"Pani w zieleni"
Stał na brzegu rzeki, której nazwy dziś już nikt nie pamięta, okazały pałac, siedziba rodu Rostowskich. Z trzech stron otaczał go malowniczy ogród, który przez całe pokolenia był chlubą rodziny. Każdy z jej członków miał tam swoje ulubione miejsce, zakątek, który był dla niego niczym miniaturowy raj.
Dla Anastazji była to mała ławka otoczona krzewami róż, nieopodal której znajdowała się kamienna figura. Przedstawiała kobietę o smutnych oczach wpatrujących się w dal, jakby w oczekiwaniu na nadejście utraconego kochanka. Posąg był już bardzo stary, niektóre jego partie porastały kępy mchu, a niektóre porośnięte były bluszczem opinającym ciało kobiety niczym zielona suknia. Anastazja lubiła to miejsce, gdyż doskonale oddawało nastrój melancholii, w którą ostatnio tak często wpadała. Już ponad miesiąc minął, od kiedy ten nadęty hrabia Małopolny zaczął zabiegać o jej względy. Jak do tej pory bezskutecznie, choć zarówno on jak i Anastazja zdawali sobie sprawę, że dziewczyna będzie zmuszona mu ulec pod naciskami rodziny, a zwłaszcza ojca- tyrana, który nie przyjmował do wiadomości jakiegokolwiek słowa sprzeciwu. Dlatego Anastazja postanowiła spędzać ostatnie chwile wolności w towarzystwie kamiennej pani, z którą, jako jedyną, mogła dzielić swój smutek.
Pierwszego dnia wiosny hrabia Małopolny, niski brunet, prawie dziesięć lat starszy od swej wybranki, stawił się u drzwi pałacu Rostowskich, jak zwykł to czynić niemal codziennie, z zamiarem odwiedzenia panny Anastazji. Przywitała go nienagannie ubrana służąca:
-Panienka prosiła, żeby pan hrabia zaczekał na nią w ogrodzie.- Hrabia obdarzył służącą czarującym uśmiechem i skierował się na tyły pałacu. Ogród nie robił na nim większego wrażenia, przywykł był traktować te skupiska zieleni, jak to zwykł mawiać, wyłącznie jako miejsce letnich zabaw. Postanowił jednak przespacerować się nieco, gdyż panna Anastazja nie nadchodziła. Pogrążony w rozmyślaniach o swojej przyszłej żonie nie zauważył nawet kobiety w zielonej sukni, która siedziała na ławce i obserwowała go od jakiegoś czasu.
-Pan hrabia próżno szuka wzajemności w sercu tej dziewczyny- odezwała się kobieta w zieleni. Małopolny, nieprzyzwyczajony by ktoś w ten sposób się do niego odzywał, skrzywił usta w grymasie. Jednak, kiedy odwróciwszy się ujrzał przed sobą kasztanowłosą piękność o oliwkowej cerze i ogromnych zielonych oczach, na jego wargi wpełzł uśmieszek ni to pobłażliwy, ni to lubieżny.
-Pani jest kimś z rodziny? Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek panią spotkał a taką piękność z pewnością bym zapamiętał.- Kobieta przekrzywiła lekko głowę i wybuchnęła śmiechem, czystym, perlistym, a jednak hrabiemu ciarki przeszły po plecach.
-Komplementy proszę zachować dla przyszłej żony, choć i tak nic pan nie wskóra.
Hrabia gniewnie ściągnął brwi.
-Nie rozumiem, czemu miesza się pani w moje osobiste sprawy…-Nie zdążył jednak dokończyć.
-Ależ to proste, chcę panu pomóc, a pan pomoże mnie.
-Pomóc? A niby w jaki sposób?- zakpił.
-Dobrze wiemy, że młodziutka Anastazja jest nieczuła na pańskie wdzięki i oboje wiemy, że po ślubie nic się w tej materii nie zmieni. Proponuje panu układ - otrzyma pan ode mnie coś, co rozbudzi miłość pańskiej ukochanej, ale w zamian za to, za trzy lata od dnia dzisiejszego wróci pan do mnie i odda się pod moje rozkazy. - Spojrzała na niego wyzywająco, choć, gdyby przyjrzał się uważniej, dostrzegł by w tym spojrzeniu jakiś smutek.
-Chyba pani żartuje? – spytał.
-Nigdy nie żartuje z miłości - odpowiedziała kobieta z powagą, która nie pozostawiała wątpliwości. Hrabia zastanowił się chwilę. Bez wątpienia byłoby mu łatwiej gdyby Anastazja okazała mu choć trochę uczucia, a przecież ta kobieta, po upływie trzech lat, nie weźmie go siłą. Postanowił zaryzykować.
-Co takiego zamierza mi pani dać?- spytał. Kobieta wyciągnęła ku niemu fiolkę z jakimś żółtym płynem.
-To sok z bluszczu. Niech pan go wetrze w dłoń swojej wybranki a zdobędzie pan jej serce.
-To na pewno podziała? Nie bardzo wierzę w te wszystkie eliksiry, napary i podobne rzeczy. - Zielona pani uśmiechnęła się pobłażliwie.
-Proszę spróbować, a sam się pan przekona. A teraz proszę wracać, Anastazja już pana szuka. Tylko niech pan nie zapomni, za trzy lata proszę tu wrócić – przypomniała.
- Nawet nie wiem, jak pani na imię?- spytał.
-Hedera.
Hrabia odszedł, a kiedy jeszcze raz odwrócił się by spojrzeć na nieznajomą, tej już nie było.
* * *
Minęły trzy lata. Sok z bluszczu sprawił, ze serce Anastazji zapłonęło miłością do hrabiego. Stanowili małżeństwo idealne, a Małopolny szybko zapomniał o złożonej obietnicy.
Słońce znikało za horyzontem kończąc pierwszy dzień wiosny. Hrabia delektował się winem przed kominkiem, gdy nagle po pokoju zaczął hulać wiatr. Wstał z fotela szukając otwartego okna, które byłoby źródłem przeciągu, ale zamiast tego znalazł kobietę w zielonej sukni stojącą przy drzwiach.
-Jak pani tu weszła?!- krzyknął z oburzeniem, którym nieudolnie chciał zamaskować strach.
-Tak, jak pan stąd wyjdzie - przez drzwi. A teraz proszę za mną. Trzy lata właśnie minęły.- Wyciągnęła dłoń chcąc pochwycić go za rękę.
-Mowy nie ma! To jest mój dom, a pani nie jest tu mile widziana. Proszę wyjść.
-A obietnica, która pan złożył?- spytała.
Oczy hrabiego płonęły gniewem i strachem.
-Nie składałem żadnej obietnicy. Proszę wyjść. Chyba, że chce pani zostać usunięta siłą?
Kobieta obdarzyła go smutnym spojrzeniem. - Popełnia pan wielki błąd, ale nie mogę pana zmusić.
Hrabia już miał coś odpowiedzieć, ale zielona pani odwróciła się i wyszła.
* * *
Rano Anastazja znalazła obok siebie, w łożu, swojego męża porośniętego bluszczem. Był martwy. Kiedy wraz z ogrodnikiem udała się na poszukiwania miejsca, z którego wzięło początek ów śmiercionośne pnącze, odkryli, że wyrasta ono z kamiennego cokołu, na którym kiedyś stał posąg kobiety w zieleni. Tylko, że posagu już tam nie było.
Sklep
Forum