"Wilcze dusze", cz. 1
W mojej ostatniej podróży udało mi się zwiedzić niemal całą Europę. Wracałem do domu pełen niezwykłych wrażeń i wspomnień. Wracałem, tym chętniej, że na miejscu czekała na mnie moja narzeczona Amanda. Nie przestawałem o niej myśleć przez całą mą podróż i z każdą chwilą rozłąka nasza stawała się coraz trudniejsza do zniesienia. Niestety podróż moja, została niejako wymuszoną przez moją dalszą rodzinę. Zwłaszcza jedną z ciotek, która sądząc, że skuszą mnie wdzięki mej kuzynki, usiłowała "wciągnąć" mnie do swej najbliższej rodziny. Kuzynka w istocie była śliczną i mądrą osóbką, jednakże sama jej obecność, boleśnie przypominała mi Amandę.
Nie będę opowiadał, jakie wspaniałości oglądałem podróżując po obcych mi krajach, nie czas i miejsce na to. Największa przygoda czekała na mnie w moim własnym kraju, niecałe trzy dni drogi od mojego majątku.
3. Marca 1847 r.
Dyliżans wiózł mnie, podskakując niemiłosiernie na wyboistej drodze. Nie poznawałem tych okolic. Lasy i lasy. I przytulone do nich maleńkie wioski, zapomniane przez wszystkich. Było już całkiem ciemno. Tę ciemność pogłębiały jeszcze ciężkie, czarne chmury i zimny, drobny deszczyk, który siekł od rana. Nawet tu w dyliżansie było mi zimno, co dopiero, gdyby przyszło mi podróżować pieszo.
"Współczuję tym, którzy dzisiaj muszą pokonywać te drogi na własnych nogach" - pomyślałem i niemal w tym samym momencie dyliżans zatrząsł się straszliwie i stanął. Chciałem wysiąść i zapytać, co się stało, lecz w tejże chwili drzwiczki otworzyły się i do środka zajrzał starszy, wąsaty mężczyzna, który wiózł mnie do tej pory.
- Pan wybaczy - rzekł - ale dyliżans dalej nie pojedzie.
- Jak to nie pojedzie?! - zdziwiłem się. - Przecież zapłaciłem wam, człowieku!
- Oddam panu należność, ale dalej wieźć pana nie będę. Zresztą, niech pan sam zobaczy, to może wtedy mi uwierzy, że dalej jechać nie możemy.
Czując ogarniającą mnie, coraz większą irytację, wysiadłem. Widok, jaki ujrzałem, nie nastroił mnie optymistycznie. Jedno z kół tkwiło całkiem oderwane w błocie. Dyliżans przechylał się niebezpiecznie.
- Nie można tego jakoś naprawić? - zapytałem.
- Jeśli nawet, to i tak niewiele to da. Jeden z koni okulał.
- Niech to diabli! - zakląłem. - Więc będziemy tu tkwić całą noc?
Mężczyzna rozłożył ręce wyraźnie zakłopotany.
- Mam rodzinę w tych stronach - powiedział. - A panu radziłbym udać się do gospody. Żarcie i wino co prawda podłe, ale przenocujecie przynajmniej w cieple. A jutro, na pewno będzie przejeżdżał tędy jakiś dyliżans.
Wściekły na niego, siebie i nieszczęsny dyliżans milczałem dłuższą chwilę.
- Pokażcie mi drogę do tej gospody - powiedziałem w końcu. - Przecież nie będziemy tu stali całą noc.
Mężczyzna wytłumaczył mi, jak mogę dojść do karczmy, a potem jął wyprzęgać konie. Wziąłem swój bagaż (na szczęście nie był zbyt duży i ciężki) i odszedłem we wskazanym kierunku. Trochę dziwił mnie całkowity brak jakichkolwiek śladów życia w małej mieścinie. Pewnie, że pora nie była wczesna, ale przecież zawsze można natknąć się na zapóźnionych ludzi, powracających do domów. Uliczki świeciły pustkami i tylko w nielicznych domkach dało się dostrzec coś na kształt światła. Wyminąłem nieliczne domy i znalazłem się na rynku, tak to miejsce przynajmniej wyglądało. Zrujnowany kościół straszył powybijanymi szybkami. Wszędzie ciemność i pustka...
Wolnym krokiem doszedłem do piętrowego, mocno podniszczonego budynku. Nad masywnymi drzwiami, na silnym, zimnym wietrze kołysał się naderwany szyld. "KARCZMA POD SREBRNYM WILKIEM" - głosił napis. Nie wiedzieć czemu sama ta nazwa budziła we mnie niejasne odczucia, których nie dało się zaliczyć do przyjemnych. Mocno uderzyłem pięścią w drzwi. Ani drgnęły.
Uderzyłem znowu. Nic. Zacząłem tłuc się, jak opętany, bynajmniej nie powodowany pragnieniem znalezienia się w obskurnym wnętrzu, lecz raczej lękiem, przed spędzeniem nocy na zewnątrz. Niestety moje wysiłki nie spotkały się z odzewem. Podniosłem z ziemi kilka drobnych, mokrych kamyków. Próbowałem trafić nimi w okna budynku w nadziei, że oporny karczmarz zlituje się nade mną, lecz nic nie wskórałem.
Wściekły, lecz także zrozpaczony powlokłem się z powrotem wąską ulicą w dół. Pomyślałem, że mogę przecież zastukać do któregoś z domów i poprosić o nocleg. Miałem jeszcze trochę pieniędzy, by zaoferować je w razie konieczności. Zastukałem do pierwszego z domów. Nikt mi nie otworzył, to samo powtórzyło się z kilkoma następnymi. Wreszcie drzwi jednego, uchyliły się. Stanęła w nich młoda kobieta, okryta wełnianą chustą. W jej oczach kryły się zaciekawienie i lęk. Przywitałem ją uprzejmie.
- Chciałbym przenocować - powiedziałem. - Dyliżans się zepsuł, a jest już późno. Zapłacę!
Kobieta zawahała się na chwilę.
- Co się tam dzieje?! - zapytał ze środka męski głos. - Z kim rozmawiasz?
- Jakiś podróżny prosi o nocleg.
- Powiedz mu, żeby się wynosił do diabła! - ryknął ów głos, dając niepiękne świadectwo o tym człowieku.
- Powiedzcie pani swemu mężowi, czy kim on tam jest, że zapłacę za nocleg - powiedziałem siląc się na to, by głos mój brzmiał uprzejmie i spokojnie.
- On mówi, że zapłaci - powiedziała kobieta, odwracając się ku niewidzialnemu rozmówcy.
- Do diabła z jego pieniędzmi! - zawołał mężczyzna. - Niech się wynosi! Tacy, jak on to nieszczęście! Niech stąd idzie, może TAMCI go przyjmą!
Kobieta popatrzyła na mnie z przepraszającym uśmiechem.
- Wybaczcie panie - szepnęła - mój mąż nie był kiedyś taki. To życie i wydarzenia, jakie ostatnio nawiedziły te strony uczyniły go szorstkim w obejściu. Nie gniewajcie się na niego.
Jej mowa i twarz delikatnej urody stały w sprzeczności z tym miejscem i człowiekiem, którego miała za męża.
- O jakich wydarzeniach mówicie? - zapytałem. - Okolice wydają się być zapomnianymi przez Boga i ludzi...
- I tak jest w istocie - rzekła zmieszana. - To miejsce zapomnieli wszyscy, ale zło o nas nie zapomniało. Nawiedza te miejsca nieodmiennie od ponad stu lat.
- Sto lat! - zawołałem. - Ale czym jest ta moc? Kim są TAMCI?
- Lina, dlaczego nie wracasz do domu?! - rozległ się znowu nieprzyjemny głos gospodarza. - Czy ten podróżny jeszcze tam jest?!
- Odejdźcie już panie - jęknęła błagalnie kobieta - on bywa czasem... Błagam was, idźcie już.
Chciałem jeszcze o coś zapytać, być może o drogę, ale kobieta zatrzasnęła drzwi. Zrezygnowany wyszedłem z miasteczka. Być może kto inny starałby się o nocleg, niezrażony niepowodzeniami, ale ja taki nie byłem. Nie miałem zamiaru poniżać się przed tymi zadufanymi w sobie ludźmi.
Deszcz zdążył przemoczyć mnie do suchej nitki, nim doszedłem do drogi, na której mój dyliżans uległ zniszczeniu. W ciemnościach trudno było wypatrzyć jakąkolwiek drogę. Nie miałem pojęcia, gdzie mógłbym się skierować, toteż szedłem przed siebie, nieświadom tego, iż wybrałem drogę najgorszą z możliwych. Wkrótce ogarnęły mnie leśne ciemności. Wstrząsany dreszczami, wlokłem się noga za nogą, potykając się co chwilę o wystające z ziemi korzenie drzew. Deszcz lał już teraz niemiłosiernie, cały byłem przemoczony i zabłocony. Czułem ogarniającą mnie gorączkę, będącą wynikiem męczącej podróży i zmarznięcia. Zimny pot zalewał mi oczy było mi właściwie obojętne, dokąd idę i co się ze mną stanie. Nieludzko zmęczony i osłabiony, poderwałem się w momencie, gdy oczom moim ukazał się niski domek, w którego oknie płonęło światło.
"Kto normalny pragnie mieszkać w takiej głuszy" - pomyślałem i to była moja ostatnia świadoma myśl.
Upadłem ciężko na progu chatki.
Ocknąłem się, kiedy słońce stało wysoko na niebie. Leżałem w łóżku, przykryty po samą szyję. Ktoś zdjął ze mnie ubranie.
Przypomniałem sobie wszystkie szczegóły wczorajszego wieczoru. Czy znajdowałem się w owej tajemniczej leśnej chatce? Próbowałem podnieść się na łóżku, ale ból, jaki temu towarzyszył nie pozwolił mi. Zadowoliłem się odwróceniem głowy. Wtedy go zobaczyłem.
Mężczyzna, około 30 - letni siedział przy masywnym stole i grał sam ze sobą w karty. Jego wygląd przywodził na myśl barbarzyńskie, odległe czasy. Tak, mógłby być wojownikiem, przynajmniej jego postawa była imponująca. Niezmiernie szerokie barki i olbrzymie pięści tego człowieka, nakazywały mi mocno się zastanowić, zanim powiem cokolwiek. Splątane czarne włosy opadały aż do pasa. Chyba nigdy ich nie obcinał. Ubrany był dość dziwacznie w strój, który nie odpowiadał żadnej modzie. Miał kolor czarny, materiał był mocno wypłowiały. Ale najdziwniejsza była twarz. Mogłem przyglądać się jej bezkarnie, sądziłem bowiem, iż pogrążony jest w grze z wyimaginowanym przeciwnikiem. Mocno opalona skóra, powlekała twarz o wystających kościach policzkowych, nadając przy tym niesamowitego blasku oczom. Były to oczy niezmiernie mroczne, niemal czarne. Wąskie usta teraz mocno zaciśnięte, znamionowały człowieka twardego i... bezwzględnego. Dłonie również spalone na brąz tasowały karty z niezwykłą wprawą.
Niespodziewanie złapał mnie silny atak kaszlu, którego nie mogłem stłumić. Nieznajomy zdawał się nie zwracać na mnie uwagi. Kiedy przestałem kaszleć, spojrzał na mnie z drwiącym uśmieszkiem.
- Myślałeś, że nie czuję jak się na mnie gapisz? - zapytał dudniącym głosem. - Przede mną niewiele się ukryje, niestety. Naucz się tego zawczasu.
- Ja... nie rozumiem o co panu chodzi - wyjąkałem, ale on już nie zwracał na mnie uwagi.
Jeszcze ze trzy kwadranse grał sam ze sobą w karty, aż wreszcie nie wytrzymałem.
- Widać brak wam towarzysza - mruknąłem.
- Że co? - zapytał niezbyt uprzejmie. - Teraz to ja nie rozumiem. Wyrażaj się jaśniej!
- Chodziło mi tylko o to, że grasz samotnie w karty...
Roześmiał się głośno.
- Ależ ja wcale nie gram sam - rzekł.
- A z kim, jeśli wolno wiedzieć?
- Z moim wujem, Ralphem - wyjaśnił. - Nie widać?
- Przykro mi, nikogo nie widzę - powiedziałem niechętnie, sądząc, że stroi sobie ze mnie żarty.
- Cóż, nic dziwnego - mruknął. - Ten stary diabeł przeniósł się na tamten świat kilka lat temu. Nie chcę się chwalić - dodał z rozbrajającym uśmiechem. - Sam mu w tym dopomogłem.
"Jestem w mocy szaleńca" - pomyślałem, a głośno dodałem - Jesteś zatem zwyczajnym mordercą.
- Co tam? Mówże głośniej! Nie mogę jednocześnie grać w karty z wujem i słuchać twojego bełkotu! Mam akurat chwilę czasu, więc gram sobie! A ta piekielna ladacznica Anita szlaja się cholera wie gdzie! Obiję jej tą przeklętą gębę, jak tylko wróci!
- Jeżeli mówi pan o swojej żonie, to proszę wybaczyć, ale tak nie wypada - ująłem się za ową Anitą.
- Żona! - ryknął grubiańskim śmiechem. - Całe szczęście, że ona nie jest moją żoną! I być nią żadną miarą nie może, to moja siostra. Miałem kiedyś żonę, ale już nie żyje. Zmieniając temat, skończ już z tym "panem", mam na imię Conrad.
- Christopher - przedstawiłem się.
- Chętnie posłuchałbyś o mojej żonie - rzekł, jakby czytając w moich myślach. - Dobrze opowiem ci. To było, kiedy jeszcze chodziłem do miasteczka. W karczmie służyła dziewka, ani piękna, ani mądra. Kupiłem ją od karczmarza za marne pieniądze. Potrzebowałem baby w domu. Nie masz pojęcia, jaka Anita jest leniwa. Myśli tylko o swojej urodzie.
- Więc nie kochałeś jej? - nagle zrobiło mi się żal nieszczęsnej dziewczyny, zdanej na łaskę tego człowieka.
- Oczywiście, że nie. To była wścibska dziewucha, chciała wiedzieć wszystko. Musiałem się jej pozbyć. Cóż za ulgę wtedy odczułem! Nigdy więcej myśl o ożenku nie zagościła w mej głowie.
- Żartujesz oczywiście! - przeraziłem się. - Chyba jej nie zabiłeś!
- No oczywiście, że żartuję - powiedział niemal słodko.
Chwilę jeszcze grał w karty, wreszcie odłożył je.
- Czas wziąć się do jakiejś roboty - rzekł. - Muszę iść.
Wstał. Jego wzrost niemal mnie przeraził. Conrad prawie dotykał głową sufitu.
- Powiedz mi jeszcze - rzekł do mnie. - Jak trafiłeś do mojego domu?
- Przez przypadek - odparłem. - W miasteczku nikt nie chciał użyczyć mi gościny.
- Tutaj nie lubi się podróżnych - rzekł. - Ciesz się, że nie spotkałeś po drodze moich piesków.
Wzruszyłem tylko ramionami. Nie zauważyłem istnienia żadnych psów, co nie było znów takie dziwne. Żadne boskie stworzenie nie wytrzymałoby z takim człowiekiem. Byłem rad, że to indywiduum opuszcza dom. Co prawda sam nie mogłem ruszyć się z łóżka, ale nie byłem narażony na słuchanie okropnych zwierzeń tego człowieka. Większość czasu przespałem, mój organizm potrzebował tego, w końcu nieźle się przeziębiłem. Kiedy nie spałem, siadałem na łóżku i patrzyłem na otoczenie. Izba, w której leżałem była skromna, ale zadbana i czysta. Na małym kominku buzował ogień. Drugie łóżko, stojące pod zachodnią ścianą nakryte było przepiękną purpurową narzutą, na której wyszyty był wielobarwny smok. Ściany zdobiły cudowne, fantazyjne pejzaże. Nigdzie ani śladu zaniedbania, ani jednego pyłka kurzu. Conrad urósł trochę w moich oczach, kiedy patrzyłem na izbę. Pracowity człowiek, jeśli wierzyć, że jego siostra rzeczywiście jest tak leniwa,jak powiadał. A jeżeli i ją zamordował?
" Bzdury - pomyślałem. - Po prostu przechwala się. Znalazł sobie słuchacza w mojej osobie i opowiada głupoty nie z tej ziemi"
Tak, tak właśnie musiało być. Rozmyślając o tym przedziwnym człowieku, zasnąłem.
Nie wiem, jak długo spałem. Kiedy otworzyłem oczy, za oknem, które miałem naprzeciw łóżka było już całkiem ciemno. Conrad siedział przy stole i wpatrywał się w coś, co trzymał w dłoniach. Medalion! Nie miałem na szyi swego medalionu! Zerwałem się z łóżka, nie bacząc na moją słabość i dopadłem do niego.
- Oddaj to! Oddaj w tej chwili! - krzyknąłem.
Nieco zdziwiony i zaskoczony, teraz wybuchnął śmiechem. Przez chwilę opędzał się ode mnie, jak od natrętnej muchy, unosząc medalion wysoko.
- Uspokój się, bo jeszcze ci to podniecenie zaszkodzi - powiedział wreszcie. - Przecież ci tego nie zjem! Kto to jest?
- To moja narzeczona, Amanda - wyjaśniłem. - A teraz oddaj mi to, proszę.
- Amanda - powtórzył - ładna. - Nigdy nie widziałem takich jasnych włosów. Ładna - powtórzył. - Ale przy mojej siostrze, Anicie, znaczy o tyle - strzelił palcami.
Dotknięty w swej dumie, wyrwałem mu medalion z dłoni i wróciłem do łóżka. Leżąc przyglądałem się podobiźnie Amandy. Nie była może wielką pięknością, co niektórzy (zwłaszcza moje zazdrosne kuzynki) wielokrotnie dawali mi do zrozumienia. Miała w sobie jednak coś za czym zawsze tęskniłem. Niewiarygodną słodycz, niewysłowioną czułość i łagodność. Przy niej czułem się taki bezpieczny! Swymi słowami i delikatnym uśmiechem umiała odpędzić ode mnie wszystkie troski. Chciałem być z nią zawsze. Amanda była dla mnie najpiękniejsza na świecie. Tylko ja jeden widziałem jej złote włosy, spływające gładko aż do bioder. Jakaż była wtedy urocza! Jej błękitne, niewinne oczy tchnęły radością życia, która poprzez nią rozpierała i mnie. Długie rzęsy, o których można by pisać prawdziwe poematy... Niestety, nie byłem poetą. Mimo wszystko, Conrad był wobec Amandy zbyt surowy.
- Czego takiego brak mej ukochanej, a co ma twoja siostra? - zapytałem z ciekawością.
Conrad wstał, a jego oczy błysnęły dziko w półmroku. Jego twarz przybrała na chwilę wyraz zakochanego mężczyzny. Zakochanego do szaleństwa. Ale to trwało tylko chwilę.
- Podziwiam urodę Amandy - zaczął - ale Anita, moja siostra... ona ma w sobie to, czego brak większości kobiet. A jeśli już to mają, starają się to ukrywać. Anita ma w sobie dzikość, nosi w sobie wielkie niespełnienie pragnień, którym nie wolno oglądać światła dziennego. A jednak nie rezygnuje z tej cechy, którą większość odrzuciłaby. Ona nie boi się nikogo i niczego, choć niektóre jej czyny i słowa i myśli mogłyby niejednego przerazić. Gdybym tylko nie był jej bratem... Och, bywają dni, których każdą sekundę przeklinam powodowany niemożnością spełnienia. Nienawidzę świata i natury za jej niedorzeczne prawa i zakazy! Moja miłość do niej nie ma nic wspólnego z miłością braterską. Moja miłość powoduje, iż krew gotuje się w mych żyłach, a ja nie próbuję się przeciwstawiać. Ja pogrążam się w mym słodkim grzechu, pragnąc, by potępiono mnie za życia. Kocham... ech, zapomnij o tym, co ode mnie usłyszałeś! Jestem przeklęty, lecz raduję się tym, bo moje przekleństwo, którym jest miłość do niej pogrąża także ją...
Ukrył twarz w dłoniach i przysiągłbym, iż ma ochotę zapłakać. Trwał tak chwilę, niczym olbrzymi posąg. Milczałem, jak ogłuszony, tak potwornym wydało mi się jego wyznanie.
- Dlaczego więc mówisz o niej takie złe słowa, skoro ją kochasz? - odważyłem się zapytać.
Popatrzył na mnie z uśmiechem pełnym goryczy.
- Łudziłem się kiedyś, że złe słowa oddalą ją ode mnie i zabiją niedorzeczną miłość. Myślałem, że zbuduję mur z mej udawanej nienawiści, lecz myliłem się! Piekło niech pochłonie chwilę, w której uświadomiłem sobie potworną prawdę. Wolałbym służyć samemu diabłu, niż trwać w tym uczuciu! Ja jestem w piekle teraz! Szatanie, ja płonę za życia!
Padł na kolana z twarzą tak zmienioną, iż myślałem, że mam oto przed sobą istotę z piekła rodem, skamieniałą w swym, jakże ziemskim bólu... Jednak w oczach jego nie było łez, które, być może przyniosłyby mu ulgę.
- Taka jest różnica między Amandą, a moją siostrą - szepnął - Amanda jest łagodnością, a Anita ma wilczą duszę! Rozumiesz co to znaczy? Mieć wilczą duszę? Ona patrzy na moje cierpienie z radością, obcą tobie i większości ludzi. Z radością, dla ciebie ohydną, bo ona w głębi duszy pragnie mojej miłości. Moja miłość raduje ją... To nie ja pozbyłem się kobiety, która była moją żoną. Anita to zrobiła. Zrobiła to z zazdrości.
Conrad wstał i popatrzył na mnie z pogardą.
- O czym my tu w ogóle gadamy?! - oburzył się nagle - śpijże już człowieku i śnij sobie o rzeczach przyjemnych. Ja muszę odpocząć. Ciężki dzień mnie jutro czeka.
Wyszedł do drugiej izby, której istnienia nie podejrzewałem. Co tam robił, nie wiem, dość, że zabawił tam dobrą godzinę.
Nie mogłem zasnąć, myśląc bezustannie o tym, co usłyszałem. Nad ranem doszedłem do wniosku, że opowieści Conrada są bajaniem chorego umysłu. I te jego nagłe zmiany nastroju... Być może żadna Anita nie istniała? Och, gdybym miał siłę, opuściłbym to miejsce bezzwłocznie.
Następnego dnia nie miałem siły, by się podnieść. Gorączka całkiem opadła, byłem niezwykle słaby. Conrad podał mi jakieś zioła do picia, rzekomo sporządzane przez Anitę. Kiedy odmówiłem wypicia ich, wlał mi je do ust przemocą. Spałem po nich snem umarłego.
2. kwietnia 1847 r.
Conrad miał rację co do ziół. Pomogły mi bardzo. Nie czułem już takiego osłabienia.
- Dziś pokażę ci me włości - rzekł, kiedy udało mi się wstać - imponujące miejsce, sam zobaczysz.
- Obawiam się, że będę musiał odejść - powiedziałem, czując na dźwięk tych słów niewypowiedzianą ulgę. - Rodzina czeka na mnie. Zapłacę ci oczywiście...
- Nigdzie nie pójdziesz - oznajmił spokojnie. - Pieniądze wziąłem sobie już jakiś czas temu, ale to za mało. Swoje towarzystwo wyceniam dziesięciokroć wyżej.
- Więc co mam zrobić? - zaniepokoiłem się. - Wrócę tu, kiedy...
- Zamknij się człowieku, albo cię zabiję! - ryknął. - Czuję twój strach, boisz się i dlatego chcesz odejść. Odejdziesz, ale wtedy, kiedy na to zezwolę. Tymczasem opłacisz pobyt w tym niezwykłym przybytku pracą dla mnie. No, a teraz chodźmy.
Chciałem zaprotestować, ale spojrzał na mnie z taką grozą w oczach, że zaniechałem.
Las otaczał chatę ze wszystkich stron. Stanowił nieprzebytą zasłonę, odgradzającą dom od reszty świata. Właściwie to dom miał tylko maleńkie podwórze, na którym znajdowała się studnia. Reszta, to był tylko dziki, skłębiony las, stwarzający chory pozór ciemności zalegającej wokół chaty. Idąc za mym upiornym przewodnikiem, potykałem się co chwilę, narażając tym samym na jego bezustanne drwiny. Starałem się nie zwracać na nie uwagi. Byłem wszakże w jego mocy i chwila nieuwagi z mojej strony mogła skończyć się naprawdę źle - dla mnie oczywiście.
- To nie przypadek rzucił cię w moje strony - powiedział nagle Conrad. - Nie wierzę w przypadki. Wszystko w moim życiu... Też to czujesz? - zapytał przystając nagle i zaczął węszyć, jak dzikie zwierzę.
- Co mam czuć? - zdziwiłem się.
- No, tak zapomniałem - machnął ręką. - Ja czuję. Obecność. Ktoś martwy, niedaleko. Strach. Aura strachu, jaki czuł przed śmiercią jeszcze się nie rozwiała.
- Przestań - westchnąłem, czując jak ciarki chodzą mi po plecach. - Nie przyszło ci do głowy, że ja nie muszę uwielbiać makabry?
- Wyobraź sobie, że jakoś nie - skrzywił się. - Moje towarzystwo jest dla ciebie makabryczne?
- No cóż, zgadłeś.
- Wyczuwam to coraz wyraźniej. Tylko nie wrzeszcz, kiedy natkniemy się na ciało.
- Myślisz, że to samobójca? - zapytałem ostrożnie.
- Mam nadzieję, że nie.
Powstrzymał mnie ruchem dłoni. Poszedł pierwszy, ja kilka metrów za nim ze zjeżonymi włosami. Nie miałem ochoty na oglądanie ciała, które mogło leżeć w lesie nie wiadomo odkąd, a poza tym... Skąd Conrad miał pewność, że w ogóle znajdziemy jakieś ciało? A może on sam... Odrzuciłem tę myśl. Przecież nie ciągnąłby mnie w miejsce popełnionej przez siebie zbrodni. Nawet szaleńcy tak nie czynią.
Conrad przystanął na chwilę.
- Tam - wskazał kierunek. - Pójdziemy tam.
Trzymałem się blisko niego ze zwyczajnego strachu. Cały czas wydawało mi się (zupełnie bez sensu), że w gęstych koronach drzew siedzą przeróżne zjawy, gotowe wskoczyć mi na plecy w chwili nieuwagi. Choć sama myśl wydawała mi się irracjonalna, odczuwałem coś na kształt strachu. Nagle Conrad zatrzymał się.
- Jak wiele możesz znieść? - zapytał, patrząc na mnie z ironicznym uśmiechem.
- Nawet sobie nie wyobrażasz, jak wiele - odparłem urażony. - Co tam jest? Zdechły zając?
- I to jaki zając! - westchnął. - Zresztą chodź tu to sam się przekonasz.
Podszedłem bliżej i niemal od razu zrozumiałem, że popełniłem błąd. Zebrało mi się na wymioty i powstrzymywałem się przed tym z niemałym trudem. Wśród wysokich krzewów, obsypanych (zapewne trującymi) czerwonymi owocami leżało ciało młodej kobiety. Wyglądało nad wyraz świeżo... Nie było mowy o rozkładzie, lecz... Ciało było poszarpane kłami dzikiego zwierzęcia. Nie wiem, jakie zwierzę mogłoby zadać takie obrażenia, dość, że musiało być duże i silne. Miejscami ciało nieszczęsnej kobiety było mocno wyszarpane. Stworzenie dobrało się zapewne do wszystkich co ponętniejszych wnętrzności, gdyż kobieta została pozbawiona połowy brzucha i serca. Coś, co ją zaatakowało, przegryzło jej też gardło. Długie włosy kobiety zlepione krwią dopełniały koszmarnego widoku. Odwróciłem się, gdyż patrzenie na to było ponad moje siły.
- Chodźmy stąd, błagam - rzuciłem pod adresem Conrada. - Powiadommy władze, czy kogoś...
Odwróciłem się, ponieważ nie słyszałem odpowiedzi. Wielce zdumiało mnie i przeraziło zachowanie mego towarzysza. Pochylił się nad ciałem kobiety, nie usiłując nawet wytrzeć śliny, płynącej z ust.
- Ona tu jest - szeptał w uniesieniu, wdychając zapach śmierci. - Jest, a więc żyje! Ona żyje! Jest blisko. Przyjdź! Moja rozkoszy, mój obłędzie...
Szeptał tak przytulając ciało kobiety. Scena ta wydała mi się ohydną, wynaturzoną do granic możliwości. Odwróciłem się i zwymiotowałem.
- Zaraz wracamy - powiedział Conrad dopiero teraz zwracając na mnie uwagę. - Musisz mi pomóc ją przenieść w pobliże chaty i to szybko.
- Ale po co? - zdziwiłem się.
- Jak to, po co? - zirytował się. - Żeby ją pochować rzecz jasna!
- Musimy o tym komuś opowiedzieć i...
- Zwariowałeś? - roześmiał się. - Ja nie chcę mieć kłopotów. Tutaj od dłuższego czasu dzieją się różne rzeczy. Giną ludzie...
- Musimy komuś o tym powiedzieć - upierałem się. - Może w ten sposób...
- W ten sposób, co? Winny zostanie ukarany? O to ci chodzi? Jesteś kompletnym idiotą, jeżeli coś takiego przyszło ci w ogóle do głowy. Jak myślisz, kogo ludzie z miasteczka będą podejrzewać najpierw? Może tajemniczego podróżnego, który zamieszkał w lesie w domu pewnego delikatnie mówiąc podejrzanego osobnika? Ludzie tutaj nie lubią obcych. Wiesz chyba, co chcę powiedzieć.
Poczułem, że oblewa mnie zimny pot. W co ja się właściwie wplątałem? Czy Conrad chciał kogoś osłonić? Nie chciałem pomagać w ukrywaniu zbrodni, ale cóż mogłem zrobić? Ten straszliwy człowiek stał nade mną, przewyższając mnie o głowę. Jeden cios jego pięści mógłby wyrządzić mi poważną krzywdę. Prawdę mówiąc nigdy nie bałem się tak bardzo. Z niechęcią i wstrętem pomogłem mu przenieść ciało w pobliże chaty. Do południa kopaliśmy dół. Choroba sprawiła, że szybko się zmęczyłem (nie zwykłem także pracować w podobny sposób) i nie mogłem kopać zbyt długo. Conrad klnąc straszliwie sam dokończył.
Wieczorem, kiedy siedzieliśmy jedząc prosty posiłek, Conrad powiedział nagle:
- Dzisiaj będziesz nocował w mniejszej izbie. Nocą wróci Anita, a teraz śpisz w jej łóżku. Mogłaby się trochę złościć.
- Wyobrażam sobie - mruknąłem z przekąsem. - Jedno mnie tylko dziwi: skąd wiesz, że ona wróci akurat dzisiaj, skoro podobno szlaja się, cholera wie gdzie?
- Mamy swój sekretny sposób porozumiewania się, którego nigdy nie pojmą zmanierowani paniczykowie - rzekł Conrad i przestał zwracać na mnie uwagę.
3 kwietnia 1847 r.
Obudziłem się dość wcześnie, co było o tyle dziwne, że nocą właściwie nie spałem. Może spowodowały to wczorajsze wydarzenia, nie wiem. Conrad także najwyraźniej nie mógł zasnąć, ale to mnie akurat nie dziwiło. Ten człowiek na pewno nie miał czystego sumienia, jakże więc mógłby spać spokojnym snem? Słyszałem, jak całą noc wiercił się na łóżku, wstawał, wychodził przed dom, trwał tam, jakby na kogoś czekał... Dość, że przez to i ja trwałem w nieustającym uczuciu niepokoju.
Wstałem niechętnie, zastanawiając się, co też dzisiaj człowiek ten wymyśli. Po wczorajszym kopaniu dołu dla nieszczęsnej kobiety, dłonie miałem pełne odcisków. Ubrałem się szybko i wyszedłem z izby z zamiarem poszukania Conrada i powiedzenia mu słów kilku na temat nocnego wiercenia się po domu. Niechże mnie więzi, do licha, jeśli tego pragnie, niech naznacza mi jakieś idiotyczne prace, ale przy tej okazji, niech także pozwoli mi się porządnie wyspać. To wszystko chciałem mu uświadomić, lecz... W jednej chwili zapomniałem o tym postanowieniu... Widok, jaki ukazał się moim oczom...
W pierwszej, dużej izbie, na samym jej środku stała na czymś w rodzaju krzesła, spora miednica, wypełniona ciepłą wodą. Dookoła na podłodze widniały mokre plamy. Nad miednicą pochylała się kobieta. Całkiem naga. Nacierała pachnącym wywarem z ziół swoje mokre włosy, które musiały chyba sięgać jej do kolan. To nie to, bym nigdy nie widział nagiej kobiety... Oczywiście nie chodzi mi bynajmniej o Amandę. Nasze nieliczne pieszczoty były ukradkowe, szybkie, jakby wykradzione jej wrodzonej wstydliwości. Miałem dla niej zbyt wiele szacunku, bym śmiał prosić o więcej. Zresztą im bardziej była niedostępną, tym bardziej jej pragnąłem. Kiedyś, kilka lat temu... miałem wtedy może 20 lat, może nieco więcej, odwiedziłem kilkakrotnie dom rozkoszy i to bardziej przez namowy przyjaciół, niż z faktycznej potrzeby. Zresztą tak czyniło wielu młodych mężczyzn, nie widzę więc powodu, bym miał się z tego tłumaczyć. Tamte kobiety należały do wszystkich, więc szybko o nich zapomniałem. Jednakże... ta, która stała teraz przede mną w pewien sposób je przypominała. Jej ciało jędrne i świeże o skórze białej, jak alabaster godne było najwznioślejszych uczuć, ale i najwystępniejszego pożądania. Krągłe uda i biodra, teraz bezwstydnie odsłonięte prosiły o pieszczoty. Stała tyłem do mnie, więc nie mogła mnie widzieć, a jednak po dłuższej chwili mego pełnego zażenowania podziwu, usłyszałem głos jej, niski i zachrypnięty:
- Nie stój tak, człowieku. Czuję obcy zapach od dobrej chwili, pokaż się!
Ton jej głosu był rozkazujący, ale ja mogłem tylko stać bez ruchu, porażony mocą niezwykłego zjawiska. Kobieta odwróciła się, ukazując przecudną twarz i ciężkie, białe piersi. Niżej nie śmiałem spojrzeć. Chyba wyczuła o czym myślę, gdyż usta jej wykrzywił przedziwny uśmiech.
- Na co tak patrzysz? - zapytała nieco łagodniej - Chyba nie moja uroda cię tak oszałamia?
- Wiesz pani na pewno, że tak właśnie jest - odparłem.
W samej jej twarzy można było zakochać się bez pamięci. Była lekko opalona przez słońce. Wielkie, zielone oczy w oprawie czarnych rzęs i brwi rozświetlały ją, czarowały... Pełne usta były niezwykle zmysłowe, kuszące. Cudowna, leśna boginka. Patrzyła na mnie z nieodgadnionym uśmiechem na twarzy.
- Jesteś tym nieszczęśnikiem, o którym opowiadał mi Conrad - rzekła w końcu.
Dopiero teraz pojąłem, kogo mam przed sobą. To była Anita, siostra Conrada. Ta sama, którą on... Nie, nie chciałem nawet o tym myśleć. Zresztą nie miałem na to czasu, gdyż właśnie wtedy Conrad dosłownie wpadł do domu, tocząc wkrąg wzrokiem rozwścieczonego wilka.
- Jeszcześ się nie ubrała suko przeklęta?! - ryknął takim głosem, że ziemia powinna zatrząść się na jego dźwięk.
Prychnęła, jak rozwścieczona kotka, ale na wszelki wypadek odskoczyła od niego.
- Odczep się ode mnie diabelskie nasienie! - krzyknęła piskliwie - To jest także mój dom.
- Nie pozwolę ci pokazywać się wszystkim w takim stanie - powiedział. - Nie jesteś ladacznicą.
- Czyż nie tak bez przerwy mnie nazywasz? - zapytała odsuwając się jeszcze - Gdyby żył mój wujek Ralph, nigdy nie pozwoliłby ci odzywać się do mnie w ten sposób!
- Ale jego już nie ma i teraz ja jestem tu panem, zrozumiałaś dziwko?
- Przestańcie, błagam - westchnąłem zażenowany. - Nie mogę słuchać jak obrażacie się takimi słowami. Niech pani się ubierze, Anito, a ty, Conradzie, daj jej już spokój.
- Niech ona raczej da mi spokój! - wrzasnął - Ale nie! Ona specjalnie ukazuje swoje wdzięki, by mnie do szaleństwa przywieść, jakby jeszcze było jej mało! Dlaczego nikt nie ma litości nade mną?
- Jakiż jesteś żałosny - wykrzywiła się pogardliwie. - Potrafisz tylko użalać się nad sobą i...
Skoczył ku niej, a ja niestety nie zdążyłem zasłonić jej sobą i oto przed mymi oczyma rozegrała się scena nad wyraz nieprzyjemna. Conrad chwycił wyrywającą się Anitę za włosy i zbliżył do siebie. Potem wymierzył jej straszliwy policzek. Osunęła się na podłogę, a potem splunęła w niego śliną zmieszaną z krwią. Rzucił w nią jakimiś ubraniami i wyszedł. Anita zaczęła płakać tak rozpaczliwie, iż w tej chwili miałem ochotę po prostu zamordować Conrada własnymi rękami. Gdzież była ta wielka miłość, tak grzeszna w swej wymowie? W biciu i ubliżaniu tej rzekomo najdroższej na świecie istocie?
Podszedłem do Anity i pogłaskałem jej długie, mokre włosy.
- Niech pani nie płacze - szepnąłem. - Nie warto.
Spojrzała na mnie i nieoczekiwanie roześmiała się wesoło.
- Nie warto - powtórzyła. - Ubiorę się i wyjdziemy przed dom. On teraz długo nie wróci. Zawsze gdzieś znika, kiedy jest na mnie wściekły.
Ubrała się szybko. Ku mojemu zdziwieniu jej suknia była uszyta z niezwykle kosztownego błękitnego brokatu.
- To Conrad mnie ubiera - powiedziała sznurując suknię. - Nie wiem, po co mi to wszystko w tej głuszy, ale jeśli taki ma kaprys nie będę się sprzeciwiała.
Wyszliśmy przed dom i usiedliśmy na przyniesionej przez Anitę ciemnej narzucie. Rozmawialiśmy długo. Rozmowa z Anitą była niezmiernie zajmująca, ona nie bała się wyrażać swych opinii, nie kryła wstydliwie rumieńców i nie chichotała bez powodu, jak większość znajomych mi panien. Pod wpływem ciepłych promieni słonecznych jej włosy wyschły i spływały jasnorudymi falami do kolan. Okryła się nimi, jak płaszczem.
- Ciekawa jestem, co też mój brat naplótł panu, kiedy mnie nie było - uśmiechnęła się do mnie nagle.
- Rzeczy niegodne powtórzenia - odparłem - jak to, że kocha panią do szaleństwa.
- O tak - spoważniała nagle - Conrad kocha mnie, ale także nienawidzi z całego serca. To człowiek szalony, dziwny...
Nie miałem ochoty rozmawiać o Conradzie. Naraz poczułem się tak, jakbym miał rywala i śmiertelnego wroga.
- Pomówmy lepiej o pani - powiedziałem - gdzie pani bawiła? U przyjaciół?
- Można powiedzieć, że u dalszej rodziny - odparła - na temat mej nieobecności Conrad też pewnie nagadał panu bzdur.
Nie śmiałem powtórzyć jej tych herezji.
- Na pani miejscu wyniósłbym się z tego domu czym prędzej - zmieniłem temat - czy brat mówił pani o martwej kobiecie, którą znaleźliśmy wczoraj w lesie?
- Nie - wydało mi się, że lekko pobladła - ale to w tych stronach nie pierwszyzna.
- Nie boi się pani? - zdziwiłem się - przecież pani jest tutaj bezbronna! Gdybym był przesądny, rzekłbym...
- No, cóż takiego by pan rzekł? - zainteresowała się - ma pan jakąś teorię?
- Ach, nie - zawstydziłem się nieco - to tylko opo-wiastki, które snuła dawno temu moja ciotka. Chodzi mi o...
- O co?
- To na pewno nieprawda - czułem się niezmiernie głupio mówiąc to wszystko - przecież wilkołaki nie istnieją, czyż nie? To tylko przesądy, bajanie.
- Kto wie? - mruknęła z zagadkowym uśmiechem - cóż jeszcze mówiła panu przesądna ciotka?
- Podobno gdzieś w tych stronach istniał pewien ród, który przybył nie wiadomo skąd. Na owym rodzie ciążyła według legendy klątwa. Z jakiegoś powodu w każdym pokoleniu jedna osoba była dotknięta dziwną przypadłością.
- Podczas pełni księżyca zamieniała się w wilkołaka - dokończyła Anita - wiele jest takich legend, nie trzeba zwracać na nie uwagi.
Do późnego wieczora rozmawialiśmy sobie całkiem przyjemnie. Potem Anita podała kolację i dalej rozmawialiśmy sobie. Tak zastał nas Conrad. Jego niezwykle chmurne oblicze, pełne było dziwnego bólu. Zjadł wieczerzę z dala od nas w kącie izby, jak zwierzę.
- Wychodzę na całą noc - rzekł do Anity - zostawiam cię samą z naszym przemiłym gościem i mam nadzieję, że żadne głupoty nie przyjdą wam do głów, bo inaczej źle będzie z wami.
- Nie śmiałbym nastawać na cześć kobiety - oburzyłem się - licz się ze słowami.
- Ty może nie będziesz nastawał - roześmiał się - ale za nią ręczyć nie mogę.
Conrad wstał i narzucił na siebie coś w rodzaju peleryny. Nagle odczułem dziwną zazdrość właśnie o jego osobę. Jego dzikość, z której jeszcze niedawno gotów byłem drwić nadawała mu niesamowitej aury, która mogła niebezpiecznie działać na kobiety. Conrad był zniewalająco męski i Anita o tym wiedziała. Poznałem to po spojrzeniu, jakim obdarzyła go na pożegnanie.
Wreszcie zostaliśmy sami, ale Anita była jakaś dziwna. Smutna, roztargniona. Rozmowa między nami nie kleiła się zupełnie. Poprosiłem ją tylko o wodę do mycia, a potem udałem się na spoczynek.
Obudziłem się późną nocą, a właściwie obudziło mnie coś. Najpierw nie zdawałem sobie sprawy, co to takiego. Na pewno nic strasznego mi się nie śniło. Usiadłem na łóżku i wsłuchiwałem się w nocną ciszę. Wydawało mi się, że coś uderzyło w moje okno. Nie na tyle mocno, by je wybić, raczej... i to napełniło mnie lękiem, to coś chciało dać mi znać o swojej obecności. Opanowałem dziwny strach i wolno podszedłem do okna. Widok, jaki ujrzałem przeraził mnie. W małym ogródku buszowało stado wilków, gryząc się wzajemnie i potrącając. Jeden wilk wyglądał szczególnie imponująco. Był wprost olbrzymi. Nigdy nie widziałem wilka tak wielkiego i... strasznego.
Jego oczy zdawały się jarzyć czerwonym blaskiem, ale wziąłem to za przywidzenie. Może ta noc sprawiała, że widziałem rzeczy innymi, niż faktycznie były? Ostatnie przeżycia także nie należały do najmilszych, no może oprócz spotkania Anity, ale ta kobieta nie powinna mnie obchodzić w najmniejszym stopniu. Poczułem nagle, że muszę prędko stąd uciec, inaczej... Zawsze uważałem się za człowieka honoru i nie mógłbym znieść myśli o uczynieniu krzywdy Amandzie, tymczasem zdałem sobie sprawę, iż przez cały poprzedni dzień nawet o niej nie pomyślałem. A wszystkiemu temu winna była Anita, niestety. Zawsze potępiałem mężczyzn, którzy powodowani nagłym impulsem zostawiali wszystko dla jakiejś miłostki. Uważałem takich mężczyzn za niezmiernie słabych i gardziłem nimi. Jakie miałem do tego prawo? Sam byłem teraz bliski uczynienia Amandzie ogromnej krzywdy. Odwróciłem się od okna i w tej samej chwili usłyszałem skrzypnięcie drzwi. Anita! Na podwórku i w ogrodzie panoszyła się sfora wilków, a ona sama... Nie zastanawiając się nad tym, co robię, wybiegłem do drugiej izby. Anita stała na progu chaty, patrząc spokojnie na kłębowisko wilków.
- Wracaj! - zawołałem - wracaj natychmiast, one cię zagryzą!
Odwróciła się i spojrzała na mnie niemal z nienawiścią. Cofnąłem się zaskoczony.
- Uspokój się - syknęła - sama wiem, czego powinnam się wystrzegać! Wracaj do łóżka!
- Nie mogę zostawić cię samej - powiedziałem znacznie już chłodniej - zamknij te drzwi i wracaj do domu.
- Zawsze robię tylko to, na co mam ochotę - odparła, a potem krzyknęła dziko w stronę wilków - wynoście się stąd diabelskie pomioty! No, już was nie ma! Nie słyszeliście, co powiedziałam?! Tak, zwłaszcza ty.
Wilki jak na komendę opuściły okolice domu. Anita zatrzasnęła drzwi.
- Dawno przestałam obawiać się czegokolwiek - powiedziała spokojnie - nie powinieneś w ogóle zwracać uwagi na te wilki. Leżysz sobie bezpieczny w łóżku, nic ci nie zagraża. Pomyśl o tych, którzy dzisiaj wędrują w tych okolicach.
- Obawiam się szczególnie o twego brata, Anito - powiedziałem, stwierdzając ze zdziwieniem, że naprawdę się o niego boję.
- Nie powinieneś - wzruszyła ramionami - on zawsze daje sobie radę, zresztą skąd wiesz, że łazi po lesie? Może siedzi u jakiejś dziewki pod pierzyną i nawet o nas nie pomyśli?
Wyraz jej oczu zdradził mi, iż sama myśl o tym sprawiała jej ból. Czyżby ona naprawdę... Nie, nie wierzyłem w to.
- Wrócę do siebie - powiedziałem nieco zmieszany - mało ostatnio wypoczywałem.
Uśmiechnęła się do mnie dziwnie i w tej jednej chwili pomyślałem, iż gdybym tylko spróbował zbliżyć się do niej, nie opierałaby się. Takie rozwiązanie nie byłoby jednak godne mnie. Powiedziałem jej szybkie " dobranoc " i odszedłem do siebie żegnany jej uśmiechem i wszechwiedzącym spojrzeniem.
4 kwietnia 1847 r.
Obudziłem się późno. Ubrałem się szybko i wyszedłem przed dom. Anita sprzątała przed chatą. Na kupce śmieci dostrzegłem dość dziwne rzeczy... była tam wilcza sierść, skrawki jakiegoś materiału i kosmyk długich, kasztanowych włosów. Wzdrygnąłem się na ten widok. Jakieś niejasne podejrzenie zakiełkowało w mej głowie.
- Anito, czy stało się tu coś, o czym nie wiem? - zapytałem siląc się na surowość.
- Raczej coś, o czym nie musisz wiedzieć - odburknęła - cóż cię to obchodzi, do cholery?! Czy ktoś każe ci to sprzątać?
Jej głos, tak różny od wczorajszego, słodkiego i pełnego obietnic, wytrącił mnie z równowagi. A ja gotów byłem przedłożyć tą kobietę nad Amandę! Nocą wszystko wygląda inaczej. Odparłem jej więc ostro.
- Jeżeli to sprawka twego niezrównoważonego brata, to wiedz, iż nie zamierzam dopomagać w ukrywaniu jego odrażających zbrodni.
Przestała sprzątać i popatrzyła na mnie wrogo. Nim zdążyłem się zorientować, skoczyła ku mnie szybko.
- Nie mów tak o nim! - warknęła - nigdy tak o nim nie mów!
Poczułem jej paznokcie wbijające się w moją szyję coraz głębiej. Szarpnąłem się do tyłu, lecz to tylko pogorszyło sprawę. Anita rozwścieczona, jak dzikie zwierzę wpiła się zębami w moje ramię. Nie mogłem dać sobie z nią rady, więc (powodowany ostatecznością) mocno uderzyłem ją w głowę. Rozluźniła uścisk i osunęła się na ziemię. Pochyliłem się nad nią. Leżała zemdlona, bez znaku życia. Przeniosłem ją do domu i położyłem na łóżku. Wyrzucałem sobie swoją gwałtowność. Nigdy nie zdarzyło mi się uderzyć kobiety, lecz tym razem po prostu nie miałem wyjścia.
Wyszedłem przed dom, zgrabiłem sierść i włosy z podwórka i podpaliłem je, nie zastanawiając się nad ich pochodzeniem.
- Słuszny uczynek - usłyszałem naraz tuż za sobą.
Odskoczyłem z krzykiem i zobaczyłem Conrada. Nie wiem, czy jego widok bardziej mnie ucieszył, czy przeraził.
- Zawsze się tak skradasz? - zapytałem z niesmakiem.
- Prawda, że robię to świetnie? - uśmiechnął się złośliwie - a gdzie Anita?
- Leży w łóżku - odparłem szczerze - uderzyłem ją, gdy chciała mnie pogryźć z twojego powodu.
- Trzeba było kark skręcić tej latawicy - wzruszył ramionami.
- Myślałem, że cię to ucieszy - powiedziałem nieco zdziwiony.
- Nie cieszy mnie, kiedy ktoś postępuje głupio - odparł - ona nigdy nie nauczy się kultury.
Usiadł koło mnie przy ognisku i dopiero teraz zauważyłem, że jego ubranie poplamione jest krwią. Poczułem naraz, że ogarnia mnie niewysłowiona groza. W jaką grę grali ze mną ci ludzie, których żadną miarą nie dało się nazwać normalnymi?
- Zraniła cię do krwi? - zapytał nagle Conrad.
- Nie wiem, nie sprawdzałem.
- Więc sprawdź - rzekł poważnie - to ważniejsze, niż mógłbyś przypuszczać.
Odsłoniłem ramię. Ślady zębów Anity odcisnęły się wyraźnie. Rana zaczerwieniła się mocno, jakby Anita wlała w nią cały swój jad.
- Niedobrze - mruknął Conrad - bardzo niedobrze. Nierozważna dziwka! Poczekaj tu, zaraz wrócę.
Jakoż i wrócił po chwili. W dłoni trzymał kufel.
- Wypij to - rozkazał.
- Co to jest? - zapytałem patrząc na napój o czarnym kolorze.
- Coś co zapobiegnie niemiłym dla ciebie skutkom - powiedział - no pij to i przestań zadawać idiotyczne pytania!
Wypiłem niewyobrażalne świństwo, krzywiąc się straszliwie. I wtedy stała się rzecz dziwna. Rana jęła się szybko goić, tak szybko, iż skłonny byłem przypuszczać, że Conrad przyrządził napój według czarodziejskiej receptury. Nie tylko to się wydarzyło... Usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk Anity. Tak, jakby ktoś ją zarzynał. Wrzeszczała strasznie.
- Zróbmy coś! - zawołałem do Conrada przerażony - ona cierpi!
- Niech cierpi, to jej przejdzie - odparł obojętnie.
Anita wybiegła z domu i wiła się w szalonych konwulsjach po całym podwórku. Jej ubranie brudne było od ziemi a ręce zdarła sobie do krwi czepiając się wszystkiego po drodze. Nie przestawała krzyczeć, przeraźliwie, okropnie. Przez cały czas miała zamknięte oczy, jakby śniła koszmarny sen. Patrzyłem na to straszliwe widowisko z przerażeniem i bólem. Conrad wydawał się obojętny. Spokojnie śledził każdy ruch Anity, chyba nawet trochę go ten widok bawił. Wreszcie Anita upadła bez życia na ziemię. Chciałem do niej podbiec, ale Conrad powstrzymał mnie.
- Da sobie radę - rzekł.
Kilka minut później Anita wstała. Zachowywała się normalnie, jakby nic nie zaszło. Miała doskonały humor. Po południu zrobiła pranie, a potem siedziała na trawie przysłuchując się naszej rozmowie. Tylko jej zachrypnięty od krzyku głos, świadczył o tym, że naprawdę byłem świadkiem tych nieprzyjemnych porannych wydarzeń.
Wieczorem okazało się, że moja rana zniknęła bez śladu.
Bez słowa podszedłem do Conrada jedzącego właśnie kolację i pokazałem mu miejsce po ranie.
- Co było w tym ohydnym napoju? - zapytałem.
- Nie twój interes - odburknął Conrad - dość, że ci pomogło, więcej nie powinno cię obchodzić.
- Obchodzi mnie - powiedziałem - to jakieś czary, prawda?
- Nie wytrzymam z tym niewdzięcznym potworem! - westchnął Conrad - nie dość, że uratowałem go od nieszczęścia, to on jeszcze ma do mnie pretensje nie wiadomo o co! Anito, teraz już wiesz dlaczego ostrzegałem cię przed rozpieszczonymi paniczykami! Do wszystkiego się czepiają, nie pozwalają człowiekowi żyć! Odczepże się, cholerny lalusiu.
- Ty oczywiście także twierdzisz, że nic się nie stało? - zwróciłem się do Anity.
- A niby co miało się stać? - zdziwiła się.
- Nie wytrzymam w tym domu ani minuty dłużej - jęknąłem, mając serdecznie dość moich gospodarzy.
- Obawiam się, że nie masz wyjścia - odparł Conrad - jeszcze nie odpracowałeś swej należności za moje świetne towarzystwo.
- Sama moja obecność, to już jest za wiele, jak dla ciebie - odparłem, naprawdę zły - a ty - zwróciłem się do Anity - w co ty ze mną grasz, kobieto? Rzuciłaś się dzisiaj na mnie, jak wściekła, a teraz udajesz...
- Niczego nie udaję - odparła zimno - proszę nie oskarżać mnie o rzeczy, które miejsca nie miały i mieć żadną miarą nie mogły. Zrozumiano?
Wstała i jęła spacerować po izbie, tam i z powrotem. Jakaż była wspaniała z tym zagniewanym obliczem i włosami powiewającymi niczym welon! Wprost nie mogłem oderwać od niej oczu. Wybaczyłbym jej każdą impertynencję, jakiej się wobec mnie dopuściła. Ale ona nie zwracała na mnie uwagi, nie dbając o moje wybaczanie, ani o moją osobę.
- Conrad - powiedziała ostro - obiecałeś mi coś.
- Tak? - udał zdziwienie - niby co? Gwiazdkę z nie-ba? To wyjdź na zewnątrz i weź ją sobie, na niebie jest ich dość dużo.
- Zamknij się! - wrzasnęła - obiecałeś przynieść mi mięso. Wiesz o co mi chodzi.
- Nażarłaś się go do syta kilka dni temu - powiedział spokojnie - a tak a propos mięsa: wiesz mój drogi gościu, że znowu znaleziono w lesie jakąś biedną dziewczynę? Poniosła śmierć taką samą, jak tamta, którą zakopaliśmy.
- Pięknych rzeczy się dowiaduję - mruknęła Anita z ironicznym uśmieszkiem.
- To straszne - powiedziałem - ktokolwiek to robi, jest...
- Wyjątkowo podła istota, wprost bestia - rzekł Conrad.
- Nie wierz w ani jedno jego słowo - wtrąciła się Anita - Conrad ją zamordował, nie mam co do tego wątpliwości.
- Po wszystkim, co tu widziałem i słyszałem, ja także ich nie mam - powiedziałem.
- Nie przesadzajcie i nie przeceniajcie mojej skromnej osoby - rzekł z zawstydzonym uśmiechem - dodaj jeszcze, że ta kobieta miała długie, kasztanowe loki...
- Jesteś mordercą! - zawołałem - jesteś podłym mordercą, bestią w ludzkiej skórze!
- Ludzkiej? - Anita zdziwiła się szczerze - przecież wystarczy na niego spojrzeć, żeby domyślić się z kim spała jego matka, kiedy poczęła tego potwora...
- Anito! - zawołałem wzburzony - proszę przestać! Proszę nie kalać imienia swej matki, kimkolwiek była...
- Kim była? - roześmiał się Conrad - była taka sama jak ta - wskazał na Anitę - niewiele to warte, sam wiesz.
- Przestańcie! - krzyknąłem - przestańcie natychmiast!
- To co będzie z tym mięsem? - zapytała Anita.
- Odczep się ode mnie! - ryknął - oboje się odczepcie! Chcesz żreć mięso, to zagryź tego lalusia!
- Dziękuję - mruknęła - wiesz, Conrad, ty jednak jesteś całkiem do niczego.
- Cały czas przestaję z tobą, co w tym dziwnego.
Cisnęła weń saganek z wodą, ledwo zdążył się uchylić. Patrząc na nich miałem wrażenie, że z trudem skrywają śmiech. O co tym ludziom chodziło do diabła?
- Napiłbym się czegoś - powiedział Conrad - dawaj wódki, Anita! Wiem, że chowasz ją pod łóżkiem. Staczasz się kobieto...
- Kaznodzieja się znalazł - mruknęła pogardliwie - odczep ty się ode mnie.
Sięgnęła pod łóżko i wyciągnęła spod niego dwie butelki. Postawiła na stole.
- Ja też się napiję - powiedziała.
Anita piła jak dorożkarz, a mimo to alkohol zdawał się w ogóle na nią nie działać. Uśmiechała się tylko rozmarzona i patrzyła na mnie dziwnie.
- Podobno masz narzeczoną - zagadnęła mnie nagle - Conrad mi powiedział.
Conrad uśmiechnął się do mnie złośliwie ponad jej głową.
- Owszem, mam - przyznałem.
- Czy ładna?
- Amanda jest ładna - odparłem - choć twój brat uważa inaczej.
- On? - roześmiała się Anita - a któżby go pytał o zdanie? Amanda... jest ładniejsza ode mnie? - Anita nie dawała mi spokoju - czy jest?
Nie wiedziałem co jej na to odpowiedzieć. Powinienem bronić swojej kobiety, ale skłamałbym, gdybym powiedział " tak ".
- Jest bardzo piękna, ale nie piękniejsza od ciebie - odparłem wymijająco.
- No, to dobrze - westchnęła.
Conrad porządnie już pijany, przygarnął ją nagle do siebie i posadził sobie na kolanach. Niestosowność tej sceny robiła na mnie nieprzyjemne wrażenie.
- Damy się tak nie zachowują, Anito - powiedziałem - nie powinnaś tak robić. Nie jesteście już dziećmi.
- Nie jestem damą - odparła Anita z jakimś dziwnym bolesnym uśmiechem - i choćbym chciała, nigdy nią nie będę. Jestem przeklęta, Christopherze.
- Zamilcz! - rozkazał Conrad - A ty nie pouczaj jej, co ma robić. Niech sobie siedzi skoro sprawia jej to przyjemność.
- Ale tak nie uchodzi - odparłem - jesteście rodzeństwem.
- Daj spokój - mruknął obojętnie - prawo natury, jest silniejsze, niż prawo ustanowione przez człowieka.
Wolno, jakby od niechcenia, objął jej pierś. Anita wyrwała się i wybiegła z chaty. Słyszałem, jak jej piersią wstrząsa tłumiony szloch.
- Widzisz, co narobiłeś? - zapytał Conrad.
- To było odrażające.
- Nie sądzę. Gadasz jej jakieś bzdury... zrozum człowieku, ona nie należy i nigdy nie będzie należała do twojej sfery! Nie ucz jej więc, że powinna być damą. Nie pozwolę ci zmarnować tej dziewczyny. Wiem, o czym myślisz. Chciałbyś odebrać mi ją przemocą i uczynić ją swoją kochanką, Oszałamia cię jej piękność... A co potem, kiedy już ci się znudzi? Odeślesz ją z powrotem do lasu? Nie pozwolę ci na to. Wolę już sam ją zhańbić.
- Nie odważysz się. Masz przecież jakieś poczucie przyzwoitości.
- Te twoje zasady - westchnął - komu one są potrzebne? Przychodzisz tutaj, siejesz zamęt, zawracasz w głowie niewinnej dziewczynie... Kim ty w ogóle jesteś?
- Idę po Anitę - powiedziałem wstając.
- Na mnie także już czas - rzekł - dzisiejszej nocy mnie nie będzie. Jutro także.
Wyszliśmy na zewnątrz. Anita stała oparta o ścianę domu i patrzyła w dal wzrokiem bez wyrazu. Conrad podszedł do niej i objął ją mocno, tak, jak obejmuje się kochankę raczej, niż siostrę. Przytuliła się do niego. Powiedział jej coś cicho, ona uśmiechnęła się szczęśliwa. Potem odszedł, a ona dalej stała bez ruchu, wpatrzona w dal, w zielony gąszcz, w którym zniknął. Dotknąłem jej ramienia.
- Chłodno już - powiedziałem - wejdźmy do domu.
Nie sprzeciwiała się i już do końca wieczoru była miła i słodka. Po jej twarzy błąkał się rozmarzony uśmiech. Zapragnąłem nagle wyrwać ją stąd, zabrać daleko, nim rzeczywiście pochłonie ją ta miłość o której nigdy nie powinna była pomyśleć.
5 kwietnia 1847 r.
Anita zajmowała się mną z niezwykłą czułością i od-daniem. Opowiadała mi historie, które zdarzyły się w jej rodzinie (doprawdy, niezwykły musiał być to ród), opowiadała o swoim smutnym dzieciństwie. Tylko na wspomnienie Conrada krew gotowała mi się w żyłach. Anita wspomniała o nim tylko raz, kiedy stawiała przede mną obiad (bardzo zresztą smakowity).
- Ulubiona potrawa Conrada - powiedziała.
- Nie chcę, byśmy o nim mówili - odparłem jej na to - mówmy o tobie, Anito.
Wieczorem dowiedziałem się, kto maluje wspaniałe pejzaże i wyszywa pięknie.
- Czasem bawię się w ten sposób - powiedziała - na przykład, kiedy Conrad zostawia mnie samą na noc.
- Boisz się nocy? - zapytałem nieświadomie przysuwając się do niej.
Spojrzała na mnie z tym swoim nieprzytomnym uśmiechem, kogoś kto śni całe swoje życie.
- Noc? - zapytała - nie, nie boję się nocy. A ty, czy boisz się mnie?
Nie zdążyłem się zdziwić. Anita przywarła do mnie całym ciałem, jej usta były takie bliskie, takie kuszące... Nigdy nie czułem takiego żaru, całując kobietę. Nie myślałem o niczym, tylko o niej i o tym, by pocałunek trwał wiecznie, bym mógł nie obudzić się z tego snu już nigdy, nigdy...
Odsunęła się nagle.
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie - szepnęła.
- Tak, chyba trochę się ciebie boję, Anito - powiedziałem.
- A zatem, dobrej nocy - powiedziała przesyłając mi dłonią pocałunek.
Nie zmrużyłem oka całą noc.
Sklep
Forum