

 

10. 04. 94 niedziela
Jest dość późno, ale nie mogę spać. Zgromadziłam wszystkie materiały dotyczące wampirów, jakie tylko miałam w domu. Wycinki z gazet, Miasteczko Salem, Wampira Lestata, Draculę,  Carmillę" i kilka innych.
" Siła wampira polega na tym, iż nikt w niego nie wierzy" - to z Draculi . " Moja miłość jest tak wielka, że cię zabije - Carmilla.
Nie została w nim ani jedna kropla krwi - Miasteczko Salem . I wiele, wiele innych, od których kręciło mi się w głowie. Położyłam się dobrze po 3 rano.
" Moja miłość jest tak wielka, że cię zabije".

15. 04. 94. piątek
Znowu jakiś sen. Tym razem mój oprawca unosił mnie ponad dachami miasta, płynęłam w jego objęciach po mrocznym niebie. Wszystko było tak straszliwie realne. Tym razem wpił się w moją szyję z ochotą godną jego natury. Ból był potworny. Do czasu. W miarę, jak wypijał ze mnie życie, po moim ciele rozlewała się niewyobrażalna rozkosz.
Nie trzymał mnie już w ramionach. Sama wirowałam ponad miastem, a wiatr rozwiewał koszulę nocną, w której spałam ( ? ) tej nocy.
Obudziłam się z krzykiem. Na pościeli było kilka małych kropel krwi. Zerwałam się jak oparzona. Pobie-głam do lustra. Ślady były !
Wyraźne, dwie okrągłe dziurki. Całkiem świeża rana. Nie miałam siły aby krzyczeć. Wiedziałam tylko, że znów opuszczę wykłady. Nie byłam w stanie skupić się na czymkolwiek.
Ubrałam się i wyszłam na zewnątrz. Było ciepło, słonecznie. Włóczyłam się po osiedlu bez celu. W końcu trafiłam na stary, opuszczonysad. Parę lat temu, jeszcze w liceum, przychodziłam tutaj. Miałam paczkę znajomych. Piliśmy piwo i opowiadaliśmy sobie o różnych dziwnych rzeczach. Poczułam nagle silną tęsknotę za tamtymi cza-sami. Usiadłam na trawie i patrzyłam w dal. W jakiś nieokreślony punkt.
Nagle poczułam, że ktoś intensywnie mi się przygląda. Od razu pomyślałam o Nim. Powiodłam wzrokiem po sadzie i zobaczyłam Sebastiana, mojego kumpla z kla-sy. Podeszłam do niego.
- Witaj - powiedział - ze sto lat się nie widzieliśmy.
- Rzeczywiście - przyznałam - co teraz porabiasz ?
Zaczęliśmy sobie opowiadać o szkołach, pracach, znajomych.
- Mam wrażenie, że nie to chcesz mi powiedzieć - rzekł nagle.
- Wydaje ci się. - Roześmiałam się sztucznie.
- Chyba jednak nie. - Spojrzał mi w oczy. - Opowiedz mi o tym.
Usiadłam obok niego na trawie.
- Sebastian - zaczęłam ostrożnie - czy ty... czy ty wierzysz w wampiry ?
Patrzył na mnie tak, jakby wiedział, że o to zapytam.
-Tak. - odparł po chwili - Ja go widziałem. - dodał nagle - i wiem, co ci zrobił.
- Jak to ? - Byłam zszokowana. - Skąd możesz wiedzieć takie rzeczy ? Tego nikt nie wie prócz mnie. I nikt mi nie wierzy...
- Masz ślad. - Odgarnął moje włosy - Jeszcze krwawi.
- Sebastian - szepnęłam przez łzy - co ja mam zrobić ?
Patrzył na mnie chwilę z czymś w rodzaju współ-czucia w oczach.
- Biedna dziewczynka - pogłaskał mnie nie-zgrabnie po włosach.

 

25. 04. 94. poniedziałek
Nie wiem, czy będę kiedykolwiek w stanie dokładnie opisać minione dni. Właściwie do dziś nie wiem, czy to zdarzyło się naprawdę, czy był to tylko chory, pozbawiony sensu sen. Mam nadzieję, że wszystko, co dzieje się wokół mnie od kilku tygodni, okaże się w końcu tylko snem.
To zdarzyło się 18. kwietnia. Wybrałam się na samotny spacer do lasu. Oczywiście szerokim łukiem omijałam tamto miejsce. Pogoda była ładna, poza tym mogłam ukryć się przed wszystkimi. Było około 1600. Usiadłam na trawie , przymknęłam oczy i wróciłam pamięcią do tamtych, innych czasów. Zaczęło mi się coś śnić.
Kiedy otwarłam oczy, zobaczyłam nad sobą gwiazdy. Zerwałam się przerażona. Spojrzałam na zegarek. Była 2220. Idąc szybkim krokiem, wydostałam się z lasu po 15 minutach. Niestety, do domu było daleko. Miałam do wyboru : iść przez szczere pola, gdzie byłam widoczna jak na dłoni ( zwłaszcza dla takich jak On ) lub przez niewielki cmentarz. Wybrałam to drugie , gdyż nieraz tamtędy wracałam. Przeszłam przez wyłom w murze i znalazłam się w cichej, sennej krainie, rozświetlonej upiornymi płomy-kami świec i zniczy. Dawniej, kiedy tędy chodziłam, zawsze odczuwałam ten dziwny, chłodny dreszcz na plecach. Tym razem czułam coraz więcej. Czułam, że na cmentarzu ktoś jest...
Starałam się iść szybko, a jednocześnie ostrożnie. Gdzieś za drzewami, po mojej prawej stronie, usłyszałam suchy trzask, jakby ktoś nastąpił na gałązkę. Przyśpie-szyłam kroku. Znicz pękł z trzaskiem, jakby ktoś rzucił nim o płytę grobowca.
" Pewnie jacyś gówniarze się wygłupiają " - pomyślałam, ale nie uspokoiło mnie to ani trochę. Gówniarze potrafią czasem być bardzo niebezpieczni. Jakaś czarna postać zbliżała się ku mnie, spomiędzy kamiennych figur. Przez chwilę łudziłam się, że to... nie On. Niestety. Rzuciłam się do panicznej ucieczki i rzecz dziwna :główna aleja , która w rzeczywistości jest dość krótka, wydłużała się na moich oczach. Zdawała się nie mieć końca. Próbowałam uciekać bocznymi alejkami, ale wtedy działo się to samo. Alejki wydłużały się i skręcały. Co chwilę upadałam, raniąc się dotkliwie. Nigdy jeszcze zimniejszy i gorszy strach nie ściskał mojego serca. A On był wciąż kilka kroków za mną. Przede mną wyrósł mur. Odetchnęłam z ulgą i właśnie wtedy upadłam. Poczułam silny ból w lewej ręce. Nie wytrzymałam już i zaczęłam płakać. On zbliżał się powoli, nieubłagalnie , jak przeznaczenie. Pochylił się nade mną.
- Nie, błagam, zostaw mnie w spokoju - załkałam - odejdź.
- Nie mogę - uśmiechnął się dziwnie - wybrałem ciebie i z tobą podróżować będę przez wieki.
- Czego ode mnie chcesz ?
- Nie chcę być samotny - odparł - samotność jest bólem.
Chciałam krzyczeć, lecz głos uwiązł mi w gardle. Poczułam znajomy ból w szyi i to było ostatnie, co zapamiętałam.
Obudziłam się w szpitalu. Byłam bardzo słaba. Ręka była złamana w nadgarstku. Na szczęście lewa. Lekarz powiedział mi, że mam silną anemię i coś tam mi przepisał. Kiedy dziewczyny leżące ze mną na sali pytały, co się stało, powiedziałam, że napadł mnie jakiś gówniarz. Po dwóch dniach wróciłam do domu.

 

27. 04. 94 środa
Dzisiaj wyjątkowo poszłam na wykłady, chociaż, jak zwykle, nie mogłam się skoncentrować. Poszłam więc na papierosa do ubikacji. Na drzwiach napisane było krwią : " Żyję, bo kocham, miłość nigdy się nie kończy, więc będę żył wiecznie ".
Ręka zaczęła mi drżeć. Zrezygnowałam z papierosa i wróciłam na jakże nudny wykład. Już nigdy nie będę czuć się bezpiecznie sama.

 

29. 04. 94 piątek
Wstałam bardzo późno. Zapragnęłam nagle zakosztować świeżego powietrza. Schodząc, rzuciłam od niechcenia spojrzenie na skrzynkę na listy. Zupełnie niepotrzebnie, przecież nikt do mnie nie pisał. Nie-potrzebnie ? Wewnątrz coś było. Otwarłam ją. List, za-adresowany do mnie, pisany dziwnym, staroświeckim stylem. Rozdarłam kopertę.
W środku tylko kilka słów, napisanych krwią:
ŻYJĘ , BO KOCHAM. MIŁOŚĆ NIGDY SIĘ NIE KOŃCZY , WIĘC BĘDĘ ŻYŁ WIECZNIE.
Autor nie podpisał się, zresztą wcale nie musiał.

 

02. 05. 94 poniedziałek
Stało się to, co w końcu stać się musiało. Poznałam Wampira. To było w sobotę, tuż przed nocą Walpurgii. Poszłam z dwoma koleżankami do knajpy w centrum miasta. Zamówiłyśmy sobie po piwie i siedziałyśmy, gadając o wszystkim i niczym. One mówiły o swoich facetach, a ja siedziałam i uśmiechałam się głupio. Przecież nie mogłam opowiedzieć im o tym, co działo się w moim życiu.
Nagle jedna z dziewczyn zamarła, wpatrzona w drzwi wejściowe.
- Cóż takiego ? - zapytałam
- Niezły facet - odparła - świetny facet - poprawiła.
Obejrzałam się i z kolei teraz ja zamarłam. To był On. Po raz kolejny to był On. Wolnym krokiem podszedł do naszego stolika.
- Możemy porozmawiać ? - Jego głos nie znosił sprzeciwu. Zresztą nie miałam zamiaru się sprzeciwiać. Kto wie, do czego wtedy by się posunął.
Ignorując zdumione spojrzenia moich koleżanek, wstałam.
- Za chwilę do was wrócę - powiedziałam.
Wyszliśmy do drugiej sali, gdzie wszyscy tańczyli.
- Masz ochotę zatańczyć ? - Spytał.
- Nie, nie mam - wzruszyłam ramionami.
- Więc chociaż udawaj, że masz. - Siłą wy-ciągnął mnie na środek sali i zamknął w żelaznym uścisku.
- Odczep się ode mnie ! - Wrzasnęłam. - Słyszysz ?! Odpieprz się, zwariowany przebierańcu ! Czego ode mnie chcesz ?
- Wiesz. - Pogłaskał mnie po twarzy. - Chcę twojej krwi i twojej miłości. Już zawsze.
Znowu wpił się w moją szyję, ale tym razem odbierałam to jako przyjemne doznanie.
Kiedy skończył uśmiechnął się nieprzytomnie.
- Miło ?
- Miło - przyznałam.
- Pójdziemy sobie stąd ?
- Co chcesz zrobić ? - Odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- To, czego sama chcesz - odparł - czego wszystkie chcecie.
Wyszliśmy z knajpy i udaliśmy się na przystanek autobusowy. Nie czekaliśmy długo. Kiedy już siedzieliśmy, przytuleni do siebie jak całe mnóstwo innych par, powiedział :
- Wiesz już,kim jestem.
- Nietrudno się domyślić. Działałeś tak szybko...
- Żyję na tym świecie już długo, zbyt długo byłem samotny. Kiedy cię zobaczyłem, postanowiłem to zmienić.
- Cóż za zaszczyt - mruknęłam - a tak z cie-kawości : ile właściwie masz lat ?
- Och, nie pamiętam. Może tysiąc, może więcej.
Pomyślałam nagle, że to śmieszne. Jadę autobusem przez centrum nowoczesnego miasta i jakby nigdy nic dyskutuję z prastarym i chyba dość zwariowanym wampirem.
Kiedy już wysiedliśmy, wcale nie zdziwiłam się, że prowadzi mnie na cmentarz. Spacerowaliśmy alejkami pachnącymi przelotnym, popołudniowym deszczem. Mimo wszystko pragnęłam go. Był kimś niezwykłym, kimś, z kim zawsze chciałam być. Poczułam dreszcz, kiedy zbliżył się do mnie.
- Jesteśmy sami. Nareszcie sami. I nareszcie wiemy, czego od siebie oczekujemy - pocałował mnie w usta.
Dalsze pocałunki następowały po sobie tak szybko, że właściwie nie rozłączaliśmy się. Położyłmnie na chłodnej ziemi.
Wbrew rozsądkowi moje ciało potrzebowało go. Kiedy poczułam ból, poczułam jednocześnie ulgę. Nie wiem, czy więcej było rozkoszy czy bólu w naszym niespodziewanym zbliżeniu.
Wstał i pomógł mi się podnieść.
- Jak ?
- Co jak ? - Wzruszyłam ramionami - Och, daj spokój.
- Myślałem, że tego właśnie potrzebujesz.
- Musisz się jeszcze wiele nauczyć o kobietach.
Ruszyłam alejką do wyjścia.
- Ty dokąd ? - Zatrzymał mnie.
- Do domu.
- O nie, teraz pójdziemy do mnie, do mojego... do naszego domu.
Chciałam uciec, ale On zbliżył się tylko i spojrzał mi w oczy. Więcej nic nie pamiętam. Ocknęłam się w jakimś ciemnym pokoju. On był oczywiście przy mnie.
- Byłaś kiedyś na balu ? - Zapytał. - Ale na takim prawdziwym balu ?
- Pomyliłeś stulecia - odparłam.
- Zadbałem o to, żebyś nie nudziła się ze mną.
- W jakiż to ciekawy sposób ?
- Jak co roku, o tej samej porze, wydaję bal dla moich przyjaciół. Postanowiłem przedstawie cię im. W końcu kiedyś staniesz się jedną z nas.
Reszta nocy upłynęła mi jak sen. On zaprowadził mnie do garderoby, gdzie mogłam wybrać dla siebie suknię.
Nigdy nie widziałam tak pięknych rzeczy. W końcu wybrałam czerwoną sukienkę.
Sala balowa była tak ogromna, że nie sposób było ogarnąć jej wzrokiem. Nie wiem, gdzie On mnie zaprowadził, ale nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że przeniósł nas w czasie. Mężczyźni ubrani byli na czarno, a kobiety miały czarne bądź czerwone sukienki. Kiedy On przedstawił mi wszystkich, okazało się, że znajduję się wśród arystokracji. Hrabia de Cośtam , Baronowa von Coś-tam, sama elita. Nie będę jednak opisywać tego, co działo się na balu, były to bowiem rzeczy zbyt potworne i zarazem fascynujące.
Mój wzrok wzdragał się przed przyjęciem tego za rzeczywistość.
Ocknęłam się rano, naga, we własnym łóżku, w skłębionej pościeli.

 

04. 05. 94 środa
Wczoraj przekonałam się o tym, że naprawdę jestem sama. Byłam u Nadine. Przyszłam do niej wieczorem.
Była sama w domu.
- Tylko nie mów mi o wampirach - powiedziała, jak tylko mnie zobaczyła - nie chcę o tym słuchać.
- To rzeczywistość, Nadine - odparłam - rze-czywistość, która mnie otacza. A przeze mnie otacza także ciebie.
- Daj spokój tym bredniom - omal się nie rozpłakała - przecież wampiry nie istnieją, rozumiesz ? Nie istnieją !
- One są, Nadine - zaprzeczyłam. - Są. Wiem, że nie oszalałam, choć może byłoby to lepsze dla mnie. Ale nie mów mi, że ich nie ma. Nie uwierzę ci. Zrozum, to stało się częścią mojego życia.
- Nie ma ich - powtarzała - to bzdury, które wymyślałyśmy, żeby umilić sobie czas w szkole. To tylko bajki. Pamiętasz ? Chodziłyśmy za szkołę na papierosa. To było w trzeciej klasie liceum. Tam był taki rozwalający się budynek. Siadałyśmy na schodach i opowiadałyśmy sobie o Szatanie i tym podobnych bzdurach...
Spojrzałam na nią już całkiem bez emocji.
- Żegnaj, Nadine - powiedziałam.
Miałam wrażenie, że widzę ją po raz ostatni.

 

10. 05. 94 wtorek
Trudno jest mi w to uwierzyć, ale Nadine nie żyje. Została zamordowana 5 maja. Oczywiście oficjalna wersja brzmi : samobójstwo, ale ja wiem, przez kogo została zamordowana. Wiem, przez kogo. Wyskoczyła z okna. Ja jednak wiem, że nie wyskoczyła, tylko została wypchnięta. Nadine nie miała najmniejszego powodu aby się zabić. Z wszystkich znanych mi osób ona najmniej nadawała się do odebrania sobie życia.

 

15. 05. 94 niedziela
Niczego się nie dowiedziałam. To paradoksalne, ale wiem jeszcze mniej niż przedtem. Byłam u Julii , koleżanki Nadine, tej, która mieszka naprzeciw niego. Julia twierdzi, że nikt taki tu nie mieszka. Nigdy Go nie widziała. Zapytałam sąsiadkę z drugiego piętra. To samo. Nigdy Go nie widziała. Interesujące. Nie dość, że wampir, to jeszcze w do-datku wymyślony przeze mnie.
Wczoraj przyszedł do mnie. Chociaż wizyta ta nie była zbyt miła, do tej pory chce mi się śmiać z miny, jaką moja sąsiadka zrobiła na Jego widok.
Czekałam na niego pełna żalu i gniewu. Rzuciłam się na niego z pięściami.
- Ty ją zabiłeś. Zabiłeś ją tak, jak zabijasz mnie ! Tylko dla mnie jesteś bardziej okrutny, bo zabijasz mnie powoli...
Niestety, siły, jakie się we mnie tlą, odmówiły mi posłuszeństwa. On, udając troskliwego, zaniósł mnie do łóżka.
- Niepotrzebnie się tak denerwujesz - powiedział - to odbiera ci siły.
- Ty odbierasz mi siły. Odbierasz mi wszystko, co mam.
- Po to tylko, by dać ci to, czego bez mojej pomocy nigdy byś nie dostała - usiadł naprzeciw mnie. - Ci wszyscy ludzie, których widziałaś na balu w Noc Walpurgii... Myślisz, że kto im pozwolił żyć wiecznie ? To ja jestem ich mistrzem i przewodnikiem. To ja uczyniłem ich tym, czym są.
- Uczyniłeś ich potworami.
- Ejże ? - Roześmiał się. - Nie przesadzajmy, moja droga. Kiedyś mi podziękujesz. Życie jest takie ulotne... - Uderzył nagle w filozoficzny ton. - Ty dostałaś ode mnie szansę na coś lepszego. Pozostaniesz tak samo piękna, jak teraz, podczas gdy wszystkie twoje koleżanki postarzeją się i zbrzydną. Czy może być coś straszniejszego dla kobiety ?
- Jesteś nienormalny.
- Kocham cię - zbliżył się niebezpiecznie. Poczułam bijący od niego chłód...
- Daj mi spokój - powiedziałam i usiadłam na łóżku, gdyż poczułam, że słabnę - nie mogę z tobą żyć.
- Niby dlaczego ?
- Niekocham cię, nie mogę - odparłam.
- Nie musisz. - Uśmiechnął się. - Moja miłość starczy za nas dwoje, a później... później pokochasz mnie, obiecuję ci to. Przecież nie musimy się śpieszyć. Mamy całą wieczność przed sobą.
Cofnęłam się pod ścianę, byle tylko nie być blisko niego. Rzucił przelotne spojrzenie na egzemplarz "Car-milli", leżący na stole.
- Moja miłość jest tak wielka, że cię zabije - powiedział, zbliżając się.
Moja krew wrzała w żyłach, rwąc się ku jego rozpalonym wargom.

 

21. 05. 94 sobota
Brak mi już sił. Przestałam pokazywać się na wykładach. Nie mogę znieść słonecznego blasku i budzących się do życia roślin. To przypomina mi, że bliska jest chwila, kiedy ja sama zgasnę.
Znowu przyszedł do mnie. Wczoraj, kiedy kładłam się do łóżka. Chciał, bym udała się do niego. Nie zgodziłam się, wtedy zrobił to samo, co w Noc Walpurgii. Spojrzał w moje oczy i więcej nic nie pamiętam. Ocknęłam się w ciemnej, ponurej norze, którą zwał swym zamkiem. Tym razem zapragnął mojego ciała. Było wspaniale, ale cały czas miałam świadomość, że robię to z kimś... nieziemskim.
Obudziłam się w ciemnym pomieszczeniu. Moje łóżko było twarde, jakby zrobione z drewna. Krzyknęłam przerażona. Leżałam w trumnie !
- Niezgorsze łoże, prawda, moja pani ? - Zapytał.
Myślałam, że go uderzę.

 

06. 06. 94 poniedziałek
Ciepły wieczór. Leżę w łóżku, bo nie jestem w stanie podnieść się i żyć normalnie. Wszystkie zmysły odmawiają mi posłuszeństwa. Piszę już coraz rzadziej, gdyu czasem nawet utrzymanie pióra w dłoni jest problemem. Dręczą mnie upiorne sny. Nie potrafię sobie z tym wszystkim poradzić. Dowiedziałam się, że Julia, ta przyjaciółka Nadine, która mieszkała naprzeciw Niego, powiesiła się. Sam mi to powiedział.

 

07. 06. 94 wtorek
Wczoraj wieczorem poczułam się gorzej. Zwijałam się z bólu na łóżku. Wtedy przyszedł On. Był wyraźnie zaniepokojony. Widać planował moją agonię na znacznie dłuższy kawałek czasu. Jego oczy wyrażały pełnię ogarniającego Go obłędu.
- Umieram ! - Zawołałam, czując przepełniającą mnie radość i ulgę. - Nie udał ci się twój plan, kochany wampirze !
Chwycił mnie w objęcia w jakimś dzikim szale. Widać sam to zrozumiał. To był koniec. I nagle, wypuścił mnie z objęć i uśmiechnął się tym dziwnym uśmiechem, którego najbardziej u Niego nienawidziłam. Podwinął rękaw czarnej koszuli i wy-szedł do kuchni . Wrócił z nożem.
Naciął skórę na przegubie ręki i uniósł ją nad moją twarzą.
- Pij ! - Rozkazał. - Wino z moich żył doda ci siły.
Przełknęłam kilka kropel. Żar rozlał się po moim ciele. Przez chwilę czułam palący ból. Potem zapadłam w sen.

 

23. 07. 94 środa
To już ostatnie dni. Okna zaciągnięte są ciemnymi zasłonami. Potwornie gorące lato. Dawno już takiego nie było. Właściwie ani mi to przeszkadza, ani nastraja optymizmem... Nie jestem w sta-nie poddać się jakimkolwiek emocjom. Zwłaszcza po nocy z 22 / 23 lipca. Przyszedł przed północą. Kiedy mnie zobaczył, uwierzył wreszcie, że jestem na skraju wyczerpania.
- Jesteś zadowolony ? - Zapytałam.
Patrzył na mnie dziwnym, jakby przerażonym wzrokiem.
- Boli mnie tylko twoje cierpienie - rzekł - ale nie martw się, to nie potrwa długo.
- Zapewne - przyznałam - sama to czuję.
Kątem oka wyłowiłam jakiś nieznaczny ruch w przedpokoju.
- Z kim przyszedłeś ? - Zapytałam, czując narastający lęk.
- Jak to : " z kim przyszedłeś " ? - Zdziwił się. - Jestem sam, jak zwykle.
Korowód postaci w białych, zwiewnych szatach, napływał nieprzerwaną falą do pokoju.
- Nie ! - Krzyknęłam przerażona. - Nie, oni są wszędzie ! Wszędzie ! ! ! Zostawcie mnie !
Ostatkiem sił zerwałam się z łóżka. W pokoju było biało od szat zmór, które przyszły dręczyć mnie, jakby bez nich było mi mało.
Było tak biało, że nie widziałam nawet Jego. Na całym ciele czułam ich dłonie i oddechy. Ich ciała nie stawiały oporu, mogłam przechodzić przez nie, jakby wcale nie było ich w pokoju. Zaczęłam krzyczeć śmiertelnie przerażona.
- Ratuj mnie ! - Krzyczałam w białą pustkę, w której przed chwilą stał On. - Proszę, pomóż mi, kimkolwiek byś nie był !
Przebił się przez białe szaty zjaw i chwycił mnie mocno w ramiona, tak, jakbyśmy mieli tańczyć jakiegoś upiornego, chorego walca.
- Muszę to zrobić - rzekł, przegryzając żyły na przegubie. - Jest zbyt wcześnie, ale nie mam wyjścia.
Szkarłatna ciecz wdzierała się do moich ust, wzbudzając nowe, dziwne siły. Zjawy zaczęły znikać. Stałam sama na środku pokoju w pokrwawionej koszuli nocnej.

 

Z a k o ń c z e n i e
Autorka pamiętnika została znaleziona martwa w swoim łóżku, trzy dni po ostatnim zapisie. Sąsiedzi, pytani o jej osobę, stwierdzili, że nigdy nie odwiedzał jej męż-czyzna, który mógłby opowiadać opisowi podanemu w pamiętniku.
Wprawdzie jego portret pamięciowy ukazał się w programie telewizyjnym i w prasie, ale nie przyniosło to rezultatów.
Ludzie, mieszkający na osiedlu zmarłej, twierdzą, iż nigdy nie widzieli tego mężczyzny. Pomimo to po zapadnięciu zmroku, prawie nikt nie wychodzi z domu.

 

28. 07. 94
Na pogrzeb przyszła tylko jedna osoba. Sebastian stał z rękami wbitymi w kieszenie i obserwował monotonne ruchy łopaty, którą grabarz zasypywał trumnę.
Gorące lato. Z nieba lał się żar, a jemu, ubranemu w czarny podkoszulek, wyjątkowo dawał się we znaki.
W jego oczach odbijał się smutek i coś w rodzaju ulgi. Postał chwilę, a potem odszedł wolnym krokiem.
I chociaż, próżno pytać skąd, wiedział najwięcej, nawet on nie miał pojęcia, że w przysypanej ziemią trumnie nie było ciała.



blog comments powered by Disqus