"Wilcze dusze", cz. 2

Autor: Ewa Julia Tur

<<< część 1

6 kwietnia 1847 r.

Conrad nie wracał, a Anita krążyła po całym domu i podwórku dziwnie podenerwowana, niespokojna. Kilkakrotnie próbowałem uspokoić ją dobrym słowem lub gestem, ale odtrącała mnie. Znowu uraczyła mnie "ulubioną potrawą Conrada", choć ta, mówiąc szczerze, stawała mi kością w gardle. Wreszcie nie wytrzymałem tego.

- Anito, tak nie można - powiedziałem - najpierw mówisz, że Conrad na pewno da sobie radę, po to, by teraz umierać z niepokoju. Gdzie on jest? Co tu się w ogóle dzieje?

- Myślałam, że jesteś bystrzejszy - powiedziała cicho - już raz byłeś bliski prawdy, ale okazałeś się na tyle głupi, że zlekceważyłeś swą intuicję. Jakże często, wy, mężczyźni popełniacie ten błąd.

- Mówisz zagadkami, Anito.

- Jeżeli to zagadka, to dziecinnie prosta - odparła smutno.

- Byłoby o wiele prościej, gdybyś powiedziała mi całą prawdę - powiedziałem - wiedziałbym, czy powinnaś się martwić.

- To nie ułatwiłoby ci niczego. Chyba, że jesteś przesądny.

- W żadnym wypadku.

- W takim razie, nie mamy o czym mówić.

Odwróciła się ode mnie chłodna i obojętna. Mogłem się spodziewać, że kobieta, która przez całe życie mieszka w niedostępnych chaszczach, wierzy w różne bzdury, ale wolałbym, by Anita z moich marzeń, była bardziej nowoczesna, trzeźwiej stojąca na ziemi. Nie wyobrażałem sobie na przykład Amandy, opowiadającej o przesądach. Prędzej spaliłaby się ze wstydu. Nawet miałem powiedzieć coś na ten temat Anicie, ale powstrzymałem się.

Odezwała się dopiero wieczorem, kiedy kładłem się do łóżka. Przyszła do mnie i usiadła na łóżku. Jej bliskość wywoływała we mnie same niepożądane uczucia. Pocałowała mnie w usta, szybko, bez wczorajszego żaru.

- Pod żadnym pozorem nie wychodź dzisiejszej nocy z domu - szepnęła - zrozumiałeś?

- Nie, nie zrozumiałem, ale zastosuję się do twego rozkazu.

Jej uśmiech powiedział mi, jak bardzo oddaliłem ją od siebie tą odpowiedzią. Byłem jednak zbyt zadufany w sobie, zbyt w siebie zapatrzony, bym mógł to zauważyć. Anita wyszła, a ja zasnąłem wkrótce.


Obudziły mnie dziwne odgłosy dobiegające z zewnątrz. Minęła dobra chwila, nim zorientowałem się, że to nie-zbyt odległe wycie wilków. Naciągnąłem na siebie pierzynę, tak, że przykryłem się niemal cały. Nasłuchiwałem nocnych odgłosów lasu, pragnąc, by ucichły. Tak się jednak nie stało. Czułem dziwny lęk, potęgowany jeszcze myślą, że oto znajduję się w ciepłym łóżku i jestem bezpieczny, a gdybym przypadkiem przemykał się teraz przez las... Serce zaczęło bić mi szybciej. Wilki zawodziły, a dźwięk ten wzmagał mój niepokój. Było w nim coś znajomego...

Nagle zrozumiałem. To brzmiało, jak wołanie. Miejsce, niegdyś ranne za sprawą Anity zapiekło straszliwie. Tak, jakby ktoś złapał mnie za to właśnie ramię i ciągnął w stronę, z której dobiegało wycie. W końcu nie wytrzymałem. Wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Nie zobaczyłem niczego szczególnego. Nocne niebo usiane było gwiazdami, księżyc świecił dość jasno. Wydawało mi się, że w oddali błysnęło coś, jakby para ślepi, ale z pewnością była to tylko gra mojej pobudzonej wyobraźni. Rana, a raczej miejsce po niej piekła straszliwie. Próbowałem obejrzeć ramię, ale niczego nie dostrzegłem. Pomyślałem, że sprawdzę, co z Anitą. Wyszedłem do jej izby i zobaczyłem zamykające się drzwi. Nierozważna! W pierwszym odruchu chciałem pobiec za nią, lecz... Naraz w głowie zaświtała mi dziwaczna myśl. Drzwi widać niestarannie domknięte, uchyliły się same. Na trzęsących się nogach, podszedłem do nich i uchyliłem je jeszcze odrobinę.Anita stała przy prymitywnej furtce, będącej jedynie fragmentem dawnego ogrodzenia. Schyliła się i postawiła coś na ziemi. Stała bez ruchu, jakby nagle skamieniała. Nasłuchiwała. Wycie wilków dało się znów słyszeć.

I wtedy stało się coś bardzo dziwnego. Anita odrzuciła głowę w tył, aż włosy upięte byle jak na głowie, rozsypały się na plecy. Lśniły teraz w nikłym blasku księżyca, jak złoto - rude węże. Wyczuwałem jej niezwykłe skupienie, wprost słyszałem jej oddech, wciągane do płuc powietrze. Anita wydała z siebie przeciągłe wycie, jakby należała do sfory krążących po lesie wilków. Był to potężny, straszliwy dźwięk, który mroził krew w żyłach. Z całej siły zatykałem uszy, by nie słyszeć jej potwornego głosu, lecz on przebijał przez moje dłonie, skórę, drążył do bólu wszystkie moje zmysły. Wycie nie cichło przez długi czas. Sparaliżowany strachem nie mogłem uciec. Nagle ucichła. Patrzyłem zdumiony na scenę, która teraz rozegrała się przed moimi oczyma. Z głębi lasu dało się słyszeć odgłos, jakby ktoś biegnąc, łamał gałązki, leżące na ziemi. Z ciemności wybiegł potężny wilk, ten sam, który parę nocy temu znalazł się na podwórku i jak mi się wydawało miał czerwone ślepia. Teraz usiadł u stóp Anity. Przemawiała do niego czule, cichym, zachrypniętym głosem. W ślad za nim z lasu wyszło kilka wilków, nie tak wielkich, jak pierwszy i nie tak strasznych. Podszedłem bliżej, by ujrzeć tę nieprawdopodobną scenę dokładniej.

Anita kucnęła i wzięła do ręki odstawiony wcześniej przedmiot. Zorientowałem się, że jest to duży garnek.

- Masz - powiedziała do wilka - przygotowałam to dla ciebie, żebyś nie był głodny. Jedz.

Wilk włożył pysk do garnka i jadł z obrzydliwym mlaskaniem. Anita gładziła delikatnie jego sierść. Nagle pozostałe wilki zaczęły cofać się z głuchym warczeniem. Ich nienawistny wzrok utkwiony był we mnie. Cofnąłem się kilka kroków do tyłu. Anita odwróciła się i zmierzyła mnie wrogim spojrzeniem.

- Nie powinieneś był iść za mną - powiedziała.

- Wiedziałaś, że na ciebie patrzę...

- Oczywiście, że wiedziałam. Słuch mam jeszcze całkiem niezły.

- Rzec by można, nieludzki - dokończyłem.

- Myślałam, że masz więcej rozumu - powiedziała spokojnie - ale widzę, że się myliłam. Wracajmy do domu.

- Musisz mi teraz wszystko wytłumaczyć.

- Niczego nie muszę - wzruszyła ramionami - do domu, ale już!

Odwróciłem się i poczułem niezmiernie silne uderzenie w głowę. Zemdlałem.


7. kwietnia 1847 r.

Ocknąłem się w łóżku. Silny ból głowy przypomniał mi z całą jaskrawością zdarzenia ostatniej nocy. Lecz... czy to, co widziałem mogło być prawdą? Kobieta wyjąca do księżyca i karmiąca wilki... Nie, to niedorzeczność. Doszedłem do wniosku, że to wszystko musiało mi się przyśnić. Nie znajdowałem innego wytłumaczenia. A ból głowy?

Nie, nie mogłem dać się omamić wytworom fantazji. Chciałem wierzyć, że to był tylko sen.

Anita i Conrad siedzieli na progu i rozmawiali. Anita czesała długie włosy. Jakże pragnąłem zanurzyć w nich dłonie, poczuć ich słodki ciężar, przygarnąć ją do siebie... Otrząsnąłem się jednak, kiedy przed oczami stanęła mi postać Amandy. Nie mogłem jej zawieść.

- Jak minął ci czas bez mego towarzystwa? - zapytał Conrad, nawet się nie odwracając.

- Ośmielę się stwierdzić, że było całkiem przyjemnie - odparłem - a teraz może pozwolisz mi już odejść?

- Przecież cię nie trzymam. Dokąd chcesz iść?

- Chcę wrócić do domu.

- Jeszcze nie - odparł - jeszcze ci nie pozwalam. Dotrzymasz mi towarzystwa, powiedzmy jeszcze trzy dni. Później możesz iść do diabła.

- O nie, tą przyjemność pozostawiam tobie - odciąłem się.

- Bardzo słusznie, aczkolwiek trochę szkoda... diabeł miałby niezły ubaw, gdyby posłuchał twych umoralniających kazań.

Anita nie zwracała na mnie w ogóle uwagi, więc opuściłem towarzystwo.

Późnym wieczorem, Anita zaczęła ubierać się w ciepłą suknię i płaszcz.

- Chyba nigdzie nie wychodzisz? - zapytałem zaniepokojony.

- Owszem wychodzę - odparła krótko.

- I ty jej na to pozwalasz? - zapytałem Conrada - przecież jest już całkiem ciemno.

- Myślisz, że ona tego nie wie? - zdziwił się niby - dobrodusznie.

- Anito...

- Proszę natychmiast zamilknąć - powiedziała, zapinając płaszcz - wychodzę, bo tak mi się podoba. Przecież nie zostajesz sam

- No właśnie - poparł Conrad, bawiąc się myśliwską strzelbą, którą wziął nie wiadomo skąd.

Pomyślałem, że po takim człowieku mogę spodziewać się właściwie wszystkiego, więc zamilkłem. Anita nie żegnając się z żadnym z nas, opuściła dom. Conrad czekał dłuższą chwilę.

- Teraz możemy szczerze porozmawiać - powiedział nagle do mnie.

- Chętnie - odparłem - tylko odłóż tą strzelbę.

- Nie mam zamiaru cię zabić, jeśli tego się boisz - powiedział - chcę tylko porozmawiać. O Anicie - dodał.

- O Anicie? - zdziwiłem się - jeżeli myślisz, że między nami...

- Nic nie było, wiem o tym, powiedziała mi - rzekł - ale może się coś wydarzyć. Widzę przecież, jak na nią patrzysz. I niewiele już myślisz o Amandzie, wiem o tym. W tobie można czytać jak w otwartej księdze.

- Nie powinno cię to obchodzić - odparłem, przyznając mu w duchu rację.

- Ale obchodzi. Przecież tu chodzi o moją siostrę.

- Dlatego, że ją kochasz?

- W pewnym sensie także - zgodził się - powiem ci teraz coś, Christopherze. Rób, co chcesz, ale daj Anicie spokój. Choćbyś ją nie wiem jak kochał, związek między wami jest niemożliwy.

- Mówisz tak, bo jesteś zazdrosny - powiedziałem - przypuśćmy, że zabiorę ją ze sobą...

- Wróci do mnie prędzej, czy później - uśmiechnął się z wyższością - ona jest dzieckiem natury,w najczystszym tego słowa znaczeniu. Nie zniosłaby, gdybyś zaczął narzucać jej rolę, której ona nienawidzi. Anita nigdy nie będzie uległą i cichą żoną swego męża, a ty nie potrafisz radzić sobie z silnymi kobietami. Nie chodzi o to, że mam coś akurat przeciwko tobie, jesteś mi tak samo obojętny, jak cała reszta ludzkości.

- Nie wiem o co ci chodzi i nie chcę wiedzieć - odparłem - trzymasz tę biedną dziewczynę na odludziu, a tymczasem, gdyby dać jej te możliwości, jakie ja mam, trochę ją oswoić...

- Nie będziesz oswajał mojej siostry i robił z niej kukły podobnej do Amandy! - wrzasnął - a zresztą, po co od razu się kłócić? Przyjmij po prostu radę. Daj jej spokój. Nie chodzi o moje uczucia i tak pewnie na nie plujesz. Anita miała rację, mówiąc, że jest przeklęta.

- Znowu jakieś brednie i przesądy? - zapytałem obojętnie.

- Jeśli tak chcesz to widzieć... Powiem ci coś. Powiem to tylko raz. Możesz się ze mnie śmiać, tylko uprzedzam, zabiję cię, jeśli to zrobisz. A teraz słuchaj. Jesteśmy przeklęci oboje.

- A więc ona kocha ciebie! - wykrzyknąłem zgnębiony.

- Jeżeli tak jest, nic mi o tym nie wiadomo - wzruszył ramionami - nie chodzi mi o miłość i jej podobne sprawy. Chodzi mi o nasze dziedzictwo. Straszliwe dziedzictwo, które ciąży nad nami od wielu pokoleń.

- Mów wreszcie o co chodzi. Jakkolwiek to zabrzmi...

- Nie uwierzysz mi i pewnie zapragniesz zabrać Anitę szaleńcowi, za jakiego mnie uważasz. Dobrze, myśl sobie, co chcesz. Kilkaset lat temu pewna kobieta z mojego rodu, nie pamiętam nawet jej imienia, ze zwykłej babskiej zazdrości i głupoty zrobiła coś niewybaczalnego. Zacznę może od początku... Ta kobieta, mieszkała w małej wiosce, gdzie to każdy zna każdego i właściwie nie sposób utrzymać czegokolwiek w tajemnicy. Któregoś dnia do wioski przybył pewien mężczyzna. Bardzo przystojny, tajemniczy, do tego niesamowicie bogaty. Dziewczyna ta, nazwijmy ją Anita, na cześć mojej siostry, zakochała się w nim bez pamięci. Niestety on wybrał inną, a ta inna była córką wiedźmy, znającej swe rzemiosło. Dziewczyna bardzo biedna i bardzo, bardzo piękna. Mężczyzna wybrał córkę wiedźmy. Wzgardzona Anita, która stała się teraz pośmiewiskiem całej wioski powzięła pewien plan, którego szczegółów, wybacz, nie znam. W każdym razie mężczyzna, który okazał się pozbawioną woli zabawką w rękach Anity zamordował swoją młodą, piękną żonę. Niczego mu nie udowodniono, zresztą wiedźmy nie lubił nikt, Anita cieszyła się jakim takim poważaniem... sam rozumiesz. Mężczyzna po skandalicznie krótkim okresie żałoby ożenił się z Anitą, wkrótce potem urodziła im się córka. Wydawałoby się, że sprawiedliwość nigdy nie dosięgnie podłej kobiety...

Żyła wszakże jeszcze wiedźma... Wiedźma, która postanowiła zemścić się za krzywdę swego dziecka. A była to prawdziwa wiedźma, nie jakieś byle co. Przeklęła Anitę, jej męża i dzieci, które miały narodzić się w prostej linii od tego związku. Nie wiem, jak to uczyniła, nie znam się na czarach. Kiedy córka Anity dorosła, zaczęło dziać się z nią coś dziwnego. Znikała na całe noce, w wiosce zaczęto mówić o krwawych polowaniach... Podejrzewano wszystkich. Którejś nocy córce Anity nie wystarczyła przypadkowa ofiara. Rzuciła się na własnego ojca i zagryzła go, jak dzikie zwierzę. Poturbowała także swą matkę. Domyślasz się już chyba, że przeklęta przez czarownicę córka Anity stała się wilkołakiem.

- To bzdura! - zawołałem - kpisz sobie ze mnie!

- Niekoniecznie. Ludzie w wiosce powoli domyślili się, kto jest bestią w ludzkiej skórze. Córka Anity miała już wtedy męża i małego synka. Któregoś dnia została po prostu ukamienowana przez rozwścieczonych ludzi i to na oczach Anity. Anicie pomieszało się z żalu w głowie i pół roku później umarła. Jej córka zostawiła jednak po sobie dziecko, syna...

- Nie mów mi, że on...

- Tak. Kiedy osiągnął dojrzałość stał się tym samym, czym była jego matka. I tak co pokolenie. Rodzina rozrastała się, a w każdym pokoleniu rodził się jeden dotknięty przypadłością. Przenosiliśmy się z miejsca na miejsce, klepaliśmy biedę, to znów osiągaliśmy najwyższe zaszczyty. Rodzina stawała się coraz wspanialsza... Oczywiście były i złe chwile. Niektórych z nas ścięto, spalono, wbito na pal... Różne były koleje mego rodu. Sto lat temu osiedliliśmy się w tych stronach. Najpierw mieszkaliśmy w miasteczku, ale tamtejsi ludzie uważali nas za dziwaków i wtrącali się w nasze sprawy. Wreszcie mój wuj Ralph (przedstawiałem ci go, nieprawdaż?) wraz ze swoją siostrą, a moją matką przenieśli się tutaj. Miałem wtedy 5 lat. Kilka lat później ze związku mej matki i wuja narodziła się Anita...

- To obrzydliwe - wzdrygnąłem się - biedna, biedna dziewczyna...

- Po raz pierwszy w historii naszego rodu dotkniętymi zostały dwie osoby. Ja i Anita. Kiedy moja matka odkryła tą prawdę, powiesiła się na drzewie za domem. Niestety w ten sposób nie odwróciła przekleństwa. Właściwie ilekroć rozmawiam o tym z Anitą, oboje dochodzimy do wniosku, że przekleństwo Anity jest wynikiem kazirodczego związku matki i wuja. To jedyne wytłumaczenie. Jesteśmy ostatnimi z rodu i mamy nadzieję, że tak zostanie. Opowiedziałem ci tę historię w wielkim skrócie, nie mamy jednak czasu, by bawić się w szczegóły. Nie możesz związać się z Anitą, pod żadnym pozorem. Chcemy przerwać przekleństwo, które utrudnia nam życie. Ty tego nigdy nie zrozumiesz. Wiem, że cię nie przekonałem. Myślisz pewnie: " szaleniec usiłuje zniechęcić mnie do siostry, którą grzesznie ukochał, wmawiając mi bzdury", dobrze myśl sobie. Anity i tak nie dostaniesz! Zabiję cię, jeżeli się do niej zbliżysz, a jeżeli ona pokocha ciebie, zabiję i ją. Zrozumiałeś mnie? Nie chcę cię straszyć Christopherze, to tylko rada. Najlepsza na jaką mnie stać.

Patrzyłem na niego, nie wiedząc co o tym sądzić. Trudno było mi uwierzyć w to, co usłyszałem. Zawsze twardo stałem na ziemi, nie wierzyłem w duchy, demony i tym podobne stwory. Jednakże... wilk o czerwonych ślepiach, Anita wyjąca do księżyca (nie wiedziałem, czy dalej mam traktować to jak sen), ich niezwykle silnie rozwinięte zmysły słuchu i po-wonienia. Jak jednakże mógłbym uwierzyć w coś takiego? Wszystko we mnie buntowało się na samą myśl. Legenda... Tak, słyszałem legendę, żywo przypominającą historię rodu Conrada i Anity, ale... Conrad mógł sobie przywłaszczyć legendę na własny użytek, by uczynić się bardziej tajemniczym i strasznym, jakby było mu mało...

- Mam nadzieję, że weźmiesz sobie moje rady do serca - powiedział - jutro odejdziesz stąd. Byłem głupi, że kazałem ci tu zostać. Mogłem domyślić się, jakie wrażenie wywrze na tobie Anita. Może nawet jesteś uczciwym człowiekiem i byłoby jej z tobą dobrze... nie, to niemożliwe. Nie mówiąc już o dziecku. Chciałbyś, by twoje dziecko było przeklęte? Nie sądzę. Pozostawiam cię teraz samego z twoimi myślami, idę spać. Tobie też radzę.

Do rana nie zmrużyłem oka. Wymyślałem najbardziej szalone teorie, wyśmiewałem w duchu to, co powiedział mi Conrad. Nie był to jednak śmiech szczery. Układałem dalsze losy Anity według swoich pomysłów. Z wyrzutami sumienia myślałem o Amandzie. Cóż mógłbym jej powiedzieć, gdybym wrócił do domu z Anitą? A co powiedzieć Anicie? Jaką rolę mogłaby pełnić w moim życiu? Kochanki? Żony? Może istotnie powinienem odejść i zapomnieć o wszystkim, co tu przeżyłem. Z perspektywy czasu, wiem, że takie rozwiązanie byłoby najlepsze.


8. kwietnia 1847 r.

Anita wróciła przed południem. Tajemniczo uśmiechnięta, wyglądała jeszcze bardziej fascynująco, niż zwykle. Uściskała radośnie Conrada, ale odepchnął ją od siebie, z takim wyrazem twarzy, jakby chciał ją zamordować.

- Dzisiaj będziemy jeść mięso - powiedziała - tęskniłam za tym.

- Jecie je przecież dość często - zauważyłem nieco zdziwiony.

- To szczególny rodzaj, mój przysmak - uśmiechnęła się - no a teraz wynoście się stąd, zostawcie mnie samą.

- Christopher zamierzał nas dziś opuścić, moja droga - wtrącił niezbyt gościnnie Conrad.

- Odszedłby, gdyby chciał - mruknęła - jakoś nie widzę, by się do tego palił. Pewnie to tylko twoje pobożne życzenie.

Wyszliśmy i spacerowaliśmy razem po lesie, w ogóle się do siebie nie odzywając.


Obiad smakował wyśmienicie, nigdy nie jadłem mięsa o takim smaku i niezwykłej kruchości. Conrad uśmiechał się tylko złośliwie w moim kierunku. Nie starałem się tego zrozumieć. Anita usiadła z dala od nas, na ławie i ku memu zgorszeniu, jadła surowe, ociekające krwią mięso.

- Oto twój niewinny anioł - rzekł Conrad, uśmiechając się ironicznie - czy panie w wielkich salonach też doceniają odżywcze wspaniałości surowego mięsa?

- Musisz to robić, Anito? - zapytałem w końcu.

- To znaczy co? - zdziwiła się.

- Jeść takie mięso.

- Tak... - odparła przeciągle - to dobrze mi robi na krew.

- Łże jak z nut - odparł Conrad - to przecież jasne, że to lubi.

- Nie wtrącaj się i nie psuj mi tak miłego dnia - powiedziała.

- Ktoś musi pilnować twojej cnoty, Anito - rzekł brutalnie Conrad - a kiedy nasz miły gość całkiem się do ciebie zniechęci, będę przynajmniej spokojny. Czy wiesz co właśnie zjadłeś, przyjacielu? - zwrócił się naraz do mnie.

- Mięso...

- Zgoda, ale czyje?

- Zamknij się i daj mu spokój! - krzyknęła Anita.

- Sama się zamknij! No...

- O co ci chodzi? - zapytałem - mów jasno, człowieku.

- Zjadłeś mięso człowieka, mój drogi - wyjaśnił - to prawdziwy przysmak Anity. Ufam, że ci smakowało. Polowanie na pewno było trudne.

- Anito, powiedz, że to nieprawda.

Wzruszyła tylko ramionami.

- Ona nie lubi kłamać - wyjaśnił Conrad - nadal nie wierzysz, w to, co ci o nas opowiadałem?

Anita zerwała się z ławy.

- Opowiedziałeś mu?! - zawołała - jakim prawem! Powinieneś mnie najpierw zapytać!

- Niczego nie powinienem - odparł - chcę go tylko ostrzec.

Nie wytrzymałem już i wybiegłem za dom, gdzie zwymiotowałem wszystko, co dzisiaj zjadłem. Przeklęci!Nie chciałem jeszcze wciąż uwierzyć w to, co mówił Conrad. Ludzkie mięso, o Boże! Jakiż błąd popełniłem nie odchodząc stąd rano, jak to radził mi Conrad. Mimo wszystko... mimo tego co tu zobaczyłem, usłyszałem nie byłem w stanie odejść tak po prostu. Tak, chodziło mi o Anitę. Nigdy żadna kobieta nie wywarła na mnie takiego wrażenia, nie omotała mnie do tego stopnia, bym mógł myśleć tylko o niej. Wróciłem do środka i zachowywałem się tak, jakby nic się nie wydarzyło.


Kilka następnych dni upłynęło spokojnie, choć właściwie ja i Conrad ledwie się tolerowaliśmy. Anita okazywała mi szczególne względy. Do niczego między nami nie doszło, jednakże miałem powody przypuszczać, że nie jestem jej obojętny. Radowało mnie to i starałem się tylko nie myśleć o tym, co powinienem powiedzieć Amandzie, kiedy wrócę.


14 kwietnia 1847 r.

Ten dzień zapoczątkował serię zdarzeń, które zadecydowały za mnie. Zaczął się zwyczajnie. Słońce świeciło od rana, było wręcz nienaturalnie ciepło. Siedzieliśmy sobie z Anitą na trawie w ogródku, gdy podszedł do nas Conrad.

- Dzisiaj nie wrócę na noc - powiedział - Anita, muszę z tobą porozmawiać.

Spoważniała nagle i pobladła.

- Dobrze - powiedziała - jak chcesz. Tylko proszę, uważaj na siebie.

- O, cóż za zmiana - mruknął ironicznie - myślałem, że mój los już cię nie interesuje.

- Jestem przecież twoją siostrą...

- Dość tego głupiego gadania! - przerwał - chodź ze mną, muszę ci coś powiedzieć bez świadków - dodał spoglądając na mnie z nienawiścią.

Wstała i oddalili się ode mnie. Widziałem ich z daleka, jak rozmawiają, gestykulując żywo. Widać była to ostra wymiana zdań. Anita wróciła i usiadła znowu koło mnie. Rękawem sukni otarła łzy.

- Boję się o niego - westchnęła nagle - mam złe przeczucia.

- Dajmy temu spokój Anito - powiedziałem - te wszystkie przeczucia...

- Gówno o tym wiesz! - wrzasnęła piskliwie - siedzisz całe życie z tymi wystrojonymi kukłami, które nie mają w sobie odrobiny życia i wysłuchujesz nudów, które opowiadają. Co ty możesz wiedzieć o moich przeczuciach? Wracaj sobie do Amandy, twoje miejsce jest przy takich, jak ona! Ja nie zamierzam się dla ciebie zmieniać.

Obrażona wróciła do domu, a ja nie śmiałem pokazywać jej się przez dłuższy czas na oczy. Wieczorem przyszła z północy burza. Anita stała na podwórku w strugach deszczu i nie dała się namówić na powrót do domu. Było coś złowrogiego i niesamowitego w tej lekko ubranej postaci, przemoczonej do cna, oświetlanej błyskawicami. Stanąłem na progu.

- Wracaj Anito - powiedziałem - niepokoję się o ciebie.

Odwróciła się tylko na chwilę.

- Jeżeli chcesz być ze mną, ty wyjdź do mnie - powiedziała i dalej tkwiła tam w strugach coraz bardziej obfitego deszczu. Wróciła dopiero wtedy, kiedy burza miała się ku końcowi. Niemal zmusiłem ją by zdjęła mokre ubranie i wytarła się do sucha. Tym razem gdy patrzyłem na jej ciało, moje myśli dalekie były od podziwiania go. Czułem tylko niepokój o tą drobną istotę, której nie mogłem zrozumieć. Uspokoiłem się dopiero, kiedy ubrana w suchą sukienkę, leżała w łóżku, przykryta narzutą, którą kiedyś tak podziwiałem.

- Boję się - powiedziała nagle cicho - jest coś złego w dzisiejszej nocy, w jej ciemności... Co Conrad zamierzał dziś uczynić?

- Nie rozmawialiśmy ostatnio prawie wcale - powiedziałem - z twojego powodu.

- Tak, wiem to niestety - szepnęła - nie powinnam była okazywać ci zainteresowania. Wszystko mogło zostać tak, jak dawniej, jak wtedy, kiedy ciebie tu nie było. Ostatnie dni całkowicie go dobiły.

- To, co do ciebie czuł...

- Nie chcę o tym rozmawiać z tobą - przerwała - nie znasz moich uczuć. Może i ja go kocham.

- Nie zdziwiłoby mnie to.

Odwróciła się twarzą do ściany i w ogóle nie odzywała do mnie.


Przed świtem wrócił Conrad. Cały ociekał krwią, ledwie trzymał się na nogach. Dopiero po chwili zorientowałem się, że to jego własna krew. Anita natychmiast zerwała się z łóżka i podbiegła do niego.

- Ranili cię - szepnęła - spodziewałam się tego... nie martw się, kochany, wszystko będzie dobrze, wyleczę cię.

- Nie udało mi się - powiedział cicho - spodziewali się mnie. Całe ciało boli mnie straszliwie. Muszę się położyć.

Anita ułożyła go w moim łóżku i zaczęła przygotowywać kąpiel.

- On musi mieć teraz spokój - powiedziała do mnie - och, oby tylko wyszedł z tego...

Pomogła mu umyć się z krwi. Nie mogła powstrzymać łez na widok jego poranionego ciała.

- Jeżeli to przeze mnie... - załkała - och, niech będę przeklęta!

- Nie ma w tym twojej winy, Anito - odparł, gładząc delikatnie jej twarz.

Przytuliła się do niego i nagle złączyli się w pocałunku, gorącym, czułym pocałunku, jaki może złączyć tylko kochanków. Nie mogłem na to patrzyć, wyszedłem. Wspomnienie pasji z jaką się złączyli do dziś prześladuje moje myśli, zwłaszcza w bezsenne noce. Usiadłem na progu i patrzyłem na wschodzące słońce. Anita zawołała mnie nagle. W sukni rozpiętej na piersiach i ze świeżo uczesanymi włosami wyglądała wspaniale.

- No i jak? - zagadnęła mnie.

- Z czym?

- Ze mną - zniecierpliwiła się - jak wyglądam?

- Pięknie - odparłem - jak zawsze.

- Myślisz, że będę mu się podobała?

W pierwszej chwili myślałem już, że się przesłyszałem, ale Anita patrzyła na mnie poważnie.

- Tak - powiedziałem - myślę, że tak.

- W porządku - uśmiechnęła się - on umiera, Christopherze, wiesz o tym?

- Domyślam się.

- Zakażenie krwi, na które nic nie mogę poradzić - westchnęła - nic to, szkoda czasu na czcze gadanie. Idę.

Zatrzymałem ją.

- Anito to co chcesz uczynić...

- Mniejsza o to, co chcę uczynić, ważne, że chcę to zrobić dla niego. A może sama tego pragnę?

- Nie dbasz o moje uczucia? Nie dbasz o pozory?! - zawołałem zrozpaczony.

- Do diabła z pozorami - powiedziała twardo i weszła do drugiej izby.

Wybiegłem z domu i biegłem tak przed siebie do utraty tchu, dopóki nie padłem ze zmęczenia na ziemię.


15. kwietnia 1847 r.


Wróciłem późnym popołudniem, głodny i zmęczony. Dowlokłem się do chaty na wpół nieprzytomny. Anita się-działa na progu i wpatrywała się w dal niewidzącym wzrokiem. Jej suknia zadarta do góry ledwo zakrywała najwstydliwsze miejsca. Białe uda były brudne od krwi. Nie mogłem na to patrzyć. Podszedłem do niej i okryłem ją resztkami sukni. Nie miała widać siły myć się, ani przebierać.

- Już po wszystkim - powiedziała obojętnie - Conrad nie żyje.

- Dla ciebie to wybawienie - odparłem - Anito, jak mogłaś to zrobić? Czy nie miałaś żadnych względów dla moich uczuć?

- Nigdy nie mówiłam, że cię kocham - powiedziała - możesz mnie potępiać do woli, teraz już wszystko mi jedno. On umarł szczęśliwy i to jest moja największa radość.

- Nie wątpię - powiedziałem, targany bólem - jeszcze zaznasz w życiu radości, Anito. Zabiorę cię stąd.

- Dobrze - powiedziała tylko, uśmiechając się dziwnie.

- Co właściwie się z nim stało? - zapytałem - człowiek nie umiera ot, tak.

- Powiedziałam ci. Przede wszystkim był ciężko ranny, stracił bardzo dużo krwi. W jedną z ran zaczęło wdawać się zakażenie, którego raczej nie potrafiłabym wyleczyć. Co jeszcze? Był bardzo osłabiony, prawdopodobnie ciosy, które otrzymał uszkodziły jego ciało od wewnątrz. Poza tym on wcale nie chciał walczyć ze śmiercią, był całkowicie pozbawiony chęci do dalszego życia. W takim stanie chyba nikt nie mógłby mu pomóc.

- Nie chodzi mi tylko o rany - powiedziałem - dlaczego on został ranny, Anito, czy ktoś go napadł? A jeżeli tak, to dlaczego, tego chciałbym się dowiedzieć.

- Owszem w pewnym sensie napadnięto go - powiedziała - w obronie własnej.

- Nie rozumiem...

- Dlaczego udajesz głupszego niż jesteś? - uśmiechnęła się - czyżby twój ciasny umysł wciąż wzbraniał się przed przyjęciem za fakt czegoś niezwykłego? Conrad był dotknięty przypadłością, o której ci mówił. Był wilkołakiem. Był nim całym sercem i duszą, a jeżeli oddasz czemuś swe serce i duszę... On nie miał wyboru, oddał je jeszcze przed swoim narodzeniem. Czy myślisz, że i ja nie wzbraniałam się przed swym losem? Początkowo brałam to za koszmarny sen, niestety... To była prawda. Tak samo, jak to, że przepadałam za surowym mięsem i zapachem krwi. Myślisz, że było mi łatwo? Czy możesz wyobrazić sobie, jak bardzo jestem wściekła, kiedy nagle pojawia się ktoś taki, jak ty, kto nie zaznał w życiu większych nieszczęść i z głupim uśmieszkiem chwali się, jak to twardo stoi na ziemi i nie wierzy parze szaleńców, mieszkających w lesie, którzy według niego chcą po prostu być bardziej tajemniczy i tym podobne bzdury? Jestem wściekła, tym bardziej, że sądziłam, iż jesteś wrażliwym młodym człowiekiem, którego mogłabym pokochać. Jednak ty swoim niedowiarstwem i kpinami oddalasz mnie od siebie z każdą chwilą bardziej.

- Nie mówmy teraz o tym, Anito - łagodziłem, w duchu przyznając jej rację - teraz mam ci do powiedzenia coś ważniejszego. Chcę, byś została moją żoną. Kocham cię, Anito, kocham od pierwszej chwili, kiedy cię ujrzałem.

Patrzyła na mnie chwilę, jakby mnie nie rozumiała.

- A co z Amandą? - zapytała - czy nasza miłość już od początku ma ranić innych? W takim razie, nie przyjmuję twoich oświadczyn.

- Nie przyjmujesz, bo kochasz tamtego! - zawołałem - jestem dla ciebie nikim! Człowiekiem, który cię nie rozumie, który...

- Przestań - przerwała mi - przede wszystkim, nie powinieneś wypominać mi bezustannie Conrada.

- Nie mogę zapomnieć o tym, co uczyniłaś, zaledwie kilka godzin temu.

- Mogłam się tego domyślić.

- Anito, przestańmy się kłócić, to nie ma sensu.

- A czy ma sens wspominanie nieżyjącego rywala? Chyba także nie.

- Naprawdę chcę, byś została moją żoną - w tej chwili pragnąłem tego bardziej, niż czegokolwiek na świecie.

- Przecież nie powiedziałam nie - odparła - a teraz bądź tak dobry i pomóż mi zakopać ciało Conrada.

Uporaliśmy się z tym do wieczora. Dopiero, kiedy zniknął przysypany ziemią, poczułem, że nie ma go już wśród żywych.


16 kwietnia 1847 r.

Niewiele z sobą rozmawialiśmy. Raczej siedzieliśmy obok siebie pogrążeni w milczeniu i myśleliśmy, każde o czym innym. Ja zastanawiałem się, jak powiem swym rodzicom o tak nieoczekiwanej zmianie planów. Jak oni przyjmą Anitę? Gotów byłem walczyć o nią z całym światem. Najgorzej się czułem, kiedy myślałem o Amandzie. Czekała na mnie, a ja... Nie wyobrażałem sobie jednak życia z nią, kiedy kochałem Anitę. Nie mógłbym tak okłamywać ani jej, ani siebie. Ostatecznie, gdyby moje sprawy ułożyły się całkiem źle, miałem trochę swoich pieniędzy i wykształcenie, dzięki któremu mogłem zdobyć jakąś pracę.

- Pomyślałeś o powrocie do domu? - zapytała Anita nagle - co powiesz swoim rodzicom, co oni powiedzą, kiedy mnie zobaczą? Myślisz, że ktoś z twojej sfery może w ogóle zaakceptować dziewczynę, która całe swoje życie mieszkała w lesie i jadła surowe mięso? A co będzie, jeśli pozbycie się takich nawyków, okaże się dla mnie zbyt trudne do zniesienia? Poza tym - dodała - nawet nie jestem dziewicą.

- Cały czas myślę o tym, co powiedziałaś, Anito...

- Może lepiej byłoby, gdybym została tylko twoją kochanką?

- Jak możesz tak mówić?! Zasługujesz na coś więcej. Poza tym chcę mieć cię przy sobie cały czas...

- To bardzo szlachetne - powiedziała wstając - ja wiem, co byłoby najlepsze i dla mnie i dla ciebie. Mam wilczą intuicję i dużo rozumiem. Dzisiejszej nocy wyjdę znowu, ostatni raz, a jutro... zobaczysz, że jutro wszystko stanie się jasne.

Chciałem zaprotestować, zatrzymać ją na tę noc przy sobie, ale znałem jej silny, nieugięty charakter. Anita owinęła się trochę za dużym na nią płaszczem i uśmiechnęła się jakoś smutno. Wyjęła spod łóżka myśliwską strzelbę i położyła ją na stole.

- Jest nabita - powiedziała - nie sądzę, by ktoś mógł się tu zabłąkać, ale lepiej, byś ją miał.

Pożegnaliśmy się i Anita wyszła. Wstyd przyznać, odczuwałem lęk przed pozostaniem w tym domu. Czułem się w nim bezgranicznie samotny, poza tym śmierć Conrada... Po raz pierwszy w życiu wierzyłem, że duch człowieka, może po śmierci...

Zapaliłem świecę i położyłem się do łóżka. Niewiele spałem tej nocy. Marzyłem o tym, by nastał dzień, by Anita wróciła. Pragnąłem opuścić to miejsce i zapomnieć o nim. Jak na złość godziny wlokły się niemiłosiernie.


Jednak zasnąłem na czas jakiś. Obudził mnie dziwny hałas i uczucie niepokoju, graniczącego z obłędem. Usiadłem na łóżku. Świeca wypaliła się już prawie do końca. Hałas powtórzył się, choć trudno było mi ustalić jego przyczynę. Wstałem i wziąłem strzelbę ze stołu. Podszedłem do drzwi. Tak, hałas dobiegał z zewnątrz, jakby ktoś miotał się wściekle po podwórku. Przypomniałem sobie Anitę, co robiła kiedy wypiłem zioła...

Szarpnąłem drzwi i otworzyłem je gwałtownie. Poczułem, że wszystkie włosy stają mi dęba. W odległości kilku metrów ode mnie stał potężny wilk. Jego ślepia iskrzyły się czerwienią. Na szyi bestii zauważyłem czerwoną wstążkę, zawiązaną na kokardkę. Widziałem wilka wyraźnie pomimo ciemności panujących wokół. Zawarczał głucho i przygotował do skoku. Zmartwiałem, nie byłem w stanie cofnąć się i zamknąć drzwi. Zresztą coś mówiło mi, że to żadna przeszkoda dla tej bestii z piekła rodem. Strużki zimnego potu płynęły mi po plecach. Przez chwilę niedorzecznie myślałem, że może Conrad zmartwychwstał w jakiś sposób... Wilk skoczył. Poczułem tylko, jak moja dłoń naciska spust i usłyszałem huk wystrzału. Wydawało mi się, że wilk krzyknął ludzkim głosem, boleśnie... Zamknąłem drzwi.

Modliłem się, by świeca jeszcze nie gasła, inaczej... Wyobrażałem sobie mrowie ohydnych istot zaglądających przez okno, próbujących wedrzeć się do domu...

Straszna była to noc, chyba najstraszniejsza w moim życiu. Rankiem wyjrzałem ostrożnie na podwórko, by sprawdzić, czy wilk jest tam, gdzie padł postrzelony.


Anita leżała całkiem naga na ziemi. Naga jeśli nie liczyć czerwonej wstążki zawiązanej na szyi na kokardkę. Włosy przykryły miłościwie jej nagość. Tylko jedna rzecz szpeciła doskonałą gładkość jej twarzy. Krwawa rana na czole. Zaschnięta krew zalała połowę twarzy. Widoczne było tylko jedno oko, zielone, martwo wpatrzone w dal, niewidzące. Poczułem, że wszystkie zmysły odmawiają mi posłuszeństwa...


W końcu musiałem uwierzyć dziewczynie z lasu. Ile mnie to kosztowało, wolałbym nie wspominać. Nie wiem, jakim cudem wróciłem do domu. Widziałem zdumione twarze moich rodziców, zapłakaną Amandę. Chorowałem potem bardzo długo. Amanda mówiła mi później, że nie chciałem wypuścić z dłoni czerwonej wstążki. Czy domyśliła się cze- goś? Mam nadzieję, że nie.

Próbowałem wielokrotnie odnaleźć las i dom. Niestety nikt nie wiedział, z której strony przywędrowałem, a ja nie potrafiłem tego powiedzieć, nie pamiętałem. Może to i lepiej. Kto wie, jakie demony obudziłby we mnie powrót w tamto miejsce? Po latach zrozumiałem, że Anita nigdy mnie nie kochała. Była tylko zauroczona nowością, to wszystko. Kochała natomiast Conrada, nawet może więcej, niż on ją. Poza tym... cierpiałaby, gdyby była tu ze mną. Nigdy nie pasowała do mojej sfery i dobrze o tym wiedziała. Tak, wie-działa, co jest dla nas najlepsze. Z jej śmiercią wszystko stało się jasne, a ja odzyskałem wolność, tylko czy byłem z tego powodu szczęśliwszy? Anita czytała we mnie, jak w otwartej księdze i dlatego zostawiła mi tej nocy wskazówki, co czynić. Wyrzucałem sobie przez wiele lat to, że ją zabiłem. Potem zrozumiałem, że ona tego chciała. Ze względu na mnie, na siebie, na Conrada. Ze względu na mnie ponieważ mnie nie kochała, ze względu na siebie, ponieważ kochała Conrada i życie jej straciło sens i wartość wraz z jego śmiercią... och

Można by tak bez przerwy...

Cierpiałem bardzo po jej śmierci, czego wynikiem była tajemnicza choroba. Od tego czasu minęło już 15 lat. Ożeniłem się z Amandą, mamy dwóch synów i córkę. Powoli dorastają, buntują się przeciw ustalonym regułom, jak to dzieci. Nie zapomnę tylko tych strasznych lat, kiedy budzony koszmarem, zrywałem się z łóżka i biegłem do dziecinnego pokoju, by sprawdzić, czy moje dzieci naprawdę tam są, a może... Ja sam budząc się nad ranem, zastanawiam się chwilę, gdzie jestem, czy nie usłyszę za chwilę wycia wilków, nie zobaczę pięknej nagiej kobiety, myjącej długie włosy wywarem z ziół... ale wszystko jest jak zawsze, spokojnie, cicho. Czekam nadejścia świtu, a potem znowu odpływam w sen.

Dobrze, że nigdy nie odnalazłem chaty Anity i Conrada. Wspomnienia potrafią wiele uczynić z umysłem człowieka. Może nawet obudzić wilczą duszę.



blog comments powered by Disqus